E-mail

English







SZOK JEDWABNEGO

ADAM MICHNIK

Gazeta Wtborcza, 17 marca 2001

Czy Polacy razem z Niemcami mordowali Żydów? Trudno o większy absurd i bardziej fałszywy stereotyp. Nie było polskiej rodziny, która by nie została okaleczona przez hitlerowski nazizm i sowiecki komunizm. Te dwie totalitarne dyktatury pochłonęły trzy miliony Polaków i trzy miliony obywateli polskich zakwalifikowanych przez hitlerowców jako Żydzi. Polska pierwsza powiedziała kategoryczne "nie" hitlerowskim żądaniom i pierwsza podjęła zbrojny opór przeciw hitlerowskiej agresji. Polacy byli narodem, który nigdy nie wydał Quislinga, i żadna formacja wojskowa pod polskim sztandarem nie walczyła po stronie III Rzeszy. Polacy zaatakowani przez dwa totalitaryzmy w wyniku paktu Ribbentrop - Mołotow walczyli od pierwszego do ostatniego dnia w armiach antyhitlerowskiej koalicji. W Polsce rozwinął się szeroki ruch oporu, zbrojnej konspiracji i dywersji antyhitlerowskiej. To wtedy premier Wielkiej Brytanii składał Polakom hołd za ich udział w bitwie o Anglię, a prezydent Stanów Zjednoczonych nazwał Polaków natchnieniem świata. Nie przeszkodziło to wszakże jednemu i drugiemu w zawarciu ze Stalinem porozumienia jałtańskiego, którego ofiarą padła Polska. Polska wpadła w łapy Stalina. Bohaterowie ruchu oporu trafili do sowieckiego gułagu i polskich komunistycznych więzień jako wrogowie stalinowskiego komunizmu. Wszystkie te czynniki złożyły się na polski wizerunek własnej historii - Polska była bezwinną i szlachetną ofiarą wrogiej przemocy i obcej intrygi.


Po wojnie, gdy w wolnych krajach nadszedł czas refleksji nad doświadczeniem nazizmu i Holocaustu, w Polsce nastał czas stalinowskiego terroru, który na wiele lat skutecznie zablokował debatę o przeszłości, o Zagładzie i o antysemityzmie. Tymczasem tradycje antysemickie były w Polsce głęboko zakorzenione. W XIX wieku, gdy nie istniało państwo polskie, nowoczesny naród polski kształtował się w oparciu o więzi etniczne i religijne, a w opozycji do narodów sąsiadujących, którym polskie marzenie o niepodległości było obojętne lub wrogie. Antysemityzm - tak jak we wszystkich krajach tego regionu zamieszkiwanych przez Żydów - był spoiwem ideologicznym wielkiego obozu politycznego - Narodowej Demokracji. Ten antysemityzm był podsycany przez rosyjską administrację w myśl zasady divide et impera. W okresie międzywojennym antysemityzm był już trwałym i naturalnym składnikiem radykalnej ideologii nacjonalistycznej prawicy. Mocne akcenty antysemickie można było napotkać również w wypowiedziach dostojników Kościoła katolickiego. Polska wciśnięta między hitlerowskie Niemcy i stalinowską Rosję nie umiała ułożyć sobie poprawnych stosunków z mniejszościami narodowymi, także ze społecznością żydowską. Choć w porównaniu z totalitarnymi sąsiadami Polska ciągle jeszcze była względnym azylem dla Żydów, to jednak w latach 30. Żydzi czuli się i byli w istocie coraz bardziej dyskryminowani wśród jazgotu antysemickich bojówek na wyższych uczelniach, w klimacie getta ławkowego, w atmosferze wezwań do pogromów antyżydowskich.


Jednak w latach okupacji hitlerowskiej polska prawica nacjonalistyczna i antysemicka - inaczej niż w większości krajów Europy - nie podążyła drogą kolaboracji z nazistami, lecz czynnie uczestniczyła w antyhitlerowskim podziemiu. Polscy antysemici walczyli z Hitlerem, a niektórzy z nich zgoła uczestniczyli w akcji ratowania Żydów, choć groziła za to śmierć. Oto specyficzny polski paradoks - na okupowanej polskiej ziemi można było być zarazem antysemitą, bohaterem antyhitlerowskiego ruchu oporu i uczestnikiem akcji ratowania Żydów.


Przed kilku laty Jan Błoński, jeden z najświetniejszych polskich intelektualistów, opublikował w "Tygodniku Powszechnym esej o tym właśnie paradoksie. Przypomniał głośny apel katolickiego Frontu Odrodzenia Polski opublikowany w sierpniu 1942 roku. Napisała go znana pisarka katolicka Zofia Kossak-Szczucka. W apelu można przeczytać:


" W ghetcie warszawskim, za murem odcinającym od świata, kilkaset tysięcy skazańców czeka na śmierć. Nie istnieje dla nich nadzieja ratunku, nie nadchodzi znikąd pomoc.


