E-mail

English






Polityka - nr 3 (2637) z dnia 19-01-2008;
Marcin Zaremba

http://www.polityka.pl/archive/do/registry/secure/showArticle?id=3357757

Wiele wskazuje, że osiem lat po ukazaniu się "Sąsiadów" nadciąga nowa wojna domowa. Powodem - kolejna książka Jana Grossa "Strach". Szańce obozów są już usypane, działa grzmią.

Choć nową pozycję autora "Sąsiadów" czytali nieliczni, już podniosło się święte oburzenie. Treść książki bada już krakowska prokuratura. Nie wiadomo, czy będzie śledztwo i w jakim kierunku podąży. Gdyby do tego doszło, byłoby to kuriozum na skalę światową. O szkalowanie narodu polskiego chce oskarżyć Grossa Jerzy R. Nowak, publicysta "Naszego Dziennika". Zdaniem katolickiego lustratora ks. Tadeusza Isakowicza-Zalewskiego, Gross kieruje się zemstą - książka ma być jego prywatnym odwetem na narodzie polskim za to, że w 1968 r. musiał opuścić Polskę. Piotr Semka, zapytany w Telewizji Puls o swoją opinię, z rozbrajającą szczerością przyznał, że jej nie czytał, co mu jednak nie przeszkodziło krytycznie się o niej wypowiadać. Wątpliwe, czy zapoznał się z nią Paweł Lisicki. Naczelny "Rzeczpospolitej" pisze: "Nic nowego - najgłupsze tezy tego autora stają się dowodem jego odwagi, hucpa - głębokiego myślenia, a antypolski resentyment - troski o prawdę".
Książka Grossa mogłaby być punktem wyjścia do debaty o naszej przeszłości. Przynajmniej na czas lektury warto porzucić narodowe cierpiętnictwo i przywiązanie do roli ofiary II wojny. Ocenić sine ira et studio, co mówi nam Gross.
Polska edycja "Strachu" ukazuje się półtora roku po amerykańskiej. Przez ten czas autor wiele w książce zmienił. Nie tyle przetłumaczył ją na polski, co miejscami napisał na nowo. Niektóre zdania czy wręcz fragmenty zostały z tekstu usunięte, inne uległy znacznej rozbudowie. Zmian jest zbyt dużo, by je tu wyliczyć. Na podkreślenie zasługuje fakt wpisania przez autora w nurt opowieści wyników najnowszych badań polskich historyków, którzy również w tym czasie nie próżnowali. Ponieważ materiał opiera się na zróżnicowanej bazie źródłowej, tym razem nie można Grossowi postawić zarzutu (a czyniło to wielu po publikacji "Sąsiadów"), że przeprowadził niewystarczającą kwerendę. Ponadto autor zrezygnował z rozdziału wstępnego omawiającego dzieje Polski w czasie wojny i po jej zakończeniu, uzasadniając ten zabieg znajomością tematu na polskim gruncie. Zasadniczych tez jednak nie zmienił.

Nadokuczałam barabasom

Teza pierwsza. W odróżnieniu od innych Europejczyków, w czasie wojny Polacy widzieli mordowanie swoich żydowskich sąsiadów, co nie mogło nie pozostawić śladu w świadomości polskich obserwatorów Holocaustu. Teza nie jest nowa, po raz pierwszy na konsekwencje "subiektywnej natury bycia świadkiem" zwrócił uwagę Michael C. Steinlauf w opublikowanej także w Polsce książce "Pamięć nieprzyswojona". Notabene dziwne, że w bibliografii "Strachu" brak tej pozycji.
Gross nie owija w bawełnę, nie pieści nas wspomnieniami o naszym heroizmie podczas II wojny światowej. W oparciu o szeroką kwerendę archiwalną i najnowsze publikacje idzie jednak dalej od Steinlaufa - Polacy nie tylko obojętnie patrzyli, ale także pomagali Niemcom w mordowaniu Żydów. Jedwabne nie było wyjątkiem, lecz regułą, z tym tylko, że w innych regionach kraju, np. w Kieleckiem czy Zamojskiem, nie palono w stodołach, lecz wyłapywano ukrywających się Żydów i oddawano ich w ręce Niemców bądź samemu mordowano czym popadnie.
U obrońców honoru narodowego i dobrej pamięci przeszłości zdanie "Polacy mordowali Żydów" wywoła z pewnością największe oburzenie. Łamie ono bowiem ustaloną w Polsce praktykę używania pojęć, rewiduje całą dotychczasową strukturę narracyjną na temat okupacji. Gross wskazuje jednak, że naszego spokoju nie burzy zdanie "Litwini mordowali Żydów w Wilnie czy Ukraińcy w Tarnopolu", choć przecież byli to nie wszyscy Ukraińcy ani Litwini. Jednocześnie doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że także nie wszyscy Polacy uczestniczyli w zbrodniach na Żydach, toteż najczęściej używa określeń: gawiedź, tłum, polscy chłopi, ludzie z nizin społecznych itp.

