E-mail

English







KRÓTKOWZROCZNOŚĆ "KULTURALNYCH"

Hanna Świda-Ziemba

Gazeta Wyborcza, 7 kwietnia 2001

Zanim przedstawię moje refleksje związane ze zbrodnią w Jedwabnem, złożę kilka deklaracji w kwestiach, w których toczą się dotychczasowe spory. Przede wszystkim więc uznaję wyłącznie podmiotowość i odpowiedzialność indywidualną. Jednocześnie uważam, że jesteśmy odpowiedzialni za społeczny rezonans i społeczne skutki naszych działań. Człowiek odpowiedzialny ma więc obowiązek znać i rozumieć mechanizmy społeczne i świat, w którym dokonuje wyborów. Nie może zakłamywać rzeczywistości dla niego niewygodnej ani się od niej odwracać.


Z tych założeń wynika, że człowiek odpowiedzialny musi znać i rozumieć historię swojego narodu. Po pierwsze bowiem, w historii ujawniają się uniwersalne mechanizmy społeczne, które dają podstawę rozumienia aktualności, a niekiedy mogą stanowić groźne ostrzeżenie. Po drugie zaś, istnieje zjawisko społecznego dziedziczenia postaw. Historia jest procesem ciągłym, aktualność zawiera w sobie przeszłość. Trzeba zatem wiedzieć, co z historii narodu pragnie się kontynuować, a co zdecydowanie potępić i zwalczać.


Ludzie o silnie rozwiniętej odpowiedzialności indywidualnej powinni więc nie tylko przyjąć do wiadomości zbrodnię w Jedwabnem, ale co więcej, poddać ten fakt głębokiej refleksji, która będzie też podstawą oceny dnia dzisiejszego i zakresu własnej odpowiedzialności.


Aby refleksja taka była możliwa, trzeba się zgodzić, że nasza wiedza o zbrodni w Jedwabnem jest już do oceny wydarzeń wystarczająca. Bez względu na to, czy Niemców było w Jedwabnem więcej, czy mniej, czy w stodole spalono 1632 osoby, czy znacząco mniej (załóżmy np. 933), bez względu na to, ilu Polaków brało w tym udział, niezależnie wreszcie od tego, czy Niemcy odegrali rolę przyzwalających obserwatorów, czy aktywnych prowokatorów, to nic nie zmieni prostej i okrutnej dziś dla nas prawdy - dążono do spalenia wszystkich Żydów - mieszkańców Jedwabnego, a zbrodni dokonała miejscowa ludność.


Przed zbrodnią są uprzedzenia


Trudno nie skojarzyć tej zbrodni z przedwojennym antysemityzmem. Dotąd nie doceniałam jego zbrodniczego potencjału. Po przeczytaniu książki Jana Tomasza Grossa musiałam pogodzić się z myślą, że w społeczeństwie polskim możliwe było masowe morderstwo dokonane przez tłum zwykłych ludzi. Zbrodni kieleckiej nie mogę już, jak dotąd, uważać za odosobniony, wyizolowany przypadek. W dwóch odległych miejscach - w innym czasie i w rozmaitych warunkach - doszło do zbrodni pod wieloma względami analogicznych. Jeśli dodamy jeszcze informację o Radziłowie, otrzymujemy sekwencję wydarzeń wskazującą, że odruchy zbrodnicze społeczeństwa polskiego wobec Żydów to nie były incydentalne wypadki, że ich glebą musiały być szeroko rozpowszechnione postawy.


Krytyczni wobec książki Grossa historycy kierują swą uwagę na doświadczenia związane z okupacją sowiecką. Podobnie przy analizie zbrodni kieleckiej wskazywano na udział Żydów w ówczesnym aparacie przemocy. Przypomnijmy jednak, że działający w pobliżu Jedwabnego oddział partyzancki został rzeczywiście rozbity na skutek zdrady, lecz donosicielami nie byli Żydzi. Jeśli podejrzenie padło na Żydów, to dlatego, że było to zgodne z wcześniejszym nastawieniem. Z powodu tego nastawienia ludność jedwabińska podczas okupacji sowieckiej dostrzegała Żydów, którzy witali okupacyjną armię, a nie zauważała analogicznie zachowujących się Polaków. Nie dostrzegała też Żydów, którzy nie brali udziału w manifestacji radości, lecz często stawali się ofiarami sowieckiej represji. To nastawienie sprawiło wreszcie, że prookupacyjne zachowania niektórych Żydów rozciągano na całą ludność żydowską zamieszkującą Jedwabne.