Ogólna liczba zabitych Żydów przenosi już milion, a cyfra ta powiększa się z każdym dniem. Giną wszyscy. Bogacze i ubodzy, starce, kobiety, mężczyźni, młodzież, niemowlęta, katolicy umierający z Imieniem Jezusa i Maryi, równie jak starozakonni. Wszyscy zawinili tym, że się urodzili w narodzie żydowskim, skazanym na zagładę przez Hitlera.


Świat patrzy na tę zbrodnię, straszliwszą niż wszystko, co widziały dzieje - i milczy. Rzeź milionów bezbronnych ludzi dokonywa się wśród powszechnego, złowrogiego milczenia. Milczą kaci, nie chełpią się tym, co czynią. Nie zabierają głosu Anglia ani Ameryka, milczy nawet wpływowe międzynarodowe żydostwo, tak dawniej przeczulone na każdą krzywdę swoich. Milczą i Polacy. Polscy polityczni przyjaciele Żydów ograniczają się do notatek dziennikarskich, polscy przeciwnicy Żydów objawiają brak zainteresowania dla sprawy im obcej. Ginący Żydzi otoczeni są przez samych umywających ręce Piłatów.


Tego milczenia dłużej tolerować nie można. Jakiekolwiek są jego pobudki - jest ono nikczemne. Kto milczy w obliczu mordu - staje się wspólnikiem mordercy. Kto nie potępia - ten przyzwala.


Zabieramy przeto głos my, katolicy-Polacy. Uczucia nasze względem Żydów nie uległy zmianie. Nie przestajemy uważać ich za politycznych, gospodarczych i ideowych wrogów Polski. Co więcej, zdajemy sobie sprawę z tego, iż nienawidzą nas oni więcej niż Niemców, że czynią nas odpowiedzialnymi za swoje nieszczęście. Dlaczego, na jakiej podstawie - to pozostaje tajemnicą duszy żydowskiej, niemniej jest faktem nieustannie potwierdzanym. Świadomość tych uczuć jednak nie zwalnia nas z obowiązku potępienia zbrodni.


Nie chcemy być Piłatami. Nie mamy możności czynnie przeciwdziałać morderstwom niemieckim, nie możemy nic poradzić, nikogo uratować - lecz protestujemy z głębi serc przejętych litością, oburzeniem i grozą. Protestu tego domaga się od nas Bóg, Bóg, który nie pozwoli zabijać.


Protestujemy równocześnie jako Polacy. Nie wierzymy, by Polska odnieść mogła korzyść z okrucieństw niemieckich. Przeciwnie. W upartym milczeniu międzynarodowego żydostwa, w zabiegach propagandy niemieckiej usiłującej już teraz zrzucić odium za rzeź Żydów na Litwinów i... Polaków, wyczuwamy planowanie wrogiej dla nas akcji. Wiemy również, jak trujący bywa posiew zbrodni. Przymusowe uczestnictwo narodu polskiego w krwawym widowisku spełniającym się na ziemiach polskich może snadnie wyhodować zobojętnienie na krzywdę, sadyzm i ponad wszystko groźne przekonanie, że wolno mordować bliźnich bezkarnie."


Ten niezwykły apel, przeniknięty szlachetnością i odwagą, a zarazem jawnie skażony antysemickim stereotypem, dobrze ilustruje paradoks polskiego stosunku do ginących Żydów. Zgodnie z tradycją antysemicką każe widzieć w Żydach wrogów, ale zarazem zgodnie z tradycją polskiego heroizmu wzywa, by nieść Żydom ratunek.


Ta sama Kossak-Szczucka, już po wojnie, opisywała ów paradoks w liście do swojej znajomej: "Kiedy indziej na moście Kierbedzia Niemiec spostrzegł Polaka dającego jałmużnę żydowskiemu głodomorowi, dziecku. Przyskoczył i rozkazał Polakowi wrzucić dziecko natychmiast do wody, inaczej on sam zastrzeli i żydziaka, i niewczesnego jałmużnika.


- Nic mu nie pomożesz - szydził - ja go zabiję tak czy tak. On nie ma prawa tu być. Ty albo możesz odejść, jeśli go utopisz, albo cię zastrzelę. Rachuję do trzech. Uwaga. Raz... Dwa...


Polak nie wytrzymał, załamał się, rzucił dzieciaka przez poręcz do rzeki. Niemiec poklepał go po ramieniu. Braver Kerl. Rozeszli się. W dwa dni potem Polak się powiesił".


