E-mail

English






Myślałem, że mnie pobiją, oplują

http://www.gazetawyborcza.pl/1,75480,4206497.html

Katarzyna Bielas, 12 czerwca 2007

Matka moją pierwszą książkę schowała pod poduszkę, żeby nikt jej nie zobaczył. Ona się boi. Rozmowa z Yossim Avnim, izraelskim dyplomatą, pisarzem, autorem powieści "Ciotka Farhuma nie była dziwką"


W Twojej książce jest scena, w której główny bohater Jonatan i jego partner Arik kupują mieszkanie w Tel Awiwie. Podczas targowania się o cenę Jonatan zauważa na ręce właścicielki obozowy numer. Bez wahania, bezbłędnie go rozszyfrowuje - data, transport, obóz. Zdziwiona kobieta obniża cenę, on się zgadza, potem czuje niesmak.

- Do tej pory go czuję. Ale to nie była żadna manipulacja, po prostu w trakcie rozmowy zobaczyłem numer i wyrecytowałem to, co mi przyszło na myśl, pierwsze skojarzenie. Pamiętam, że ta starsza kobieta pochodziła z Austrii.

W książce jest wiele z mojej biografii.

Jesteś sabrą - urodziłeś się w Izraelu. Skąd ta obozowa wiedza?

- Już jako dziecko interesowałem się Holocaustem.

Moi rodzice nie przybyli z Europy i nie są jego ofiarami. Matka pochodzi z Iranu, ojciec z Afganistanu. Mama wysyłała mnie do biblioteki, żebym nie został chuliganem, ale ja nie szukałem tam powieści Verne'a ani romansów, tylko książek o Holocauście. Kiedyś bibliotekarz powiedział: "Dziecko, to nie-

dobrze, żebyś takie rzeczy czytał, to jest nawet dla dorosłych trudne", ale w jego oczach widziałem satysfakcję. Pożyczałem książki i uczyłem się wszystkiego na pamięć - liczby pomordowanych w różnych obozach, nazwisk niemieckich komendantów, identyfikacji obozu po końcówce numeru. Byłem jak uzależniony od złego czaru. Stałem się małym ekspertem od Zagłady.

Wszyscy, i moja nieeuropejska rodzina, i tamta kobieta z Austrii, stanowiliśmy wspólnotę, i ta wspólnota uczyniła ze mnie chłopca, który - choć nie dosłownie - został ocalony z Zagłady. Holocaust stał się przez to być może najważniejszym wydarzeniem w moim życiu.

Co to znaczy? Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś o Holocauście?

- Holocaust był zawsze dla mnie jak magnes, który przyciągał mnie do bólu. Sam zadaję sobie pytanie, kiedy się to zaczęło.

Pamiętam, że kiedy miałem osiem lat, nauczycielka w klasie stała naprzeciw nas i tłumaczyła, co się stało. Usłyszałem: "Ci, którzy zostali uratowani", przyjechali do Izraela. Po hebrajsku "uratować się" ma ten sam rdzeń co "być upieczonym na ogniu". W wyobraźni widziałem, jak Niemcy opiekają ludzi na grillu. Ci, którym udało się przeżyć, to moi sąsiedzi, ludzie, których spotykam na ulicy.

W szkole byłem jednym z nielicznych sefardyjczyków - Żydów ze Wschodu - wśród aszkenazyjczyków, przybyłych z Europy. Kiedy miałem dziesięć lat, wymyśliłem sobie ciotkę, która miała na imię Batszeba. Przyjechała z Afganistanu na Krym, gdzie w 1943 roku podzieliła los innych Żydów zatopionych przez Niemców w łodziach w Morzu Czarnym.

Ta ciotka z fantazji wyrażała moje utożsamienie się z żydostwem europejskim, chciałem poczuć się jak moi koledzy, których rodziny pozostały w Treblince.

Czy czułeś, że jesteś poza ich społecznością? Jak was edukowano?

- Nie, nie czułem się wykluczony.

