E-mail

English






Niepotrzebni bohaterowie

Lynne Olson, Stanley Cloud,

rozmawiał Paweł Wroński

Gazeta Wyborcza, 12 listopada 2004

Nasza powieść przygodowa o pięciu pilotach Dywizjonu 303 pod koniec staje się smutną historią bez happy endu. To opowieść o tym, jak tych dzielnych żołnierzy zdradzili przywódcy wielkich mocarstw - mówią amerykańscy publicyści, autorzy książki "Sprawa honoru" Stanley Cloud i Lynne Olson

Paweł Wroński: Jaka była reakcja Waszych amerykańskich znajomych, gdy dowiedzieli się, że chcecie napisać książkę o dziejach Polaków - pilotów Dywizjonu 303?

Lynne Olson: Żadna, bo nic na ten temat nie wiedzieli. Dopiero gdy opowiadaliśmy im o polskich pilotach, którzy bronili Anglii, i o polskich żołnierzach, którzy walczyli w II wojnie światowej, robili duże oczy: "Tak? To wspaniała historia".

Stanley Cloud: To była i dla nas wielka podróż w nieznane. Postanowiliśmy opisać dzieje pięciu polskich lotników w konwencji powieści przygodowej. Miała to być opowieść o dzielnych ludziach, którzy walczyli w Polsce, potem przedostali się do Wielkiej Brytanii i odegrali wielką rolę w bitwie o Anglię. Niewiele wiedzieliśmy o dziejach Polski w czasie II wojny, postanowiliśmy więc pogłębić temat. Z wolna powieść przygodowa zamieniła się w smutną historię bez happy endu. W opowieść o tym, jak tych dzielnych żołnierzy zdradzili przywódcy wielkich mocarstw - brytyjski premier Winston Churchill i prezydent USA Franklin D. Roosevelt.

Wasza opowieść zaczyna się od opisu parady zwycięstwa. W 1945 r. w Londynie defilują Brytyjczycy i Amerykanie, a także Czesi, artylerzyści z Brazylii, żołnierze z Fidżi. Wśród wiwatującego tłumu stoi as polskiego lotnictwa Witold Urbanowicz.

Olson: Bo Polaków nie zaproszono na paradę.

Rozmawiałem niedawno z brytyjskim historykiem, który twierdzi, że to tylko polska legenda. W rzeczywistości ich zaproszono.

Olson: Ówczesny rząd brytyjski Clementa Attlee robił wszystko, by nie urazić Stalina. A dla Stalina polski rząd na emigracji był rządem faszystowskim - co prowadziło do paranoicznej konstatacji, że i polscy lotnicy, którzy walczyli z faszystami, byli faszystami. Jednak na zakaz udziału polskich żołnierzy w defiladzie ostro zareagowało dowództwo RAF. Angielscy piloci twierdzili, że z polskimi kolegami wspólnie walczyli przez całą wojnę i byłoby niesprawiedliwością, gdyby Polacy nie wzięli udziału w paradzie. Na krótko przed uroczystością rząd brytyjski się ugiął - zdecydował, że kilkunastu polskich lotników może defilować. Piloci powiedzieli wówczas "nie". Nie będą maszerować bez swoich kolegów z marynarki, piechoty, czołgistów gen. Maczka.

Gdy wertowaliśmy archiwa brytyjskie, natrafiliśmy na wspomnienia i protesty brytyjskich pilotów, którzy uważali, że władze brytyjskie postąpiły z Polakami podczas parady zwycięstwa w sposób haniebny.

Protestował też Churchill.

Olson: Tyle że Churchill był wówczas w opozycji i osobiście nienawidził Clementa Attlee. Wcześniej jednak uczynił wiele, by do tego stanu doprowadzić.

Cloud: Trzeba jednak przyznać, że wśród Brytyjczyków zachowała się pamięć o polskich pilotach, którzy walczyli w obronie Anglii. Przekonaliśmy się o tym wielokrotnie, zbierając materiały do naszej książki.

W swojej książce piszecie, że polscy piloci przesądzili o wyniku bitwy o Anglię. Czy to nie przesada?

