|
Jak bundowiec z syjonistą
Joanna Szczęsna
Gazeta Wyborcza, 26 kwietnia 2003
Opowieść Joanny Szczęsnej o dowódcach Żydowskiej Organizacji
Bojowej w getcie warszawskim, bundowcu, socjaliście Marku
Edelmanie i syjoniście Icchaku Cukiermanie
Poznali się 20 października 1942 roku
na posiedzeniu komendy głównej Żydowskiej Organizacji Bojowej,
na pół roku przed wybuchem powstania w getcie warszawskim.
Icchak "Antek" Cukierman i młodszy o dwa lat Marek
Edelman od razu przypadli sobie do gustu.
Pierwszy - wysoki, postawny blondyn. Spadająca na czoło czupryna,
niebieskie oczy, sumiasty, podkręcony wąs, kresowa polszczyzna
z lekkim wileńskim zaśpiewem. "Stuprocentowy goj",
"twarz polskiego szlachcica", "aryjska uroda",
"bezpieczny wygląd" - takie określenia powtarzają
się we wspomnieniach o nim z tamtych czasów. W bryczesach
wpuszczonych w wysokie buty - tak noszą się chłopcy z polskiego
podziemia - swobodnie porusza się po Warszawie. Syjonista,
od lat marzy o Palestynie, instruktor ruchu chalucowego, przygotowującego
młodzież do wyjazdu do Kraju.
Drugi - drobny, niewysoki, ciemny. Ilekroć wychodzi na aryjską
stronę - a wychodzi niemal codziennie, bo nosi krew ze szpitala
w getcie, gdzie jest gońcem do analizy do laboratorium na
Nowogrodzką - czuje na sobie taksujące spojrzenia przechodniów.
Nawet nie próbuje zdjąć opaski z gwiazdą Dawida; ma co prawda
przepustkę, ale czuje, że w każdej chwili może zostać pobity.
Później, gdy po powstaniu opuści getto, raczej nie będzie
poruszał się po mieście, a jeśli już musi - wkłada czapkę
pracownika elektrowni, która zasłania mu twarz. Członek młodzieżowych
przybudówek żydowskiej, socjalistycznej partii Bund. Marzy
mu się Polska sprawiedliwa, bez antysemityzmu, Polska, w której
byłoby miejsce i dla Żydów.
Cukierman: "Edelman był człowiekiem szlachetnym. Po
posiedzeniach komendy ŻOB-u szukał okazji, żeby się zatrzymać
i porozmawiać. Zaprzyjaźniliśmy się i czasem nawet zostawał
u nas na noc".
- Ja nigdy do syjonistów nie miałem zaufania, wolałem trzymać
sie od nich z daleka - opowiada mi Edelman. - Ale Antek był
do rzeczy. Co mnie z nim łączyło? Zaprzyjaźniliśmy się, bo
zauważyłem, że zawsze, ale to zawsze na posiedzeniach ŻOB-u
jesteśmy tego samego zdania. Wspólnie udawaliśmy, że bierzemy
na serio głupoty, jakie zdarzało się tam mówić innym. I albo
ich opieprzaliśmy, albo wychodziliśmy i śmialiśmy się z nich.
- Jakie głupoty? - pytam.
- No, na przykład kiedyś zaczęły się w ŻOB-ie spory, co powinniśmy
robić z żydowskimi kolaborantami, z policjantami, posłusznie
i z zapałem wypełniającymi niemieckie rozkazy. Część chciała,
żeby oblewać ich kwasem solnym albo wrzątkiem. Jednak i ja,
i Antek byliśmy temu przeciwni.
Każdy ma swoje stworzenie świata
W tej sprawie od 60 lat nie daje się uzgodnić wspólnej prawdy,
jest prawda syjonistyczna i prawda bundowska. Zaś spór między
nimi wpisuje się w stuletni konflikt między socjalistami z
Bundu, którzy widzieli miejsce Żydów w przyjaznej mniejszościom
Polsce, a syjonistami, dla których Polska była tylko przystankiem
w drodze do Palestyny.
Wedle Cukiermana Żydowska Organizacja Bojowa powstała w drugim
tygodniu Wielkiej Akcji wysiedlania Żydów - 28 lipca 1942
- a założyli ją syjoniści z ruchu chalucowego. Wiadomo, że
nie udało im się dogadać z innymi ugrupowaniami politycznymi
w getcie, więc początkowo mieli nawet pomysł, by nazwać się
Syjonistyczną albo wręcz Chalucową Organizacją Bojową.
Wedle Edelmana Bund współtworzył ŻOB i przed Bundem o żadnym
ŻOB-ie mowy być nie może. Jego początek datuje się na 15 października
1942 r. I kropka. - Ich pierwsza i jedyna akcja zbrojna to
był zamach, nieudany zresztą, na komendanta żydowskiej policji
Józefa Szeryńskiego - opowiada Edelman. - Możesz powiedzieć,
że już wtedy to był ŻOB, ale dla mnie to jeszcze nie był żaden
ŻOB.
"Każdy zaczyna od swojego stworzenia świata. (...) I
podobnie każdy zaczyna ŻOB od momentu, kiedy on sam się do
niego przyłączył. Dla ludzi Bundu zaczął istnieć później,
dopiero gdy zwrócono się do nich w tej sprawie, ale założony
został w lipcu. A czy działał mało czy dużo, nie ma żadnego
znaczenia" - cytuję Edelmanowi fragment z opasłej wspomnieniowej
książki Cukiermana "Nadmiar pamięci".