Teza druga, czy raczej hipoteza. "Gdyby naziści mordowali Żydów w oczach skamieniałych z rozpaczy i straumatyzowanych swoją bezsilnością polskich sąsiadów, a nie, jak to było w rzeczywistości, na oczach przeważnie obojętnej i często na różne sposoby wykorzystującej tę sytuację miejscowej ludności, to powojenny antysemityzm byłby praktycznym i psychologicznym niepodobieństwem".
Nie wiem, skąd u Grossa tak mocne przekonanie, że patrzenie na mordowanie Żydów nie wywoływało u patrzących żadnej traumy. Moim zdaniem było inaczej i wystarczy sięgnąć po podręcznik psychologii: głębokie przeżycia traumatyczne mogą wywołać apatię, objawy lęku, depresji, także zaburzenia w kontaktach interpersonalnych. Agresja sprzyja agresji - twierdzą psycholodzy. A obserwowanie nienawiści i niemieckiego okrucieństwa powodowało, że pękały wszelkie hamulce.
Nie mam zamiaru wskazywać - jak jeden z bohaterów Mrożka - na wybite polskie zęby. Ale warto byłoby choćby wspomnieć, że Polacy też mieli swoją opowieść, swoją traumę, która mogła wpływać na ich powojenne zachowania. Szkoda, że Gross nie dotarł do wyników badań nad mentalnymi konsekwencjami wojny, jakie podjęła zaraz po jej zakończeniu grupa polskich psychologów na czele ze Stefanem Baleyem, Stefanem Batawią, Marią Kaczyńską. U swoich badanych zdiagnozowali oni swoistą kategorię zaburzeń, którą dziś nazywa się zespołem stresu pourazowego. Do objawów zalicza się: depresje, nawracające reakcje lękowe, fobie, zaburzenia psychosomatyczne, uzależnienia. Latem 1945 r. przeprowadzili potężne badania ankietowe wśród polskiej młodzieży (wzięło w nich udział 5 tys. osób, wyniki oparto jednak na próbce zawierającej 1,5 tys. ankiet). Na pytanie: "Czy spostrzegłeś u siebie czy u kogoś z bliskich zaburzenia nerwowe" - 67,7 proc. odpowiedziało twierdząco, 31 proc. stwierdziło zaburzenia psychiczne u siebie, a 69 proc. u najbliższych. Inaczej niż twierdzi Gross: Polacy to społeczność ludzi straumatyzowanych, po wojnie przy byle okazji wpadających w panikę, łatwo poddających się emocjom tłumu.