Cloud: Tak nam mówili historycy angielscy. Podczas wizyty w Warszawie potwierdziła to brytyjska królowa Elżbieta II. W sierpniu 1940 r., w momencie gdy Dywizjon 303 wszedł do akcji, brytyjskie siły powietrzne RAF były w dramatycznej sytuacji. W ciągu dwóch tygodni zginęło 103 pilotów, 124 było poważnie rannych. To blisko jedna czwarta lotnictwa myśliwskiego. Na lotniska trafiali ledwo przeszkoleni młodzi ludzie, których wsadzano do samolotów, a ci od razu ginęli. Polaków jednak nie dopuszczano do akcji. Dowództwo uważało, że nie znają brytyjskiej taktyki i procedur.

W końcu jeden z pilotów, Ludwik Paszkiewicz, w czasie lotu ćwiczebnego nie wytrzymał, odłączył się od szyku i zestrzelił niemieckiego messerschmitta. Dzięki jego niesubordynacji dowództwo brytyjskie przekonało się, jak wartościowych ma sojuszników. Polacy wystartowali i niebawem Dywizjon 303 miał najwięcej zestrzeleń.

Działo się to w najbardziej dramatycznym momencie bitwy o Anglię. We wrześniu 1940 r. Niemcy byli o krok od unicestwienia lotnictwa brytyjskiego. Gdyby zapewnili sobie panowanie w powietrzu, inwazja na wyspy była nieunikniona. Polacy przybyli z odsieczą niczym kawaleria w westernie. Dywizjon 303 miał najwięcej zestrzeleń w całym RAF.

Co różniło polskich pilotów od brytyjskich?

Cloud: Polacy byli absolwentami najlepszej wówczas szkoły lotniczej w Dęblinie. Zgłaszała się tam przed wojną masa ludzi ogarniętych pasją latania. Byli najlepsi. Trening był nieprawdopodobnie ciężki i niebezpieczny. Jedno z ćwiczeń polegało na tym, że dwa samoloty leciały naprzeciw siebie na "czołowe zderzenie" i piloci musieli w ostatniej chwili wykonać manewr ominięcia. Piloci ćwiczyli też najbardziej niesamowite figury akrobatyczne. Notorycznie przelatywali pod mostem w Dęblinie.

Latali na samolotach starego typu, dlatego we wrześniu 1939 r. musieli bardzo blisko podlatywać do przeciwnika. W czasie bitwy o Anglię brytyjscy piloci byli zdumieni, że Polacy niemal taranowali wroga. A oni po prostu czekali, aż - tak jak w 1939 r. - samolot wroga "wypełni im cały celownik". W końcu rzecz najważniejsza - Polacy mieli doświadczenie bojowe, walczyli z Niemcami w Polsce i Francji.

Polskim pilotom z Dywizjonu 303 w ciągu sześciu tygodni walk zaliczono 126 pewnych zestrzeleń, czyli dwa razy więcej niż jakiemukolwiek dywizjonowi brytyjskiemu. Z dnia na dzień stali się bożyszczami Anglii.

Niczym gwiazdy piłkarskie?

Olson: Dokładnie tak samo. Jedną z walk powietrznych brytyjska gazeta skwitowała tytułem: "Niesamowici Polacy znowu górą 7:0". O ich towarzystwo zabiegała brytyjska arystokracja. Uczennice wysyłały im kieszonkowe, brytyjscy kamerdynerzy w Nowym Jorku urządzili bal dobroczynny na budowę klubu polskich lotników. Matką chrzestną Dywizjonu 303 została jedna z najpiękniejszych kobiet Anglii - Jean Smith-Bingham. Lotnicy brytyjscy udawali Polaków, by mieć większe powodzenie u kobiet.

Najbardziej dramatyczny w tej opowieści jest kontrast między dniami chwały i poczuciem zdrady, jakie było udziałem nie tylko polskich lotników, ale wszystkich polskich żołnierzy pod koniec wojny. Bohaterowie nagle okazali się niepotrzebni.

