E-mail

English






OD REDAKTORA STRONY:

"Polish-Jewish Heritage Foundation" w Montrealu wyraża podziękowanie Katarzynie Lipszyc za poniższy artykuł na temat publikacji wspomnień z czasów Zagłady, które prowadzi Ilona Gruda, obecnie Prezes Fundacji. Artykuł ten wyszedł już w Polsce, w kwietniowym numerze Midraszu, a obecnie publikujemy go na naszej stronie, aby więcej osób dowiedziało się o tej sekcji w naszej Fundacji.

Polish-Jewish Heritage Foundation
Opowieści o własnych losach. Publikacje
Katarzyna Lipszyc

Dwie bratnie fundacje "Polish-Jewish Heritage Foundation" działają w Toronto i Montrealu.  Od 2001 roku Fundacja w Montrealu publikuje wspomnienia z czasów Zagłady nadsyłane przez ich autorów lub rodziny osób już nieżyjących.  Wydawane są w niewielkim nakładzie i rozsyłane do wybranych bibliotek i instytucji. "Nie należy dopuścić do tego, aby te świadectwa znikły wraz ze świadkami. Są one ponadto pomnikiem wystawionym tym, którym nie udało się przeżyć tych tragicznych czasów. Ważnym jest aby pamięć o nich nie zaginęła" -czytamy we wstępie redakcyjnym do każdej pozycji. I dalej: "Publikujemy te wspomnienia w języku, w którym zostały napisane, z pełnym zaufaniem co do ich autentyczności". Dotychczasowy dorobek wydawniczy Fundacji pokazuje, jak dobrze, z jaką kulturą wywiązuje się ona z podjętego zadania. Do tej pory ukazało się dwanaście  wspomnień. Trzy w języku angielskim, pozostałe po polsku.. Wszystkie są ogromnie ciekawe, wszystkie są ważne. Pisane są na ogół wiele lat po wojnie (choć często na podstawie robionych wcześniej zapisków), a więc częstokroć nasycone przekazami, przemyśleniami innych, czasem odciska się na nich piętno późniejszych generalizacji i opinii, czasem wreszcie autorzy wspomnień otwarcie z nimi polemizują. Zawsze są to jednak przede wszystkim, i co najcenniejsze, relacje z własnych przeżyć.

"Churchill powiedział kiedyś, że historia człowieka to historia wojny  z przerwami nienaturalnego pokoju. Doświadczenia mojej rodziny zdają się te słowa wiarygodnie potwierdzać." Dobitnie i wiarygodnie potwierdzają te słowa nie tylko losy rodziny Marii Epstein, która tak napisała, ale wszystkie bez wyjątku relacje opublikowane przez kanadyjską Fundację.  Jeśli autorzy wspomnień swoje ocalenie przypisują -  a tak zazwyczaj jest -  łańcuchowi szczęśliwych okoliczności, to do tych należałoby zaliczyć, i to bynajmniej nie na ostatku, ich osobowości, bądź osobowości rodziców, którzy walczyli o ich przeżycie. Przekonują o tym opowiedziane historie.

Historie są oczywiście bardzo różne i różnie opisane.  Żadna z osób nie przeżyła czasu okupacji ukrywając się za przysłowiową "szafą" - z tego powodu, bądź też z racji wieku nie mogły pisać wspomnień w czasie wojny. Dlaczego piszą dopiero pod koniec życia? Na temat tego, dlaczego w ogóle piszą, wypowiadają się w zasadzie wszyscy i bardzo podobnie: bo czują potrzebę pisania, bo chcą zostawić świadectwo rodzinie. Autorzy wspomnień to w większości ludzie wykształceni, choć z wyjątkami nie zajmujący się zawodowo pisaniem. O swoim życiu potrafili napisać dobrze. To że zdecydowali się  (dotyczy to zwłaszcza osób żyjących w Polsce lub żyjących nadal w Polsce spadkobierców wspomnień) przekazać relacje kanadyjskiej Fundacji, świadczy oczywiście o zaufaniu do tej organizacji, ale pozwala też wyciągnąć smutny wniosek, że nie znaleźli w kraju wydawnictwa, które byłoby gotowe je opublikować. 

