E-mail

English







Jak się z tym uporać

Polacy wobec zagłady Żydów

Jerzy Jedlicki

Polityka z dnia 10 lutego 2001

1. Książka Jana Tomasza Grossa "Sąsiedzi: historia zagłady żydowskiego miasteczka" wzbudziła dyskusje i spory o wysokiej temperaturze, a jej wydawca - Fundacja Pogranicze - zaplanował nakład bez wyobraźni: książka znikła z księgarń w najgorętszym momencie. Nic w tym dziwnego. Książka opowiada przecież o wydarzeniu wręcz niesamowitym: o tym, jak polscy mieszkańcy pewnego miasteczka pod Łomżą w letni dzień 1941 r. w wyjątkowo okrutny sposób wymordowali - pod okiem niemieckich okupantów - ponad tysiąc swoich żydowskich sąsiadów nie oszczędzając nikogo. I o tym, że przez prawie sześćdziesiąt lat wydarzenie to osłonięte było milczeniem.


Dziwić by się raczej należało, gdyby taka relacja nie wzbudziła emocji. Jednakże podobne podniecenie ma miejsce nie po raz pierwszy. Przypomnieć można poruszenie, jakie w 1987 r. wywołał opublikowany w "Tygodniku Powszechnym" artykuł Jana Błońskiego "Biedni Polacy patrzą na getto", a parę lat później artykuł Michała Cichego w "Gazecie Wyborczej" o zabójstwach Żydów w powstańczej Warszawie albo film Lanzmana "Szoah". Ilekroć więc publiczność ma okazję zetknąć się z tekstami lub obrazami rzucającymi cień na polskie zachowania wobec Żydów w czasie okupacji, tylekroć budzi to na nowo emocje różnego rodzaju: u jednych moralny niepokój, poczucie wstydu, u innych oskarżenia o zmyślenie, nawet o paszkwil, jeszcze inni przywołują okoliczności, które mogą pomniejszyć ciężar winy sprawców albo wskazać na marginalny charakter incydentu. Nie ma chyba w Polsce drugiego historycznego tematu, który by tak mocno, pomimo upływu czasu, poruszał jakąś ukrytą strunę moralnej wrażliwości albo i resentymentu: wiedzą redaktorzy czasopism, jak obfitą i nabrzmiałą emocjami pocztę otrzymują po takich artykułach.


Dlaczego właściwie tak się dzieje? Reakcje nie dają się z pewnością sprowadzić do sporów o fakty. Znamienne jest wprawdzie, że niektóre wiadomości, w tym historia pogromów w Łomżyńskiem, tak długo pozostawały ukryte w archiwach - i samo to jest warte zastanowienia - niemniej zawodowych badaczy tej epoki niewiele już potrafi zadziwić. Naukowe piśmiennictwo o czasach okupacji w Polsce przyrasta lawinowo i rozbieżności zdań między historykami dotyczą raczej szczegółów. Prawdziwa bariera wznosi się między korpusem sprawdzonej wiedzy historycznej a wiedzą potoczną, która dostępne informacje przepuszcza przez gęsty filtr uprzednio już ugruntowanych sądów, uprzedzeń i osobistych wspomnień. Przez ten filtr pewne wiadomości nie przenikają albo przeniknąwszy zostają odrzucone wskutek ich niezgodności z przyjętym systemem przekonań.