Otóż to. Jesteśmy w roku 1943. Na konferencji w Teheranie Churchill i Roosevelt zgodzili się w tajemnicy przed Polakami na linię Curzona jako wschodnią granicę Rzeczypospolitej.

Cloud: Musimy zrozumieć ich motywy. Lata 1942-43 były dla Wielkiej Brytanii dramatyczne. Anglia poniosła ogromne straty w Afryce Północnej, straciła Singapur i imperium na Wschodzie. Dla Churchilla kwestia udziału Związku Radzieckiego w wojnie miała znaczenie kluczowe. Zdawał sobie sprawę, że postępuje z Polakami nie fair. Miotał się, targały nim wyrzuty sumienia. Usiłował post factum usprawiedliwić własne postępowanie wobec Polski.

Tytuł naszej książki "Sprawa honoru" pochodzi z przemówienia Churchilla z 1939 r., w którym mówił, że tym, co każe dotrzymać słowa wobec sojusznika, jest honor. Te słowa odnosiły się do Polski.

Olson: Z punktu widzenia postępowania Churchilla nasz tytuł ma więc charakter ironiczny.

Cloud: Inaczej rzecz się ma z Rooseveltem. On dysponował w dyskusji ze Stalinem ważnym argumentem - była nim pomoc militarna dla ZSRR. Wciąż jednak bał się, że Stalin zawrze separatystyczny pokój z Niemcami. On się Polską nie interesował. Sprawa polska była dlań istotna tylko w kontekście poparcia amerykańskiej Polonii w wyborach prezydenckich. W stosunku do Stalina był naiwny. Co gorsza, usiłował razem z nim grać przeciw Churchillowi. To on pierwszy zgodził się na linię Curzona. Dla Roosevelta miała to być niewielka cena za udział ZSRR w wojnie. Mówił Stalinowi i Churchillowi, że "Polska stwarza kłopoty od pięciuset lat".

W Waszej książce przypominacie dialog między Rooseveltem a Mikołajczykiem w czerwcu 1944 r. W Normandii lądują alianci. Roosevelt zapewnia polskiego premiera, że co prawda Churchill zgadza się na linię Curzona, ale on, prezydent USA, do tego nie dopuści i zrobi wszystko, "żeby było dobrze".

Cloud: Oczywiście kłamał. Zbliżała się kampania wyborcza, chciał mieć polskie głosy. Gdy spotkał się z Polonią, zadbał o to, by zrobiono mu zdjęcie na tle przedwojennej mapy Polski. Co sugerowało, że popiera kształt geograficzny Polski z Wilnem i Lwowem.

Churchill zaś robił wszystko, by nie kompromitować swego partnera. On także kłamał, gdyż zwycięstwo Roosevelta w wyborach uważał za warunek kontynuowania wojny przez USA. Jest taki dramatyczny moment w czasie wizyty Mikołajczyka i Churchilla w Moskwie 12 października 1944 r. Szef sowieckiej dyplomacji Wiaczesław Mołotow nagle mówi, że z Polską nie ma problemu granic, bo wszystko zostało już ustalone w Teheranie. Mikołajczyk zamilkł przerażony. A Churchill ze wzrokiem wbitym w ziemię oznajmia: "Potwierdzam". Tym "potwierdzam" osłaniał rolę Roosevelta w owym przedsięwzięciu. Brał odpowiedzialność na siebie. Zaraz zresztą wysłał list do prezydenta USA, zapewniając go, że informacja o poparciu dla linii Curzona pozostanie tajna.

Jednak wcześniej Polacy - nieświadomi, że niemal wszystkie decyzje już zapadły - podejmują w Warszawie decyzję o powstaniu. Ginie 200 tys. ludzi, miasto zostaje obrócone w gruzy.

Cloud: I to jest największy dramat. Ludzie, którzy ginęli w Warszawie, mieli przeświadczenie, że co prawda Zachód opuścił ich w 1939 r., ale teraz ich nie opuści.

Czy ten fragment historii II wojny światowej istnieje w ogóle w świadomości obywateli Stanów Zjednoczonych?

