E-mail

English







Lista Sendlerowej

Magdalena Grochowska

Gazeta Wyborcza, 9 czerwca 2001

Śni jej się do dziś, że rodzice nie chcą oddać dziecka. A następnego dnia ich mieszkanie jest już puste.


U sióstr felicjanek w Otwocku za bardzo rzucał się w oczy - był najstarszy i jego ruda głowa sterczała ponad głowami dzieci. Irena zadepeszowała do Turkowic koło Lublina, do sióstr służebniczek: Mam nową odzież".


Był rok 1943. Kilka miesięcy wcześniej ośmioletni Michał wyszedł z getta wraz z rodzicami. Jego matkę Irena zarekomendowała jako dobrą służącą, katoliczkę w pewnym otwockim domu. Uratowała się. Michał przeżył wojnę w Turkowicach.


Prof. Michał Głowiński, historyk i teoretyk literatury, jest jednym z 2500 dzieci żydowskich uratowanych przez referat dziecięcy Żegoty, którego kierowniczką była Irena Sendlerowa.


Weźcie mnie za ręce
Katarzyna Meloch, inne dziecko z Turkowic. Twarz zasłoniła rękami i słucha. Jest 24 maja 2001 r., siedziba Gminy Żydowskiej w Warszawie. Amerykańskie uczennice grają swą sztukę "Życie w słoiku" dla grupki uratowanych z Holocaustu i paru Sprawiedliwych.


Ktoś wcześniej czytał maszynopis sztuki i zwrócił uwagę na dwa naiwne błędy. ?Wezmę państwa dzieci i powiem strażnikom, że one mają tyfus i muszę umieścić je w szpitalu - mówi w sztuce Irena do pani Rosner. Za takie tłumaczenie dostałaby w bramie getta kulę.


Przyjaciółka błaga Irenę, by nie szła do getta, bo naraża życie. "Mam papiery (...), jestem Polką i chrześcijanką" - odpowiada ufnie Irena.


Jednak teraz, w sali Gminy Żydowskiej, naiwność niknie. Elizabeth, która gra Irenę, zagarnia ramionami powietrze: - Dzieci, weźcie mnie za ręce, pożegnajcie się z mamą i z tatą!


Cisza; mężczyźni i kobiety mają szkliste oczy.


- Przypomniałam sobie moment, gdy żydowska pielęgniarka wyprowadzała mnie z warszawskiego getta - mówi potem Katarzyna Meloch czterem amerykańskim uczennicom.


W kożuchu męża
Warszawa, rok 1912. Dwuletnia Irena ma koklusz, dusi się. Ojciec Stanisław Krzyżanowski jest lekarzem w szpitalu św. Ducha. Błaga laryngologa o ratunek dla dziecka. Doktor Erbrich prócz leków zaleca natychmiastowy wyjazd do Otwocka, gdzie klimat sprzyja leczeniu chorób płuc.


Stanisław otwiera praktykę lekarską w Otwocku, ale jako nieznany lekarz ma mało pacjentów - głównie żydowską biedotę i chłopów. Tej pierwszej zimy Krzyżanowscy klepią biedę. Żona Janina sprzedaje palto. Na spacer wychodzi w kożuchu męża wieczorami.


Odwiedzają ich siostra ojca i jej mąż - Maria i Jan Karbowscy. On - inżynier komunikacji - dorobił się majątku w Rosji, budując koleje. Teraz postanawia kupić w Otwocku budynek z rozległym parkiem przy ulicy Chopina, obiekt świetnie nadaje się na sanatorium. Karbowscy przekazują go w użytkowanie Krzyżanowskim. Stanisław organizuje w nim sanatorium dla gruźlików.


Mieszkają przy sanatorium, Irena bawi się z dziećmi z okolicy i wkrótce mówi po żydowsku.


Pamięta, jak ojciec ją tuli. Ciotki mówią: - Nie rozpuszczaj jej, Stasiu, co z niej wyrośnie! A ojciec: - Nie wiadomo, jak potoczy się jej życie. Może te pieszczoty będą jej najmilszymi wspomnieniami?


Pamiętaj, ile serca
W książkach o Otwocku Stanisław Krzyżanowski odnotowany jest jako wybitny działacz społeczny.


Socjalista. W 1905 r. usunięty z Wydziału Medycznego Uniwersytetu Warszawskiego za udział w strajkach szkolnych. Przeniósł się na medycynę do Krakowa. Relegowany za działalność polityczną. Studia skończył w Charkowie.