- Proszę bardzo - odpowiada pojednawczo - chcesz, powiem
inaczej. Dla Antka ŻOB narodził się w lipcu 1942 r., ale potem
narodził się po raz drugi. Pamiętaj zresztą, że oni bez Bundu
nie dostaliby akredytacji przy polskim podziemiu, uważano
ich wszak za komunistów, zresztą byli komunistami, którzy
chcieli budować komunizm w Palestynie. To my mieliśmy kontakty
z AK i PPR. No a poza tym oni latem nawet nie mieli dość ludzi.
Urośli w siłę dopiero wówczas, gdy wrócili do getta chaluce
z tej ich farmy na Czerniakowie.
Nie do wiary, ale syjonistyczna farma na Czerniakowie funkcjonowała
aż do późnej jesieni 1942 r. Nie tylko zresztą jako miejsce
pracy, ale i punkt kontaktowy chalucowej konspiracji. O roli
właściciela czerniakowskiego folwarku Wojciecha Zatwarnickiego,
anioła opiekuńczego chaluców, pisał w "Rzeczpospolitej"
przed dwoma laty Jakub Karpiński, przemilczając skromnie,
że był to jego dziadek.
Sprzed wojny zostały okruchy
Marek Edelman dorastał w świeckiej rodzinie z tradycjami
lewicowymi, bundowskimi. Urodzony w 1919 r., był niemowlęciem,
kiedy rodzice repatriowali się z Homla do Warszawy, gdzie
ojciec wkrótce zmarł. Jego pierwszym językiem był rosyjski,
w domu mówiło się w jidysz, a z czasem również po polsku.
Chodził do nowoczesnej żydowskiej szkoły, gdzie odebrał nowoczesne,
to jest antysyjonistyczne i antyhebrajskie wychowanie.
Icchak Cukierman urodził się w 1917 r. w Wilnie i tam się
wychował w tradycyjnej, dużej rodzinie, w której obchodziło
się żydowskie święta, chodziło do synagogi, posyłało dzieci
do religijnej szkoły z wykładowym jidysz. Potem Icchak poszedł
do ekskluzywnego hebrajskiego gimnazjum, gdzie większość nauczycieli
była syjonistami. I zaczął się jego - jak sam to nazywa -
romans z chalucem. Wiarę stracił wcześniej, bo wkrótce po
uroczystościach bar micwy. Przyznał się ojcu, a ten tylko
się zaśmiał: "Icchaku, jeszcze wróci ci rozum".
Mówił równie dobrze po polsku, co hebrajsku i w jidysz.
Na krótko przed śmiercią w 1981 r. Cukierman nagrał - dla
dzieci i wnuków - opowieść o rodzinie, która ze strony ojca
wywodziła się z chasydów, a matki - z tzw. Litwaków, czyli
Żydów litewskich. Pojawia się w niej dziadek rabin i rzezak,
który nie chciał być rabinem i nie znosił widoku krwi, zbudował
więc młyn i został młynarzem. Pojawiają się wujowie, ciotki,
rodzice, siostra i bracia, których po opuszczeniu Wilna w
1939 r. Antek już nigdy więcej nie zobaczył.
Marek o swojej rodzinie wie niewiele. O ojcu powie mi, że
gdzieś w jego korzeniach zaplątał się słynny Gaon z Wilna.
- Eliasz Ben Salomon Zelman, wielki XVIII-wieczny rabiniczny
autorytet zaangażowany w spory z chasydyzmem? - upewniam się.
- A co? - odpowiada zaczepnie. - Jestem prawdziwa żydowska
arystokracja, tylko nikt mnie tak nie traktuje. U mnie w domu
po prostu się o tym wiedziało; u jednego wuja wisiał portret
Gaona, a ja patrzyłem na niego jak na mojego dalekiego przodka.
Matka, drobna, ładna, o wyraźnie semickiej urodzie, działała
w bundowskiej organizacji kobiecej, której była sekretarzem.
Pracowała w szpitalu jako zarządzająca pralnią, później jako
kasjerka w restauracji Monopol. Zmarła w 1934 r., gdy Marek
miał lat 15.
- Z domu była Percowska, a na imię miała chyba Cypka. Ale
w papierach była Cecylia - mówi Edelman.
I tłumaczy mi, że wszystko, co wydarzyło się przed 1939 r.,
niemal całkowicie wymazało mu się z pamięci. Zostało parę
okruchów. Tłum na placu Teatralnym i matka, która trzyma go
na barana ("Z balkonu opery śpiewał Szalapin, a jego
głos niósł się po placu"). Pan Maroko, który przychodzi
do ich mieszkania na Franciszkańskiej 14 i czeka, aż Marek
położy się spać ("Wydaje mi się, że to był absztyfikant
mamy"). Pobyt w prewentorium im. Medema w Miedzeszynie,
bo był zagrożony gruźlicą ("Poznałem Wandę Wasilewską
i Aleksandra Forda, gdy przyjechali kręcić tam dokument").
Wreszcie letni dzień i dworzec, skąd matka odjeżdża na olimpiadę
robotniczą młodzieży socjalistycznej do Wiednia. On nie chce
jechać, choć ona namawia go i tłumaczy, że to szansa, by -
może po raz ostatni - zobaczyć prawdziwe braterstwo i socjalizm
("Wolałem jechać na obóz SKIF-u z kolegami, a jesienią
mama już nie żyła").
- SKIF to była taka dziecięca aplegierka Bundu - wyjaśnia.
- Tak jak z drzewka zdejmuje się szczepkę, tak z Bundu wyrósł
SKIF, a z PPS-u - czerwone harcerstwo.