Kilka wspomnień składa się z dwóch niejako odrębnych części: okresu spędzonego w getcie i okresu ukrywania się po "aryjskiej stronie". Oczywiście, jak we wszystkich tego rodzaju świadectwach z czasów Zagłady,  okres ukrywania się każdy przeżył  inaczej, na swój wyłącznie sposób; takich relacji - nawet spisywanych po kilkudziesięciu latach - nie zastąpi żadna synteza czy generalizacja. Dwie historie dotyczą prawie wyłącznie okupacyjnej Warszawy. Hanna Wehr  ("Ze wspomnień, Montreal 2001) pochodzi z zasymilowanej rodziny inteligenckiej. Mieszkała z rodzicami przy ulicy Królewskiej, gdy wybuchła wojna.  Była wówczas nastolatką. Ojciec, oficer rezerwy, posłuszny  apelom dowództwa, wyszedł w pierwszym tygodniu okupacji z Warszawy kierując się na wschód , przeżył wywózkę ze Lwowa na Syberię, zaciągnął się do armii Andersa, ale do końca wojny nie dotrwał. Hanna z matką   zostały przesiedlone do getta na jesieni 1940 roku, mieszkały tam na ulicy Pawiej. Przebywały w nim do zimy 1943 roku. Opis życia w warszawskim getcie obejmuje zatem praktycznie cały okres jego istnienia. Od względnie normalnego życia w pierwszym roku, kiedy autorka uczyła się na kompletach (bynajmniej nie tajnych, bo "władze się tą nauką wcale nie interesowały  i wcale jej nie ścigały"), pracowała w "Toporolu"  (Towarzystwie Popierania Rolnictwa) i uczęszczała na koncerty, poprzez stopniowe rozwiewanie się złudzenia - nawet wśród tych, którzy mieli możliwości ucieczki - że "lepiej być ze swoimi", po rozpaczliwe indywidualne szukanie dróg ocalenia.  Swoje wspomnienia autorka uzupełnia często informacjami zasłyszanymi od bezpośrednich świadków. Obie z matką przeżyły akcję wysiedleńczą w 1942 roku dzięki chwilowemu zatrudnieniu w fabryce Schulza przy ulicy Pawiej. Stopniowo zaczęły dochodzić do getta wieści o losie wywiezionych. Wreszcie dotarło świadectwo na piśmie - zaczęła krążyć broszura Jankiela Wiernika o tym, co się dzieje w Treblince. "Ale nadal nie wszyscy wierzyli". Dzień przed ogłoszoną przeprowadzką fabryki do Trawnik uciekły z getta. Ukrywały się "na aryjskich papierach" najpierw u znajomej rodziny na Żoliborzu, potem wielokrotnie zmieniały miejsce zamieszkania "Na każdego uciekiniera - pisze Wehr - przypadała nie jedna, ale co najmniej kilka osób i rodzin, które naraziły swoje życie." Po wojnie wystąpiły o Medal Sprawiedliwych dla matki i dwóch córek Sieneńskich, które im pomagały. Ostatni okres wojny po upadku  powstania warszawskiego spędziły w Kielcach.

Druga "warszawska" opowieść o ocaleniu to fascynująca relacja Stefanii Staszewskiej (Szochur), ("Dni grozy", Montreal 2006), znanej aktorki Teatru Żydowskiego w Warszawie. Staszewska zmarła w Warszawie w 2004 roku, jej wspomnienia oddały do druku córki. Autorka opisuje niemal dzień po dniu, co przeżyła w "dniach grozy" począwszy od zimy 1941. roku w getcie warszawskim (miała wtedy 18 lat), przez wywózkę w pierwszych dniach powstania  w getcie do obozu pracy w Poniatowej, ucieczkę stamtąd, i wreszcie przez trzy miesiące - te relacjonuje już niemal godzina po godzinie -  rozpaczliwej bieganiny po Warszawie, bez papierów, bez stałego schronienia, zdana na łaskę i niełaskę  ledwie poznanych ludzi, dopóki nie udało jej się dostać i papiery i bezpieczne miejsce schronienia. Staszewska była przed wojną działaczką lewicowej organizacji Spartakus i w getcie, dopóki to było możliwe, działała w konspiracji, organizowała zajęcia dla dzieci. Przejmująca jest zmiana nastroju wspomnień, gdy sytuacja każe jej porzucić rolę działaczki ("A co my na to? Co organizacja? Co partia?(.) Żadnych dyspozycji nie otrzymałam.") i wbrew własnej naturze  wszystkie siły żywotne skupić na jednym - ocaleniu własnego życia. Przejmujące są postacie ludzi, na których niemal wymusza pomoc, przyzwoitych, ale do bólu przestraszonych, przejmujące postacie przygodnie spotkanych żydowskich dzieci, ukrywanych bez rodziców, o smutnym, nieruchomym spojrzeniu. I jeszcze jedno. Niezwykłym bohaterem wspomnień Staszewskiej jest zmarła w 2006 roku Klementyna Krymkowa (Klima Furswerk), pedagog i organizator działań teatralnych dla dzieci i młodzieży: m.in. współpracowała z teatrem "Baj". W czasie wojny, po wyjściu z getta (gdzie również prowadziła działalność teatralną) pomagała z ramienia Żegoty innym ukrywającym się. Staszewska uczęszczała przed wojną do gimnazjum im. Zofii Kadeckiej, w którym Krymkowa uczyła języka polskiego i prowadziła z wielkim talentem kółko teatralne. Była dla swej uczennicy ogromnym autorytetem moralnym. W swojej tułaczce po okupacyjnej Warszawie  autorka wszystkie nadzieje na ocalenie związała ze znalezieniem  swojej dawnej mistrzyni.  Udało jej się to niemal cudem i nie zawiodła się! To dzięki niej doczekała szczęśliwie końca wojny zatrudniona jako służąca w domu na warszawskim Boernerowie .