W latach 60. i 70. Zagłada była bez przerwy obecna w naszym życiu. W Dniu Holocaustu cały czas w telewizji pokazywano straszne dokumenty, zdjęcia. Pamiętam, że moja rodzina zbierała się wokół telewizora, siedziała z otwartymi ustami i przerażeniem w oczach. Cała dzielnica była pogrążona w ciszy, w każdym oknie było widać niebieskie światło telewizora, a ludzie byli jak zahipnotyzowani koszmarem. To jest jak piętno. Sam stałem się zaprzedany temu, zahipnotyzowany.

Jednak jeśli mam być szczery, to myślę, że ten magnes to u mnie sprawa związana z psychiką. Moi koledzy nie są tym zarażeni.

Tamten ból jest czymś, do czego mogę się przytulić z moim prywatnym smutkiem, potrzebuję go, jest jak emocjonalna kotwica.

Do dziś - a jestem po czterdziestce - nie mam odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje.
Przypomina mi się, jak Arik mówi z wyrzutem do Jonatana, kiedy ich związek się rozpada, że on nie chce być szczęśliwy, że stawia opór, bo myśli, że nie zasługuje.

- Są ludzie, którzy nie szukają szczęścia. Smutek jest ich prawdziwym domem. Czasami posądzam siebie, że zaadoptowałem smutek jako mój wewnętrzny dowód osobisty, jako najwygodniejsze rozwiązanie, by żyć stale w czarnej chmurze. Nie wiem dlaczego.

Ludzie, którzy mnie znają, mówią: "Yossi, ty z nami jesteś taki wesoły, zgrywasz się, opowiadasz kawały, ale kiedy piszesz, masz pióro zanurzone w tragedii. Który z tych dwóch jest prawdziwym Yossim?".

Który?

- Nie wiem. Być może drogą do poznania siebie - i wyzwolenia - jest pisarstwo. Piszę o sprawach najbliższych memu sercu. Kiedy po jakimś czasie czytam to, co napisałem, dopiero poznaję siebie sprzed lat. Zmieniam się. Nie napisałbym już np. tego, co napisałem na początku lat 90. w "Ogrodzie martwych drzew".

To znaczy czego?

- Nie napisałbym już tak samo o poczuciu niższości. To bardzo intymna sprawa.

Moja rodzina, tak jak cała społeczność sefardyjska, zawsze chciała być kimś innym, piękniejszym, bogatszym, lepszym, wykształconym, podobnym do Żydów, którzy przybyli z Europy.

Chodzić na koncerty, jeździć taksówkami, siedzieć w restauracjach, jeść gefilte fisz - rybę po żydowsku, mówić po cichu.

Ostatnio Izraelczycy wracają do korzeni, mówią: "Jestem Izraelczykiem, ale lubię jedzenie trypolitańskie, muzykę jemeńską". W latach 60., 70. chcieliśmy być jednorodnym narodem. Izrael wymazał korzenie etniczne emigrantów. Wstydziłem się mojego wschodniego rodowodu. Kiedy teraz o tym myślę, robi mi się smutno.

Twój bohater wspomina, jak w dzieciństwie wstydził się matki, która w sklepie desperacko targowała się o cenę kupowanego mu ubrania. Pozostała mu na zawsze nienawiść do sprytu wynikającego z biedy.

- Były jeszcze smutniejsze sytuacje, o których wstydziłem się pisać.

Żyliśmy w ciągłym niedostatku. Ojciec był robotnikiem, zbierał cytrusy, które wysyłało się do was, do Europy, miał też drugą pracę.

Matka była pomocą domową, gosposią. W latach 60. trudno było zarobić kobiecie z czwórką dzieci. Któregoś dnia zauważyłem, że mama wynajęła się jako służąca u kolegi z klasy. Zachowałem się wtedy wobec niej bardzo arogancko, zacząłem obwiniać ją, że nie mam takich rodziców jak inni i że się jej wstydzę.

Dziś wstydzę się tego, co jej powiedziałem, obraziłem ją. Po sto, po tysiąc razy proszę ją o wybaczenie.