Typ Judyma.


- Współtworzył tę wspaniałą formację demokratycznej, społecznikowskiej, lewicującej inteligencji - mówi prof. Michał Głowiński. - Z tej postępowej inteligencji wywodzi się pani Irena.


Pod koniec pierwszej wojny światowej w Otwocku szalał tyfus. Stanisław walczył z epidemią; zmarł na tyfus w lutym 1917 r. Na cmentarzu żegnały go tłumy Żydów. Kilka dni później Janinę odwiedzili przedstawiciele otwockiej Gminy Żydowskiej.


- Z wdzięczności dla pana doktora, że nas leczył, Gmina będzie wypłacała stypendium pani córce, Irenie, do czasu jej pełnoletności.


Janina nie skorzystała z tej propozycji. - Mam 27 lat i sama zapracuję na jej wykształcenie - odpowiedziała. Córeczce przykazała: - Pamiętaj, ile serca oni ci okazali.


Pohulajcie w Warszawie
W czwartkowe popołudnie, 24 maja, amerykańskie uczennice siadły na podłodze u stóp Ireny. Brała je za ręce i głaskała. - Jesteście mądre i dzielne - mówiła - siejecie dobro. Czeka was wielka praca, bo świat potrzebuje dobra. Kocham was.


Przywiozły Irenie błękitną koszulę z podpisami młodzieży ze szkoły w Uniontown, paczuszkę listów od uczniów i serce z różowego papieru.


Chciały wręczyć kopertę z pieniędzmi. Zbierały je do słoika, gdy grały w Stanach swoją sztukę "Życie w słoiku". Irena odmówiła. - Pohulajcie sobie za te pieniądze w Warszawie - zażartowała.


Zbyt czerwona
Po śmierci Stanisława Krzyżanowskiego Karbowscy sprzedają sanatorium w Otwocku. W 1920 r. Janina z córką wyjeżdżają do Warszawy. Matka Ireny robi na zamówienie kwiaty z papieru i haftuje serwety. Mimo pomocy braci Janiny żyją w biedzie. W 1931 r. młodziutka Irena wychodzi za mąż za Mieczysława Sendlera, studenta filologii klasycznej Uniwersytetu Warszawskiego.


- Mama chciała jak najszybciej uniezależnić się od wujów - opowiada córka Janka Zgrzembska.


Rozdzieli ich wojna - on spędzi te lata w oflagu w Woldenbergu, ona - w konspiracji. Rozejdą się.


Jest początek lat 30. Irena studiuje polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Działa w lewicującym Związku Młodzieży Demokratycznej. Na wykładach stoi - na znak protestu wobec getta ławkowego dla Żydów. Bojówkarz ONR-u szturcha pałką jej przyjaciółkę: - Dlaczego stoisz? - Bo jestem Żydówką.


- A dlaczego ty stoisz? - Bo jestem Polką - odpowiada Irena i dostaje od ONR-owca w twarz.


Skreśla w indeksie stempel z literą A oznaczający aryjskość. Zawieszają ją za to w prawach studentki. - Dobrze, dziecko, zrobiłaś, bo getto ławkowe to hańba dla uniwersytetu, wracaj na wykłady - ratuje ją prof. Tadeusz Kotarbiński, kierownik I Katedry Filozofii, który akurat zastępuje nieobecnego rektora.


Irena wstępuje do PPS. Skończy studia, ale nie dostanie pracy w żadnej warszawskiej szkole.


- Przyszła opinia z uniwersytetu - mówi jej kurator - pani jest zbyt czerwona!


Jeden śledź dla sześciorga
Gmach Wolnej Wszechnicy Polskiej przy Opaczewskiej 2a (dziś Banacha). Od 1925 r. przy WWP działało Studium Pracy Społeczno-Oświatowej. Z tym środowiskiem współpracowała Irena w latach 1932-35.


Wszechnica kształciła wielu młodych robotników i chłopów. Wśród kadry wybitni naukowcy o liberalnych poglądach: Krzywicki, Czarnowski, Gąsiorowska. "Żadne antyżydowskie hece nie były w tej uczelni dopuszczone" - opowiadała po latach profesor historii Natalia Gąsiorowska. Raz wpadła do gmachu bojówka ONR-u - kilkudziesięciu osiłków z kastetami. Studenci odcięli im odwrót i polali wodą z hydrantów.