Pierwsza refleksja jest zatem natury historyczno-moralnej. Skoro już wiemy, że przedwojenne postawy antysemickie w Polsce zaowocowały w czasie wojny i bezpośrednio po niej zbrodniami, to należy przyjrzeć się im uważnie. Tymczasem o tym antysemityzmie niewiele dziś się mówi. Dotąd dominowało przekonanie, że jest on zamierzchłą przeszłością, którą zmyła wojna i groza Holocaustu.


O tym, że przedwojenny antysemityzm jest dziś słabo w naszej pamięci obecny, pisał Jacek Kurczewski we "Wprost": "Kusi powiedzieć, że zabijała ciemna wieś, ale od antysemityzmu nie były wolne miasta (...). Co więcej, zaraza dotarła do inteligencji. To też dziś przemilczamy. Gdy zajrzymy do Muzeum Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, przeczytamy o korporacji Respublika, która nie przyjmowała studentów pochodzenia żydowskiego 'niezależnie od ich wyznania' (...), zobaczymy portret Czarnowskiego, który przeciwko antysemityzmowi występował, ale nie znajdziemy nic o rasistowskich decyzjach władz akademickich czy o haniebnym stemplowaniu indeksów literą 'Ż'".


Można powiedzieć więcej - niektóre partie odwołują się dziś do tradycji Narodowej Demokracji, a rzadko i enigmatycznie wspomina się, że to ugrupowanie jawnie głosiło hasła antysemickie; oddaje się cześć dwudziestoleciu niepodległości, a nie mówi się o ekscesach antysemickich organizowanych przez młodzież z ONR-u; rzadko mówi się też o antysemickim nauczaniu ówczesnego Kościoła katolickiego.


Pisząc o antysemityzmie przedwojennej Polski, nie twierdzę, że antysemitami byli wszyscy Polacy. Jako dziecko (gdy wojna się skończyła, miałam niespełna 15 lat) stykałam się w Wilnie z różnymi środowiskami, ale z takimi postawami prawie się nie spotykałam. Znani też są ludzie tacy jak Stefan Czarnowski, Tadeusz Kotarbiński czy wielu innych, którzy protestowali publicznie przeciwko antysemityzmowi. Innymi słowy - choć nie można powiedzieć, że to Polacy (w domyśle całe społeczeństwo) byli wówczas antysemitami, to jednak prawdą jest, że antysemityzm w przedwojennej Polsce był szeroko rozpowszechniony i że podtrzymywały go społeczne autorytety. Dzięki książce Grossa fakty te nabierają nowego znaczenia.


Wina nieobecnych


Wiedza o Jedwabnem skłania jednak nie tylko do rewizji polskiej historii, ale przede wszystkim do rewizji ogólniejszych stereotypów, które i ja uważałam dotąd za prawdziwe. Otóż wedle dość powszechnego przekonania między antysemityzmem - nawet jeśli przybiera on formy tak drastyczne jak w Polsce przedwojennej - a zbrodnią istnieje przepaść. Po przeczytaniu książki Grossa wiem już, że tak nie jest, i za to jestem autorowi wdzięczna.


To dlatego głównie informacja o Jedwabnem i Radziłowie (zwłaszcza w świetle wiedzy o Kielcach) była dla mnie wstrząsem. Zrozumiałam, że uprzedzenie od zbrodni dzieli tylko cienki lód, który w każdej chwili może się załamać. W nienawistnych uprzedzeniach tkwi ładunek wybuchowy zbrodni. Może on nigdy nie eksplodować, jeśli tak szczęśliwie złożą się okoliczności. Ale to zależy od czynników dodatkowych, które za każdym razem mogą być inne. Dlatego też uważam, że szczegółowe historyczne badania dotyczące wątpliwości wobec książki Grossa mogą być rozstrzygane w ciszy gabinetów. Pozwolą one może ustalić warunki ("czynniki dodatkowe"), które w tym konkretnym wypadku przyczyniły się do zbrodni. Nie zmienią one faktu podstawowego, że ta straszliwa zbrodnia miała miejsce i że umożliwiły ją postawy antysemickie.