W moich książkach oprócz poczucia poniżenia pokazuję bardzo intymny stosunek między matką i synem - to ważne u Żydów - i daleki między ojcem a dziećmi. To niewątpliwie ma wielki wpływ na duszę dorastającego chłopca.

Należę do ludzi, którzy mają wielką dziurę w brzuchu i trudno mi wypełnić tę dziurę. Za każdym razem, kiedy podejrzewam, że jestem szczęśliwy - uciekam.

Ta dziura dotyczy czego? To poczucie winy?

- Kasiu, byłoby cudownie, wspaniale, gdybym wiedział. Ale nie wiem.

Moja matka ciągle się obwiniała, pamiętam, jak mówiła: "Yossiku, ja ci zniszczyłam życie, jestem winna, trzeba mnie ukarać". Ale przecież nie miała powodu, by tak mówić.
Opowiedz o niej więcej, ciągle ją widzę, jak zrzędzi, docina mężowi i gotuje.

- Urodziła się w 1940 roku w małym miasteczku w Iranie. Jej matka została wyswatana, kiedy miała dziewięć lat, z mężczyzną pod pięćdziesiątkę. Jego dzieci z poprzedniego małżeństwa były dwa razy starsze od niej. Żyli w wielkiej biedzie. Matka była wrażliwą, pełną fantazji dziewczynką. Bardzo chciała się kształcić, co nigdy jej się nie udało. Przyjechała do Izraela w 1952 roku. Żeby zarobić na życie, zbierała kartofle na polu. Jej edukacja została przerwana.

Izrael w latach 50. był krajem pełnym baraków, namiotów, blaszaków. W ciągu kilku lat liczba 600 tysięcy Izraelczyków zwiększyła się o 2 miliony. Emigrantom trzeba było dać domy, jedzenie, stworzyć nowy naród.

Nie mogła się uczyć z powodu biedy?

- Nie tylko. Wszystkie struktury rządowe, społeczne, edukacja były zarezerwowane dla Żydów aszkenazyjskich, dyrektorzy szkół, nauczyciele pochodzili z Europy. Żydów ze Wschodu uważali za obywateli drugiej kategorii, za prymitywów. Dostęp do edukacji był bardzo utrudniony.

Mama wyszła za mojego ojca, kiedy miała 22 lata, bez miłości. Wszystkim było ciężko, moi rodzice mówili: "Dopiero wy będziecie mieć inne życie".

Czy w Iranie w tym czasie prześladowano Żydów?

- Nie. Iran, był jednym z niewielu państw stosunkowo tolerancyjnych wobec do Żydów. Ale ludzie dowiedzieli się, że powstało państwo żydowskie. Przybyli wysłannicy z Agencji Żydowskiej i zachęcali Żydów do powrotu. W Polsce i innych krajach było tak samo. Przyszła pora wracać do domu.

Podobnie jak wszędzie wielu bogatych pozostało w swoich krajach, a biedni wyjechali do Izraela. W Iranie została połowa Żydów. Większość opuściła ten kraj dopiero w latach 1980-82, po dojściu do władzy ajatollaha Chomeiniego. Dziś mieszka tam kilka tysięcy...

Yossi, gdzie Ty idziesz?

- Muszę ci coś pokazać.

Co to za wielki kalendarz?

- Kiedy ostatnio byłem w Izraelu, matka mi to pokazała. Zaczęła niedawno pisać o dzieciństwie w Iranie. Pisze o głodzie, o łaźni, gdzie się kąpali, a muzułmanie krzyczeli na nich Jood - Żydzi - wywołując strach.

Matka powiedziała: "Yossi, chciałabym, żeby kiedyś to wyszło jako książka". Zobacz, jaki ma charakter pisma, pełen fantazji. Zacząłem czytać i zdumiałem się, bo to jest napisane bogatym hebrajskim, z wielkim literackim talentem.

Tak się wzruszyłem, że zamknąłem się w toalecie i płakałem. Boję się, że za chwilę znów wybuchnę płaczem.

