E-mail

English






Moje obywatelskie doniesienie na IPN

Mirosław Czech Gazeta Wyborcza
2008-06-23

W roku 1992 nie było żadnych procedur lustracyjnych i każdy mógł do woli oczerniać kogo i jak się dało. Kurtyka i spółka swoim ideologicznym zacietrzewieniem, ignorancją prawną i bałamuctwem w historiografii - chcą nas cofnąć do tego czasu

IPN pod kierownictwem Janusza Kurtyki osiągnął duży sukces - ugruntował nihilizm prawny pleniący się w polskim życiu publicznym na skalę dotąd nienotowaną. Polityków oduczył posługiwania się konstytucją, ustawami i kodeksami, dużą zaś część mediów - myślenia. Jakby w sprawach lustracji prawo przestało w Polsce obowiązywać, państwo służyć miało do bezkarnego represjonowania obywateli, a opinia publiczna sprowadzać się do roli statystów linczu na dowolnie wybranym delikwencie.

Wydawało się, że po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z maja ubiegłego roku, w którym sędziowie zmiażdżyli podstawowe pomysły tzw. powszechnej lustracji - radosna twórczość IPN w dziedzinie prawa już nie będzie nam zagrażać. Byliśmy w błędzie. IPN niczego się nie nauczył i z niczego nie zrezygnował. Chce nadal stać ponad i poza prawem. Lustrować na dziko, ferować wyroki po orzeczeniach sądu i zmuszać państwo, by uznało esbeckie papiery za źródło prawdy i prawa.

Wydając książkę Cenckiewicza i Gontarczyka, Kurtyka i jego mocodawcy testują granice, do jakich mogą się posunąć w naruszaniu prawa i przepisywaniu historii Polski na nowo. Pragną udowodnić, że państwo i jego nowa władza są wobec nich bezsilni, bo PO przez kilka lat głosiła hasło IV RP i nic złego im teraz nie zrobi.

Pierwszą rundę wygrali na punkty. Wałęsa zareagował nerwowo, jakby miał coś do ukrycia. Premier Donald Tusk powiedział, że będzie robił wszystko, żeby obronić dobre imię Wałęsy i idei "Solidarności", ale że będzie walczył również o to, by "tacy ludzie jak Cenckiewicz mogli pisać książki". Szlachetnie, ale w całej sprawie nie chodzi o tę ponurą postać i możliwość pisania przez nią książek. Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski życzył byłemu prezydentowi dużo zdrowia i "mniej emocjonalnych reakcji". Jakby o nerwy Wałęsy chodziło.

Jedynie sąd warszawski, który przed ośmiu laty potwierdził prawdziwość jego oświadczenia lustracyjnego, zachował się jak należy. Przypomniał, że swój wyrok oparł na żelaznych dowodach - dokumentach SB w sprawie fałszowania teczki Wałęsy. Pokazał, że państwo nie jest bezbronne wobec działań IPN oraz że może i powinno byłemu prezydentowi pomóc.
Warto pójść śladem wskazanym przez sąd i zaprowadzić elementarny ład w debacie, która toczy się obok istoty problemu, jaki przed nami postawił IPN.

Druga lustracja Wałęsy
Po pierwsze, wbrew opinii części polityków i mediów, działania IPN nie są efektem "nierozliczenia się przez III RP z komunistyczną przeszłością", późnego rozpoczęcia lustracji w Polsce czy braku dekomunizacji. Jest dokładnie na odwrót - IPN wydał książkę skierowaną przeciwko procedurom lustracyjnym ustanowionym w 1997 roku, potwierdzonym w roku 2007 i czytelnie zinterpretowanym przez kilka wyroków Trybunału Konstytucyjnego.
Celem napisania książki wyrażonym wprost przez autorów jest próba poddania rewizji orzeczenia sądu lustracyjnego w sprawie przeszłości Lecha Wałęsy. Autorzy nie oparli swoich ustaleń na nowym materiale źródłowym, lecz reinterpretowali dokumenty już znane. Nie wykonali rzetelnej pracy źródłoznawczej, pomijając istotne dokumenty i nie zamieszczając sentencji wyroku sądu lustracyjnego wraz z uzasadnieniem, choć podjęli z nim polemikę.
Po drugie, dla państwa problem stanowi nie to, że tak napisana książka w ogóle się ukazała. W Polsce mamy wolność słowa i nikt nie uprawia cenzury. Problem stworzył IPN jako jej wydawca oraz Piotr Gontarczyk jako jej współautor. Pisząc do niej wstęp i stawiając za wzór rzetelności badawczej, prezes Kurtyka wziął za nią pełną odpowiedzialność. Nie tylko osobistą, lecz również w imieniu instytucji państwowej, którą kieruje. Gontarczyk jako wicedyrektor biura lustracyjnego IPN otworzył kwestię wznowienia postępowania lustracyjnego Wałęsy. Notabene, zajmuje to stanowisko, choć nie jest prawnikiem, lecz politologiem.

Po trzecie, zgodnie z uchwaloną w ubiegłym roku nowelizacją ustawy lustracyjnej IPN w procesie lustracyjnym przestał pełnić funkcję archiwum dla prokuratora, jakim był rzecznik interesu publicznego, bo sam przejął jego funkcje. Biuro lustracyjne ma podwójną podległość - jego zwierzchnikiem jest prezes IPN oraz minister sprawiedliwości jako prokurator generalny. Dyrektora biura powołuje i odwołuje premier. Rząd ma więc bezpośredni wpływ na to, co robi biuro.