Charakterystyczne dla naszego życia publicznego są wszakże wyrażane często nadzieje, że właśnie te historyczne ustalenia mogą ową prawdę złagodzić do tego stopnia, że przestanie być bolesna. Dobrze tę postawę wyraża podtytuł do informacji w "Życiu" (z 26 stycznia br.) pt. "Instytut [Pamięci Narodowej] przesłuchuje nowych świadków". Brzmi on: "Żydów w Jedwabnem zamordowali Polacy czy też była to niemiecka prowokacja?". Tak jakby prowokacja mogła zdjąć odpowiedzialność ze sprawców mordu. Tymczasem prowokacja to tylko jeden z czynników, który gotowość do mordu wyzwala. Musi istnieć uprzednio podłoże psychiczne, do którego prowokator apeluje. Ani samej zbrodni, ani też podłoża, z którego ona wyrosła, prowokacja nie zmaże.


Tak więc trzeba zrewidować ocenę polskiego przedwojennego antysemityzmu, choć jego przejawy nie zawsze były brutalne. Często sprowadzały się jedynie do komentarzy o "wrednym żydowskim charakterze" i o "żydowskim niebezpieczeństwie" wygłaszanych na eleganckich spotkaniach towarzyskich.


Wydawałoby się, że między takimi niewinnymi pogaduszkami a straszliwą zbrodnią w Jedwabnem rozpościera się przepaść nie do przekroczenia, tym bardziej że uczestnicy takich rozmów niejednokrotnie w czasie wojny ratowali Żydów. Polscy przedwojenni antysemici byli też często zbyt kulturalni i delikatni, by posunąć się do zbrodni. A jednak uważam, że i tacy ludzie mogą przejrzeć się w wydarzeniach z Jedwabnego jak w strasznym zwierciadle. Choć sami mogli bezpośrednio nie robić nic złego, to jednak tworzyli atmosferę, sposób porozumiewania się, który obejmował swym zasięgiem cały obszar kraju. Komunikat o "wrednym charakterze Żydów" i "żydowskim niebezpieczeństwie" może owocować różnie, zależnie od osobowości ludzi i od okoliczności. Ale okoliczności są nie do przewidzenia, osobowości różne, a komunikat biegnący z ust do ust odrywa się od autorów. Zgadzam się w tym z Krystyną Skarżyńską ("Gazeta" z 25 listopada 2000 r.): mordercy z Jedwabnego nie działali w społecznej próżni. Dokonując mordu, współgrali - w swym mniemaniu - z "kulturalnym społeczeństwem", z osobami, których tam nie było, ale których głos był w tym momencie dla nich "słyszalny". Postawy morderców uwiarygodnione były nauczaniem w kościołach, uwagami i stwierdzeniami różnych autorytetów politycznych i społecznych. Zgodnie z tym komunikatem oni "nie zabijali ludzi", ale po prostu "wypalali żywym ogniem zarazę".


W ten sposób krąg odpowiedzialnych za zbrodnię w Jedwabnem i za inne zbrodnie dokonane na Żydach rozszerza się na wszystkich prezentujących postawy antysemickie w Polsce, jak również - pośrednio - na obojętnych, którzy im się nie przeciwstawiali. Być może są to ludzie, którym wszelka zbrodnia jest wstrętna, którzy nigdy nie przewidzieliby, że może do niej dojść. Jednak na skutek szczególnego zbiegu historycznych okoliczności ta zbrodnia ich także obciąża.


Trzeci krąg refleksji - ściśle związany z dwoma pierwszymi - jest najważniejszy, dotyczy bowiem współczesności. Jeśli ładunek zbrodni tkwi we wszelkich nienawistnych uprzedzeniach etnicznych, to siłą rzeczy książka Grossa prowokuje refleksję nad antysemityzmem w dzisiejszej Polsce.