Mieszkający od 1969 roku w Kopenhadze Gustaw Kerszman, profesor mikrobiologii, ( "Jak ginąć to razem", Montreal 2003, także  wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 2006) jest synem znanego przed wojną białostockiego okulisty. W latach 1941-43 przebywał wraz z rodzicami w getcie białostockim, później rodzina ukrywała się na aryjskich papierach w Warszawie. W chwili zamknięcia w getcie miał zaledwie dziewięć lat, ale i z tego okresu wiele zapamiętał. Niektórych rzeczy nie sposób byłoby zapomnieć. Po "akcji" w lutym 1943 roku,  widział wiszącego na szubienicy obok Judenratu człowieka. "Ojciec wyjaśnił mi, że człowiek o nazwisku Małmed czy Mełamed chlusnął na wchodzących do jego mieszkania Niemców kwasem." Dziś w Białymstoku jest ulica Icchaka Małmeda. Również w tych wspomnieniach bodaj najciekawsza jest część poświęcona ukrywaniu się rodziny w okupowanej Warszawie. Początek tego okresu zbiegł się z wybuchem powstania w getcie warszawskim - jego odgłosy wyraźnie dochodziły do mieszkania przy ulicy Miodowej, które było pierwszym miejscem schronienia matki i syna. Ojcu również wkrótce udało się dołączyć do nich z Białegostoku, ale gdy cała trójka zostaje zatrzymana przez gestapo (wstrząsający opis tego zdarzenia), już stamtąd nie wyszedł. Matka wielokrotnie ratowała życie sobie i synowi dzięki odwadze i brawurze, z jaką stawiała czoło szantażystom i przesłuchującym ją gestapowcom. On sam, jak pisze, dojrzewał niesłychanie szybko, przedwcześnie interesował się polityką, połykał książki i gazety. Szczegóły przeczytanej wtedy broszury Jankiela Wiernika "Rok w Treblince". zapamiętał na całe życie. "Kontaktów z dziećmi natomiast bałem się i skutecznie ich unikałem." Był również bystrym obserwatorem przebiegu wydarzeń podczas Powstania Warszawskiego, które oboje z matką przeżyli  w schronieniu na Żoliborzu. Po jego upadku doczekali końca wojny w Skierniewicach, cały czas nie ujawniając swojej tożsamości.

Getto białostockie przeżyła też Halina Gburowska, obecnie pracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie ("Haneczko musisz przeżyć, Montreal 2007). Ona również miała dziewięć lat, gdy znalazła się z rodzicami w getcie, matka zginęła wkrótce po przeprowadzce tam. Z rodziną Kerszmanów  mieszkali na tej samej ulicy. Przypadkowo, w 2005 roku, dowiedziała się, że Gustaw Kerszman żyje i że napisał książkę o swoich okupacyjnych przeżyciach. To stało się dla niej bezpośrednim  bodźcem napisania własnych wspomnień. Uratowała się również "na aryjskich papierach", ale w zgoła innych okolicznościach. W 1943 roku została wyprowadzona z getta przez znajomych ojca, poddana przez nich stosownej edukacji religijnej i obyczajowej i zawieziona - jako "chrześcijańska sierota z Warszawy" -  do prostej wiejskiej rodziny w Surażu  nad Narwią.. Tam, po paru miesiącach, mimo owej starannej edukacji, jej pochodzenie zostało odkryte, i to dzięki dociekliwości niewiele od niej starszego syna gospodarzy. Rodzina, choć żywiąca niechęć do Żydów, mimo pierwszej negatywnej reakcji, decyduje się ją jednak zatrzymać. Opiekunkę  przekonał do tego ksiądz, argumentując, że " za doprowadzenie do wiary żydowskiego dziecka pójdzie prosto do nieba". (Warto odnotować, że obu rodzinom, dzięki którym ocalała, przyznano na wniosek autorki Medal Sprawiedliwych). Po zakończeniu wojny odebrał ją ojciec, który ocalał z transportu do Treblinki. "Moje marzenie się spełniło. Od razu wyznałam ojcu. 'Nie jestem już Haneczka, tylko Halinka'. Powiedziałam o swoim chrzcie i o tym, że jestem katoliczką. Ojciec uściskał mnie mocno, wycałował i powiedział, że chrzest i sprawy religii nie są dla niego ważne.  Mogę być katoliczką, najważniejsze, że żyjemy." Jednak z czasem porzuciła wiarę katolicką.  Z przyznawaniem się do żydostwa wśród ludzi, którzy o jej pochodzeniu nie wiedzieli, było trudniej.