W obiegu księgarskim od dawna już pojawiają się książki, które powinny były wstrząsnąć opinią publiczną albo przynajmniej wywołać poważną refleksję. Jako pierwszą wymienić należy "Stosunki polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej" Emanuela Ringelbluma, czołowego historyka żydowskiego, twórcy Archiwum Warszawskiego Getta, który pracę swą zdążył napisać w schronie przy ulicy Grójeckiej w 1944 r., zanim zginął wraz ze wszystkimi jego mieszkańcami w wyniku denuncjacji. Książka ta, nacechowana godną szacunku troską o sprawiedliwość ocen, nie mogła się przez wiele lat przebić przez cenzuralne zasieki, ale została wreszcie wydana przez profesora Artura Eisenbacha w 1988 r. i nie wywołała szerszego echa. Więcej uwagi zdołał przyciągnąć wydany w 1992 r. zbiór studiów Krystyny Kersten "Polacy - Żydzi - komunizm: anatomia półprawd 1939-68", który nie dotykał bezpośrednio tematu Zagłady, ale konfrontował wiedzę dokumentalną z mocno po obydwu stronach zakorzenionymi stereotypami. Przyszła potem seria wydawnictw analizujących, jaki obraz Zagłady i jej otoczenia zachował się w pamięci tych, co przeżyli oraz tych, co patrzyli z zewnątrz i jak następnie z tych wspomnień destylowała się "pamięć" całych społeczności, czyli ich skrzepłe wersje historii. "Zagłada i pamięć" Barbary Engelking (1994) czy wydane przez Instytut Francuski w Krakowie (1996) materiały kolokwium "Pamięć żydowska - pamięć polska" to przykłady takich publikacji, ledwie przez naszą prasę i opinię dostrzeżonych.


Nie ukazała się jeszcze po polsku poważna, wolna od uprzedzeń książka Michaela Steinlaufa "Bondage to the Dead: Poland and the Memory of the Holocaust", natomiast wydany przez Żydowski Instytut Historyczny (1999) zbiór rozpraw Feliksa Tycha "Długi cień Zagłady", penetrujący ten sam obszar polskiej pamięci, świadomości historycznej i szablonów edukacyjnych, nie wzbudził, jak dotąd, zainteresowania. Poprzedzający "Sąsiadów" o dwa lata cienki tomik Jana Tomasza Grossa "Upiorna dekada: trzy eseje o stereotypach na temat Żydów, Polaków, Niemców i komunistów 1939-1948" miał więcej szczęścia, gdyż zwróciła nań uwagę "Gazeta Wyborcza", a nieoceniona w swojej wrażliwości na tę tematykę "Więź" poświęciła mu redakcyjną dyskusję. Mimo to recepcja tej książeczki w niczym nie zapowiadała rozgłosu, jaki stać się miał udziałem "Sąsiadów".


Wspominam tamte książki, bo zawarte w nich - i w szeregu innych - porcje materiału źródłowego i jego interpretacje wystarczały do tego, aby się zastanowić, czy potoczne poglądy na temat zachowania różnych polskich środowisk w czasie wojny nie wymagają jednak pewnej rewizji. Do tego wszelako nie doszło. Trzeba było dopiero tak mocnego uderzenia, jak wieść o tym, co się stało w Jedwabnem, aby się przebić przez nasze mury obronne i poruszyć załogę polskiej twierdzy. Jeszcze jest jednak za wcześnie, aby móc przewidzieć, co się dalej stanie z tym nie pierwszym bądź co bądź wyłomem. Nie można wykluczyć, że koniec końców, po wymianie polemicznych sztychów, każdy pozostanie przy swojej prawdzie, przy swoich od dawna oswojonych przekonaniach, w które zainwestował zbyt wiele wiary i emocji, aby je teraz podawać w wątpliwość.


2. Tak jest, mamy kilka tysięcy Sprawiedliwych między Narodami Świata i zapewne parokrotnie większą liczbę tych, którym ten tytuł też by przysługiwał, gdyby doczekali albo gdyby się kto dla nich o to upomniał. Jeżeli zważyć, że za ukrywanie Żydów groziła w Polsce śmierć, zasługa tych, co ryzykowali, staje się tym większa i tym bardziej godna uznania. Dobrze się stało, że ich prawość i męstwo zostały upamiętnione w takich zbiorach relacji jak te, które zebrali i opracowali jako pierwsi Władysław Bartoszewski i Zofia Lewinówna, potem m.in. Szymon Datner, a ostatnio Elżbieta Isakiewicz ("Ustna harmonijka: relacje Żydów, których uratowali od Zagłady Polacy"), nie mówiąc o wielu pamiętnikach, które przekazały świadectwa wdzięczności.


