E-mail

English







KILKA MYŚLI O ODPOWIEDZIALNOŚCI I PATRIOTYZMIE

Stefan Wilkanowicz

Miesięcznik 'Znak', luty 2001

Dobrze się stało, że Zdzisław Krasnodębski postawił wyraźnie problem odpowiedzialności wnuków za dziadków i narodu za mniejszą czy większą grupę do niego należącą. A także uwidocznił sprzeczności w traktowaniu tego emocjonalnie palącego zagadnienia.


W dyskusjach o mordzie w Jedwabnem (i w innych dotyczących Zagłady) powraca stale wątek odpowiedzialności - oby nie zbiorowej - ale jednak jakoś rozciągającej się na różne wspólnoty, lokalne czy narodowe. Oczywiście nie można mówić o prawnym ponoszeniu odpowiedzialności za winy przodków (chyba że na ich grzechach skorzystaliśmy - kosztem innych). Nie jesteśmy też za nie bezpośrednio moralnie odpowiedzialni, to nie są nasze winy.


Ale musimy sobie postawić pytanie: jakiego rodzaju związki łączą nas z naszymi przodkami?


Dla mnie wchodzą tu w grę wdzięczność i solidarność. Wdzięczność za to, co nam przekazali dobrego, za wyposażenie nas w rozmaite, materialne i duchowe, dobra. Ale także i przekonanie, że zło, które uczynili, wymaga jakiegoś zadośćuczynienia, choćby symbolicznego, choćby nazwania go i wyrażenia żalu. A czasem także zadośćuczynienia materialnego. Nie wahamy się go domagać od dzisiejszych Niemców, którzy przecież nie są winni zbrodni Hitlera. I wcale na nich nie zarobili, ponieśli też ogromne straty, a gdyby ten szaleniec mógł, to pewnie też by ich unicestwił, bo nie okazali się go godni.


Ta swoista odpowiedzialność za naszych przodków ma jeszcze inny wymiar - metafizyczny czy duchowy - bowiem katastrofa zła domaga się dobra, jakiejś odpowiedzi na nie, choć trudno mówić o zrównoważeniu.


W ujęciu chrześcijańskim idzie to jeszcze dalej. Jesteśmy wszyscy połączeni duchowymi więzami i dlatego modlimy się jedni za drugich, za tych, którzy przeszli, i za tych, którzy przyjdą. Za tych, którzy dawno umarli, i za tych, którzy się urodzą za kilka wieków. Bo dla Boga czas nie istnieje, a nasze czyny i modlitwy tworzą duchowy kapitał, który On "rozdziela" wedle swej mądrości i miłości.


Możemy sobie wymyślać różne teorie dotyczące związków między ludźmi, ale i tak jesteśmy z sobą związani, czy tego chcemy, czy nie, czy o tym wiemy, czy nie. Pomagamy sobie lub szkodzimy, nawet nic o sobie nie wiedząc.


Ta solidarność z przodkami wiąże się z inną - solidarnością z naszymi następcami. Im chcemy przekazać wszystko, co mamy najlepszego, a także przestrzec przed niebezpieczeństwami, które mogą im grozić. Dlatego musimy badać zło, które się stało, bo wiedza o nim będzie im potrzebna, aby umieli go uniknąć. I dlatego dobrowolnie pokutujemy za grzechy przodków, aby naszym następcom zostawić poczucie odpowiedzialności i jakąś odpowiedź na zło, odpowiedź, która stwarza nadzieję.


Kochamy nasze wnuki i dlatego czujemy się odpowiedzialni za naszych dziadków.


Zastanawiając się nad postawami tych Żydów, którzy chlebem i solą witali oddziały Armii Czerwonej, nie zapominamy o tych, którzy podobnie witali oddziały niemieckie - bo też wybawiały je od zła, które wydawało się im absolutne. Metropolita Szeptycki pisał do Piusa XII, że nie wyobrażał sobie, aby mogło istnieć zło większe niż bolszewizm, i dlatego Niemców traktował jak wybawicieli. Dopiero po kilku miesiącach przekonał się, że wybawiciele są jeszcze gorsi.


Rozumiemy takie postawy, ale wypada wyciągnąć stąd morał nieco inny, niż się to zazwyczaj czyni. Mamy mianowicie obowiązek zdobywania i szerzenia wiedzy, także niewygodnej czy wymagającej. Jest to obowiązek powszechny, płynący nie tylko z dobrze rozumianego własnego interesu, ale także z poczucia odpowiedzialności, solidarności z innymi. A dotyczy on w szczególności nauczycieli i dziennikarzy, którzy nie mogą się ograniczać do przekazywania informacji, muszą także po staroświecku uczyć mądrości. Choć nie otrzymują za to należytej zapłaty.


W naszej cywilizacji rośnie stale stopień coraz bardziej powszechnej współzależności, a zarazem staje się ona coraz bardziej krucha, wrażliwa na zakłócenia. Dziś "szary człowiek" ma dużo większe możliwości szkodzenia nawet całej ludzkości niż dawniej swojej wiosce. Widzimy to na przykładzie różnej maści terrorystów, ale może jeszcze bardziej hakerów czy wynalazców komputerowych wirusów - jeszcze sobie nie wyobrażamy, jakie mogą być w przyszłości skutki ich przemyślanych działań czy spontanicznych wygłupów. Cywilizacja ta wymaga coraz większego poczucia odpowiedzialności i solidarności, coraz większej wiedzy, zdrowia psychicznego i umiejętności współpracy. Dzisiejszy patriotyzm powinien być więc zarazem lokalny, narodowy i globalny.


Wygląda na to, że miłość bliźniego - tego nawet bardzo odległego - staje się patriotycznym obowiązkiem. A jednocześnie wyrazem rozumnej miłości własnej.


Nigdy się zapewne nie dowiemy całej prawdy o tym, co się stało w Jedwabnem. Będziemy poznawali różne okoliczności, ważne i mniej ważne, które będą korzystne raz dla takiej, raz dla innej opcji, raz będą łagodziły, raz zaostrzały sądy. Ale nie zmieni to zasadniczo mego przekonania, że to, co się stało w Jedwabnem, wymaga jakiejś odpowiedzi, jakiegoś dobra - i to krzyczącego. Nie wiem jakiego, ale wiem, że lokalnego i narodowego zarazem. Młodzież Jedwabnego uczyniła już pierwszy krok. Jakie będą dalsze?


Przypomina mi się tu młoda, 18-letnia Niemka, która przyjechała przed laty do Oświęcimia z grupą "Aktion Suehnezeichen", aby pracować i modlić się na terenie byłego obozu, aby pokutować za zbrodnie Niemców. Kiedy się ojciec dowiedział o jej zamiarze, spoliczkował ją. Mimo to przyjechała. Może dlatego, że bardzo kochała swojego ojca? Może myślała o swoich przyszłych dzieciach?



Stefan Wilkanowicz, ur. 1924, publicysta i działacz katolicki, długoletni redaktor naczelny 'Znaku', przewodniczący Fundacji Kultury Chrześcijańskiej 'Znak'.


Powyższy tekst napisany został dla miesięcznika 'Znak'.