Ten ostatni temat - odnajdywanie tożsamości  - zajmuje centralne miejsce we wspomnieniach Haliny Mirskiej - Lasoty (1930 -  2006) ("Ucieczka od przeszłości", Montreal 2006), wybitnej tłumaczki z języka rumuńskiego. Ten niespełna czterdziestostronicowy,  świetnie napisany tekst jest głębokim studium własnej świadomości w latach okupacji i późniejszych przemian w refleksji nad tym najbardziej ważącym i najbardziej dramatycznym okresem życia autorki. Halina Mirska przeżyła wczesne dzieciństwo w Równem i gdy zaczęła się okupacja niemiecka, bardzo szybko została oddzielona od rodziców, którzy najprawdopodobniej zginęli w równieńskim getcie. Rodzice, przypuszczalnie w trosce o jej bezpieczeństwo, nie informowali jej o swoich zabiegach mających na celu jej ocalenie. Zabiegi te okazały się skuteczne, ale pozostał w niej głęboki uraz  wywołany przeświadczeniem, że rodzice ją porzucili. "Przez długie lata myślałam, że wszystko, co się odtąd ze mną działo, było dziełem przypadku, szczęśliwego zbiegu okoliczności. Teraz rozumiem, że przez cały czas wojny ktoś nade mną czuwał, że był cały łańcuch ludzi dobrej woli, którzy mnie w jakimś sensie przekazywali z rąk do rąk, że moi Rodzice pewne rzeczy dla mnie przewidzieli i coś dla mnie zaplanowali. Myśleli o mnie." Potem była zatem przeprawa do Warszawy i pobyt w prowadzonym przez siostry sierocińcu w Płudach, który ciepło wspomina i gdzie staje się wierzącą katoliczką; po ewakuacji sierocińca w 44. roku przygarnięcie przez rodzinę ziemiańską w Sierpcu . "Utożsamiałam się z Kłobukowskimi w stu procentach - z ich zwyczajami , z ich poglądami, chciałam do nich należeć." To poczucie, że znalazła swoje miejsce, zostaje znów zachwiane, gdy kontaktuje się z nią ocalała rodzina i gdy jej opiekunowie dowiadują się o jej pochodzeniu. W rezultacie wybiera samodzielność i przenosi się do internatu sióstr Zgromadzenia Zmartwychwstania Pańskiego w Warszawie, tam robi maturę. Dalsza część wspomnień to opowieść o stopniowym, bolesnym  wyplątywaniu się z obciążeń wywołanych przeżyciami okupacyjnymi, a przede wszystkim próbami bycia "kimś innym" - o samotnej walce ze sobą toczonej niejako równolegle do aktywnego życia zawodowego i aktywnego udziału u boku męża w życiu społecznym.

