E-mail

English






Jak pod Wadowicami nie utopiono dzieci

Artur Palyga | 27.01.2008 (292)

http://www.super-nowa.pl/art.php?i=7551

Gross opisuje w "Strachu" historie Karoliny Sapetowej, mieszkanki
Witanowic, która uratowała dwoje małych żydowskich mieszkańców Wadowic.

Witanowice, wieś spokojna. Ogromne tradycje ma tu bractwo różańcowe, które modli się o dobro w Witanowiczach i całego świata od 1611 roku. Stał tu jeden z najpiękniejszych kościołów nad Skawa. Barokowy, drewniany, z figurkami ze szkoły Wita Stwosza, z przepięknymi malowidłami z życia Marii i Jezusa.
Cudo.  Modlono się do Matki Bożej umieszczonej na tle lustra, w złocistej sukience. Były świadectwa licznych uzdrowień i cudownych wydarzeń, jakie miały miejsce wskutek działania tego obrazu. Niestety cal kościół spłonął w 1963 roku, dokładnie w trzysetna rocznice jego wybudowania (1663 r.).

Nasza historia zaczyna się jednak dwadziescia lat wcześniej. W roku 1943.

Wtedy w Wadowicach, dokładnie belo to w marcu, zaczęła się likwidacja żydowskiego getta. W getcie zgromadzeni byli Szydzi z Wadowic i z wszystkich wsi. Karolina Sapeta, parafianka z Witanowic, przed zamknięciem Żydów w getcie, byłą opiekunką do dzieci u państwa Hochheiser w Wadowicach.
Zajmowała się dwoma chłopcami i dziewczynką. Zszyli się z sobą bardzo. Kiedy dzieci z rodzicami trafimy do getta, ich niania codziennie donosiła im żywność i co tylko mogła. Najmłodszego chłopczyka udało jej sie przemycić do siebie do domu. Przyszła też w dzień likwidacji getta. Bramę prowadząca do getta obstawiło SS. Spędzali ludzi, których pędzono do transportów. Był krzyk, ścisk, płacz, rozpacz, szalenstwo w oczach. Cudem pani Sapetowa dostrzegła w tłumie panią Hochhaiserowa z dziećmi. Dostrzegły się nawzajem.
Pani Hochhaiser bez namysłu szepnęła dzieciom: "Idźcie do Karolci"! Mała Salusia, jak myszka prześlizgnęła się miedzy esesmańskimi butami. Nie widzieli przechodzącej im między nogami dziewczynki, czy nie chcieli widzieć? Dość, że Salusia przedarła się przez kordon SS i wpala w ramiona niani. Ta, przerażona, odrętwiała ze strachu, zabrała ją ze sobą. Szli pieszo do Witanowic. Drugi chłopczyk, Izio, został z mamą i nigdy już nikt więcej o nich nie usłyszał.

Karolcia Sapetowa została w Witanowicach w 1943 roku z dwójka żydowskich dzieci. Początkowo pozwalała im wychodzić, zaczerpnąć świeżego powietrza kolo domu. Potem musiały siedzieć w chałupie. Ludzie ze wsi dowiedzieli się, ze Karolcia ukrywa Żydków i nie bardzo im się to podobało.

- Słuchajcie, Sapetowa! Ja nie wiem, czego się wy od tych Żydków spodziewacie! Ja nie wiem, czy wy złoto, czy dolary od Żydów dostaliście, czy co, ale tak być nie Mozę - mówili sąsiedzi. - Przecież Niemcy, jak się dowiedzą, to cale Witanowice z dymem puszcza, a nas wszystkich wymordują.

Początkowo ludzie ze wsi upominali ja tylko, potem zacieli grozić. Potem nie mogła już spokojnie przez wieś przejść, bo ja wyzywali od żydowskich pachołków. A dzieci się bały i ufały tylko niani. "Bardziej natarczywych i agresywnych uspokajałam jakimś upominkiem, względnie przekupywałam" - opowiadała potem Karolina Sapeta. Jedynie sołtys witanowicki jej sprzyjał i czasem uspokajał. Ale i on dużo nie poradził, gdy cala wieś była przeciwko.

- No to co z nimi zrobic, z tymi maluszkami? - pytala Sapetowa, rozżalona, zrozpaczona.
- Na gestapo oddać! - mówili sąsiedzi.
- Ludzie, co wy! Przecież gestapo będzie pytać, dowiadywać się, gdzie te dzieci dotąd przechowały się! - ratował sytuacje sołtys.

Cierpliwość witanowiczan się skończyła, kiedy do wsi przyjechało SS, jak mówiono, węszyć.

Po wyjeździe esesmanów wybuchła awantura.

      Zwołano zebranie i ludzie ustalili, a następnie przekazali do wiadomości     pani Sapetowej, że chłopczyka i dziewczynkę trzeba ze świata usunąć.

      Postanowiono zaprowadzić oboje do stodoły, poczekać za zasną i wtedy      śpiącym główki siekiera odrąbać. Tak jak kogutowi się rąbie. To
dzieci małe, wiec szyjki słabe jeszcze. Każdy chłop sobie z tym poradzi.

Karolci już nikt o zdanie nie pytał. Poinformowano ją tylko. A że dzieci wiejskie języka za zębami trzymać nie umieją, więc się dzieciaczki od Karolci wszystkiego dowiedziały i codziennie, kiedy ich niania spać je kładła, prosiły:
- Karolciu, jeszcze nas dzisiaj nie zabijajcie! Jeszcze nie dziś!
Pani Sapetowa głaskała je po główkach, co lada dzien miary by odrąbane, całowała je i cale dnie i noce chodziła z kąta w kąt, czekając, co nastąpi.

W końcu wymyśliła.
Rano posadziła dzieciaczki na wóz i oświadczyła ludziom, że wszystkie -za- i -przeciw- dokładnie przemyślała i że nie będzie ludzi fatygować, że mają rację, i że sama postanowiła dzieci usunąć. Że właśnie jedzie wozem za wieś, nad staw i tam je utopi. Przejechała z nimi przez cala wieś, wszędzie to opowiadając.

- Wszyscy widzieli i uwierzyli - opowiada la potem Karolina Sapeta.

Wróciła w środku nocy, po cichu, gdy wieś spala. Dzieci schowane na wozie, po kryjomu, po ciemku przeprowadziła do domu i dobrze ukryła.

Nazajutrz Witanowice były już spokojne. Karolcia wszystkim opowiedziała, że maluszki utopiła i ludzie się uspokoili, a Karolina Sapeta odzyskała sąsiedzką życzliwość.

Jej opowieść poświadczona świadectwem uratowanych znajduje się w archiwach Żydowskiego Instytutu Historycznego, skąd zaczerpnął ja Jan Tomasz Gross, z  którego ja ją zaczerpnąłem.