Dalszemu życiu Polaków, naznaczonemu świadomością bezsilnego świadka zbrodni, musiała towarzyszyć osobliwa trauma, która powraca zawsze, gdy pojawia się debata na temat antysemityzmu, stosunków polsko-żydowskich, Holocaustu. Przecież gdzieś w podświadomości ludzie w Polsce pamiętają, że to oni wprowadzili się do mieszkań opuszczonych przez Żydów spędzonych do getta, a potem wymordowanych przez Niemców.


Polska opinia publiczna jest zróżnicowana, ale niemal wszyscy Polacy bardzo ostro reagują na pojawiające się nieraz oskarżenia żydowskie, że "wyssali antysemityzm z mlekiem matki, a już szczególnie o współudział w Zagładzie. Dla antysemitów, których nie brakuje na marginesach polskiego życia politycznego, te ataki są znakomitym uzasadnieniem tezy, że istnieje międzynarodowy żydowski spisek przeciw Polsce. Dla ludzi zwyczajnych, ukształtowanych w latach fałszowania prawdy bądź milczenia o Holocauście, oskarżenia te są aktem jaskrawej niesprawiedliwości. Dla tych właśnie ludzi strasznym szokiem stała się książka Jana Tomasza Grossa "Sąsiedzi, która ujawniła prawdę o mordzie 1600 Żydów w Jedwabnem dokonanym polskimi rękami.


Trudno opisać rozmiary tego szoku. Książka Grossa wywołała reakcje, których temperatura jest porównywalna z żydowskimi reakcjami po publikacji książki Hanny Arendt -Eichmann w Jerozolimie. Arendt pisała o współpracy niektórych środowisk żydowskich z nazistami: -Żydowskie rady starszych były informowane przez Eichmanna lub jego podwładnych, ilu Żydów potrzeba do wypełnienia każdego pociągu, i sporządzały listy deportowanych. Żydzi rejestrowali się, wypełniali niezliczone formularze, odpowiadali na wielostronicowe kwestionariusze dotyczące posiadanego przez nich majątku, co miało umożliwić tym łatwiejsze jego zagarnięcie, następnie zaś gromadzili się w wyznaczonych miejscach zbiórki i wsiadali do pociągu. Na nielicznych, którzy usiłowali się ukryć albo uciec, specjalna policja żydowska urządzała obławy.


Wiemy, jak czuli się funkcjonariusze żydowscy, kiedy przekształcili się w narzędzie mordu - czuli się jak kapitanowie, >>których okrętom groziło zatonięcie, a mimo to zdołali bezpiecznie dopłynąć do portu, wyrzuciwszy znaczną część cennego ładunku<<, albo jak wybawcy, którzy >>za cenę stu ofiar uratowali tysiąc ludzi, za cenę tysiąca - dziesięć tysięcy<<.


Wkrótce potem żydowscy krytycy stwierdzili, że według Hanny Arendt to sami Żydzi dokonali zagłady Żydów.


Niektóre polskie reakcje na książkę Grossa były równie emocjonalne. Zwyczajny polski czytelnik nie był w stanie uwierzyć, że coś podobnego mogło się wydarzyć. Muszę wyznać, że i ja nie byłem w stanie w to uwierzyć i uważałem, że mój przyjaciel Jan Tomasz Gross padł ofiarą mistyfikacji. A jednak mord w Jedwabnem, poprzedzony bestialskim pogromem Żydów, miał miejsce i musi obciążać świadomość zbiorową Polaków. Także moją świadomość indywidualną. Polska debata na temat Jedwabnego toczy się od kilku miesięcy. Nacechowana jest powagą, wnikliwością, smutkiem, a nieraz i przerażeniem, jakby całemu społeczeństwu nakazano nagle dźwigać brzemię strasznej zbrodni sprzed 60 lat. Jakby wszystkim Polakom kazano zbiorowo wyznawać winę i prosić o przebaczenie.


Nie wierzę w winę kolektywną i w odpowiedzialność zbiorową inną niż odpowiedzialność moralna. Zastanawiam się przeto, na czym polega moja indywidualna odpowiedzialność i moja własna wina. Z pewnością nie mogę być odpowiedzialny za tamten tłum zbrodniarzy, który podpalił stodołę w Jedwabnem. Podobnie dzisiejszych mieszkańców Jedwabnego nie sposób winić za tamtą zbrodnię. Gdy słyszę wezwanie, bym wyznał swoją, polską winę, czuję się zraniony tak samo jak dzisiejsi mieszkańcy Jedwabnego, których indagują dziennikarze z całego świata. Kiedy jednak słyszę, że książka Grossa, która ujawnia prawdę o zbrodni, jest kłamstwem wymyślonym przez międzynarodowy żydowski spisek przeciw Polsce, to wtedy rośnie we mnie poczucie winy. Te kłamliwe dzisiejsze wykręty są bowiem faktycznym usprawiedliwieniem tamtej zbrodni.