Teza trzecia. Niedobitki polskich Żydów otaczała wrogość ze strony Polaków, prowadząca do czystki etnicznej - podejmowanej spontanicznie, w poszczególnych miastach i miasteczkach, wszędzie tam, gdzie Żydzi ocaleli z Zagłady. Zdaniem Grossa antysemityzm stanowił rodzaj kodu kulturowego nie tylko służącego społecznej komunikacji, ale co ważniejsze - napędzającego przemoc wobec Żydów. Swoją niechęć i agresję wobec nich wyrażały dzieci (jeden z najbardziej wstrząsających rozdziałów książki), manifestowali dorośli. W książce znajdziemy wiele ilustrujących to przykładów. Jeden z nich, cytowany list: "Kochana Córko. Pociąg miał aż osiem godzin opóźnienia. Możesz sobie więc wyobrazić, jaka zmęczona przyjechałam do domu. W tym wagonie, w którym jechałam, jechała moc żydów. Ach, te przeklęte barbarasy jak się strasznie pchali i robili szumu, krzyk po prostu nie do opisania. Żeby nie agrawka [tak w oryginale], którą kłułam parchów żydowskich na wszystkie strony, to nie mam pojęcia, jak bym zajechała do domu. Chociaż miałam jedno pocieszenie w tej podróży, że nadokuczałam barabasom".
Najbardziej drastycznym przejawem tej agresji i jednocześnie kulminacyjnym momentem książki jest pogrom kielecki. Gross szczegółowo omawia jego przebieg i reakcje nań, a raczej brak reakcji ze strony prymasa Augusta Hlonda i episkopatu. Pisze o atmosferze pogromowej wiszącej wówczas nad krajem, o próbie pogromu w Rzeszowie, pogromie w Krakowie w sierpniu 1945 r. Dziwne jednak, że nie wymienia innych miast, w których o mało do pogromów nie doszło: Częstochowy, Kalisza Lublina, Legnicy, Płocka.

Teza czwarta. Polski Kościół nie stanął w obronie Żydów, ponieważ dominowało w nim myślenie antysemickie. Bez wątpienia reakcja Kościoła na powojenne pogromy była dwuznaczna. Istnieją dowody źródłowe świadczące, że niektórzy biskupi wierzyli w rzekomo popełniany przez Żydów mord rytualny na dzieciach. Także niektórzy niżsi rangą duchowni powtarzali przesądy antysemickie krążące od pokoleń w kulturze ludowej. Faktem jest również, że w czasie wojny nastąpił wzrost religijności społeczeństwa polskiego, co mogło wpływać na wrogość wobec Żydów. Uczciwie byłoby jednak przyznać, że do pogromów po wojnie doszło nie tylko w Polsce, ale również na Słowacji, Węgrzech oraz w Kijowie, gdzie przecież "katoendecji" - jak określa to Gross - nie było.

Teza piąta. Polscy Żydzi, wbrew temu, co głosi znany stereotyp, byli niechętnie ustosunkowani do komunizmu: "ani partia komunistyczna nie była w Polsce powojennej zainteresowana Żydami, ani Żydzi nie byli w powojennej Polsce zainteresowani komunizmem". Gdyby było inaczej, masowo nie emigrowaliby do Palestyny. Polskim zaś komunistom było obojętne, czy zabito pięciu, czy stu Żydów, bowiem w bilansie prowadzonej przez PPR walki o władzę nie miało to żadnego znaczenia.

Teza szósta, tytułowa. Morderstwa dokonywane na Żydach należy tłumaczyć zdaniem Grossa strachem i poczuciem winy. Strachem przed odpowiedzialnością za współudział w Holocauście i możliwością upomnienia się przez Żydów o ich domy i inną własność zajętą przez polskich sąsiadów.
Niewykluczone, że w ten sposób możemy wyjaśniać niektóre formy agresji, zwłaszcza wtedy, gdy Żydzi usiłowali odzyskać jakąś nieruchomość. Wszelako do antyżydowskich ekscesów dochodziło też na tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie problem własności żydowskiej nie istniał. Ponadto - w świetle moich badań - większość uczestników pogromów należałoby zaliczyć do grupy ludzi o niskim i bardzo niskim statusie materialnym. Raczej odczuwających głęboką deprawację materialną niż strach przed utratą zagrabionego przez siebie majątku.
Główny problem ze "Strachem" nie polega jednak na tym, co w książce jest, lecz czego w niej nie ma. Gross ma rację wskazując na rozpowszechnienie poglądów antysemickich, traktując je jako ważny klucz do zrozumienia ówczesnych zachowań społecznych w obszarze relacji polsko-żydowskich. Wszelako nie jest to klucz jedyny. To tak jakby patrzeć na piekło "Sądu Ostatecznego" Hieronima Boscha koncentrując się tylko na jednym z potworów, o pozostałych zaś zapominając.