- Dla Marka w młodości Bund był naturalnym środowiskiem -
opowiada mi jego późniejsza żona Alina Margolis, zresztą córka
bundowca. - Razem się żyło, działało, wyjeżdżało na wakacje.
A gdy umarła mu mama, wtedy wszystkie panie z Bundu zaczęły
mu matkować. Zresztą dzięki nim skończył szkołę, zdał maturę.
Do szkoły, do której chodził Marek Edelman, bundowscy przywódcy
posyłali swoje dzieci, a nauczyciele też byli bundowcami.
Edelman: - Ojciec mego kolegi z klasy Janka Goldszteina był
szefem milicji bundowskiej, ojciec innego Majusa Nowogródzkiego
- sekretarzem generalnym Bundu. Syn Henryka Erlicha - Wika
- uczył mnie do matury polskiego. Znałem obu przywódców Bundu
- i Erlicha, i Wiktora Altera, ale żeby oni wiedzieli, kim
ja jestem, to nie sądzę. Ja byłem wówczas takim partyjnym
chłopcem na posyłki.
Po śmierci matki Marek zamieszkał u sąsiadów bundowców -
Rosy i Salka Lichtensztajnów. Ważnymi osobami były też dla
niego Estera Iwińska, siostra Altera, adwokat, która broniła
komunistów w procesach politycznych, oraz Sonia Nowogródzka.
Kilkadziesiąt lat później syn Soni Majus Nowogródzki, jeden
z dyrektorów amerykańskiego programu kosmicznego, napisze
historię Bundu. Tłumaczy tam, że "walka między Bundem
a organizacjami syjonistycznymi zaczęła się od razu w momencie
ich narodzin, jeszcze w carskiej Rosji". I cytuje tekst
klasyka ideologii Bundu Włodzimierza Medema z lat 20. o walce
ze syjonizmem:
"Dwóch wrogów zaciekle walczących na śmierć i życie.
Masowy, robotniczy ruch wszystkich Żydów i partia klasowa,
burżuazyjna. Różnią się we wszystkim - w korzeniach i społecznej
formie, w celach, zamiarach, metodach i realizacji, w światopoglądzie
i, co najważniejsze, w wizji życia samych Żydów".
Bund "walczy o prawa mas żydowskich i wznosi fundamenty
bytu w przyszłości. A dla syjonizmu to budowanie, rodzenie
się życia, praca, cała ta egzystencja, to Diaspora, Diaspora,
której nie mogą znieść, Diaspora bez przyszłości i sensu.
Syjonizm jest wrogiem takiego życia i odwraca się do niego
plecami. A właśnie takie życie jest jedynym istniejącym na
świecie życiem Żydów. Szukają wśród niebios, mglistych zgliszcz
minionej przed tysiącleciami przeszłości, która jest marzeniem,
snem, złudzeniem. Bund jest trzeźwy, Syjonizm nie".
Bund zdaniem Medema buduje, a syjonizm - niszczy, "jest
rozkładem, hamulcem rozwoju i przeszkodą".
Z ogniem pisze Medem o programie Bundu: "Walczymy o
prawa obywatelskie, narodowe, polityczne. Istotą tego jest
nasza świadomość, że nie jesteśmy tutaj obcy, nie jesteśmy
gośćmi, lecz obywatelami równymi innym. W kulturze językiem
naszego życia, narzędziem i napędem kulturowej kreatywności
jest jidysz. Ale dla syjonistów jidysz to język znienawidzonej
Diaspory. W ich oderwanych od rzeczywistości umysłach błyszczy
inny język - hebrajski to jest dla nich język przyszłości.
Ale te dwa języki nie mogą koegzystować w pokoju. W rezultacie
nie ma ani jidysz, ani hebrajskiego".
- Naprawdę nie miało dla ciebie znaczenia, że Ty jesteś z
Bundu, a Cukierman to syjonista? - pytam Edelmana.
- Może i syjonista, ale całkiem normalny. Zresztą wtedy nie
było żadnej innej ideologii poza ideologią getta. Co to znaczy?
Że musi coś wybuchnąć i że my będziemy musieli się bić.
- A w jakim języku rozmawialiście?
- Dowcipy Antek opowiadał mi zawsze w jidysz.
Nie było desantu z Palestyny
We wrześniu 1939 syjonista Cukierman i bundowiec Edelman
próbują zaciągnąć się do polskiego wojska, by wziąć udział
w walkach z Niemcami. Bezskutecznie. Cukiermana kierownictwo
ruchu chalucowego kieruje do Warszawy, by kontynuował działalność
wśród młodzieży. Edelman opuszcza stolicę na apel płk. Umiastowskiego,
ale szybko wraca. Na drzwiach mieszkania Lichtensztajnów zastaje
kłódkę. Później dowie się, że via Wilno dzięki wizom japońskiego
konsula Sugihary (który nie bacząc na to, że jego kraj jest
sojusznikiem Niemiec i ryzykując swą dyplomatyczną karierę,
masowo wydaje wizy żydowskim uchodźcom) zdążyli wraz z córką
wyemigrować do Stanów.
- Właśnie rok 1939 uczynił mnie samodzielnym, zacząłem sam
o sobie decydować - powie mi Edelman.
W Warszawie Antek zamieszkał przy Dzielnej 34, w kibucu syjonistycznej
organizacji Dror, a Edelman - przy Dzielnej 36 u rodziców
Welwła Rozowskiego, gdzie mieszka też jego przyjaciółka Ryfka
"Stasia" Rozensztein. W trójkę drukują bundowskie
gazety na wyniesionym ze szkoły powielaczu.