Cloud: Roosevelt jest jedną z ikon amerykańskiej historii. W powszechnej świadomości stoi w rzędzie największych prezydentów obok Lincolna. Ja też podziwiam Roosevelta. Wielu Amerykanów, którzy przeczytali naszą książkę, mówiło nam, że jesteśmy niesprawiedliwi wobec Roosevelta. Nie przedstawiliśmy wszystkich skomplikowanych okoliczności, w których musiał działać. Wiele osób nie dopuszcza do siebie myśli, by Roosevelt mógł w ten sposób postąpić wobec Polski.

Myśmy jednak napisali książkę historyczną. Po prostu przedstawiliśmy działalność naszego prezydenta i ją oceniliśmy.

Polityka Roosevelta była krytykowana w USA już w latach 50. Wytykano mu, że był współtwórcą potęgi sowieckiej.

Cloud: Ta krytyka następowała jednak w atmosferze zimnej wojny. Roosevelt był ostro krytykowany za to, że "oddał Europę Środkową Stalinowi", jednak źródłem tych opinii byli konserwatywni Republikanie, którzy atakowali ówczesną linię polityczną Demokratów. My nie jesteśmy konserwatystami, jesteśmy liberalnymi demokratami. Pisaliśmy tę książkę, będąc zwolennikami wartości, które w polityce amerykańskiej reprezentował Roosevelt.

Historyk amerykański Timothy Snyder mówił niedawno, że w amerykańskiej optymistycznej wizji historii nie mieści się przypadek Polski. Amerykanie są przekonani, że walczyli w dobrej sprawie - i zwyciężyli. A tu okazuje się, że Polacy też walczyli w słusznej sprawie - i przegrali.

Olson: Niestety, dokładnie tak jest. Polska wystawiła czwartą pod względem liczebności armię w czasie II wojny światowej. Była pierwszą ofiarą ataku niemieckiego - i stała się ofiarą wojny, tracąc suwerenność na rzecz ZSRR.

Ale z punktu widzenia Amerykanów to ZSRR był najważniejszym partnerem w wojnie z Hitlerem. W 1939 r. społeczeństwo i politycy amerykańscy wiedzieli, że Hitler i Stalin podpisali pakt o nieagresji, ale nie mieli pojęcia, co się znajdowało w tajnym protokole. Wiedzieli, że Hitler zaatakował Polskę, ale zupełnie umknęło ich uwadze to, że Stalin od tyłu zaatakował Polaków i że w czasie, gdy toczyła się bitwa o Anglię, ZSRR współpracował z hitlerowskimi Niemcami. Dla Amerykanów Związek Radziecki był państwem ratującym świat przed nazizmem.

Od bitwy pod Moskwą, a potem od Stalingradu, Stalin stał się bohaterem mass mediów. Był miłym "Uncle Joe". Wszelkie informacje na temat zbrodni Stalina - takich jak Katyń - uchodziły za nazistowską propagandę.

W lutym 1945 r. toczy się konferencja w Jałcie. Staje się jasne, że Polska utraci ziemie na wschodzie i faktycznie podporządkowana zostanie ZSRR. Dlaczego polscy piloci, którzy już znali postanowienia Jałty, wiedzieli, co się działo podczas Powstania Warszawskiego, dalej latali i ginęli u boku Brytyjczyków i Amerykanów?

Cloud: Niech pan mi odpowie. Pan jest Polakiem.

Ja tego nie rozumiem. Chciałbym się dowiedzieć od ludzi, którzy napisali na ten temat książkę.

Cloud: Okazuje się, że nasz tytuł "Sprawa honoru" ma niejedno znacznie. Może chodziło o honor, o poczucie obowiązku?

Olson: Churchill obawiał się, że walczący we Włoszech II Korpus gen. Władysław Andersa, w którym służyli głównie żołnierze pochodzący z kresów wschodnich, zbuntuje się. Wiadomo, że ok. 30 żołnierzy i oficerów II Korpusu na wieść o Jałcie popełniło samobójstwo.