Społeczna kasza
Aby odtworzyć pełen obraz pod tytułem "Powojenna rzeczywistość społeczna", trzeba najpierw popatrzeć na tło, czyli konsekwencje psychospołeczne wojny. Pierwsza z brzegu - niby banał - w 1945 r. w liczącym niespełna 24 mln społeczeństwie mogło być nie więcej niż 60-70 tys. ludzi z wyższym wykształceniem. W wojennych migracjach i eksterminacjach zginęła Polska wykształcona, inteligencka, urzędnicza. Dziś powiedzielibyśmy klasa średnia, podstawa stabilności ładu społecznego. Dlaczego w Kaliszu 4 lipca 1946 r. nie doszło do pogromu, choć już się rozpalał? Jak czytamy w jednym z przekazów - "dzięki perswazji statecznych obywateli". Gdzie indziej ich zabrakło.
Inna sprawa. Gross nie dostrzega wpływu dezintegracji i atomizacji, konsekwencji wojennych i powojennych deportacji i wysiedleń na rozerwanie się więzi średniego zasięgu (zawodowych, lokalnych, środowiskowych), a w przypadku przesiedleńców ze wschodu na zanik całych grup i społeczności. Czy moralna zapaść nie była przypadkiem związana z zapaścią społecznych więzi?
Na kartach "Strachu" nic nie znajdziemy o rozpadzie świata instytucji, jaki dokonał się podczas wojny. W 1945 r. brakowało niezależnych autorytetów, ośrodków władzy symbolicznej, lokalnej, sądowniczej i ekonomicznej. Ten instytucjonalny niedostatek oznaczał brak kontroli społecznej, zatem niósł chaos i anarchię. Autor "Strachu" opisuje polowania polskich chłopów na Żydów, jednak nie wspomina nic o zachwianiu i rozluźnieniu systemu władzy i kontroli na wsi. A w tym także należy upatrywać przyczyn powojennego chaosu i bandytyzmu, który stanowił w jakiejś mierze reakcję na wojenną destabilizację odwiecznego świata chłopów.
Nie rozumiem, dlaczego Gross obojętność wobec Zagłady Żydów tłumaczy tylko antysemityzmem, skoro dobrze znany mu Pitirim A. Sorokin dawno zwrócił uwagę, że w czasach katastrof następuje koncentracja wszystkich procesów poznawczych jednostki na przetrwaniu i stępienie wrażliwości wobec wszystkiego co zewnętrzne. Człowiek w takich okolicznościach staje się bardziej egoistyczny, mniej wrażliwy na przeżycia innych i przez to skory do zachowań agresywnych. Nie trzeba być antysemitą, by nie dostrzegać cierpienia innych.
Chyba żaden naród poza Niemcami nie był tak psychicznie pogruchotany. Nigdzie indziej elity nie zostały tak przetrzebione, bieda nie była tak dokuczliwa. W żadnym innym kraju procesy atomizacji i atrofii więzi moralnej nie zaszły tak daleko. Polacy byli wówczas społeczeństwem przetrąconym, pozbawionym elit i instytucji, przelewającym się we wszystkich kierunkach. Bardziej przypominali "kaszę społeczną" - masę rodzinnych wspólnot o plemiennym charakterze - niż społeczeństwo. Zapytam retorycznie, czy to wszystko nie miało wpływu na powojenną moralną zapaść? Przypomnijmy, co się działo w Nowym Orleanie po parodniowym huraganie. W Polsce "huragan" trwał ponad pięć lat, a nawet dłużej.