Sven Sonnenberg ( A Two Step Journey to Hell", Montreal 2001) dzieli swoje wspomnienia na dwie części: "Under Fascism" i "Under Communism". Doprowadza  je do momentu opuszczenia Polski  po wydarzeniach marcowych 1968 roku. Gdy wybuchła wojna  - miał wtedy 7 lat -  mieszkał z rodzicami w Jabłonowie koło Grudziądza, odległym o niecałe dwadzieścia kilometrów od ówczesnej granicy z Prusami Wschodnimi.. Zaraz po wkroczeniu Niemców zostali stamtąd wraz z innymi żydowskimi rodzinami  wywiezieni i ostatecznie znaleźli się w getcie w Drzewicy niedaleko Opoczna.. Getto, w którym stłoczono około 2000 ludzi, było wydzielonym kwartałem ulic nie strzeżonym, nie ogrodzonym i nawet nie oznakowanym; jedyne oznakowanie stanowiły plakaty ostrzegające przed tyfusem, które przylepiono na obrzeżnych domach kwartału, gdy w getcie wybuchła epidemia tyfusu. Nadzorował je, wraz z innymi gettami okręgu, garnizon niemiecki stacjonujący w Opocznie, dokonując regularnych nalotów. Autor wspomina wrogie na ogół nastawienie mieszkańców wsi.  Wraz z siostrą i matką Niemką przeżyli "akcje" i ostateczną likwidację getta chowając się w lesie. Potem doczekali końca wojny w ruinach opustoszałego kwartału, podobnie jak przedtem ukrywając się podczas nalotów Niemców. Pod koniec wojny, gdy do Drzewicy weszły oddziały Wermachtu, zostali wydani przez polskich sąsiadów, ale oficera, który znalazł ich kryjówkę,  nie interesowało żydowskie pochodzenie, a jedynie przydatność Svena jako tłumacza z języka niemieckiego na polski. W Drzewicy, "tym przeklętym miejscu", był jeszcze świadkiem rozstrzelania pojmanych Niemców przez radzieckich żołnierzy.  Ów drugi tytułowy "stopień do piekła" to życie w komunistycznej Polsce. Rozpoczyna je pobyt w domu dziecka  w Helenówku koło Łodzi, do którego Komitet Żydowski w Łodzi kierował dzieci uratowane z Zagłady (matka została tam zatrudniona w stołówce). Okresowi temu, portretom wychowawców i losom wychowanków poświęca autor sporo miejsca. Z prawdziwą miłością pisze o ówczesnej dyrektorce domu dziecka, Marii Falkowskiej (zmarła w 1998 roku), z którą , podobnie jak wielu innych wychowanków tej placówki, utrzymywał serdeczny kontakt przez całe życie. Po szkole TPD była  Politechnika Wrocławska, potem Politechnika Warszawska, praca w przemyśle lotniczym i wyjazd z Polski po wydarzeniach 68. roku. I tak by wyjechał, pisze,  a sytuację potraktował jedynie jako sprzyjającą okoliczność i ostatni bodziec. ""Gdybym tego nie zrobił, nie miałbym do siebie szacunku i nie mógłbym spojrzeć na siebie w lustrze". To raczej wyjątkowy akcent na tle innych wspomnień tych, którzy opuścili Polskę.

Przeżycia wojenne urodzonej w 1914 roku Reginy (Inki) Milichtajch ("Jak przeżyłam II wojnę światową", Montreal 2005) to getto łódzkie i obozy koncentracyjne w Oświęcimiu, Bergen-Belsen i Magdeburgu. W getcie łódzkim była aż do jego likwidacji w sierpniu 44,  potem została wywieziona do Oświecimia, a po dwóch tygodniach do Bergen-Belsen. Ani tu ani tam  nie wiedziała, podobnie jak nie wiedziały tego jej współtowarzyszki, że tuż obok znajdują się  fabryki śmierci. Potem obóz koncentracyjny w Magdeburgu, w którym wprawdzie nie było komór gazowych ani krematoriów, ale to właśnie tam po raz pierwszy zetknęła się z planową likwidacją więźniów, gdy w marcu 45. roku Niemcy w obliczu nadchodzącej klęski starali się pozbyć więźniów ewakuowanych obozów. Cudem w trakcie takiego "marszu śmierci" (termin ukuty dopiero po wojnie) ocalała. Wraz z siostrą zostały przygarnięte przez będącą na robotach Polkę i u niej doczekały końca wojny. Musiały jednak zataić przed nią swoje pochodzenie:: "Żydówek ratować nie będę". Milichtaich opuściła Polskę w marcu '68 i zamieszkała w Kopenhadze. Swoje wspomnienia napisała w 1989 roku.

Najbardziej dramatyczne wspomnienia obozowe to relacja łodzianina Mieczysława Chodźko (1903 - 1992) ("Ucieczka z Treblinki", Montreal  2004). Swoje przeżycia z okresu okupacji Chodźko spisał pod koniec życia, rękopis oddała do druku córka autora. Po wybuchu wojny ściągnął żonę z dwiema córeczkami z Łodzi do Warszawy, skąd w kwietniu 40. roku przenoszą się razem do Miedzeszyna, gdzie niebawem na terenie Falenicy i Miedzeszyna zostaje utworzone getto. Na dzień przed  jego likwidacją żona autora z dziećmi  ukrywają się "po aryjskiej stronie" Zasadniczy tekst wspomnień zaczyna się od szczegółowego opisu tragicznego dnia 19 sierpnia 1942 roku, kiedy 6000 żydowskich mieszkańców getta falenickiego wraz z 2000 Żydów przypędzonych z getta z Rembertowa wywieziono do Treblinki. Już dla samej tej części, niezależnie od opisu dalszych doświadczeń autora, jego tekst jest niezwykle cenny: relacji dotyczących zagłady falenickiego getta  nie ma zbyt wiele (pomijam tu oczywiście relacje zawarte w Księdze Pamięci, która wciąż nie jest w całości dostępna dla polskiego czytelnika.) W Treblince Chodźko został skierowany do obozu pracy (Treblinka I) , jego 71.letni ojciec został natychmiast posłany do komory gazowej. Kolejne rozdziały książki są wstrząsającym opisem rocznego pobytu autora w tym obozie. Tekst powstał na podstawie robionych na gorąco zapisków, na jesieni 1944 autor opublikował też już był kilka artykułów na temat swoich przeżyć w Treblince w organie PKWN "Rzeczpospolita". We wrześniu 1943 roku, miesiąc po słynnym buncie więźniów w obozie śmierci Treblinka II, wraz grupą dwunastu więźniów również zorganizował udaną ucieczkę. Przedostał się do Falenicy, tam udzielała mu pomocy rodzina Zaksów, która zresztą przez cały okres okupacji przechowywała żydowskie dziecko.  Po jakimś czasie odnalazł ukrywające się na aryjskich papierach żonę i córki i  razem doczekali nadejścia Armii Czerwonej. Końcowe fragmenty  dotyczące falenickiego "krajobrazu po bitwie" są również cenne ze względów, o których pisałam wcześniej, choć wyczuwa się w nich przemilczenia w kwestiach, o których dopiero od niedawna mówi się głośno.