Twórczynią Studium Pracy Społeczno-Oświatowej była prof. Helena Radlińska, działaczka niepodległościowa.


- Było to środowisko lewicowe: pepeesowcy, ludowcy, działacze komunizujący. Wśród studentów - przeważnie nauczyciele - opowiada profesor historii Helena Brodowska, pod koniec lat 30. sekretarka Radlińskiej i studentka WWP. - Radlińska stworzyła kierunek pedagogiki społecznej; w żadnej polskiej uczelni nie istniała jeszcze wówczas ta dyscyplina. Prowadziła seminaria z oświaty pozaszkolnej; kto się dostał pod jej rękę, stawał się społecznikiem.


Powołała Ośrodek Opieki nad Matką i Dzieckiem - instytucję pomocy rodzinom bezrobotnym, w której szkolili się studenci. Tutaj, pod okiem Radlińskiej, pracowała Irena. Drobna, energiczna blondynka.


- Spotkałam tam kilku działaczy nielegalnej KPP - opowiada Irena Sendlerowa - już po odbyciu przez nich wyroków. Mądrzy, szlachetni ludzie. Pod ich wpływem szłam ciągle na lewo.


(Po 1948 r. zostanie członkiem PZPR. Rzuci legitymację po Marcu 1968).


- Przeprowadzałam wywiady środowiskowe w rodzinach. Nigdy nie spotkałam takiej skrajnej nędzy u Polaków jak u Żydów. Były rodziny żydowskie, w których jednego śledzia dzielono w szabat między sześcioro dzieci.


Co by Józef powiedział?
W Ośrodku Opieki nad Matką i Dzieckiem udzielali bezpłatnie porad adwokaci. Był wśród nich Józef Zysman, wuj prof. Michała Głowińskiego. Bronił ubogich w sprawach o eksmisję, występował o prawa dla nieślubnych dzieci.


Irena odwiedzała go potem w getcie. Zysman wysłał syna poza mury. Napisał do Ireny: Jedyną drogą do odrodzenia ludzkości i świata jest wszechpotężna miłość. Wychowajcie mojego syna na dobrego Polaka i szlachetnego człowieka (syn mieszka dziś w Szwecji).


Jesienią 1942 r. wyszedł z getta, lecz nie mógł znieść ukrywania się. Kiedy Niemcy, chcąc wyłapać resztki Żydów, ogłosili, iż umożliwią im wyjazd za granicę, zgłosił się do punktu zbornego w Hotelu Polskim.


" Do dziś, kiedy staję wobec jakichś zawiłych problemów moralnych (...), zadaję sobie pytanie: >>A co by na to powiedział Józef?<<" - napisała Irena w Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego.


Ewa, Sara, Rachela
Wojna zastała ją na stanowisku opiekunki środowiskowej w Wydziale Opieki Społecznej Zarządu Miasta Warszawy.


Od drugiego miesiąca wojny Opiece Społecznej nie wolno było udzielać pomocy materialnej Żydom. Jednak do czasu zamknięcia getta w listopadzie 1940 r. Opieka Społeczna na podstawie fałszywej dokumentacji pomagała ok. 3000 Żydów (pisze o tym Teresa Prekerowa w książce "Konspiracyjna Rada Pomocy Żydom 1942-1945").


Do stycznia 1943 r. Irena Sendlerowa i jej współpracownica Irena Schultz wchodziły do getta legalnie - okazując legitymacje kolumny sanitarnej - i przenosiły w ubraniu żywność, odzież, pieniądze i lekarstwa. Nieraz dwa, trzy razy dziennie - pisze Prekerowa. Przemycały szczepionkę przeciwko tyfusowi.


" Początkowo kierowałam się raczej pobudkami emocjonalnymi - pisze Irena Sendlerowa - zdając sobie sprawę z potworności wegetacji za murami, starałam się pomóc dawnym przyjaciołom".


Ewa Rechtman. Skończyła polonistykę na uniwersytecie i Studium Pracy Społeczno-Oświatowej. Do wybuchu wojny zajmowała się w Opiece Społecznej problemem żebractwa. Przyjaciele zapewnili jej schronienie po aryjskiej stronie, ale została w getcie. Kierowała tam Kołem Młodzieżowym przy Komitecie Domowym przy Siennej 16 (komitety domowe, tworzone w getcie spontanicznie, próbowały nieść pomoc; organizowały namiastki życia kulturalnego). To przez Ewę Irena nawiązała kontakty z Gminą Żydowską i Centosem - żydowską organizacją charytatywną. Stąd dostawała adresy dzieci w skrajnej nędzy. Ewa zginęła w 1942 r.