- Stasia to jest wielka osoba w moim życiu - mówi Edelman.
- Cały jestem z niej. To moja pierwsza kobieta. Byłem sam,
bez rodziny, wszystkiego nauczyłem się od niej.
Kiedy stają mury, nie muszą się przeprowadzać, ich ulica
jest częścią getta. Cały czas Cukierman i Edelman mieszkali
tuż obok siebie, musieli znać się przynajmniej z widzenia,
ale pochłonięci swoimi sprawami nie zwracali na siebie uwagi.
Wtedy jeszcze syjoniści i bundowcy żyją życiem oddzielnym,
organizując samopomoc, edukację, działalność kulturalną, nielegalne
wydawnictwa w ramach własnych partii.
Po przeciwnej stronie ulicy mogą przyglądać się hałaśliwej
grupie "umarłych chasydów", ich tańcom, śpiewom,
modłom. To oni, Żydzi religijni, pierwsi padną ofiarą niemieckiej
machiny do zabijania.
- Robiło się coraz ciszej i ciszej, aż któregoś dnia wróciłem
do domu - opowiada Edelman - i nie było żadnego z nich. Tylko
wiatr roznosił po ulicy kartki Tory.
Kiedy w lipcu 1942 r. zaczyna się Wielka Akcja wywożenia
Żydów z getta, wszystkie działające tam grupy zbierają się
pospiesznie na Lesznie, na zaimprowizowaną naradę: co robić.
Wtedy Edelman po raz pierwszy zobaczył Cukiermana (ten go
jednak nie zapamiętał). Antek zaproponował tam w desperacji,
by zebrać kilkuset Żydów i wyjść na ulice getta pod hasłami;
"Treblinka to śmierć". Albo żeby uderzyć w żydowską
policję. Ale pomysły te zostały storpedowane przez tych, którzy
wierzyli, że "trzeba chronić substancję narodu"
(syjonista Ignacy Schipper) i tych, którzy uważali, że "Bóg
daje i Bóg zabiera" (Zysie Frydman z partii religijnych
ortodoksów).
- Sama widzisz - mówi Edelman - że w lipcu 1942 była naprawdę
daleka droga do ŻOB-u. Po lipcowej Akcji syjoniści przestali
istnieć, w getcie zostały ich smętne resztki.
- A Bund? - pytam. - Co z Bundem?
- Mieliśmy 500 osób zorganizowanych w piątki. Ale też zginęli
w łapankach.
Edelman nie mieszka już wtedy przy Dzielnej, przenosi się
- wraz ze swoim szpitalem - na Gęsią 6. W jednej oficynie
umieszczono chorych, w drugiej - personel. Tam wprowadzają
się pozbawieni dających szansę na przeżycie zaświadczeń z
pracy krewni, znajomi, przyjaciele pracowników szpitala w
nadziei, że mieszkanie przy szpitalu uchroni ich przed wywózką.
W trzech małych pokojach tłoczy się 15-18 osób.
- To był taki trochę przypadkowy zestaw szpitalny - mówi
Edelman. - Była tam Inka Szwajgier, Tosia Goliborska, doktor
Margolisowa z córką Alą. Oni wszyscy wiedzieli, że jestem
ważny i że to ja rządzę.
- Ja dołączyłam do nich - mówi Alina Margolis - jak skończyła
się szkoła pielęgniarska, gdzie byłam uczennicą. Nie sądzę,
by ktoś z nich mnie pamiętał; byłam gówniarą, czymś w rodzaju
dodatku do mamy. Nikt na mnie nie patrzył, nie zwracał uwagi.
Marek mieszkał tam ze swoją Stasią i jej poprzednim mężem
- może to zresztą nie był mąż, nie wiem, czy mieli ślub -
Welwłem "Włodkiem" Rozowskim. Ale pamiętam, że mówiło
się o nim "mąż żony Marka".
- Na tej Gęsiej - opowiada Edelman - na kolacje jadało się
stynki, takie malutkie rybki zalane sosem. A Stasia gotowała
jakieś kluski, jakiś barszsz ukraiński.
- Skąd mieliście pieniądze na życie, na jedzenie?
- Z rabunku. Ze szmuglu. Kiedyś ukradłem 100 kg cukru i worek
kartofli. Wniosłem to na IV piętro na plecach. Worek cukru
dobrze się układa, ale worek kartofli wnieść to nie takie
proste. A i jeszcze raz ukradłem kalafiory z bocznicy kolejowej.
Poza tym Edelman dysponował przekazywanymi mu przez AK pieniędzmi
Bundu. To były pieniądze od żydowskich związków zawodowych
z Ameryki. Ich przedstawiciele bezskutecznie apelowali do
prezydenta Roosevelta o interwencję w sprawie wschodnioeuropejskich
Żydów.
- A syjoniści z Palestyny nie przysyłali nic - mówi Edelman
do Simhy Rotema, który przyjechał z Izraela, by wziąć udział
w filmie dokumentalnym o tym, jak 10 maja 1943 r. zorganizował
wyjście powstańców z getta kanałami. Wtedy nazywał się jeszcze
Kazik Ratajzer, miał 18 lat, wyglądał jak polski Polak, a
do tego mówił swojską, warszawską gwarą z Powiśla.
- Naprawdę wierzysz, że syjoniści mogli nam pomóc? - pyta
Kazik.
Marek: - Zagładzie zapobiec nie mogli, ale w poszczególnych
przypadkach pomóc mogli. Tylko że specjalnie nie chcieli,
bo uważali, że im więcej zginie tu Żydów, tym szybciej powstanie
państwo żydowskie. Taka była ich polityka.