Pytanie tylko, kto ma prawo szczycić się po latach tymi co ratowali. Bo przecież z pamiętników i relacji widać - co też i pamiętają dobrze ci, którzy żyli w Generalnej Guberni - że nie tylko ukrywający się Żydzi, lecz również ich dobroczyńcy drżeli przed wzrokiem wścibskiego sąsiada, przed badawczym spojrzeniem dozorcy, sklepikarza, przechodnia... Gdybyż to tylko o Gestapo chodziło, o ileż łatwiej byłoby przeżyć w ukryciu, o ileż pewniej można by liczyć na łańcuch ludzkiej solidarności, o ileż mniej konieczne byłyby ciągłe zmiany kryjówek.


Więc co się liczy w ogólnym narodowym rachunku? Bohaterstwo czy podłość? Współczucie czy brak litości? Liczy się jedno i drugie i nijak się nie da jednego od drugiego odjąć ani jedno drugim odkupić. Zawsze pozostaną dwa rejestry odrębne. W tym tylko rzecz, że przechowując w pamięci ten pierwszy, najchętniej zapominaliśmy o tym drugim albo uznawaliśmy go za margines, zarówno w ilościowym, jak społecznym sensie. Otóż margines to nie był, a gdyby nawet, to bardzo zaciążył na całym życiu polskim pod okupacją. I trudno zapomnieć rok 1968, kiedy nowe pokolenie szmalcowników i policyjnych konfidentów, urządzając ogólnopolską antysemicką hecę budzącą najgorsze skojarzenia u nas i na świecie, miało zarazem czelność protestować przeciw "antypolskiej", a przez nich samych sprowokowanej reakcji i zastawiać się argumentem o Sprawiedliwych. Co przecież i dzisiaj się zdarza.


Niestety, czego my nie chcemy wiedzieć i pamiętać, wiedzą i pamiętają inni, i już nie możemy mieć jednego rejestru bez drugiego, tak jak nie mogą mieć takiego psychicznego komfortu i inne podbite wówczas narody. Jeżeli dziedziczymy po poprzednich pokoleniach, to nie ma rady: spada na nas i ich wielkość, i nikczemność, honor i hańba.


Niemniej jednak te dwa rejestry - rejestr ratujących życie i rejestr wydających na śmierć - to tylko dwie cząstki społeczeństwa. Cząstki skrajne. Kto w której z nich się zapisał, to była najczęściej sprawa charakteru, bez żadnych socjologicznych współrzędnych. Ludzie ze wszystkich warstw społecznych byli pośród tych, co życie swoje i swoich rodzin kładli na szali dla swoich przyjaciół albo i dla obcych, bo wierzyli najmocniej, że tak trzeba. I ludzie wszelkiego stanu byli wśród tych, dla których hitlerowski najazd i bezmiar ludzkiego nieszczęścia były doskonałą okazją do robienia interesów. Wokół jednych i drugich zaś było jeszcze owo społeczne tło, o którym często się mówi, z przymieszką żalu i przygany, że wobec losu swoich żydowskich sąsiadów było obojętne. I w tym właśnie miejscu trzeba postawić znak wątpliwości.


3. Polacy bywali obojętni wobec Żydów - przyjaźnie albo wzgardliwie obojętni - dopóki oczywiste było, że ci stoją społecznie znacznie niżej od szlachty, chrześcijańskiego mieszczaństwa i inteligencji. Obojętność skończyła się, gdy Żydzi - o różnym czasie w różnych zaborach - poczęli dopominać się o równe prawa cywilne, z czasem i obywatelskie, a wreszcie o prawa dla swego języka i kultury. Im bardziej nabierali zbiorowej godności, im bardziej stawali się narodem, a nie tylko wyznawcami Starego Zakonu, tym trudniej układały się stosunki ze środowiskami polskimi, które tym aspiracjom sprzyjać nie chciały, a w swoim przekonaniu i nie mogły. Na to nałożył się wpływ idącej z Zachodu fali rasistowskiego antysemityzmu, który dążył do zablokowania wszelkich dróg asymilacji, a więc obyczajowego, a z czasem również świadomościowego zespolenia się z narodem otaczającym, aż do zaniku cech odrębnych, niekiedy z wyznaniem włącznie. W Polsce gorliwą propagatorką antysemityzmu stała się - jak wiadomo - endecja, ale nastroje niechętne lub wręcz wrogie wobec Żydów rozszerzały się także na inne, poza lewicą, ugrupowania ideowe oraz na Kościół katolicki. Na kilka lat przed pierwszą wojną światową walka z Żydami stała się istną obsesją zajmując na przykład w prasie warszawskiej więcej miejsca i wywołując więcej emocji niż jakikolwiek inny przedmiot.