Sara Gołąb-Grynbergowa, nazywana Alą. Absolwentka Studium Pracy Społeczno-Oświatowej; naczelna pielęgniarka getta. Kierowała Kołem Młodzieży przy Smoczej 9. To tam prof. Ludwik Hirszfeld organizował tajne szkolenie sanitarne. W sierpniu 1942 r. na facjatce przy Smoczej Irena po raz ostatni namawiała Alę, by opuściła getto; po aryjskiej stronie czekała na nią córeczka, mąż i schronienie. Ala odmówiła.


Rachela Rozenthal, absolwentka polonistyki na uniwersytecie. Przed wojną uczyła najbiedniejsze dzieci żydowskie z Wołowej, Dzikiej, Nalewek. W getcie opiekunka Koła Młodzieży przy Pawiej. Jej młodzież organizowała zajęcia dla najmłodszych w tzw. kącikach dziecięcych. W czasie wielkiej deportacji, w lipcu 1942 r., zginęła cała rodzina Racheli. Tuż po wojnie spotkały się na ulicy. Rachela powiedziała Irenie: - Pamiętaj, Rachela zginęła za murami razem z całą rodziną, tu żyje zupełnie inny człowiek. I wybuchnęła płaczem.


Ani mąż, ani córka nigdy nie poznali tajemnicy jej pochodzenia. Rachela zmarła w latach 80.


Nie jestem matką, tylko gosposią
" W 1942 r., kiedy zaczęły się masowe wysiedlenia - opowiada Irena Sendlerowa w książce >>Ten jest z ojczyzny mojej<< Władysława Bartoszewskiego - (...) wyłoniły się nowe zadania - wyprowadzić jak najwięcej Żydów, a przede wszystkim dzieci żydowskie, poza mury getta. Nasze możliwości finansowe coraz bardziej się kurczyły i zapewne nie bylibyśmy w stanie kontynuować tej działalności, gdyby nie fakt, że w owym czasie powstała Rada Pomocy Żydom".


Rada Pomocy Żydom "Żegota" dysponowała dużo większymi pieniędzmi niż wydział opieki. Była finansowana przez Delegaturę Rządu na Kraj. Konspiratorzy z Opieki Społecznej podjęli ścisłą współpracę z Żegotą. Irena Sendlerowa została kierowniczką referatu dziecięcego.


Do dziś śni jej się mieszkanie w getcie. Mówi rodzicom: - Umieszczę wasze dziecko u dobrej, polskiej rodziny albo w zakładzie opiekuńczym. Matka i babka rzucają się na dziecko, obsypują je pocałunkami. Płacz, spazmy. Ojciec pyta: - Jaka jest gwarancja, że dziecko przeżyje wojnę? Irena: - Żadna. Nie wiem nawet, czy wyjdę z nim teraz żywa z getta.


W tych snach oni wciąż nie oddają dziecka. Nazajutrz Irena znów wraca do ich mieszkania, ale ono jest już puste.


Śni się Irenie chłopczyk żydowski, którego zabiera od przybranej rodziny, bo szmalcownicy żądają okupu. Irena wiezie chłopca tramwajem do kolejnego domu. Mały szlocha: - Ile można mieć mamuś?


Opisała po wojnie, jak żydowskie matki - nieraz miesiącami - przygotowywały swoje dzieci do życia po aryjskiej stronie. Jak zmieniały im tożsamość. Ty nie jesteś Icek, tylko Jacek. Nie Rachela, tylko Roma. A ja nie jestem twoją matką, tylko byłam u was gosposią.


W 1965 r. Irena Sendlerowa została odznaczona medalem "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata". W 1983 r. pojechała do Jerozolimy i posadziła cedr w Alei Sprawiedliwych. Rośnie na wprost wyjścia z pawilonu dziecięcego muzeum Yad Vashem.


Jeden z ocalonych zapytał ją wtedy: - Jak matka mogła mnie oddać?


Odpowiedziała: - Oddała pana z miłości.


Nie czekaj do jutra
Gdy w "Gazecie" ukazał się reportaż ">>Życie w słoiku<< trwa dziesięć minut", u Ireny rozdzwonił się telefon. Nieznajomy z Gdańska rozpłakał się; poruszyła go historia nastolatek, które opowiadają Ameryce o polskiej dziewczynie z Żegoty.