Piszę ten tekst ostrożnie, ważę słowa, powtarzam zdanie Monteskiusza: -Jestem człowiekiem dzięki naturze; jestem Francuzem dzięki przypadkowi. Także ja - dzięki przypadkowi - jestem Polakiem o żydowskich korzeniach. Niemal całą moją rodzinę pochłonął Holocaust, moi bliscy mogli zginąć w Jedwabnem. Niektórzy z nich byli komunistami lub krewnymi komunistów, niektórzy byli rzemieślnikami, handlarzami, może rabinami. Ale wszyscy byli Żydami - wedle norymberskich ustaw III Rzeszy. Wszyscy oni mogli być zagnani do tej stodoły, którą podpaliła ręka polskiego zbrodniarza. Nie czuję się winny wobec tych zamordowanych, ale czuję się odpowiedzialny. Nie za to, że ich zamordowano - temu nie mogłem zapobiec. Czuję się jednak odpowiedzialny za to, że po śmierci zamordowano ich po raz drugi - nie pochowano ich po ludzku, nie opłakano, nie ujawniono prawdy o tej ohydnej zbrodni, a pozwolono na to, by przez dziesięciolecia upowszechniane było kłamstwo. A to już jest moja wina. Z braku wyobraźni, braku czasu, z oportunizmu i duchowego lenistwa nie postawiłem sobie pewnych pytań i nie szukałem odpowiedzi. Dlaczego? Przecież należałem do tych, którzy angażowali się czynnie w ujawnienie prawdy o katyńskiej zbrodni, angażowałem się w ujawnienie prawdy o stalinowskich procesach, o ofiarach komunistycznego aparatu represji. Dlaczego przeto nie szukałem prawdy o zamordowanych Żydach z Jedwabnego? Może bałem się podświadomie tej okrutnej prawdy o losie żydowskim w tamtym czasie?


A przecież zdziczały tłum z Jedwabnego nie był wyjątkiem. We wszystkich krajach podbitych po 1939 roku przez Związek Sowiecki dochodziło latem i jesienią 1941 roku do potwornych zbrodni przeciw Żydom. Żydzi ginęli z rąk sąsiadów litewskich i łotewskich, estońskich i ukraińskich, rosyjskich i białoruskich. Myślę, że nadszedł czas, by cała prawda o tych koszmarnych zdarzeniach została wreszcie ujawniona. Spróbuję do tego przyłożyć swoją rękę. Pisząc te słowa, odczuwam specyficzną schizofrenię, jestem Polakiem i mój wstyd za mord w Jedwabnem jest polskim wstydem, a jednocześnie wiem, że gdybym wtedy trafił do Jedwabnego, to zamordowano by mnie jako Żyda.


Kim więc jestem, pisząc te słowa? Otóż, dzięki naturze jestem człowiekiem i odpowiadam przed innymi ludźmi za to, co zrobiłem, i za to, czego nie zrobiłem; dzięki memu wyborowi jestem Polakiem i odpowiadam przed światem za to zło, które wyrządzili moi rodacy. Czynię tak nieprzymuszony, z własnego wyboru i głębokiego nakazu sumienia. Ale pisząc te słowa, jestem jednocześnie Żydem, który odczuwa głębokie braterstwo z tymi, których mordowano jako Żydów. I z tej ostatniej perspektywy muszę stwierdzić, że kto próbuje wyabstrahować zbrodnię w Jedwabnem z kontekstu epoki, kto próbuje na podstawie tej zbrodni dokonywać uogólnień i twierdzić, że tak właśnie zachowywali się tylko Polacy i wszyscy Polacy, ten dopuszcza się kłamstwa równie ohydnego jak wieloletnie kłamstwo o zbrodni w Jedwabnem.


Gdyż mogło zdarzyć się i tak, że to polski sąsiad wyrwał kogoś z moich bliskich z rąk oprawców, którzy go wpychali do stodoły. Wielu było takich polskich sąsiadów - gęsty jest las polskich drzewek w Alei Sprawiedliwych wśród Narodów Świata w Yad Vashem w Jerozolimie. Wobec tych ludzi, którzy oddali życie za ratowanie Żydów, też czuję się odpowiedzialny, czuję się wobec nich winny, gdy czytam tak wiele w polskich i obcych gazetach o zbrodniarzach, którzy mordowali Żydów, a towarzyszy temu głuche milczenie o tych, którzy Żydów ratowali. Czy naprawdę zbrodniarzom należy się większa sława niż Sprawiedliwym? Prymas Polski i polski prezydent, polski premier i warszawski rabin powiedzieli niemal jednym głosem, że hołd ofiarom zbrodni w Jedwabnem winien służyć sprawie polsko-żydowskiego pojednania w prawdzie. Niczego bardziej nie pragnę. Jeśli stanie się inaczej, będzie to również moja wina. Również za to będę odpowiedzialny.