Tak już odtąd miało być stale, choć ze zmiennym, pulsującym natężeniem. Nie tu miejsce, by przedstawiać historię tego spienionego nurtu, przypominać jego najbardziej drastyczne epizody z zabójstwem prezydenta, wykluczaniem Żydów z polskich instytucji zawodowych, gettem ławkowym na uniwersytetach, krwawymi pogromami wreszcie. Nie ma przy tym powodu, aby idealizować Żydów polskich czy jakichkolwiek innych: byli rozmaici jak każdy naród, reprezentowali wszystkie możliwe klasy i opcje polityczne, byli gorliwie wierzący i zupełnie świeccy, nacjonalistyczni lub całkowicie spolonizowani, opływający w bogactwa i umierający z głodu, genialni i prymitywni, pełni zalet i przywar. Rzecz w tym, że bez względu na to, kim kto z nich był, co robił, czym się zasłużył albo czym zawinił, dosięgały go ze wszystkich stron poniżające oskarżenia i obelgi z tej tylko racji, że urodził się Żydem. Niedawno wydana książka Anny Landau-Czajki "W jednym stali domu... Koncepcje rozwiązania kwestii żydowskiej w publicystyce polskiej lat 1933-1939" przynosi bogatą dokumentację zjawiska, które dzisiaj, z perspektywy czasu, robi wrażenie opętania, jakiemu uległa poważna część inteligencji, Kościoła i opinii publicznej.


Wszystko to nie było oczywiście zjawiskiem swoistym akurat dla Polski. Można powiedzieć, że prawie cała Europa, acz w różnym niewątpliwie stopniu, była podatna na tę psychiczną i mentalną dewiację, która w Niemczech (wraz z Austrią po jej przyłączeniu) już przed wojną służyła za usprawiedliwienie totalitarnego ładu. To jednak jest lichą pociechą. Polska była niewątpliwie jednym z krajów najmocniej dotkniętych tą obsesją, a jej ideowi krzewiciele prześcigali się w pomysłach, jak odebrać prawa i własność oraz wypędzić z kraju kilka milionów obywateli Rzeczypospolitej. Pomysłom podobnym przeciwstawiali się aktywnie tylko socjaliści i komuniści oraz liberalny odłam inteligencji, co tłumaczy skłonność asymilujących się Żydów do szukania oparcia w tych środowiskach, które nie okazywały wobec nich agresji i pogardy.


Tak w telegraficznym skrócie wyglądały stosunki polsko-żydowskie w chwili inwazji hitlerowskich Niemiec i Związku Radzieckiego. Byłoby skrajnym idealizmem wyobrażać sobie, że postawa ludności polskiej wobec Żydów miałaby się natychmiast zmienić, ponieważ jedni i drudzy pospołu znaleźli się pod butem najeźdźcy. W strefie sowieckiej wśród części Żydów, zwłaszcza tych, którzy mieli gorzkie doświadczenia i lewicowe sympatie, mogły się obudzić nadzieje na bezpieczeństwo i przyzwoite traktowanie. Po krótkim czasie miało się okazać, że wywłaszczenia, zamykanie miejsc kultu religijnego oraz wywózki na Wschód nie respektują żadnych różnic narodowościowych. Pod władzą niemiecką od początku nikt nie miał się czuć bezpieczny wobec terroru okupanta, ale rychło się okazało, że w tym piekle są różne kręgi, a mieszkańcy lepszego kręgu nie widzieli na ogół powodu, aby wyrzekać się swoich utrwalonych uprzedzeń wobec jeszcze bardziej prześladowanych untermenschów.