Nienawiść w czasach zarazy
Pod datą 1 stycznia 1946 r. Zygmunt Klukowski, którego dzienniki Gross kilkakrotnie cytuje, zapisał: "Minął jeszcze jeden ciężki rok i wstępujemy w nowy, już ósmy kalendarzowy rok wojny". Dla wielu Polaków zmagania wojenne nie zakończyły się wraz ze zdobyciem Berlina. Zwłaszcza na Białostocczyźnie, północnym Mazowszu, w Lubelskiem toczyła się regularna wojna domowa. O południowej Polsce, terenie zmagań z Ukraińcami, mówiono nowy Meksyk. Ziemie zachodnie i północne określano mianem Dzikiego Zachodu. Pacyfikowane były wsie, a nawet miasteczka. Ofiarami linczów padali nie tylko Żydzi, również Niemcy i Ukraińcy, a nawet... złapani na rabunku radzieccy żołnierze. Ostrze agresji skierowane było także wobec polskiej grupy narodowej. Płytki grób gdzieś pod lasem to ważny element ówczesnego pejzażu. Czy nie należałoby go uwzględnić i zastanowić się, jaki istnieje związek między ogólnym wzrostem agresji a przemocą skierowaną wobec Żydów?
Powojenna Polska to kraj okupowany i niesuwerenny. Niektóre regiony były grabione w sposób zorganizowany i planowy, wszędzie dochodziło do aktów bandytyzmu i maruderstwa. Wystarczała plotka o pojawieniu się w mieście jednostek Armii Czerwonej, by dochodziło do zbiorowej paniki, chowania żywności, ukrywania się kobiet. W październiku 1945 r. zdesperowani mieszkańcy Nowego Sącza, wielokrotnie najeżdżani przez pacjentów znajdującego się w tym mieście szpitala wojskowego, chwycili za "siekiery, widły, łomy żelazne, by bronić swego dobytku i życia". W obliczu ciągłych najazdów wzbierała ludzka rozpacz i agresja, częsta reakcja na strach. Z raportu milicyjnego: "Z uwagi, że pod Nowym Sączem stacjonują od wczoraj nowe oddziały sowieckie, [...] zachodzi obawa wzmożonych rabunków i rozpaczliwej samoobrony podnieconych obywateli". Czy nie można zaryzykować hipotezy, iż w niektórych przypadkach przemocy wobec Żydów mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem przeniesienia agresji?
Gross wiele miejsca poświęca korzyściom materialnym wyniesionym z Holocaustu przez Polaków, napadom bandyckim na Żydów. Zgoda. Tak było. Problem jednak w tym, że bandytyzm należy uznać za zjawisko wówczas bez mała powszechne, prawdziwą plagę społeczną, której ofiarami padali przede wszystkim Polacy, Niemcy i Ukraińcy. Pamiętajmy, że miliony ludzi wyruszyły na szaber, grabiąc nie tylko na tzw. Ziemiach Odzyskanych, ale również w centrum kraju. Czy nie należałoby wspomnieć, że rabunek mienia żydowskiego to część większego zjawiska nie mającego nic wspólnego z antysemityzmem?
Wreszcie ostatnia kwestia. Dlaczego Gross w swoich rozważaniach choć raz nie napomknął, że powojenna Polska to kraj łachmaniarzy i nędzarzy? Że wiosną 1945 r. na dużych obszarach kraju panował głód? Że Kielce to stolica regionu głodującego? W sprawozdaniu ze szczególnie zniszczonych wojną powiatów województwa kieleckiego w sierpniu 1945 r. pisano: "Chodzące szkielety, okryte łachmanami, zawszone, brudne, niedostatecznie odżywione, zupełnie stępiałe na wszelkie przejawy społeczno-polityczne, łatwo ulegające podszeptom reakcji - to podatny materiał do burzliwych wystąpień i demonstracji, do desperackich odruchów, na jakie głodny tłum zdobyć się może w chwilach ostatecznej rozpaczy". Nie wspomnieć o tym, to tak jakby opisywać średniowieczny pogrom, nie zaznaczając słowem, że nastąpił podczas zarazy.
Trzeba to powiedzieć wprost: wrogość wobec Żydów była w powojennej Polsce zjawiskiem rozpowszechnionym. W jakiejś mierze wyrastała z doświadczenia wojennego, miała też korzenie związane z procesem kształtowania świadomości narodowej, również naszą religijnością. W tej części obraz Grossa przedstawiony w "Strachu" należy uznać za w dużej mierze zgodny z prawdą historyczną.
Szkopuł w tym, że Sąd Ostateczny składa się z trzech tablic, na których znajduje się kilkaset postaci i wiele epizodów. Spojrzenie na jeden z nich nie tylko nie daje wyobrażenia o całości, ale także utrudnia zrozumienie jego samego.

Marcin Zaremba
Autor jest historykiem, adiunktem w IH UW i ISP PAN. Za książkę "Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm" otrzymał Nagrodę Historyczną "Polityki". Obecnie przygotowuje pracę "Wielka trwoga 1944-1947".