Wedle rozpowszechnionego dziś przekonania postawy antysemickie co prawda w Polsce występują, ale stanowią wąski margines. Obserwacje socjologiczne podważają ten pogląd. Zgodnie z ich wynikami stwierdzam, że postawy takie są dziś szeroko rozpowszechnione, choć - poza przypadkami incydentalnymi - nie przybierają drastycznego charakteru. Gdy zaś weźmiemy pod uwagę nikłą liczbę Żydów w dzisiejszej Polsce, stwierdzimy, że postawy te musiały zostać odziedziczone z przeszłości. Najwyraźniej przez okres powojenny starsze pokolenia przekazywały młodszym swe przekonania o "wrednym żydowskim charakterze" i "żydowskim niebezpieczeństwie". Zagłada nie zmieniła postaw wielu (większości?) Polaków, nie przeorała polskiej świadomości. Postawy wobec Żydów przetrwały w nienaruszalnej postaci.


Z drugiej strony ukształtowała się po Zagładzie pewna forma poprawności politycznej, zgodnie z którą spektakularne, drastyczne ataki na Żydów są złem, a określenie "antysemita" także autentyczni antysemici traktują jako obelgę. To dlatego Polacy oburzają się, gdy Polskę określa się jako kraj antysemityzmu, i dlatego każda, nawet najbardziej antysemicka wypowiedź poprzedzona jest deklaracją: "Ja nie jestem antysemitą, ale...". To dlatego wreszcie antysemityzm w Polsce nie zawsze jest widoczny.


Objawił się wyraźniej dopiero po 1989 r. Wtedy i ja - dotąd przekonana, że zjawisko to ma w Polsce charakter marginalny - dostrzegłam nagle, że postawy antysemickie są u wielu ludzi głęboko zakorzenione. Od tego czasu, obserwując polskie społeczeństwo, widziałam, jak antysemityzm (negatywny, uogólniający stereotyp Żyda) przejawia się w życiu codziennym; w niekontrolowanych, mimowolnych odezwaniach i rozmowach: u fryzjera, na spacerach z psami, na przystankach, w pociągu, na przyjęciach towarzyskich. Uważam, że takie wypowiedzi mówią o nastrojach społecznych więcej niż deklaracje w ankietach.


Spróbuję więc - dla uwiarygodnienia swojej niepopularnej tezy - przedstawić niektóre przejawy dzisiejszego antysemityzmu. Najboleśniej dotykają one Polaków o żydowskich korzeniach. Przy tym stopień zakorzenienia w narodzie żydowskim może być różny. Często wystarczy mieć pradziadka Żyda, by zostać zakwalifikowanym ("rasowo") jako Żyd. Czasem słyszę na spotkaniach towarzyskich zdania: "A wiecie, dowiedziałem się, że X - to Żyd". Za owym "odkryciem" nie zawsze idzie cofnięcie sympatii czy szacunku do X, a jednak pada na niego cień. Dla Polaków mających przodków Żydów jest to sygnał bolesny. Taki człowiek czuje się naznaczony jako ktoś obcy, niegodny zaufania, komu trzeba patrzeć na ręce. Zauważmy przy tym, że jedynie żydowskiej "kropli krwi" przypisuje się takie znaczenie. Pochodzenie białoruskie, litewskie, rosyjskie czy niemieckie nie budzi żadnych emocji. Jedynie żydowska "kropla krwi" jest na tyle znacząca, że wszystkie inne kwalifikacje osobowe, a nawet rodzinne zostają odsunięte w cień.


Taki jest najpowszechniejszy przejaw polskiego antysemityzmu. Nie należy się dziwić, że niektórzy Polacy ukrywają swych żydowskich przodków. W innych krajach Zachodu - po wojnie - zjawisko to nie występuje. U nas uchodzi ono za naturalne. Ów podskórny antysemityzm jest tak głęboko zakorzeniony, że wręcz nie podlega wewnętrznej kontroli.


Co ty wiesz, a ja rozumiem


Na tym wszakże antysemityzm w Polsce się nie kończy. Na spotkaniach towarzyskich, a także w przypadkowych rozmowach można zetknąć się także z postawami jednoznacznie antysemickimi. Rozmówcy dają im wyraz zazwyczaj w sposób mniej otwarty niż przed wojną, a jednak treścią ich wypowiedzi jest nadal "żydowskie niebezpieczeństwo". Można się z tym spotkać znacznie rzadziej niż z tropieniem żydowskich przodków. Jednakże taki antysemityzm przejawia się w Polsce wystarczająco często, by można go było zakwalifikować jako problem społeczny.