Polscy piloci otrzymali wtedy rozkaz, by lecieć na Drezno - bombardowanie tego miasta miało wspomóc Armię Czerwoną. Wielu z nich nie chciało lecieć. Dopiero dowódca uciszył ich, mówiąc, że taki jest ich żołnierski obowiązek. Jeden z nawigatorów, lwowiak, były jeniec stalinowskiego gułagu, pisał w liście do przyjaciela, że dla niego walka traci sens. Jednak nad Drezno poleciał. Zginął dziesięć dni później w trakcie kolejnej akcji.

Cloud: Wśród polskich pilotów istniało coś, co można nazwać "duchem kawaleryjskim". Mieli poczucie, że są spadkobiercami polskiej kawalerii, dla której wyznacznikiem działania był honor. A honor kazał im walczyć. Przecież - choć w 1939 r. Zachód ich zdradził - walczyli z Niemcami, bo bronili swojej ojczyzny. Teraz Zachód ponownie ich zdradził, ale nadal walczyli z Niemcami, którzy zniszczyli ich kraj.

Czy, patrząc z zewnątrz, potraficie powiedzieć, jakie błędy popełnili wówczas polscy politycy?

Cloud: Chyba nie popełnili większych błędów. Być może błędem było to, że na początku wojny nie skłonili sojuszników do przyjęcia pewnych gwarancji wobec powojennej Polski. Choć właściwie trudno to uznać za błąd. Dla premiera Władysława Sikorskiego było naturalne, że skoro walczymy razem, to zwyciężamy razem.

Znów zbytnio zawierzyliśmy honorowi jako gwarancji.

Cloud: Trochę tak. Jeśli natomiast chodzi o pamięć o polskim wkładzie w II wojnę światową, to powoli stosunek do Polski się zmienia. Oczywiście wielu Amerykanów i Europejczyków wciąż myli Powstanie Warszawskie z powstaniem w getcie. Jednak po publikacji naszej książki otrzymaliśmy wiele maili. Jeden z nich mówił: "Po tym, co przeczytałem, nigdy nie opowiem dowcipu o Polakach".

Olson: Ta zmiana nastawienia wynika przede wszystkim z wielkiego sukcesu w USA książki Normana Daviesa "Powstanie '44". W amerykańskiej prasie pojawiły się publikacje na ten temat, filmy dokumentalne w telewizji. Tego rodzaju publikacje dają odpowiedź na wiele pytań dotyczących współczesnej polityki - dlaczego tak a nie inaczej potoczyła się historia Polski, dlaczego w tym kraju powstała "Solidarność", dlaczego Polacy są dziś z nami w Iraku...

Książka Arkadego Fiedlera "Dywizjon 303" była zrzucana do okupowanej Polski. Nadal jest lekturą szkolną. Jednak Fiedler kończy swą opowieść wraz z końcem bitwy o Anglię. Ilu pilotów z pierwszego składu dywizjonu przeżyło wojnę?

Olson: Z 39 lotników zostało 13. W ciągu dwóch miesięcy 1941 r. zginęło pięciu asów Dywizjonu 303.

Ilu wróciło do Polski?

Cloud: Według naszych informacji - dwóch. W swej książce skoncentrowaliśmy się na losach pięciu pilotów. Z tej piątki wrócił ostatni dowódca dywizjonu Witold Łokuciewski. Wstąpił do polskiego lotnictwa i w 1969 r. przyjechał do Londynu jako attaché wojskowy. Był bojkotowany przez polskich kombatantów. To nieprawdopodobne, że ludzie, którzy w czasie wojny byli kolegami, jeden za drugiego oddałby życie, teraz nie chcieli się znać. Jest taka scena, gdy na przyjęciu Łokuciewski podchodzi do jednego z kolegów z wyciągniętą ręką, a ten się odwraca plecami i odchodzi.

Inny z polskich asów, Zdzisław Krasnodębski, miał poparzone ręce. Bardzo trudno mu było pracować. Emigrował do RPA, gdzie próbował zostać taksówkarzem, ale inni taksówkarze utrudniali mu życie. Zmarł w 1980 r. w Kanadzie.