Kazik: - Ja się z tobą absolutnie nie zgadzam. Co to znaczy
"mogli pomóc"? Mieli nam tu przysłać desant spadochronowy,
czy co?
Marek: - Organizacja wojskowa w Palestynie - Hagana - miała
ludzi, którzy mówili wszystkimi językami świata. Jej wysłannicy
jakoś dotarli do Rumunii, na Węgry. Mogli i nam podrzucić
parę osób.
Kazik: - No nie, ja ci bardzo dziękuję. Gdyby oni nam przysłali
te parę osób, to mielibyśmy tylko dodatkowy kłopot z ich ukrywaniem.
Marek ze złością: - No to mogli chociaż przysłać sto tysięcy
dolarów na broń.
Najlepsi ludzie na świecie
W wydanym w 1944 r. zbiorze Aliny Margolis-Edelman "Ala
z elementarza" znajdujemy opowiadanie "Strzały".
Pojawiają się w nim, zakamuflowani, ukryci pod pseudonimami
nasi bohaterowie: Stasia, Marek Edelman, Welwł Rozowski: "Pnina,
która nigdzie nie wychodziła, gotowała codziennie jakąś zupę
z erzaców. Czasem pływały w niej skrawki końskiego mięsa.
Mieszkała z mężem i przyjacielem. Nie byłam tym nawet zdziwiona.
Dziwiłam się natomiast, że nikt nie protestował, gdy zostawiała
dla nich najlepsze kąski pływające w rzadkiej zupie".
18 stycznia 1943 r. Niemcy wkroczyli na Gęsią i zaczęli przeszukiwać
mieszkanie po mieszkaniu. Mieszkańcy IV piętra - ów "przypadkowy
zestaw szpitalny" - w pośpiechu zabarykadowali się za
szafą. Niemcy byli o krok od ich znalezienia i Alina poczuła,
ze zamiera z przerażenia. Wtedy rozległy się strzały, Niemcy
wybiegli. Kiedy w końcu ucichły niemieckie głosy i opuściła
kryjówkę, w pokoju zastała dwóch mężczyzn Stasi-Pniny - Marka
Edelmana i Welwła Rozowskiego. To oni wskoczyli na dach i
strzelali, by wywabić Niemców z mieszkań, jak najdalej od
kryjówek ich mieszkańców. Siedzieli teraz i spokojnie czyścili
pistolety jak gdyby nigdy nic.
Tak właśnie zaczął się pierwszy akt samoobrony w getcie nazwanej
później przez ŻOB-owców dumnie "powstaniem styczniowym",
w którego efekcie Niemcy na kilka miesięcy zaniechają wywózek.
- Antka tak naprawdę polubiłem i poznałem w tamtym czasie
- opowiada Edelman. - On wrócił ranny z Krakowa, gdzie brał
udział w akcji tamtejszego ŻOB-u. I przychodził - wydaje mi
się, ze swą późniejszą żoną Cywią Lubetkin - do nas do szpitala
na opatrunki. Zaczęliśmy spotykać się coraz częściej. Ja utrzymywałem
kontakty organizacyjne z policjantami żydowskimi - ich informacje
zresztą okazały się nic niewarte - i Antek przychodził do
mnie, żeby trzymać rękę na pulsie.
"Powstanie styczniowe" (a też krakowską przygodę
Cukiermana) uwiecznił Icchak Kacenelson w "Pieśni o zamordowanym
żydowskim narodzie".
(...) - raz jeszcze do getta idę ukradkiem...
Mam jeszcze kogo odwiedzać
- Cukierman tutaj jest przecież!
Jest tu Cukierman, jest z nami,
i Cywia tu także przebywa,
Są jeszcze ci najpiękniejsi, najlepsi ludzie na świecie
- Chaluce! Tak! Któż to mówi, żeśmy już wszystko stracili?
Nieprawda! Nie, to nieprawda
- są jeszcze z nami chaluce!
Jest jeszcze o co się oprzeć,
jest coś, co zawieść nie może...
Nie, ja nie płaczę - najwyżej oczy łzą jedną zasmucę.
Cukierman i jego chaluce byli dla Kacenelsona moralnym wzorem.
To od Cukiermana dowiedział się, że życzliwy mu i wspierający
go finansowo adwokat Abraham Gancwach jest agentem gestapo
i że powinien zerwać z nim wszelkie kontakty.
- Były to czasy takiej nieufności i strachu, że zabiliśmy
chłopca, który podsłuchiwał naszą naradę w szopie szczotkarzy
u Toebbensa, w głównej siedzibie bojowej ŻOB-u - opowiada
mi Edelman. - Złapaliśmy go na gorącym uczynku, z głową w
wywietrzniku. Tłumaczył się, że był ciekaw, że chciał się
przyłączyć. Nie było jasne, czy jest winny. Ale ktoś podobno
widział go, jak wychodził z siedziby gestapo. Nie mieliśmy
pewności, że zakapuje, ale niebezpieczeństwo było zbyt duże,
więc ja i Antek wydaliśmy rozkaz, żeby go zabić. To był kapturowy
sąd.
Oddziały bojowców łączyły się wedle przynależności organizacyjnej
- były grupy syjonistyczne, bundowskie i PPR-u. Ale bardziej
niż partyjna przynależność łączyły ich szkolne, przyjacielskie
więzy i zaufanie. Przez cały czas istnienia ŻOB-u nigdy nie
było wsypy.