Tomasz Szarota w dopiero co wydanej (i omawianej niedawno w "Polityce") książce "U progu Zagłady" przedstawił rozległą i pieczołowicie udokumentowaną źródłowo panoramę "zajść antyżydowskich i pogromów w okupowanej Europie" w 1940 i 1941 r. - od Paryża i Antwerpii, przez Hagę i Amsterdam po Warszawę i Kowno. Jest to książka wcale nie mniej przejmująca niż książka Grossa. Pokazuje ona dowodnie, że gdziekolwiek niemiecki zarząd okupacyjny chciał rozpętać rozruchy przeciw Żydom, aby pokazać, że ludność krajów podbitych sama rwie się do takich porachunków, wszędzie tam znajdował chętnych, czasem aż nazbyt chętnych wykonawców takiej roboty. W Warszawie także: i to zarówno wykonawców ideowych, którzy traktowali niemieckie awanse jako zachętę do kolaboracji (w czym się omylili), jak i bojówki, dla których możliwość bezkarnego poniżania, bicia i obdzierania Żydów była sama w sobie przyjemnością.


Sytuacja uległa drastycznemu zaostrzeniu z dniem niemieckiej inwazji na ZSRR. Szarota przedstawia poważne dowody na rzecz tezy, że decyzja o eksterminacji Żydów musiała zostać podjęta w otoczeniu Hitlera w przeddzień tej inwazji: w każdym razie pierwszy akt "ostatecznego rozwiązania" rozegrał się na Wschodzie, a całość operacji powierzono specjalnym formacjom pod nazwą Einsatzgruppen. Formacje te, przynajmniej w pierwszych dniach inwazji, miały też zachęcać miejscowych ochotników do akcji "samooczyszczenia". Tam gdzie się to powiodło, jak w Kownie, pogromy latem 1941 r. miały straszliwie krwawy i okrutny przebieg. Wszystko zdaje się wskazywać, że Jedwabne stało się elementem tego samego planu.


Nie ma wątpliwości, iż Niemcom przypadła w tej rzezi rola inspiratorów, i to bez względu na to, ilu ich było obecnych na miejscu zbrodni, o co toczy się spór historyków. Okupanci zachęcali do takich rozpraw i gwarantowali ich bezkarność, a zapewne i nagrody. W Łomżyńskiem, jak widać, znaleźli gromadę chętnych wykonawców, którzy raz poczuwszy krew, nie mieli już zahamowań w orgii zbiorowego mordu. Znane relacje nie wskazują też, aby ktokolwiek w mieście usiłował ich powstrzymać.


4. Zagłada Żydów spowodowała rozszczepienie polskiej opinii, nie zawsze pokrywające się z wcześniejszymi jej podziałami. Dla wielu ludzi to, co realizowali hitlerowscy okupanci, było potworne w swej nieludzkości: z odruchu moralnego protestu oraz współczucia dla ofiar budziła się wola udzielenia schronienia i pomocy w takim zakresie, w jakim to było możliwe. Jej wyrazem, prócz tysięcy działań indywidualnych, były stosowne apele części prasy konspiracyjnej z "Biuletynem Informacyjnym" na czele, a w 1942 r. także utworzenie Rady Pomocy Żydom, znanej pod kryptonimem Żegota. Duża część społeczeństwa nie ulegała jednak takim sentymentom. Okupanci byli oczywiście wrogami Polski, ale to, co czynili z Żydami, wcale niekoniecznie budziło sprzeciw. Żebyż to była tylko obojętność. Niestety, w dniach, kiedy płonęło getto, na ulicy warszawskiej, w tramwajach, sklepach czy szkołach słyszało się raczej drwiny z ginących, śmiech i uciechę z powodu tego niecodziennego spektaklu niż wyrazy współczucia lub przerażenia. Nie mówię o solidarności, bo tej na głos wyrażać nie było można. Chodzi tu jednak o reakcje, jakim się dawało wyraz wśród samych swoich i jakie legitymizowała spora część prasy podziemnej, te liczne gazetki, w których głównym zmartwieniem redaktorów było, jak pozbyć się z Polski po wojnie resztek Żydów, którym może uda się przetrwać zagładę. Jak wiadomo, myśl ta miała zostać w znacznym stopniu spełniona: po części zaraz po wojnie, po części dopiero w 1968 r.