Ktoś powiedział: - Dość tej żydowszczyzny!


Agata Barańska z Otwocka przysłała naręcze fiołków.


Korespondencja Agaty Barańskiej i Ireny Sendlerowej trwa rok. Nigdy się nie spotkały. Agata ma lat 30, Irena Sendlerowa - 91. Łączy je fakt sprzed prawie wieku - mała Irena przychodziła do sklepu wędliniarskiego pradziadków Agaty przy ulicy Warszawskiej w Otwocku.


Z listu Ireny Sendlerowej do Agaty Barańskiej z Otwocka: Każdego roku, w kwietniu, myślę o powstańcach z getta. Była wtedy piękna pogoda. Kiedy rozmodleni warszawiacy wyszli z kościołów, ujrzeli czarną chmurę nad gettem. Nikt nie pomógł, poza pojedynczymi żołnierzami AK. Świat dostawał meldunki od polskiego podziemia, ale milczał.


Agata starannie układa listy Ireny w teczce. Mówi, że dzięki nim zrozumiała, co jest w życiu ważne.


Do firmy, w której Agata jest asystentką dyrektora, przychodzą często listy z prośbą o pieniądze. - One trafiają zwykle do kosza - opowiada. - Ja myślałam o tym, że powinnam jakoś ludziom pomagać, ale zawsze odkładałam to na jutro. Aż kiedyś zatrzymałam dwa listy.


Odtąd raz na kwartał Agata wysyła 50 zł fundacji wspierającej dzieci chore na białaczkę. Organizuje też pomoc dla rodziny inwalidów z córeczką chorą na niewydolność nerek. Zebrała dla niej wśród pracowników firmy 1500 zł, od swojej rodziny - 1000 zł i wysyła jej paczki.


- Bo korespondencja z panią Ireną uświadomiła mi - mówi Agata - że nie wolno czekać do jutra.


Przed egzekucją
Gestapo przyszło nocą. 20 października 1943 r. - imieniny Ireny, ulica Ludwiki 6 na Woli. Zdążyły dopiero zasnąć: Irena, jej ciężko chora na serce matka oraz łączniczka Janina Grabowska. Pod leżak, na którym śpi łączniczka, wsunęły torbę z pieniędzmi Żegoty - zapomogami dla ukrywanych Żydów.


Na stole leżą wąskie paski bibuły - kartoteka Żegoty. Prawdziwe i fałszywe nazwisko dziecka, zaszyfrowany adres rodziny, u której przebywa. Żeby było wiadomo, gdzie posyłać pieniądze i żeby po wojnie dzieci mogły odzyskać tożsamość.


Wiele razy Irena ćwiczyła ten wariant: gestapo wali do drzwi, ona chwyta kartotekę i wyrzuca przez okno do ogródka. Teraz wyjrzała - pod oknem Niemcy. Janina Grabowska chowa bibułki pod pachę. Niemcy ich nie znajdą.


Odrywanie podłóg, rozpruwanie poduszek. Leżak zapadł się, Niemcy nie zajrzeli pod płótno do końca rewizji. Wyprowadzili Irenę w kapciach.


Nigdy nie opowiedziała ani córce, ani przyjaciołom, co przeżyła na Pawiaku. W jej listach i wspomnieniach można znaleźć strzępki informacji.


Właścicielka pralni - skrzynki kontaktowej - nie wytrzymała tortur i wydała Irenę.


Przez Annę Sipowicz, dentystkę, otrzymała gryps od Żegoty: robimy wszystko, by cię wyrwać z piekła. "Do dziś mam >>wizytówki<< tych nadludzi na swoim ciele" - pisze Irena.


Rankiem w lutym 1944 r. wywołano Irenę z celi. Z grupą innych skazanych pojechała do siedziby gestapo na Szucha. Czekają na egzekucję; zjawia się żołnierz z rozkazem, że ma odprowadzić Irenę Sendler na dodatkowe śledztwo. Na rogu dzisiejszej alei Wyzwolenia krzyczy po polsku: - Uciekaj!


Tego wieczoru rozklejają w mieście afisze z listą rozstrzelanych. Jest na niej nazwisko Sendler.


Dolary pod czarnymi kluskami
Tego dnia, gdy aresztowano Irenę, Maria Palester pobiegła na Próżną do Władysława P.