Książka Marii Epstein "Macierzyństwo za drutami - Motherhood Behind Barbed Wire" wydanie dwujęzyczne, Montreal 2006) to świetne, zdyscyplinowane pisanie o własnych przeżyciach. A przeżycia były niesamowite. W lutym 1940 roku Epstein przyjechała ze Lwowa do Mińska na Białorusi. Tam bowiem znalazł się jej narzeczony, zatrudniony w fabryce aparatów radiowych w Wilnie, kiedy Sowieci przenieśli fabrykę wraz z personelem właśnie do Mińska. Radziecka rzeczywistość jest szokiem dla młodej krakowianki. Po zajęciu Mińska przez Niemców (była świadkiem straszliwego losu sowieckich jeńców wojennych) znalazła się w getcie, a potem wraz z mężem w obozie pracy, który powstał przy przejętej z kolei przez Niemców fabryce. Dzięki temu, wraz z kilka dziesięciorgiem Żydów uniknęła zagłady w mińskim getcie, które ostatecznie zlikwidowano w marcu 1944 roku ."Żyliśmy jak zwierzęta, zaszczuci, zmuszani do pracy o głodzie i chłodzie, bez wytchnienia". W marcu 1942 roku urodziła w baraku obozowym córeczkę Krystynę. W tych warunkach, nie przerywając niewolniczej pracy, bez żadnych ulg w traktowaniu  - o pomocy lekarskiej nie wspominając - dotrwała z mężem i dzieckiem do wyzwolenia od Niemców. Agresywny antysemityzm pod władzą radziecką, aresztowania i zsyłki ocalonych z zagłady pod zarzutem niemieckiej kolaboracji - "takie było to wyzwolenie". Pokonując nieprawdopodobne trudności udało im się repatriować do Polski. Dziś Maria Epstein mieszka w Kanadzie. O swoim wyjeździe po wydarzeniach marcowych pisze: "Tak bardzo zohydzono nasze życie, że myśleliśmy już tylko o tym, aby oderwać się od tak kiedyś drogiej nam ziemi. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że to uczucie niechęci zamieni się kiedyś w tęsknotę, która wypełniać nas będzie po brzegi i że fizyczny ból odczuwać będziemy na myśl o mieszkaniu na Wareckiej, o głosach przyjaciół w telefonie, o wszystkich sprawach składających się na naszą tam codzienność."

Trzy książki wydane przez Fundację dotyczą przejść okupacyjnych na kresach południowowschodnich, na terenie dzisiejszej Ukrainy. Wspomnienia te są bogatsze o jeszcze jedną okupację - sowiecką (dotyczy to oczywiście również wspomnianych wcześniej wspomnień białostockich). Na tych też terenach okupacja niemiecka wkraczała już na innym etapie, ze  znacznie większym impetem. Dodatkowym tragicznym wątkiem są pogromy miejscowej ludności na swoich żydowskich sąsiadach w pierwszych miesiącach po wkroczeniu Niemców.
Eliasz Bialski  ("Patrząc prosto w oczy", Montreal 2002, urodził się w 1910 roku w Radomiu,  zmarł w  roku 1996. Przed wojną ukończył studia na SGGW. Wspomnienia, napisane w latach 80., oddała do druku żona. Niewiele ponad rok temu ukazały się one również nakładem wydawnictwa ŻIH (Warszawa 2006). I dobrze, bo lektura tych wspomnień jest arcyciekawa. Obejmują one trzy dekady życia autora począwszy od czasów pierwszej wojny światowej, a miejsca, między którymi przyszło w tym okresie autorowi się przemieszczać, wprost trudno wymienić. W 1915 roku jako element niepewny dla władz rosyjskich (dziadek był powstańcem 1863 roku) rodzina zostaje wywieziona z Radomia do Połtawy na Ukrainie. Z sześcioletniego pobytu tam Bialski zapamiętał między innymi postać wybitnego rosyjskiego pisarza Włodzimierza Korolenki, z którym mieszkali po sąsiedzku.