Zagłada nie spowodowała więc jakiegoś powszechnego przewartościowania polskich postaw, choć pogłębiła istniejące podziały. Co dla jednych było najbardziej przerażającym wydarzeniem XX wieku, dla innych pozostało epizodem bez większego znaczenia. Ale nawet w duszach tych, których uprzedzenia rasowe lub wyznaniowe są tak wrośnięte w tkankę mózgową, że ich żadne doświadczenie nie zdoła wykorzenić, Zagłada pozostawiła mimo wszystko pewien dysonans: oto bowiem przyznawanie się do antysemityzmu stało się na świecie czymś wysoce nieprzyzwoitym. Tym bardziej wszelki cień podejrzenia o sprzyjanie hitlerowskiemu programowi wyniszczenia europejskich Żydów należało oddalać jako potwarz. Narodził się więc język kamuflażu, w którym uczucia i przekonania komunikuje się nie wprost, jak kiedyś bywało, lecz okrężnie.


Z drugiej strony ludzie najlepszej wiary zaczęli się lękać, i nie bez racji, że Polakom pamiętana będzie w świecie nie tyle szlachetna odwaga Sprawiedliwych, co chichot gapiów z placu Krasińskich i wycie kieleckiego tłumu 4 lipca 1946 r. Myślało się też, że trzeba czasu, aby przetrawiły się uczucia i postawy i że pracy takiej nie sposób dokonać, jeśli społeczeństwo stawia się pod pręgierzem. A zresztą: kto ma prawo oskarżać? I kogo? Słowem, lepiej nie drażnić i poczekać, aż dorosną ci, którzy nie będą mieli złej pamięci.


To wszystko nie były obawy bezzasadne, zna je dobrze każdy naród, na którym ciąży piętno udziału jakiejś części jego obywateli w czynach, które po latach są zawstydzające, choć nie takimi się zdawały ich sprawcom. Te mechanizmy obronne, te półświadome niedomówienia i zapomnienia są psychologicznie zrozumiałe, wszelako odsuwają wciąż moment stanięcia twarzą w twarz z zakamarkami własnej historii. Te zawsze w końcu wyjdą na jaw i zastaną nas nieprzygotowanymi, zaszokowanymi. Więc to było możliwe? Więc byli Polacy zdolni do tego, aby ciskać niemowlęta w ogień? I inni, którzy się temu przyglądali? Niemcy to wiadomo, Litwini oczywiście, Ukraińcy - któżby się po nich czego innego spodziewał? Ale Polacy? Doprawdy nie jest łatwo dowiedzieć się po pół wieku, że nikt w tamtych czasach nie zasłużył na świadectwo zbiorowej niewinności. Na tym właśnie polega infekcja nienawiści i pogardy.


Nie musimy odprawiać pokuty za to, że sześćdziesiąt lat temu znaleźli się w tym kraju mordercy i kolaboranci, którzy z poduszczenia najeźdźców wykonali ochotniczo zadanie budzące zgrozę w każdym normalnym człowieku. Rzecz w tym jednak, że w odziedziczonym przez nas bagażu historycznej tradycji wśród wielu składników szczytnych zawieruszyła się także taka kultura moralna, która do zbrodni mogła prowadzić, usprawiedliwić ją albo pokryć milczeniem. Odpowiadamy za to, co zrobimy z naszą przeszłością, jak pogodzimy ze sobą jej chwałę i jej wstyd, jak ją sobie samym opowiemy i jakie wyciągniemy z niej wnioski.