Maria kierowała akcją dożywiania niemowląt, spotykała Irenę w siedzibie Warszawskiego Towarzystwa Medycyny Zapobiegawczej. Z okien biura na rogu Złotej i Żelaznej patrzyły obie na getto, na most nad Żelazną. W swoim mieszkaniu przy Łowickiej Maria ukrywała Żydów. Jej mąż Henryk, lekarz, nie poszedł do getta.


Więc Maria biegnie do Władysława P. i prosi o ratunek dla Ireny. Władysław P. preparuje fałszywe papiery za pieniądze, pije z Niemcami, wyciąga za łapówki więźniów z Pawiaka, wywozi z getta dzieci pod śmieciami. Mówi do Marii: - Śmierdząca sprawa, grozi czapa, potrzebna wielka suma.


Córka Marii Małgorzata Palester, lekarka, pamięta plecak, w środku - czarny makaron i kasza. Niesie plecak na Próżną do Władysława P., prowadzi ją mama. Pod kluskami leżą paczki dolarów.


Helena Grobelna, żona prezesa Żegoty, napisała po wojnie: "Ponieważ ob. Sendlerowa (...) była jedyną osobą, która znała na pamięć zaszyfrowane miejsca ukrycia dzieci - Prezydium Rady Pomocy Żydom czyniło starania o uratowanie jej".


Irena nigdy się nie dowiedziała, jaką kwotę zapłaciła za jej życie Żegota. Niemiec, który wziął łapówkę i wyprowadził Irenę z gestapo, został zesłany na front wschodni. Małgorzata Palester, dziewczynka z dolarami w plecaku, do dziś czuwa nad zdrowiem Ireny Sendlerowej.


W czwartek 24 maja, w trakcie rozmowy z amerykańskimi uczennicami, Małgorzata Palester mierzy jej ciśnienie. Jest w normie.


Butelka, czyli słoik
Po ocaleniu z egzekucji Irena z fałszywymi dokumentami znów działała w Żegocie, ukrywała się. Ciężko chora matka przysłała jej karteczkę: "Niemcy znowu cię szukali, nie wolno ci wstąpić do mnie"


Nie mogła przyjść na pogrzeb matki wiosną 1944 r.


Kartotekę Żegoty od powrotu z Pawiaka wkładała zawsze do butelki i zakopywała w ogródku willi przy Lekarskiej 9 (w przedstawieniu amerykańskie uczennice mówią: słoik). Mieszkała tu jej przyjaciółka i łączniczka Jadwiga Piotrowska. Przez jej dom przewinęło się trzydzieścioro żydowskich dzieci.


Po wojnie Irena przekazała kartotekę Adolfowi Bermanowi, który w Żegocie był sekretarzem, a od 1947 r. - przewodniczącym Centralnego Komitetu Żydów w Polsce. Komitet odbierał dzieci i umieszczał we własnych zakładach, a potem wysyłał do Izraela.


W książce o Żegocie Teresa Prekerowa wymienia liczbę 2500 dzieci uratowanych dzięki Sendlerowej i jej współpracownikom.


Ogródek przy Lekarskiej istnieje do dziś. Dziko zarośnięty, ze starą jabłonią pośrodku, pod którą Irena i Jadwiga zakopywały butelkę.


Piasek na patelni
Wybuch Powstania zastaje Irenę w mieszkaniu Marii i Henryka Palestrów przy Łowickiej na Mokotowie. Jest z nią Stefan Zgrzembski, działacz PPS, który dotąd ukrywał się w Otwocku i na Pradze. Przed wojną skończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim, znali się z Ireną od lat 30. Pobiorą się po wojnie.


11 sierpnia Niemcy palą domy w tej części Mokotowa. Około trzydziestu osób kryje się w piwnicach przy Łowickiej 54. Mają eter, narzędzia chirurgiczne, bandaże - tworzą punkt sanitarny. W połowie września w tłumie warszawiaków wychodzą z miasta. Na Okęciu zajmują baraki. Niemcy trzymali w nich Żydów, a potem żołnierzy radzieckich. Wszędzie pluskwy i wszy. Na ścianie wisi obrazek Kremla. Zakładają tu szpital PCK. Do marca 1945 r. Irena pracuje jako pielęgniarka.


Jest z nią Anna (imię zmienione), dziewczynka z getta. Przez rok po wojnie będą mieszkać razem w norze pośród gruzów na Siennej.