Wtedy w kwietniu zakwitły kasztany
Zaraz potem Edelman opowiada, że wcale siebie nie pamięta
z tamtych czasów, nie pamięta swoich emocji. Wysłał więc kogoś
do Stasi, która po wojnie zamieszkała w Nowym Jorku, żeby
spytał się jej, jaki on wtedy był. A Stasia odpowiedziała:
"Bardzo bezwzględny".
Stasia opuściła getto wczesną wiosną 1943 r.
- Chciała wyjść na aryjską stronę? - pytam Edelmana.
- Tam nikt nie miał co chcieć. Każdy robił, co kazałem. Wiedziałem,
że trzeba mieć bliskich za murem, wtedy człowiek czuje się
wolny. Nie chciałem być z nikim związany, nie chciałem się
o nikogo bać. Osobiście wyprowadziłem Stasię z getta. Wyszedłem
z nią na plac Krasińskich, wyskoczyliśmy przez mur po ciemku.
Złapali nas szmalcownicy. Musieliśmy się wykupić, daliśmy
im kilkaset złotych. Pytasz, czy można było przeskoczyć bezpiecznie?
Mur był wysoki, na szkło narzucało się worek. Stasia skręciła
sobie wtedy nogę.
- Szlag mnie trafił - dodaje nieoczekiwanie - jak przeczytałem
jakąś recenzję, w której schlastano Wajdę za to, że w jego
filmie "Wielki Tydzień" kwitną kasztany, skoro wiadomo,
że kasztany kwitną później. A ja pamiętam dokładnie, że wtedy,
w kwietniu 1943 r., w całym getcie zakwitły kasztany.
Wiosna tego roku w ogóle była piękna i ciepła, ludzie wychodzili
na słońce, żeby się ogrzać. Marek pamięta, że przychodził
do niego Antek ze swoją dziewczyną Cywią Lubetkin i Mordechajem
Anielewiczem, który był komendantem ŻOB-u. Wszyscy razem szli
na zupę do jadłodajni na Miłą.
- Najlepsza była zupa z czarnej fasoli, gęsta, zawiesista,
chyba zaprawiana mąką. Pamiętam, że Anielewicz jakby się bał,
że ktoś mu miskę zabierze. Otaczał ją ramieniem.
Największy wyczyn w życiu Kazika
12 kwietnia na posiedzeniu ŻOB-u postanowiono, że jego przedstawicielem
po aryjskiej stronie zostanie Cukierman, a zadecydował o tym
jego "aryjski wygląd".
- Co z tego, że ja, nie on, miałem kontakty - tłumaczy Edelman
- skoro nie miałem wyglądu. Zresztą wygląd wyglądem, ale i
tak jak każdy Żyd w moim pokoleniu Antek był obrzezany.
Tydzień później wybuchło powstanie. Jego termin wyznaczyli
Niemcy, wkraczając do getta z zamiarem jego likwidacji.
Marek Edelman całe powstanie był w najbliższym kontakcie
z dziewczyną Antka - Cywią.
- Trzy razy uratowałem jej życie - opowiada Edelman, który
dowodził powstaniem najpierw na terenie szopów szczotkarzy,
a później w getcie centralnym. - Ale Cywia mnie się bała.
Nie, źle mówię, nie bała się, tylko była posłuszna. Nie wiem,
czemu ludzie wtedy się mnie słuchali, bo nie byłem za bardzo
poważny. Teraz wszystko wygląda tak serio, ale wtedy byliśmy
gówniarze i w głowie nam były głupoty. Niestety, Antek w "Nadmiarze
pamięci" w ogóle nie oddaje tego nastroju. Tam u niego
wszystko jest fundamentalne, sieriozne, ideologiczne.
Tak naprawdę to przypadek, że akurat Antek znalazł się w
czasie powstania poza murami getta. Z jego wspomnień wynika,
że chodził niemal codziennie pod mur. Czy miał może później
kompleks, że nie walczył? Edelman niczego takiego nie zauważył.
A jednak coś musiało Antka uwierać, skoro poświęcił sporo
wysiłku, by w "Nadmiarze pamięci" ukryć to, że wszelkie
jego próby załatwienia przyjaciołom wyjścia z getta nie powiodły
się. To, co nie udało się poważnym działaczom, jak Cukierman
czy Zygmunt Frydrych, udało się Kazikowi Ratajzerowi, łobuziakowi
z Powiśla, temu, który w Izraelu przybrał nazwisko Simha Rotem.
Na wariackich papierach, przy pomocy zastraszonych i przekupionych
kanalarzy, wprowadzonego w błąd "króla szmalcowników",
który uważał, że ratuje członków polskiego podziemia, oraz
członka PPR-u, który prawdopodobnie był też agentem policji
kryminalnej, wyprowadził on blisko 40 ŻOB-owców w biały dzień
włazem na ulicy Prostej.
Dokonał tego sam jeden, bo Cukierman w pewnym momencie popadł
w prawdziwą desperację.
- Miałem z nim ciężką przeprawę - opowiadał mi Kazik. - On
w pewnym momencie postawił ultimatum: - Wracamy natychmiast
do getta, choćby z niczym, a nie chcesz - idę sam.
- Byłem młody, głupi, naiwny - ciagnie Kazik. - Uważałem,
że jak już wydostałem się z getta, to 50 procent zadania spełniłem
i jacyś ludzie mi już pomogą wyciągnąć wszystkich. Po czym
okazało się, że mam do zrobienia 100 procent, że muszę wszystko
zrobić sam. Uruchomiłem różne swoje prywatne kontakty, a kiedy
po trzech, czterech dniach ponownie spotkałem się z Antkiem,
ten znowu swoje: - Jak nie wracasz do nich dziś, to ja wracam
sam. Więc mówię mu: - Ja cię nie trzymam, ale ja tam nie wrócę,
dopóki nie załatwię wszystkiego tak, że będę ich mógł wyprowadzić.