Wyraża się on na przykład w przekonaniu, iż stanowiska zajmowane przez Polaków o żydowskich korzeniach bądź przez Żydów - lojalnych obywateli państwa polskiego - to stanowiska objęte przez "obcych". Ich obecność ma być świadectwem zagrożenia Polski przez "obcą narośl". Zazwyczaj nie mówi się tego wprost. Raczej opowiada się np. koszmarne historie o różnych konkretnych ludziach, za każdym razem mimochodem zaznaczając, że człowiek, o którym mowa, to Żyd. W rodzaju: "Ten Paweł - Żyd zresztą - to...".


Różnorakie fantazmaty snuje się również na temat perfidnych działań i zamiarów Żydów mieszkających zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami. Z charakterystycznym tego przykładem zetknęłam się w czasie odbudowy zabytków placu Teatralnego, w pobliżu którego mieszkam. Kiedy nie byliśmy informowani, co zostanie umieszczone w rekonstruowanych budowlach, słyszałam nieraz na spacerze z psem, że stanie tam hotel dla Żydów, a obok synagoga, "by Żydzi mieli blisko". Przy tym synagoga stanąć miała na miejscu przedwojennego kościoła katolickiego. Wyprowadzający swoje psy sąsiedzi poinformowali mnie również, że dom, w którym znajduje się moje mieszkanie spółdzielcze, dawno sprzedano potajemnie Żydom. Powinnam więc w każdej chwili spodziewać się eksmisji.


Informacje o "żydowskim niebezpieczeństwie" podawane są z reguły w kodzie: "Co ty wiesz, a ja rozumiem". Rozmówcy zakładają jako fakt naturalny, że partner podziela ich wizję rzeczywistości. Jeśli zaś spotykają się z oporem czy polemiką, natychmiast milkną. Kod, o którym piszę, wyraźnie zarezerwowany jest dla "swoich". Bardzo charakterystyczna była reakcja chłopa, z którym jechałam pociągiem. Gdy negatywnie zareagowałam na jego antysemickie wywody, spojrzał na mnie z lękiem, nieufnie, i powiedział: "Niepotrzebnie byłem szczery, bo może pani sama jest z 'nich' albo przez 'nich' przekupiona", a następnie zamilkł i nie odezwał się do końca drogi.


Innym przejawem polskiego antysemityzmu jest podejrzewanie o pochodzenie żydowskie lub określanie mianem Żyda wszystkich, do których żywi się niechęć czy nieufność, np. ludzi z rządu, Sejmu, niektórych kapłanów. W Łodzi Żydami nazywa się konkurencyjne drużyny piłkarskie. Obrońcy tezy, że antysemityzm jest w Polsce zjawiskiem marginalnym, zwracają uwagę, że tych zachowań nie można uznać za antysemityzm, bo nie są skierowane do prawdziwych Żydów. Ale właśnie o to chodzi, że zarzucenie politykowi żydowskiego pochodzenia jest skuteczną metodą jego zwalczania, a słowo "Żyd" służy za obelgę.


Wreszcie drażliwa sprawa żydokomuny. Ten problem wymaga odrębnego omówienia. Tu go tylko zasygnalizuję. Po pierwsze, tylko niektórzy Żydzi stawali się komunistami. Stając się nimi, odchodzili od judaizmu, od swojej gminy, tak więc i dla siebie, i dla Żydów przestawali być Żydami. Całe rzesze Żydów były zaś przez państwo sowieckie poddawane represjom i większość Żydów ani ideologii, ani systemu sowieckiego nie akceptowała. Dzieci żydowskie, które znałam w Wilnie, były równie antykomunistyczne jak dzieci polskie. Poddaję więc pod rozwagę czytelnikom, dlaczego polskie szmalcownictwo czy zbrodnicze zachowania w czasie okupacji przypisuje się "mętom narodu" lub (racjonalnie) "niektórym" Polakom, a komunizm po prostu Żydom? Dlaczego również - jak słusznie napisał w "Znaku" (czerwiec 2000 r.) Israel Gutman - Żyd współpracujący z władzą sowiecką jest przez Polaków postrzegany inaczej "niż rozmaici Piaseccy". Oprócz Żydów komunistów byli wszak i Polacy komuniści. Byli też na naszych dawnych terenach wschodnich komuniści Białorusini i Litwini, nawet Ukraińcy. Skąd więc wziął się mit o żydokomunie?