Nie pierwsi w Europie i z pewnością nie ostatni przechodzimy przez taki proces przewartościowań własnej legendy. Dla każdego narodu jest to proces trudny, tak jak trudne i bolesne bywa przemyślenie na nowo własnego życiorysu, gdy w świetle nowych doświadczeń i miar wartości przychodzi zmieniać oceny dawnych dokonań. Jest zawsze ciężko uznać, że nie z każdej próby naszego życia wyszliśmy z honorem i że niektóre z naszych najgłębszych przekonań okazały się złudzeniami albo szalbierstwami. Nie inaczej ma się rzecz z historią narodową. Sprawa Jedwabnego stwarza okazję do tego, aby taką pracę podjąć na serio w tym jednym przynajmniej aspekcie. Można oczywiście dalej czynić uniki. Można pisać, że za wcześnie, że są niejasne miejsca w relacjach, że nie policzono dokładnie, ilu było morderców i ilu zamordowanych. Że trzeba jeszcze przebadać te czy owe archiwa. Przebadać zawsze warto, należało to zrobić wiele lat temu, ale niczego to nie zmieni. Prawda nie stanie się przyjemniejsza niż jest i czy wcześniej, czy później, przyjdzie się z nią uporać.


Słyszę jednak inne jeszcze wątpliwości. Słyszę obawy, że cały ten hałas wzbudzony książką Grossa wywoła tylko antysemicką reakcję i że w ogóle wywlekanie na jaw złych wspomnień, jeśli w dodatku towarzyszą temu nie dość ostrożne uogólnienia, niczemu dobremu nie posłuży. Nie lekceważę takich obaw: dał im niedawno wyraz Jacek Żakowski - publicysta, który o żadne uprzedzenia nie może być posądzany. Okazuje się jednak, że leczenie snem też nie daje dobrych wyników. Niemal niepostrzeżenie dokonało się w Polsce zakażenie antysemityzmem młodego pokolenia, które nie ma w tym względzie żadnej wiedzy ani doświadczeń, ale którego część reaguje już na odpowiednie sygnały i hasła. Niechby przynajmniej wiedzieli, o czym mówią i co zdaje im się, że wyznają. Pora zacząć nazywać rzeczy po imieniu.


Ale są jeszcze, mówi się, napaści z zagranicy na dobre imię Polski i na jej historię, a Żydzi mają w tym niemały swój udział. To prawda. Zdarza się czytać w amerykańskich gazetach albo słyszeć w izraelskim Knesecie wypowiedzi niestroniące od zmyśleń i zniewag. Przestała nas też dziwić adwokacka praktyka użytkowania Holocaustu dla zupełnie przyziemnych interesów spadkobierców. Wiadomo zaś, że kogo stawia się pod oskarżeniem, indywidualnym czy zbiorowym, ten myśli raczej o obronie niż o swojej moralnej odpowiedzialności za przeszłość.


Warto jednak wziąć pod uwagę, że nie bez powodu gromadziły się latami gorzkie rozczarowania po stronie żydowskiej. Ich pretensji ani zadawnionych stereotypów nie pożywią nasze własne rozrachunki z historią i z naszą tramwajową mentalnością. Przeciwnie: jeśli co je żywi, to uparte zaprzeczanie wszelkiej polskiej winy i wypieranie się nieprzyjemnych składników dziedzictwa. A wreszcie, nie o zagranicę tu chodzi, lecz o to, abyśmy sami ze sobą zaczęli wreszcie mówić otwarcie. Tylko w ten sposób można uwolnić się od lęków i kompleksów.



Profesor Jerzy Jedlicki jest historykiem idei. Jest także przewodniczącym rady programowej Stowarzyszenia przeciw antysemityzmowi i ksenofobii "Otwarta Rzeczpospolita". "Polityka" wraz z Aneksem wydała jego książkę "Źle urodzeni czyli o doświadczeniu historycznym" (1993).