A on, że pójdzie sam przez mur. Ja mu na to: - Chcesz popełnić
samobójstwo, popełniaj.
- To Kazik wyprowadził nas z getta 10 maja, Cukierman nie
miał z tą akcją wiele wspólnego, a bodaj nawet o niej nie
wiedział - potwierdza Edelman, który podejrzewa, że jego przyjaciel
Antek po prostu nie był w stanie przyznać się sam przed sobą,
że czegoś nie wiedział, w czymś nie brał udziału. - Antek
przecież dopiero od Kazika dowiedział się, że wyszliśmy. Kazik
chciałby, żeby to nasze cudowne ocalenie było tylko jemu przypisane.
I słusznie. Bo to był największy wyczyn jego życia i dzięki
niemu żyjemy.
Kiedy wszystko skończyło się happy endem, a ciężarówka przywiozła
ŻOB-owców do lasku w Łomiankach - Antek nie wierzył, że wszyscy
wyszli i że Cywia jest żywa. Myślał, że Kazik go okłamuje,
że chce go pocieszać. Jednak w "Nadmiarze pamięci"
nie zdobył się na napisanie prawdy. Kazik podejrzewa wręcz,
że kazał to opublikować dopiero po swojej śmierci, bo wstydziłby
się spojrzeć mu w oczy.
Do Edelmana Kazik też ma trochę pretensji. - Dlaczego nie
napisałeś nigdy - pyta go - że twój przyjaciel z Bundu Zygmunt
Frydrych załamał się po aryjskiej stronie, schował, nie pomógł
mi, nie chciał wrócić po was do getta?
- Gdybym miał pisać, czego każdy nie chciał czy nie mógł
zrobić, zapełniłbym kilkanaście tomów - wykręca się Edelman.
Jednak Kazik nie daje sobie zamydlić oczu. - A ja ci powiem,
że raczej nie chciałeś powiedzieć nic złego przeciwko partyjnemu
koledze. Ale gdyby on był przypadkiem syjonistą, to już widzę,
jakbyś sobie na nim poużywał. Bo ty i Antek Cukierman byliście
ludźmi partyjnymi. Ty chciałeś widzieć tylko zasługi Bundu,
a on - tylko syjonistów.
Nigdy nie byliśmy tak blisko
Marek Edelman nie chciał iść do partyzantki, chciał wrócić
do Warszawy. Uważał, że tam powinny działać resztki komendy
ŻOB-u. Z Łomianek przyjechał tramwajem. Siadł na końcu wagonu,
twarzą na zewnątrz, na głowę włożył czapkę pracownika elektrowni.
Szczęśliwie dotarł na Noakowskiego, gdzie mieszkała Stasia,
przenocował u niej, a tam następnego dnia przyszło gestapo
i mieszkanie było spalone.
- Co to była za nadzwyczajna noc - opowiada. - Miałem białe
prześcieradło. Ileż to czasu nie widziałem białego prześcieradła?
Ja przecież przez całe powstanie nie rozebrałem się. A teraz
zdjąłem spodnie, Stasia położyła je między szafą i oknem,
zaświeciło słońce i wszystkie wszy wyszły na satynową kieszeń.
Popatrzyłem na swoją skórę i zobaczyłem, że jestem szary.
Potem, już jako lekarz, widziałem różnych chorych, ale nigdy
nie widziałem takiej szarej skóry. A te spodnie to chyba Stasia
spaliła.
Marek i Cywia, która też miała zły wygląd, cały czas siedzieli
w domu, a załatwiał wszystko Antek, Kazik i łączniczki. Mieszkali
najpierw na Komitetowej, potem na Pańskiej, wreszcie na Lesznie.
W sumie tych ich melin było trzy na krzyż. Podobnie jak Polaków,
którzy im pomagali.
Najbardziej przysłużyły się ŻOB-owcom siostry Maria Sawicka
i Anna Wąchalska, które poznały niektórych przyszłych bojowców
jeszcze przed wojną. Maria należała do PPS-owskiego klubu
sportowego Skra i Marek pamięta ją, jak w 1934 r. jechała
z jego mamą i ze swoją przyjaciółką Giną Klepfisz z bundowskiego
klubu sportowego Jutrznia na robotniczą olimpiadę do Wiednia.
- Po aryjskiej stronie - opowiada Edelman - była taka bliskość,
jakiej nie było nawet w getcie, jaką trudno sobie w ogóle
wyobrazić. Jeden pokój, jedna butelka wódki, jeden głód, jedno
zagrożenie. To była wielka jedność. Działalność była wtedy
minimalna, nasza aktywność też, choć obracaliśmy dużą forsą.
Trzeba było uratować jedno czy drugie życie, załatwić mieszkanie.
Ja miałem bundowskie pieniądze, a Cywia mówiła: "My musimy
żyć jak inni Żydzi, za 500 zł miesięcznie", bo tyle przeznaczaliśmy
na ukrywającego się Żyda. Myślisz, że wódka była z pieniędzy
Antka i Cywii?
- Piliście?
- Tak, dawaliśmy w gaz, ale bez upijania się, bo przecież
nie mogliśmy się upić. Chociaż Antek to potrafił chodzić na
rauszu po mieście. Uważał, że to odsuwa od niego wszelkie
podejrzenia, bo przecież Żydzi w zasadzie nie piją. Pamiętam,
raz przed Powstaniem Warszawskim Marysia Sawicka przyniosła
gęś i "matkę", to znaczy litr wódki. Ale Antek i
Cywia na takie rzeczy nie dawali ani grosza. Sam musiałem
zapłacić 500 zł za gęś.