Po drugie, porównując zbrodniczość systemu hitlerowskiego i sowieckiego, zwykle nie bierzemy pod uwagę różnic w założeniach ideologicznych. A jest to istotne w ocenie ludzi, którzy byli ich wyznawcami. Założenia ideologii komunistycznej były humanitarne - to praktyka, najpierw rewolucyjna, a później biurokratyczno-państwowa okazała się zbrodnicza. Akceptacja założeń ideologii komunistycznej nie deprecjonuje więc człowieka tak jak akceptacja założeń partii faszystowskiej. Znając założenia komunistycznej ideologii, można zrozumieć nie tylko to, czemu okazała się ona atrakcyjna dla wielu ludzi, szczególnie dla ludzi tzw. awansu społecznego, ale też po ludzku zrozumieć, czemu była ona szczególnie atrakcyjna dla młodych ludzi o korzeniach żydowskich. Wszak byli to ludzie świadomi, że w wielu krajach, tak jak w przedwojennej Polsce, są traktowani jako ciało obce i zbyteczne, że w każdej chwili czekają ich pogromy i poniewierka. Po wojnie dołącza się do tego straszliwa świadomość Holocaustu. Dla nich wizja świata, w którym narodowość nie będzie miała znaczenia, w którym piętno raz na zawsze zostanie zmazane (wizja utopijna i fałszywa - jak się później okazało), musiała mieć szczególną siłę przyciągania.


Komunizm jest już przeszłością. Jeśli więc nie byłoby u nas uprzedzeń antyżydowskich, istniałaby tendencja zrozumienia, dlaczego wśród Polaków (inaczej niż np. wśród Czechów czy Bułgarów) komunizm był tak niepopularny, a wśród polskich Żydów - bardziej. A także jaką rolę w tej popularności odegrały zachowania Polaków wobec Żydów przed wojną. Takich rozważań prawie nie ma. Natomiast funkcjonują - uparcie powtarzane - stereotypy o żydokomunie.


Antysemityzm wreszcie wyraża się pośrednio poprzez reakcję polskiego Kościoła katolickiego oraz władz państwowych na przejawy spektakularnego społecznego antysemityzmu. Ludzie tych instytucji czynią co prawda gesty na rzecz tzw. porozumienia polsko-żydowskiego. Jednocześnie zachowują się tak, jakby antysemityzm był czymś zgoła nieistotnym wobec różnych faktów, którym przypisują wyższą rangę. Oddaje się np. cześć Narodowym Siłom Zbrojnym jako formacji, która najdłużej walczyła z komunistycznym rządem. Bezsporne morderstwa zaś dokonywane przez tę formację na Żydach (jako Żydach) bądź się ignoruje, bądź - niezgodnie z faktami - zaprzecza się im. Tu nie słyszę o wnikliwych badaniach historycznych, których wyniki ogłoszono by w prasie codziennej. Bardzo późno zareagowano na akcję stawiania krzyży w Oświęcimiu, a krzyż zwany papieskim stoi tam nadal, choć jego obecność przeszkadza wielu Żydom w modlitwie.


Obraźliwe i wręcz przestępcze antysemickie napisy na murach nie są przez władze miejskie szybko usuwane. W sandomierskiej katedrze wisi obraz oskarżający Żydów o morderstwa rytualne dzieci, a w imię szacunku dla zabytku nie ma mowy o jego usunięciu. Ks. Jankowski, który wygłaszał teksty antysemickie w kazaniach, nadając im tym samym moc "prawdy sakralnej", nie został bezwzględnie potępiony i na zawsze odsunięty od możliwości przemawiania do wiernych. Przeciwnie - często podkreśla się w dalszym ciągu, że jest to jednostka wybitna o wielkich zasługach dla "Solidarności".