Anna do dziś przyjaźni się z Ireną. - Traktowała mnie jak córkę - mówi. Anna pamięta scenę z Okęcia, kiedy chorowała na zapalenie zatok - Irena grzeje na patelni piasek, wsypuje do pończochy i delikatnie przykłada do czoła Anny.


Czy on mnie słyszy?
- Irena ratowała dzieci, a z trojga własnych dwoje straciła - mówi Małgorzata Palester.


W 1949 r. ciężarną Irenę przesłuchiwano na UB. Jej synek rodzi się za wcześnie. Umiera po kilku tygodniach.


W 1963 r. dwunastoletni Adam przechodzi zakażenie krwi i śmierć kliniczną. - Mama w czasie wojny stwierdziła, że Bóg się odwrócił od ludzi - opowiada córka Janka Zgrzembska. - Potem nie była religijna. Ale gdy umierał Adam, zaczęła się modlić. I Adam wrócił z tamtego świata.


Jednak zakażenie uszkodziło mu zastawki. Badania w Szwecji opłacili przyjaciele Ireny, Żydzi. Potrzebna była operacja, lecz Adam nie mógł się na nią zdecydować. Umarł nagle we wrześniu 1999 r. Miał czterdzieści osiem lat, był absolwentem bibliotekoznawstwa.


Irena powiedziała, że ma chyba serce z kamienia, skoro przeżyła jego śmierć.


Przy jej łóżku stoi duża fotografia Adama. Napisała w liście do Agaty z Otwocka: "Czy on mnie słyszy, ja tego nie wiem".


Pod biurkiem
Janka Zgrzembska, urodzona dwa lata po wojnie, pamięta nieustanną tęsknotę za mamą. - Byliśmy z bratem zmęczeni tym jej wiecznym społecznikostwem - opowiada.


Irena Sendlerowa pracowała w Opiece Społecznej, szkole medycznej, Ministerstwie Zdrowia. Wyciągała z nędzy tzw. gruzinki - dziewczęta, które w gruzach Warszawy oddawały się prostytucji. Organizowała dla nich Dom Pomocy w Henrykowie. Tworzyła domy dla sierot i starców. Poradnie życia rodzinnego. Dzienne pogotowia dla dzieci. Szkoliła opiekunów społecznych. Przeszła na emeryturę w 1967 r., ale do 1984 r. pracowała jeszcze w szkolnej bibliotece.


- Mamie się wydawało, że musi się poświęcić biednym - opowiada Janka. - Była u nas gosposia, ciepłe obiady, dom pozornie dobrze funkcjonował. Ale wszystkie uczucia i czas oddawała innym.


Mieszkali przy Belwederskiej. Janka siadała pod biurkiem ojca, ojciec całymi dniami stukał na maszynie. Co pisał? Może przygotowywał się do lekcji, uczył historii w szkole. W 1957 r. odszedł od nich. Wkrótce zmarł na wylew, miał 49 lat.


Za mało zrobiłam
W czarnej sukni i czarnej opasce na siwych włosach, maleńka, z błyskiem w oczach. Obok fotografii syna postawiła sztuczne słoneczniki od amerykańskich dziewcząt, symbol stanu Kansas, w którym mieszkają.


Przygotowała dla mnie kartkę. Punkt pierwszy, podkreślony: "Nic bym sama nie zrobiła". Punkt drugi, łącznicy: Irena Schultz, Jadwiga Piotrowska, Janina Grabowska, Jadwiga Bilwin, Iza Kuczkowska, Wanda Drozdowska, Lucyna Franciszkiewicz, Stanisław Papuziński, Róża Zawadzka, Jadwiga Deneka.


Punkt trzeci: "Oraz grono szlachetnych osób". Wymieniła ich nazwiska i zasługi w Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego z 1963 r. na czternastu stronach. - Bo żeby uratować jedno dziecko - mówi Irena Sendlerowa - trzeba było pomocy dziesięciu osób. A ja za mało zrobiłam.


W lipcu 1993 r. wystąpiła na spotkaniu ku czci Sprawiedliwych "Czy obojętność może zabić?". Zawieziono ją do mikrofonu na wózku inwalidzkim. Zapytała: - Czy 4 tysiące Sprawiedliwych na 25 milionów Polaków przed wojną to dużo, czy mało? Czy spowiadacie się, rodacy, z grzechu antysemityzmu? "Nie mamy się czym chwalić - stwierdziła - raczej winniśmy czuć zażenowanie. Jest i był antysemityzm, w czasie wojny byli i tacy, którzy się cieszyli, że Hitler robi za nas tę brudną robotę".