Gdy wybuchła druga wojna światowa, nie dając wiary radom "starego i mądrego Żyda", że niebawem wszystko wróci na swoje miejsce, bo "Żydzi zazwyczaj okazywali się bardzo potrzebni i bardzo przydatni dla władzy, ucieka pieszo na wschód. I tak zaczyna się jego odyseja po wschodniopołudniowych terenach II Rzeczpospolitej. Z racji wykształcenia pracował najpierw pod władzą radziecką jako agronom powiatowego urzedu ziemskiego, wizytując posiadłości obszarnicze zamieniane teraz na kołchozy , a po wybuchu wojny niemiecko - sowieckiej, który zastał go we Lwowie, w licznych majątkach pod zarządem niemieckim, podając się za Polaka. Jego wspomnienia tak z jednego, jak i z drugiego okresu (jak też z dramatycznych doświadczeń we Lwowie, gdzie również ukrywał się na aryjskich papierach) są istną kopalnią informacji na temat wzajemnych stosunków nacji, które się na tych ziemiach stykały. We Lwowie był świadkiem ukraińskiego pogromu na Żydach tuż po zajęciu miasta przez Niemców. Na przełomie 43. i 44. roku w majątku niedaleko Kołomyi przeżył rzeź, jaką zgotowali ukraińscy mieszkańcy wsi swoim polskim sąsiadom.. A wśród wielu innych dramatycznych wątków ponura opowieść o Ukraińcu imieniem Rudy, podwładnym Bialskiego, gdy ten, w 1943 roku, był zarządcą majątku Łuka w powiacie horodyńskim. Miejscowi chłopi ze szczegółami opowiedzieli autorowi, jak w czerwcu 41 roku , tuż po wejściu Niemców i najprawdopodobniej za ich przyzwoleniem, Rudy zorganizował okrutny pogrom - topienie rodzin żydowskich w Dniestrze. Wykonawcy wzorowali się na podobnym "obrzędzie" przeprowadzonym w połowie 17. wieku podczas najazdu Chmielnickiego. "Pokazano mi w magazynie świeże ślady krwi na ścianach. Ślady cierpień katowanych na słupach i drzwiach, zanim wywożono ich na wozach do promu. (.) Tego potwornego mordercę Rudego miałem na co dzień na widoku, był przecież moim podwładnym".  Planował potajemne zabójstwo Rudego, ale się na to nie zdobył. Miejscowy unicki ksiądz, którego zapytał o zdanie, stwierdził, że "to była zbiorowa ekstaza na tle religijnym i patriotycznym i nikogo winić nie można.".

Mila Sandberg - Mesner ( "Light From the Shadows", Montreal 2005) pochodzi z zamożnej rodziny z Zaleszczyk. Z sentymentem i czułością wspomina dzieciństwo i dom rodzinny. Od 1949 roku mieszka w Kanadzie i działa obecnie aktywnie w Polish-Jewish Heritage Foundation. Od wyjazdu nie chciała odwiedzić Zaleszczyk. Wpłynęły na to nie tylko jej przejścia okupacyjne, ale, jak pisze, relacje jej ziomków, którzy się na taką wizytę odważyli. Trudno się dziwić: ten sławny niegdyś kurort nad Dniestrem, mimo wspaniałego krajobrazu i przyrody, robi dziś wrażenie na wskroś przygnębiające. Autorka miała 15 lat, gdy wybuchła wojna. W trakcie okupacji sowieckiej rodzina przeniosła się do Kołomyi i tam po napaści Niemiec znalazła się w getcie. Podczas jego ostatecznej likwidacji w październiku 42.roku Mila wraz z kuzynkami wyskoczyła w pobliżu Chodorowa z transportu wiozącego je do Bełżca. Dzięki pomocy przyjaciela rodziny, Niemca z pochodzenia oraz proboszcza z Kołomyi, ojca Peciaka, który wystawiał fałszywe metryki ((został zamordowany przez Gestapo), przeżyły resztę okupacji na  aryjskich papierach. W Bóbrce, gdzie pracowały jako Polki, Niemcy dokonali w tym czasie likwidacji tamtejszego getta rozstrzeliwując wszystkich mieszkańców i grzebiąc ich w masowym grobie. Po zakończeniu wojny, które zastało ją we  Lwowie, Mila Sandberg  wróciła na krótko do Zaleszczyk i w kwietniu '45 roku wyjechała wraz z ocalałą częścią rodziny do Rumunii.