Przez pryzmat Jedwabnego


Podsumowując, władze państwowe i Kościół, mimo zagłady Żydów dokonanej na naszych oczach i naszej ziemi, mimo że nasi niektórzy rodacy współuczestniczyli w Zagładzie, mimo powojennych pogromów, nie wysyłają zdecydowanych sygnałów potępienia wobec naszych antysemitów. Ten brak jednoznacznych sygnałów ze strony instytucji reprezentujących globalnie Polskę (władze polityczne, polski Kościół katolicki) ma znaczenie dla nastrojów społecznych i swobodnego szerzenia się postaw antysemickich. Postawy te mogą bowiem jawić się wówczas dla opinii publicznej jako etycznie neutralne, jako kwestia indywidualnego, niewinnego wyboru poglądów.


Prawdą jest, że aktualny antysemityzm polski nie przybiera najczęściej form drastycznych i groźnych. Żydzi czy ludzie o korzeniach żydowskich zajmują różne stanowiska, nie są jak przed wojną wyrzucani na margines, tworzą wraz z Polakami grupy towarzyskie, zawierają małżeństwa. A jednak uważam, że zarówno dzisiejsi polscy antysemici, jak i ci, którzy zjawisko to tolerują, wreszcie ci, którzy uznają je za fakt marginalny, powinni ocenić swoją postawę w świetle zbrodni w Jedwabnem. Bo każde nienawistne uprzedzenie etniczne bez względu na formy nosi w sobie ładunek zbrodni.


Pokazało to choćby doświadczenie Jugosławii. Studiujący dziś w Polsce studenci opowiadają, że dawniej może istniała jakaś niechęć między różnymi narodami czy wyznawcami różnych religii, lecz nie była ona jaskrawo manifestowana. Przeciwnie - ludzie różnych narodowości przyjaźnili się, były też małżeństwa mieszane. A jednak jugosłowiańska wojna ukazała, że te podskórne antagonizmy wybuchły (w pewnych warunkach właśnie) jak wulkan. Tak więc "łagodność" przejawów uprzedzeń etnicznych o niczym nie świadczy. Nie znamy przyszłości, a więc nie wiemy, czy i kiedy ten polski ładunek uprzedzeń etnicznych wobec Żydów może eksplodować.


Podsumowując - sądzę, że moralnym obowiązkiem jest nie tylko przyjęcie do wiadomości prawdy o Jedwabnem i wykonanie szeregu symbolicznych gestów, które zamkną sprawę przeszłości. Ten świadomościowy wstrząs powinien stać się przede wszystkim źródłem refleksji, dzięki której nowej wymowy nabierze wszystko to, co dotąd było bagatelizowane. Że dzisiejszy polski, łagodny zwykle w formach antysemityzm zacznie być postrzegany przez pryzmat Jedwabnego, że będzie traktowany jako realny ładunek zbrodni. Jedwabne to wielkie ostrzeżenie dla ludzi teraźniejszych. Z niego powinna wyrosnąć nowa polityka edukacyjna i społeczna rządzących i Kościoła, zapoczątkowana wyraźnym gestem symbolicznym. Takim gestem mogłoby stać się spełnienie apelu dr. Załmana pisanego w imieniu izraelskiego Komitetu Ziomkostwa Północnego Mazowsza ogłoszonego w "Rzeczpospolitej". Brzmi on:


"Niech obecny Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wolnej i demokratycznej w imieniu wszystkich opcji politycznych jasno i jednoznacznie (...) potępi w sposób najsurowszy tę małą skrajną grupę narodu polskiego za jej ludobójcze czyny. Byłby to akt o niezwykłym znaczeniu ludzkim i historycznym, odprężający atmosferę i oczyszczający sumienia dla naszego i przyszłych pokoleń".


Taka uchwała Sejmu, tak jak inne niezbędne gesty symboliczne, powinna być tylko wstępem do rewizji i zasadniczych zmian aktualnych postaw Polaków wobec "problemu żydowskiego" w naszym kraju. Wstrząs wywołany informacją o Jedwabnem powinien otworzyć dla nas nową kartę samoświadomości.


* Autorka jest socjologiem, profesorem w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Wydała m.in. książki: "Człowiek wewnętrznie zniewolony", "Wartości egzystencjalne młodzieży lat 90.", "Osobowość jako problem pedagogiki" i wspólnie z Krzysztofem Kicińskim "Przed Sierpniem i po Grudniu". W latach 1991-93 była sędzią Trybunału Stanu. Zasiada w Radzie Naukowej CBOS