E-mail

English






Anna Frajlich 2008-03-26
http://www.gazetawyborcza.pl/1,75248,5056616.html

(bez znakow polskich)

Ten marzec zacz±ł się dla mnie 1 stycznia 1969 roku. Wyszli¶my z mieszkania na dwie godziny, a po powrocie zobaczyli¶my na drzwiach namalowany kred± napis: "Tu mieszka hołota - Żydzi".

Czulam sie napietnowana.

Podobnie zreszta jak i wtedy, gdy przed wyjazdem poszlam odebrac z dziekanatu swiadectwo maturalne. "Jezeli pani wyjezdza, moze pani wziac takze indeks" - powiedziala urzedniczka.

Byl to szlachetny gest z jej strony i wielka przysluga, ale wówczas odczulam to bolesnie - ze nawet w miejscu mojej mlodosci "górnej i durnej"
mam wypisane na czole: "Jestem "syjonistka "".

Ten marzec skonczyl sie dla mnie 12 listopada 1969 roku. Na Dworcu Gdanskim zegnali mnie mama i ojciec. Nie wiedzielismy, kiedy i czy w ogóle sie zobaczymy. I choc póltora roku pózniej rodzice do nas dolaczyli, ja wciaz czuje tamten uscisk matki. Tak jakby mial byc ostatnim.

Nie chcielismy jechac do Izraela. Ja, tracac jedna ojczyzne, nie chcialam juz zadnej. Mój maz Wladyslaw Zajac uwazal, ze powinnismy pojechac jak najdalej od Europy. Stany byly tym "najdalej". Przed nami dotarli tam moi tesciowie oraz dwie siostry meza.

Ten nagly wyjazd, z przystankiem w Wiedniu, przyspieszyl moje dojrzewanie. Uswiadomil, jak kruche fundamenty mialo nasze bezpieczenstwo, i zmusil do przejecia kontroli nad wlasnym zyciem.

***

Przez ostatnie cztery lata w Polsce pracowalam w wydawnictwach dla niewidomych. W 1966 roku jako mlodszy redaktor asystowalam Jerzemu
Szczyglowi przy narodzinach "Niewidomego Spóldzielcy". To on skierowal mnie do swego dawnego profesora na Uniwersytecie Warszawskim Jana Kotta, który pomógl mi zdobyc pierwsza prace na Uniwersytecie w Stony Brook.

Prowadzilam tam lektorat z jezyka polskiego. Trzy godziny w tygodniu. Pensji starczalo na podróz i papierosy.

Po roku marcowy emigrant z Lublina, profesor Wolf Szmuness, przyjal mnie do pracy w laboratorium naukowym przy stacji krwiodawstwa. Zlitowal sie, gdy sie dowiedzial, ze oboje z mezem jestesmy bez pracy i w dodatku z malenkim dzieckiem. Nie potrafilam pisac po angielsku, a musialam przeprowadzac i opracowywac wywiady z homoseksualistami do badan nad zóltaczka wszczepienna. Nauczylam sie, a praca w tym laboratorium byla dla mnie wspaniala szkola amerykanskiego zycia. Poznalam instytucje amerykanskie od wewnatrz.

Po czterech latach laboratorium stracilo grant, wiec musialam szukac nowej pracy.

Zlozylam aplikacje na studia doktoranckie na uniwersytecie w Nowym Jorku. Zostalam przyjeta, bo profesor slawistyki Zoya Yurieff czytala moje wiersze publikowane od 1972 roku w londynskich "Wiadomosciach". Doktorat robilam przez kilkanascie lat w systemie part-time. Nie stac mnie
bylo na oplacenie studiów, wiec rozciagnelam je w czasie. Wtedy tez zostalam korespondentem kulturalnym Radia Wolna Europa.

Przeprowadzilam dla RWE pierwszy wywiad z Czeslawem Miloszem po otrzymaniu przez niego Nobla w listopadzie 1980 roku.

***

W 1993 roku przyjechalam do Polski. Bylam pod swoim domem w Szczecinie [tam tez kiedys Anna Frajlich-Zajac mieszkala], chodzilam po ulicach i czulam, jakby to bylo zycie po smierci.

Kiedy jestem w Polsce, mysle, ze to mogloby byc moje zycie, ale nie jest. Jesli jest we mnie ból, to jest to ból moich rodziców. Dopiero sama odrzucona zrozumialam ich wielkie bolesne odczuwanie straty za Lwowem. Tymczasem zostali przymuszeni do kolejnego exodusu. I umarli na wygnaniu. Ale te ich groby pozwalaja zakorzenic sie mnie i mojemu synowi.

Mial dwa lata, gdy wyjezdzalismy z Polski. Nic nie pamieta. Ale kiedy pierwszy raz pojechal do Warszawy, zrobil fotografie wszystkich miejsc, o których mu opowiadalam. Nasza kamienice, trasy naszych spacerów, a nawet szpital, w którym sie urodzil.

***

Kiedy wychodze z uniwersytetu, patrze na Columbie i mysle, ze jestem szczesliwa, bo udalo mi sie zyc w jednym z najpiekniejszych miejsc w Ameryce. Mówi sie, ze tu czlowiek czuje sie jak ziarnko piasku, ale to nieprawda. Ameryka to kraj indywidualistów. Ja jestem szczesliwa, ze nie musialam porzucac mojej milosci do literatury.

Jednak mimo ze zdolalismy odbudowac swoje zycie, konsekwencje Marca nie zbladly ani na chwile. Bo godnosc czlowieka jest najcenniejszym darem i kazdy zamach na ten dar, kazde jego sponiewieranie, nie daje sie zapomniec.

Zauwazam tendencje do bagatelizowania tamtych wydarzen. Nawet w semantyce ujawnia sie to stosowanymi zamiennie sformulowaniami "wygnanie" i"emigracja". Ale te slowa odnosza sie do róznych realnosci. Kazdy wygnaniec jest emigrantem, ale nie kazdy emigrant jest wygnancem.

Nasza emigracja byla skutkiem wygnania. Kryterium tego wygnania jest bycie/zostanie podmiotem wygnania i nie zmienia tego otwarte obecnie granice polityczne ani rozmyte granice semantyczne.

W Polsce bywam co kilka lat. Ale rana jest nie do zagojenia. Jakkolwiek okazala sie twórcza rana.

***

( ) Szukam swojej ulicy
jedynej niepowtarzalnej
na jawie we snie i w rozdarciu
pomiedzy jawa i snami
w magicznym kalejdoskopie
mienia sie rózne ulice
ich zapach i zgielk mam pod skóra ( )
ale zatarly sie nazwy
i cyfry znad bram opadly
kto wie
co jest moje co obce
i który adres
to adres.


Fragment wiersza Anny Frajlich pt. "Bez adresu"

Anna Frajlich