Co tak Cię poruszyło?

- Wrażenie zaprzepaszczenia czegoś.

Moja matka zawsze marzyła o innym życiu, nie chciała być biedna, nie chciała być służącą, chciała znać języki. Chciała być "lady". I ona jest "lady". Fantastycznie się ubiera, maluje się, mówi nieźle po angielsku, mimo że sama się uczyła. Kiedyś pracowała w hotelu, gdzie zatrzymywali się goście z Niemiec, więc zna podstawy niemieckiego. Od sąsiadki Goldicy nauczyła się trochę rumuńskiego. Wie, że mogła osiągnąć znacznie więcej.

Mimo ciężkiego życia ani przez chwilę nie żałowali z ojcem, że przyjechali do Izraela.

Ja to poczucie zaprzepaszczenia po matce odziedziczyłem, tak jak jej wrażliwość, nawet małą histerię i całkowity, stały brak samozadowolenia.
A ojciec?

- Ojciec jest jedną z największych zagadek mego życia. Żyliśmy obok siebie, nie znając się nawzajem. Mieszkaliśmy w tym samym mieszkaniu, ale czułem jego brak. Był niewykształconym, zamkniętym człowiekiem. Po latach widzę, jak bardzo mnie kochał, ale nie był w stanie tego powiedzieć.

Pochodził z bardzo patriarchalnej afgańskiej rodziny, część męska tej rodziny nie potrafiła wyrazić uczuć. Są trudnymi, zamkniętymi ludźmi, a kiedy gniewają się, to nie wybaczają. Mój ojciec nie rozmawiał ze swoimi siostrami 37 lat, mimo że mieszkają dwie ulice od nas. Pokłócili się niby o spadek, ale tak naprawdę o to, kogo babcia i dziadek bardziej kochali.

Pamiętam jak dwa lata temu gazety - u nas Wojciech Jagielski - pisały o dwóch ostatnich Żydach w Afganistanie - Izaaku Levinie i Zabulonie Simentovie. Tak skłóconych, zapiekłych, że mieszkając w jednym domu, nigdy ze sobą nie rozmawiali. Robili sobie wiecznie na złość, pomawiali, donosili na siebie i talibom, i mudżahedinom. Prowadzili prywatną wojnę o synagogę. Został już tylko jeden. Osiemdziesięcioletni Levin zamarzł w brudnej izbie, w jakimś barłogu. "Teraz tylko ja tu rządzę" - powiedział wtedy z satysfakcją drugi.

- Ten zmarły to mój wujek! Ja też dowiedziałem się o jego śmierci z gazety. Lecę służbowo z Frankfurtu do Warszawy, biorę "Frankfurter Allgemeine Zeitung" i na pierwszej stronie czytam prywatne historie mojej rodziny. Poczułem, jak różne oddalone światy, które są we mnie, nagle się dotykają.

Umarł wujek Izaak, którego tylko raz widziałem, kiedy przyjechał do Izraela, miałem wtedy dziesięć lat. Ojciec całe życie za nim tęsknił.

Te kłótnie to żydowska tragedia.

Kim był? Twierdził, że jest rabinem, który odesłał rodzinę do Izraela, a sam został w Kabulu, by pilnować splądrowanej przez mudżahedinów synagogi.

- Może był gabajem w synagodze, może znachorem sprzedającym zioła muzułmanom, którzy widzieli w nim świętego, bo był w Jerozolimie. Nie wiem.

Dziwne...

- Bardzo dziwne. To jest też część mnie schowana do szuflady. Niejedyna. Wiem o tym. Odłożyłem dzieciństwo, nieudane relacje między rodzicami i zająłem się czymś innym - Holocaustem, Niemcami, gdzie wyjechałem i mieszkałem przez lata. Teraz jednak czuję się bliżej afgańskiej tożsamości. Przeczytałem książkę o Afganistanie i mówię: "Niemożliwe! Sposób, w jaki oni mówią, humor, jedzenie, wyrażanie złości - ja tak się zachowuję! Jestem Afgańczykiem".