Małgorzata Palester obliczyła, że spośród dwudziestu Żydów, którzy przewinęli się przez mieszkanie jej rodziców na Mokotowie, dziesięciu zginęło - w wyniku szantażu. Anna pamięta, jak w mieszkaniu przy Obozowej szmalcownicy kazali jej bratu zdjąć spodnie.


Parę miesięcy temu Irena Sendlerowa napisała do przyjaciół w Izraelu: "Nie wiem, czy chcecie mnie jeszcze znać...". Właśnie zaczęła się dyskusja o mordzie w Jedwabnem.


" Potrzebna jest Polakom spowiedź" - pisze Irena Sendlerowa. I ogólnonarodowa pielgrzymka do Jedwabnego, jak do Częstochowy. "Tam, na klęczkach, z największą pokorą, powinniśmy całować ziemię zroszoną krwią (...). Znając jednak dobrze swoich rodaków - obawiam się, że do tego nie dojdzie".


Jakie ty grzechy masz na sumieniu?
Z listu do Agaty Barańskiej: "Tuż po wojnie pisano na mnie donosy, że ukrywam wśród pracowników ludzi z AK, wzywano mnie na UB. Byłam w ciąży, dziecko urodziło się przedwcześnie".


Koniec lat 40. Żoliborz, mieszkanie pułkownika Zbigniewa Paszkowskiego i jego żony Ireny Majewskiej. Paszkowski choruje, przynieśli mu z pracy pilny dokument do podpisu. Od 1945 r. jest szefem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego na terenie Warszawy. Jego żona jest Żydówką; życie zawdzięcza Irenie, która w czasie wojny ukryła ją w podwarszawskich Włochach. Teraz Majewska podaje kawę i chwyta strzęp rozmowy: "aresztować tę Sendler". Wywołuje z pokoju męża, błaga o ratunek dla Sendlerowej. Paszkowski nie podpisze dokumentu.


Tę historię Irena Majewska opowiedziała Irenie Sendlerowej dopiero w 1956 r. - Spłaciłam dług wobec ciebie - powiedziała.


W 1967 r. córka Ireny zdaje egzamin na polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Jest na liście przyjętych. Nagle znika z listy. Irena interweniuje u zastępczyni dziekana. Przyjmuje Irenę serdecznie: - To jakieś nieporozumienie - mówi ciepło. Trzy dni później rozmawia z Ireną na stojąco: - Sprawa bardzo skomplikowana.


Irena mdleje pod jej gabinetem. - Na Pawiaku nie byłam tak załamana jak po tej rozmowie - wspomina dziś. W domu Janka pyta z wyrzutem: - Mamo, jakie ty grzechy masz na sumieniu, że mnie skreślili? Skończyła studia zaocznie.


- Całe życie ciągnęły się za mną szepty: "to Żydówka, sprzyja Żydom" - mówi Irena Sendlerowa. - Miałam etykietkę "żydowskiej matki".


Janka Zgrzembska: - Mama nie mówiła mi o swojej działalności. To wychodziło przy okazji wizyt różnych ludzi. Pytałam: - Kto to? Moja łączniczka... i na tym koniec. W 1988 r. pojechałam do Izraela, dotknęłam drzewka mamy w Alei Sprawiedliwych, na nazwisko Sendler otwierały się przede mną wszystkie drzwi. Dopiero wtedy zrozumiałam, co ona zrobiła.


O Elizabeth, Megan, Janice i Sabrinie pisaliśmy trzy tygodnie temu w reportażu Marcina Fabjańskiego ">>Życie w słoiku<< trwa dziesięć minut".


Cztery amerykańskie licealistki z maleńkiego Uniontown w stanie Kansas przeczytały przed dwoma laty artykuł o ludziach, którzy - tak jak Schindler - ratowali w czasie wojny Żydów. Zafascynowała je postać Ireny Sendlerowej, kierowniczki referatu dziecięcego Żegoty - podziemnej Rady Pomocy Żydom. Dziewczęta napisały o niej sztukę i pokazały ją na stanowej olimpiadzie historycznej.


Olimpiadę wygrały. Pod koniec maja przyjechały do Warszawy, by spotkać się ze swoją bohaterką.