Po czwarte, zgodnie z artykułem 21 tejże ustawy postępowanie lustracyjne zakończone prawomocnym wyrokiem - czyli jak w sprawie Wałęsy - może być wznowione w dwóch przypadkach. Jeżeli w związku z postępowaniem dopuszczono się przestępstwa, "a istnieje uzasadniona podstawa do przyjęcia, że przestępstwo to mogło mieć wpływ na treść orzeczenia" oraz jeśli "po wydaniu orzeczenia ujawnią się nowe fakty lub dowody nieznane przedtem sądowi wskazujące na to, że prawomocne orzeczenie z powodu nowych faktów i dowodów jest oczywiście niesłuszne".

Ustawodawca zapisał też, że "postępowania na niekorzyść osoby lustrowanej nie wznawia się po upływie 10 lat od uprawomocnienia się orzeczenia".

Po piąte, kluczowym pytaniem w sprawie książki wydanej przez IPN jest to, czy w świetle jej ustaleń zachodzą przesłanki do wznowienia procesu lustracyjnego Wałęsy? A także to, na czyje polecenie działał Gontarczyk - dyrektora biura lustracyjnego czy też bezpośrednio prezesa IPN, gdy podważał orzeczenie sądu? I co na ten temat wiedział lub też nie wiedział jego zwierzchnik minister Zbigniew Ćwiąkalski?

Jeśli biuro lustracyjne uznaje, że Wałęsa skłamał i współpracował z SB, to niech poinformuje opinię publiczną, w którym punkcie nie zgadza się z orzeczeniem sądu i na podstawie jakich dowodów. Jeśli zaś nie znajduje podstaw do wznowienia postępowania, to niech odpowie, dlaczego przyzwala na mało radosną twórczość swojego wicedyrektora? Z mocy ustawy badaniami naukowymi w IPN zajmuje się bowiem biuro edukacji publicznej.
Po szóste, IPN sam z siebie nie udzieli wyjaśnień w tych sprawach. Jego rzecznik już zapowiedział, że nie jest planowane wystąpienie z wnioskiem o wznowienie postępowania lustracyjnego byłego prezydenta. Inicjatywa musi więc należeć do ministra Ćwiąkalskiego. Zobowiązuje go do tego prawo i ludzka przyzwoitość. Jego działań oczekuje zbulwersowana opinia publiczna. Właściwa władza państwowa musi też pomóc byłemu prezydentowi.

Wałęsa powinien pozwać IPN
Po siódme bowiem, Lech Wałęsa otrzymał status osoby poszkodowanej i nikt mu tego tytułu nie odebrał. W preambule do ustawy o IPN zapisano, że instytucję tę powołuje się, "mając na względzie powinność zadośćuczynienia przez nasze państwo wszystkim pokrzywdzonym przez państwo łamiące prawa człowieka, jako wyraz naszego przekonania, że żadne bezprawne działanie państwa przeciwko obywatelom nie mogą być chronione tajemnicą ani nie mogą ulec zapomnieniu".

Dzisiaj w imieniu "naszego państwa" Kurtyka et consortes nie tylko, że nie czynią zadość wielokrotnie krzywdzonemu przez komunizm Wałęsie, lecz narażają go na nowe represje. Bo za takowe należy uznać szarganie jego dobrego imienia przez instytucję państwową wbrew procedurom przewidzianym przez prawo. Jeśli były prezydent chce kogoś pozywać przed sąd, to nie indywidualnie Kurtykę, Cenckiewicza i Gontarczyka, bo nie o nich chodzi w tej sprawie. Pozwać winien IPN i jego biuro lustracyjne, a pośrednio także ministra sprawiedliwości za brak właściwego nadzoru na jego działaniem.

Po ósme, parlament winien jak najszybciej dostosować ustawę lustracyjną do ubiegłorocznego wyroku Trybunału Konstytucyjnego. IPN czuje się bezkarny, bo posłowie na czele z marszałkiem nie wykonują swojej roboty. Udają, że problemu nie ma lub że można go przeczekać. Właśnie dostają lekcję, że Kurtyka i jego mocodawcy nie darują im takiego komfortu.

Parlament i rząd powinni pamiętać, że swoim zaniechaniem przykładają rękę do najnowszej krzywdy, jaka dzieje się Lechowi Wałęsie i polskiej historii. Polityczny cel braci Kaczyńskich jest rzeczą wtórną wobec rękawicy, jaką IPN rzucił państwu polskiemu. Nie jesteśmy w roku 1992, gdy nie było żadnych procedur lustracyjnych i każdy mógł do woli oczerniać, kogo i jak się dało. Kurtyka i spółka, swoim ideologicznym zacietrzewieniem, ignorancją w kwestiach prawa i bałamuctwem w historiografii - chcą nas cofnąć do tego czasu. Na władzach państwa spoczywa odpowiedzialność, by im to uniemożliwić. Mają do tego niezbędne instrumenty prawne. Potrzebna jest jedynie wola, by z tym problemem się uporać.
Do marszałka Bronisława Komorowskiego oraz ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego zwracam się, by potraktowali moje słowa nie jako publicystykę, lecz jako najprawdziwsze obywatelskie doniesienie.