Spójrz, zaczynam nawet tak wyglądać, tylko brody mi brakuje.

Może chciałbyś "wrócić" do Kabulu?

- Tylko jako ambasador Izraela, to byłoby interesujące. Na razie nie mamy jednak stosunków dyplomatycznych z Kabulem. My ich uznajemy, ale oni nas nie.

Nie wiem nawet, czy mój wujek wiedział, że syn jego brata jest dyplomatą, nasza rodzina przeżyła tysiące punktów zwrotnych.

Skąd się wzięli w Afganistanie?

- W Afganistanie nie było wielu Żydów, prawie wszyscy wyjechali do Izraela. Mój ojciec mieszkał w Heracie. Większość Żydów afgańskich przybyła z Iranu w obawie przed pogromami, najwięcej z Meszhedu, po rzekomym mordzie rytualnym dokonanym przez Żydów w 1839 roku, część przyjechała z Buchary, z Tadżykistanu.

Nie wiem, skąd pochodzą moi dziadkowie, ale byli stosunkowo zamożni, dziadek był głową społeczności żydowskiej. Ojciec całe dzieciństwo opowiadał o fantastycznej jagnięcinie, którą jedli, o ogrodach i o dwóch domach, które posiadali, domu zimowym i letnim. Matka stawała w drzwiach i śmiała się, podkpiwała: "Tak, tak, dom letni i dom zimowy".

Nie wierzyła?

- Matka wołała nas, kiedy pokazywali Afganistan w telewizji: "Chodźcie szybko, pokazują kraj ojca". Patrzyliśmy na prymitywne lepianki, ludzi siedzących na podłodze, kobiety z zasłoniętymi twarzami.

Z biegiem lat zrozumiem, że te historie opowiadane wieczorem na krawędzi łóżka nie były tylko indywidualną opowieścią ojca, ale też historią Afganistanu, tajemniczego kraju, do którego tęsknił, gdzie jego rodzinie dobrze się żyło, gdzie byli szanowani przez sąsiadów, a muzułmanie nazywali ich z szacunkiem hadżdżi - tak jak muzułmanów odbywających pielgrzymki do Mekki - ponieważ jeździli do świętego miasta Jerozolimy.
Opowiadał nam także o karłach, które porywały dzieci i zjadały je. Afganistan jest krajem duchów i bandytów, wielu plemion i potworów, legend, fantazji, które przechowały się w tradycji mówionej. Do swoich historii ojciec dodawał wiele czarodziejskiego pyłu.

Te opowieści o domach, ten gniew, to zablokowanie, brak harmonii w rodzinie, ja to wszystko ciągnę na barkach aż po dzień dzisiejszy. Może kiedyś o tym napiszę, ale na razie nie jestem dość silny.

Dlaczego tak ciężko to otworzyć?

- Kasiu, coś ci powiem. Moją pierwszą książkę poświęciłem matce. Nigdy jej nie przeczytała.

Drugą książkę poświęciłem matce i ojcu. Żadne z nich jej również nie przeczytało. Nie jestem nawet pewien, czy o niej słyszeli. Była napisana pod pseudonimem. Tematy, o których pisałem, były bardzo intymne, na granicy sensacji.

Naprawdę nie powiedziałeś rodzicom o książkach?

- Dobrze. Matka widziała moją pierwszą książkę, schowała ją pod poduszkę, żeby nikt jej nie zobaczył. Ona się boi, że nagle ktoś zapuka do drzwi, że wejdą policjanci, zapytają, gdzie jest Yossi, i zabiorą mnie do więzienia. Ona ciągle żyje w strasznym strachu.

Któregoś dnia zapytałem: "Mamo, przeczytałaś chociaż kawałek?". Zamknęła drzwi, zaprowadziła mnie w róg pokoju i powiedziała: "Yossińka, nasi wrogowie czekają za rogiem. Nie mów wszystkiego o sobie. Wszyscy w życiu toczą jakąś grę i ty też to rób. Nie bądź frajerem. Nie wierz ludziom. Ludzie są źli jak jadowite węże".