- Może nie mieli pieniędzy?
- Mieli, ale żałowali na wódkę. A kiedy dostali pierwsze
40 tys. dol. i pół kilo złota od syjonistów, Antek schował
to do komina na Lesznie pod 18 i spaliło się wszystko.
- Różne osoby mówiły mi w Izraelu, jak to Antek w czasie
ukrywania się i wcześniej, w getcie, pięknie opowiadał im
o Palestynie i że to pomagało im przetrwać.
Marek: - No, mnie on o Palestynie nigdy nie ośmielił się
opowiadać. Może z Cywią w łóżku o tym mówił. Ja dzieliłem
z nim wszystko poza jego syjonistycznymi poglądami.
- A ty, jak cię znam, nie ukrywałeś przed nim, co myślisz
o palestyńskich Żydach.
- Obaj myśleliśmy o nich wszystko, co najgorsze. Antek przecież
nieraz wysyłał do nich rozpaczliwe listy, depesze, apele o
pomoc. I nic.
- Prawda, Cukierman w swojej książce cytuje taki jeden list,
który z Cywią wysłali do Palestyny: "Próbujcie ocalić
chociaż młodzież, postarajcie się zdobyć zezwolenia na wyjazd.
Prześlijcie pomoc finansową. Ostrzeżcie Żydów Holandii, Francji,
że jadą na śmierć". I opowiada, jak to jeszcze w czasie
akcji wysiedleńczej siedział z innym syjonistą i robili listy
"tych, których powieszą w kraju" za to, że o nich
zapomnieli. "Wymienialiśmy różne nazwiska - wspomina
Antek. - Zaczęliśmy od największych. Ustalaliśmy kolejność
według różnych kryteriów. Mówiliśmy nawet o tym, na jakich
szubienicach będziemy ich wieszać. Ale nie był to tylko czarny
humor. To bardzo bolało".
Tyfus! Tyfus!
Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, w którym ocaleni bojowcy
ŻOB-u wzięli udział - odcięło ich od mieszkania na Lesznie.
A tam było przecież - oprócz pieniędzy i złota - całe archiwum
ŻOB-u. Antek, który miał duszę archiwisty, wysłał tam Kazika,
żeby ratował papiery.
Całe Leszno płonie, poza tym są tam Niemcy, a Antek troszczy
się o jakieś papierzyska. Dla Kazika było to nie do pojęcia.
Ale rozkaz to rozkaz. Poszedł. O mało nie stracił życia podczas
tej niewykonalnej misji. Minęły lata, a jego wciąż to irytuje.
Próbuje więc dowiedzieć się od Edelmana, czy on przypadkiem
też nie maczał w tym palców.
- Jak to nie wiedziałeś, że Antek posyła mnie na Leszno?
- dziwi się Kazik. - Jak mogłeś nie wiedzieć, skoro poszła
tam ze mną twoja Stasia i straciłeś ją z oczu na wiele miesięcy,
bo wywieziono ją do obozu?
Ale Marek całego incydentu sobie nie przypomina.
Nad tym, dlaczego Marek rozdzielił się ze Stasią, zastanawia
się też Alina Margolis. - Stasia nie miała wyboru - mogła
albo zostać z nimi, albo przedzierać się na Leszno z Kazikiem.
Myślę, że nie chciała zostać, bo nie umiała strzelać. Tak
się rozeszli i potem pogubili. Gdyby nie to, może by się nie
rozstali? I może ja nigdy nie zostałabym żoną Marka?
Z upadkiem Powstania Warszawskiego zaczyna się dla jego żydowskich
uczestników całkiem nowa gehenna. Nie mogą poddać się Niemcom,
ale nie chcą też opuścić miasta z ludnością cywilną, bo boją
się, że zostaną zadenuncjowani jako Żydzi. Kilkunastoosobowa
grupa - jest tam Edelman, Cukierman i Cywia Lubetkin - zaczyna
się ukrywać w skrytce w piwnicy żoliborskiego domku przy Promyka
41. Tkwi tam przez wiele tygodni, aż do 15 listopada, kiedy
to przybywa spod Warszawy odsiecz w postaci pielęgniarek z
opaskami Czerwonego Krzyża, wśród których jest przyszła żona
Marka Alina Margolis. Marek ma najgorszy wygląd, więc kładą
go na noszach i bandażują mu twarz. Na każdą próbę zbliżenia
się do niego jakiegoś Niemca - dziewczyny krzyczą: "Tyfus!
Tyfus!".
Tak docierają do szpitala pod Grodziskiem, gdzie wszyscy
znajdą na kilka dni schronienie. Marek i inni - jako ukrywający
się Żydzi. Antek - jako Polak.
O powojennych losach Icchaka Cukiermana, który zorganizował
na olbrzymią skalę emigrację do Palestyny, i Marka Edelmana,
który wolał, by jego ukochany Bund raczej przestał istnieć,
niż żeby połączył się z partią komunistyczną - w jednym z
następnych numerów "Gazety Świątecznej".
Korzystałam m.in. z publikacji: Antek Cukierman, "Nadmiar
pamięci", PWN, Warszawa 2000; Marek Edelman, "Strażnik",
Znak, Kraków 2000; Anka Grupińska, "Wciąż po kole",
Twój Styl, Warszawa 2000. Fragmenty z "The Jewish Labour
Bund in Poland" Emmanuela Nowogródzkiego w tłumaczeniu
Błażeja Szczęsnego.
|