Witold Urbanowicz wyjechał do USA. Cierpiał na depresję. Kupił bagnisty teren z jeziorami na wyspie Martha's Vineyard u wybrzeży Massachusetts. Tereny na tej wyspie bardzo zdrożały, ale Urbanowicz nie chciał ich sprzedać. Nic tam nie budował, tylko spacerował i myślał. Po latach jego syn zrozumiał, że tamtejszy krajobraz przypomina tereny wschodniej Polski.

Najciekawsze życie miał Jan Zumbach. Wspaniały pilot, człowiek do wypitki i wybitki, zupełnie apolityczny. Wszyscy go kochali, ale z zawstydzeniem mówią o jego życiu powojennym. W czasach komunizmu szmuglował diamenty, handlował walutami. Jeździł do Polski i urządzał huczne przyjęcia w hotelu Bristol. W czasie wojny w Biafrze latał jako najemnik po stronie rebeliantów. Zmarł w niejasnych okolicznościach w Paryżu. Wcześniej zapewniał kolegów, że ma do zrobienia "niewiarygodny interes".

Historyczny bestseller

Znani dziennikarze Lynne Olson i Stanley Cloud, autorzy "Sprawy honoru", twierdzą, że wiedza amerykańskiego społeczeństwa na temat udziału Polski w rozgromieniu III Rzeszy zmienia się. Stało się tak głównie za sprawą "Powstania '44" - dzieła Normana Daviesa, które w tym roku stało się bestsellerem na rynku wydawniczym USA.

To samo można powiedzieć o ich książce "Sprawa honoru". Opowiada ona o losach pięciu pilotów Dywizjonu 303: Mirosława Fericia, Witolda Łokuciewskiego, Zdzisława Krasnodębskiego, Jana Zumbacha i Witolda Urbanowicza. Ale opowieść o asach lotnictwa stanowi jedynie punkt wyjścia do szkicu na temat historii Polski w latach II wojny światowej. Autorzy, korzystając z obszernej dokumentacji z archiwów polskich, amerykańskich i brytyjskich, opisują dzieje zbrodni katyńskiej, walk II Korpusu, dramatu Powstania Warszawskiego. Ponad głowami żołnierzy, w dyplomatycznych rozmowach Wielkiej Trójki, toczy się polityczna rozgrywka, w której Polska i Polacy powoli stają się jedynie pionkami.

Siła przekonywania tej książki polega na tym, że ich odbiorcami nie są tylko nieliczni już kombatanci, ale szeroka publiczność. "Sprawa honoru" była w tym roku jedną z najlepiej sprzedających się książek historycznych w Wielkiej Brytanii. Czy podobnie będzie w Polsce? Zobaczymy - "Sprawa honoru" pojawiła się na naszym rynku 11 listopada nakładem wydawnictwa Findeisen.
Podobną rolę ma spełnić inna publikacja, „The Soldiers of General Maczek”, równocześnie wydawana w Wielkiej Brytanii i Polsce. Jak mówi jeden z twórców „Żołnierzy generała Maczka” prof. Jan Milewski, będzie to pierwsza tego rodzaju monografia w języku angielskim. Książkę przygotował zespół pod kierownictwem mieszkającego w Wielkiej Brytanii byłego żołnierza dywizji kpt. Zbigniewa Mieszkowskiego. pw


Lynne Olson - była moskiewska korespondentka Associated Press i dziennikarka "Baltimore Sun", Stanley Cloud - były szef waszyngtońskiego biura "Time", wieloletni korespondent z Białego Domu. Wspólnie napisali m.in. "The Murrow Boys" - książkę o amerykańskich korespondentach wojennych

Lynne Olson i Stanley Cloud, "Sprawa honoru", Dywizjon 303 Kościuszkowski, zapomniani bohaterowie II wojny światowej, tłum. Małgorzata i Andrzej Grabowscy, wyd. AMF Plus, Albatros, Warszawa 2002

Zbigniew Mieczkowski (red.), "Żołnierze generała Maczka w II Wojnie Światowej", wyd. Matrix, Warszawa-Londyn 2004

 

Lynne Olson, Stanley Cloud, rozmawiał Paweł Wroński