Zapytałem ją znowu: "Mamo, ale mimo wszystko powiedz, czy przeczytałaś chociaż kawałek?". Odpowiedziała: "Twoja matka ma wklęsłą twarz, tak mnie widzisz", i smutno się uśmiechnęła.

O co chodzi?

- W tej książce była opisana mała kobieta z okrągłą, jakby wklęsłą twarzą, która stoi dziesięć godzin na dobę przy garach i miesza jedzenie. Tak widzę matkę, wśród wspaniałych zapachów i przypraw. Myślę, że zaczęła czytać tę książkę, ale tak się przestraszyła, że ją schowała.

Czego? Tego, że bohaterowie książki to geje? Tego, że jesteś gejem?

- Nie wiem.

A jak myślisz?

- Nie pytałem, dlaczego nie dokończyła tej książki. Ja też mam swoje hamulce. Mnie również nie jest łatwo rozmawiać z rodzicami. Odłożyłem tę sprawę.

W "Ciotce Farhumie", w której jest mnóstwo o rodzinie, o dorastaniu w Izraelu, nie opisujesz żadnej opresji. Czego tak się bała?

- Nie zaznałem żadnej fizycznej opresji, to prawda. Ale nie tylko o to chodzi. Dorastasz, widzisz, że ludzie wokół zakładają rodziny, a ty jesteś inny. Masz problem. Zaczynasz myśleć o samotności, a nikt nie chce być sam. Nikt nie chce być inny.

Mama bała się, że jeśli będę mówił o moich skłonnościach, o moim życiu, o bólu, o samotności, o poszukiwaniu miłości w sposób otwarty, to stanie mi się krzywda w Izraelu, kraju bardzo machoidalnym, konserwatywnym, w którym o wszystkim decyduje siła. Izrael jest krajem o wielu twarzach. Tel Awiw to biegun pluralistyczny, liberalny, jak Amsterdam, Berlin, Paryż, bardziej niż Warszawa. Ale Izrael ma też swoje różne kieszenie konserwatywne, np. Jerozolimę.

Może to jest jeden z powodów, że łatwiej jest mi pisać, niż mówić.

Ma tu znaczenie także moja praca dyplomaty, jestem podzielony na osobę państwową i prywatną, jakbym miał dwie głowy.
Pisanie to sposób na bycie wolnym, kiedy piszę, siedzę sam, przy stole, w zupełnej ciszy. Bardzo smutny. Gdybym nie pisał, tobym eksplodował. Pisanie to lekarstwo. Katharsis.

Potrzebowałeś wolności, a zostałeś dyplomatą. Dlaczego?

- Chciałem służyć mojemu krajowi, od dziecka czułem się inny niż koledzy z klasy, nie interesowałem się pieniędzmi, drogimi samochodami, nie grałem na giełdzie, jedyne, co mnie pociągało, to trudne wielkie pytania, naród żydowski, syjonizm. Widziałem siebie jako przyszłego przywódcę, obchodził mnie mój kraj. W ludziach to jest albo nie - po prostu niektórzy czują, że ich życie jest związane z ojczyzną.

Po studiach prawniczych pracowałem w firmie adwokackiej, to był najgorszy, najnudniejszy okres w moim życiu. Widziałem siebie w jakiejś działalności politycznej, państwowej, ale nie wiedziałem, w jakim kierunku iść, czy przyłączyć się do partii politycznej, czy złożyć podanie do MSZ Izraela. W końcu wybrałem to drugie.

Myślałem o wyjeździe. Chciałem się wyrwać. Działał na mnie wdzięk zagranicy, nowe kultury, możliwość oddychania innym powietrzem.

Pewnie każdy zdający egzamin do MSZ powie ci to samo.

Dlaczego - z Twoją obsesją Holocaustu - przyjechałeś pracować w Warszawie? Szukając mieszkania, zastrzegałeś, że nie może znajdować się na terenie dawnego getta.