Tych samych po większej części miejsc dotyczą niezwykle ciekawe wspomnienia Tosi Szechter - Schneider "Someone Must Survive to Tell the World" (Montreal 2007). Autorka spędziła dzieciństwo w Zaleszczykach, potem w Horodence, gdzie widziała wejście Rosjan (była wtedy po 4.klasie szkoły podstawowej), uwięzienie polskich żołnierzy, wywózki na Syberię. Po wejściu Niemców z okolicznych miejscowości dochodziły wieści o pogromach Ukraińców na Żydach ( między innymi o pogromie w Niezwiskach, o którym wspomina Bialski, gdzie utopiono w Dniestrze 200 Żydów). W Horodence nie było pogromu: na prośbę przedstawicieli gminy żydowskiej ksiądz zaapelował z ambony do wiernych, aby powstrzymali się od aktów gwałtu. W getcie w Horodence, a potem w Tłustem, chowając się w kryjówkach, uniknęła śmierci podczas kolejnych akcji likwidacyjnych. Wreszcie, tuż przed ostateczną likwidacją getta uciekła  wraz z bratem  do obozu pracy w Lisowcach - gdzie komendantem był kuzyn Hansa Francka, ale "przyzwoity Niemiec". W Tłustem zagłada żydowskich mieszkańców dokonała się na miejscu, jak w niezliczonych miejscowościach dzisiejszej Ukrainy. Nazajutrz po zakończeniu akcji Tosia Szechter postanowiła pójść do Tłustego, by zobaczyć, czy ktoś z rodziny przeżył: "Gdy zbliżałam się do miasta, musiałam przejść koło żydowskiego cmentarza. Widok był niewiarygodny: wszędzie walały się zakrwawione strzępy ubrań. Wokół leżały podarte banknoty, dolarowe i w miejscowej walucie, które ofiary wolały zniszczyć niż pozostawić mordercom. W pobliżu wejścia był ogromny, świeżo wykopany grób, ledwo przysypany ziemią."
Po wejściu Rosjan przedostała się do Czerniowiec, które przed wojną leżały tuż za granicą polską po stronie Rumunii, a po wejściu Armii Czerwonej znalazły się na terenie Związku Radzieckiego. Odnalazła tam wujostwo, które się nią zaopiekowało. Swojemu pobytowi w tym mieście na przełomie lat 1944/45 poświęca kilka interesujących stron. (Czerniowce, w podobnym kontekście, pojawiają się też we wspomnieniach Eliasza Bialskiego).  Opowiada, jakie wrażenie na przybyszach ze zniszczonych doszczętnie żydowskich miasteczek tuż za Prutem, robiło to miasto, które  zachowało, przynajmniej zewnętrznie, swój blichtr z czasów monarchii  austro-węgierskiej. Ale zaraz okazuje się, że ściągający do miasta ocalali Żydzi są nieludzko traktowani przez władze sowieckie, które wykorzystują ich brak dokumentów, aresztują i wysyłają do kopalni w Donbasie. Dalsze koleje losu to repatriacja do Polski i dwuletni, też ciekawie opisany, okres wyczekiwania w amerykańskiej strefie w Niemczech na wyjazd do Stanów.

W 1997 roku Tosia Szechter-Schneider odwiedziła wraz z mężem Horodenkę. Odnalazła młyn, w którym pracował przed wojną jej ojciec i gdzie rodzina ukrywała się w czasie akcji w getcie. "Miejsce wyglądało tak samo, wokół leżały worki z mąką, wszędzie wisiały przyprószone mąką pajęczyny. Ledwo zdołałam zejść po wąskich schodach i z trudem trzymałam na wodzy uczucia wobec gromady zaciekawionych robotników, która nas otoczyła."


Więcej o wspaniałej postaci Klementyny Krymkowej oraz jej działalności po wojnie można przeczytać we wspomnieniu Anieli  Uziembło, Gazeta Wyborcza ,Stołeczna z dnia 28 grudnia 2007, (dział "Pożegnania"), patrz także jej własne wspomnienia o działalności w getcie: " Baj" w piekle", w książce " W kregu warszawskiego  "Baja ",( PIW, Warszawa 1978).

Zob. też wywiad Teresy Torańskiej z Gustawem Kerszmanem w Gazecie Wyborczej, Duży Format, 10 marca, 2008.