- Pewnie po to, żeby rozjaśnić mój największy sekret, przyciąganie bólu. Pięć lat mieszkałem w Niemczech, ale to mi nie wystarczało. Tam, paradoksalnie, mniej odczuwałem tragedię Holocaustu. W Warszawie chodzę po ulicach dawnego getta.

To był mój wybór. Dobrze, że tu przyjechałem.

Wcześniej byłem uprzedzony tak jak inni Izraelczycy. Pamiętam siebie sprzed dziesięciu lat, jak mówię do kolegów w Berlinie: "Jest kilka państw na świecie, w których nigdy nie chciałbym być, np. Polska". Zapytasz: dlaczego? Bo myślałem, że Polska mnie nie lubi. Teraz wiem, że mój pogląd był głupi i niesprawiedliwy. Chodzi oczywiście o antysemityzm, o którym wiele słyszałem, ale z którym się tu właściwie nie spotkałem. Nie bądźmy naiwni, Polska ma niekorzystny wizerunek wśród Żydów w Izraelu, a szczególnie poza Izraelem.

Jednak w ciągu tych prawie trzech lat spędzonych w Polsce spotkałem wielu ludzi, zobaczyłem, że kiedy np. w kawiarni mówię, że jestem Izraelczykiem, odpowiadają: "OK. Spoko".

A myślałeś, że co się stanie?

- Myślałem, że mnie pobiją, oplują, że będę musiał ukrywać swoją izraelskość, żydowskość, uważać na to, co mówię, ale nie. Z Polakami nie można tylko mówić o liczbie ofiar, nie wolno porównywać, bo od razu zachmurzają się, obrażają, muszą być mistrzami świata w cierpieniu.

Jak jest gdzie indziej?

- Kiedy na zachodzie Europy mówiłem, że jestem z Izraela, ludzie krzywili się, bo są propalestyńscy. Odczuwałem wręcz wrogość. Moi koledzy dyplomaci, np. w Wielkiej Brytanii, w Irlandii, w Szwecji, Grecji, Belgii, Francji, opowiadają o strasznych przejściach z miejscową młodzieżą. W Kolonii, w Brukseli podczas wykładów przeszkadzano mi. Tutaj nigdy. Palestyńczycy nie są w Polsce sexy.

W Polsce sympatia do Izraelczyków jest większa niż tam. Czuję, że Polska obejmuje mnie, a ja chcę, żeby mnie kochano. Polska okazała się wielką niespodzianką.

Szkoda tylko, że tu ludzie nie są zaszczepiani przeciw antysemityzmowi. We Frankfurcie nad Odrą wolno mówić rzeczy, jakich we Frankfurcie nad Menem już nie. W Warszawie w sklepach z pamiątkami sprzedaje się figurki Żydów liczących pieniądze.

Teraz powiem coś niebezpiecznego: czuję, że się tu odradzam, wychodzę z nałogu, mieszkanie w miejscu tak bardzo związanym z Holocaustem spowodowało, że odchodzę od niego.

W czym jeszcze się zmieniłeś? Niedługo wracasz do Izraela.

- Kiedyś chciałem uciekać - od nieskończonych objęć matki, od poczucia duszenia się, od rodzinnej intymności. W pierwszej książce opisałem chęć ucieczki z małego miasteczka, gdzie dorastałem, do Tel Awiwu. Tel Awiw był moim Nowym Jorkiem. Potem uciekłem z mojego kraju, zacząłem włóczyć się po świecie, szukałem wolności. Moja pierwsza książka mówiła o tym, jak rozerwać kajdany, rozwalić ściany otaczające ciało, uciec do Europy.
Europa była utopijnym rajem, pięknym, z czerwono-żółtą jesienią, przeciwieństwem upału na Bliskim Wschodzie, kolorów pustyni. Czułem bliskość z moimi wirtualnymi europejskim korzeniami. To była część potrzeby, chęci bycia kimś innym.

A czego teraz pragniesz?

- Chcę wrócić. Żeby koło się zamknęło.

Widzę wielu młodych ludzi, którzy opuszczają Łódź, Wrocław, Warszawę, jadą do Irlandii, do Londynu. Spotykam ich w kawiarniach. Słyszę, jak mówią o pensjach, o chęci ucieczki, o wielkim świecie, który do nich zerka. Czasami mam ochotę złapać ich za rękaw i zatrzymać. Wprawdzie kiedyś można wrócić, ale nie da się cofnąć czasu, na niektóre rzeczy może być za późno.

Chciałbym się ustabilizować. To są problemy wielu pracowników ambasad, którzy podróżują i mają miłości w każdym porcie. Ale ja już tak nie chcę. Mam mieszkanie w Tel Awiwie, w którym stoją dziesiątki pudeł nierozpakowanych od dziesięciu lat.

Co się nagle stało?

- Poczułem, że chcę do czegoś należeć. Chcę być częścią czegoś. Chcę mieć rodzinę, być ojcem. Ale nie wiem, jak to zrobić. Czy mam założyć tradycyjną rodzinę? A może wymyślić coś innego? Czy nie jest na to za późno?

Chęć posiadania dziecka to mocny akcent w "Ciotce Farhumie". Bohaterowie toczą dyskusje o ewentualnych matkach. Jonatan nawet wygłasza zdanie: "Doświadczenie śmierci jest najsilniejsze u gejów. (...) Po każdym człowieku coś zostaje, tylko geje naprawdę umierają. (...) Rasowe cioty będą ze złością zaprzeczać temu, o czym mówię, i nazywać mnie homofobem".

- Wielu ludzi, głównie gejów, to zdanie obraziło. Pisali do mnie rozwścieczeni. Uważali, że jestem okrutny. To prawda, to brutalne, ale to jest istota samotności, nie masz przedłużenia. Moja książka jest pełna strachu przed śmiercią, bo ja też się boję.

Teraz mówienie o dzieciach, o adopcji jest na porządku dziennym, nie tak jak kilka lat temu, kiedy to pisałem. W Izraelu wielu gejów adoptuje dzieci, mają też swoje dzieci, jeśli nie żenią się z kobietami, to jakoś to z kobietami organizują, dziecko ma oboje rodziców, choć oni nie są razem. Wiele dzieci rodzi się na tych zasadach w Izraelu.

Dwa tygodnie temu dostałem kolejny list, autor napisał: "To nieprawda, że ci, co nie mają dzieci, naprawdę umierają, ci, co nie mają dzieci, nie wiedzą, jak żyć".

Tamto zdanie z mojej książki bardzo dotyka ludzi, przeszkadza im.

W ilu światach Ty żyjesz, Yossi?

- Wiem, że sposób, w jaki ci odpowiadam, pokazuje, jaki jestem podzielony. Przyznaję się to tego. Mam kilka paszportów, czasem jest to bardzo męczące. Mam osobisty paszport - przyjaciele wiedzą, w jakich kawiarniach i dyskotekach bywam, drugi to paszport państwowy, moja praca, stanowisko. Mam też paszport rodzinny - w którym jest napisane: "Bądź ostrożny".

Nie żyjemy w utopii. Życie jest bardziej skomplikowane niż postępowe slogany.

Nie jestem aktywistą gejowskim. Przede wszystkim jestem Żydem i Izraelczykiem. To jest moje pierwsze wewnętrzne zaangażowanie. Jeśli miałbym wybrać między kierunkiem proizraelskim, ale bardzo konserwatywnym, albo bardzo liberalnym, ale antyizraelskim, wybrałbym ten pierwszy.

Nauki mamy nie poszły w las.

- Prywatny mikrofon od dyktafonu nie leży na tym stole, on jest podłączony do książki. Nigdy na swój temat nie kłamałem.

* Tłumaczył symultanicznie z hebrajskiego Michał Sobelman

* Dwadzieścia rozmów Katarzyny Bielas ukaże się w przyszłym tygodniu w książce "Niesformatowani" wydanej przez Znak
Katarzyna Bielas