E-mail

English






Gazeta Wyborcza
28 kwietnia 2007

Tadeusza Mazowieckiego znam dokładnie 50 lat. To i w życiu publicznym i osobistym szmat czasu. Ludzie znający się tak długo widują się co pewien czas, wiedzą o sobie bardzo dużo, w różnych punktach się stykają lub dzielą.

Tadeusz Mazowiecki

Zobacz powiekszenie

prof. Władysław Bartoszewski

Ale nie można 50-lecia scharakteryzować tak, jak okres wspólnej pracy czy wspólnych paroletnich studiów. Mojej znajomości z Mazowieckim towarzyszyły od początku okoliczności i wydarzenia historyczne. I z tego powodu ta znajomość nastąpiła. Jak wiadomo, po październikowym przełomie roku 1956 w życiu politycznym, społecznym, kulturowym Polski nastąpiło pewne ożywienie. Jednym z bohaterów tego ożywienia w środowiskach, w których ja się obracałem był Tadeusz Mazowiecki, którego wcześniej - w okresie swojej działalności w PAX-się we Wrocławiu czy w Warszawie nie znałem w ogóle. Poznałem go, kiedy powstał Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie i wtedy, kiedy zaczął działać w środowisku "Tygodnika Powszechnego" i "Znaku". Od 1958 roku, od chwili powstania miesięcznika Więź został jego redaktorem naczelnym i był od tej pory dziesiątki lat. I w tym charakterze go poznałem - jako katolickiego publicystę, o bardzo społecznym spojrzeniu na ludzi i świat i człowieka, łagodnego zewnętrznie, ale bardzo zaangażowanego wewnętrznie w to co wierzył i co robił.

W "Więzi" pisywałem niekiedy jako wolny strzelec, najczęściej recenzje, czasami coś innego. W latach 60 i 70, pod jego redakcją. Ale moją węższą ojczyzną, mimo, że obaj żyliśmy w Warszawie był "Tygodnik Powszechny". Od lata 1957 r. pisywałem stale do "Tygodnika", a od roku 1961 byłem oficjalnie warszawskim przedstawicielem "Tygodnika". Miałem z Mazowieckim kontakty jako z redaktorem Więzi i posłem na Sejm PRL-u z Koła "Znak", i jako po prostu z człowiekiem ze wspólnego, szerszego wspólnego środowiska. Ta forma znajomości nie pogłębiała się, ale nastąpiły pewne specyficzne punkty zbieżne.

Po pierwsze, w "Więzi" ogłosił on tekst pt. "Antysemityzm ludzi uczciwych". Ten eseistyczny tekst, należy do dziś w moim rozumieniu do klasycznych tekstów na temat stosunków polsko-żydowskich w ogóle. Uważałem go za niezmiernie ważny i bardzo pokrywał się on z moim widzeniem sprawy stosunku polsko-żydowskich. W moim, kilka lat od Mazowieckiego dłużej trwającym życiu - co pozwoliło mi już działać, kiedy on był jeszcze nie dorosły w czasie okupacji - była pewna karta współdziałania ze środowiskiem Żydów w podziemiu i pomagania Żydom. Nie było to bardzo powszechnym zjawiskiem w kołach katolickich, a ja to robiłem już wtedy jako młody, zaangażowany katolicko chłopak. Można więc zrozumieć, że napotkawszy na próbę refleksji na temat kondycji myślowej polskiej inteligencji i Polaków w tych sprawach bardzo się tym zainteresowałem. Było to o ile pamiętam w pierwszej połowie lat 60 i wyprzedziło jeszcze zjawisko tzw. moczaryzmu, czyli brunatnego komunizmu, które swoje szczyty znalazło jak wiadomo w niesławnych dla naszych doświadczeń latach 1967 i 1968.

Mazowiecki w tych sprawach miał ogromne, moralne wyczucie i nie uznawał żadnych unikowych, ani wykrętnych zachowań i sytuacji, co bardzo dobrze do mnie trafiało.

Druga sprawa, to kontakty w sprawach odbudowy stosunków na płaszczyźnie motywacji chrześcijańskiej polsko-niemieckich, zarówno z Niemcami z NRD, jak i z Niemcami w Republice Federalnej Niemiec. Był to problem niełatwy, do którego szczytowych punktów należało jak wiadomo oświadczenie w formie listu biskupów polskich do biskupów niemieckich z listopada 1965 r. Zarówno Mazowiecki jak i ja, choć każdy z osobna, byliśmy dość zaangażowani w kontaktach z poszczególnymi, niemieckimi osobami, instytucjami chrześcijańskimi protestanckimi i katolickimi zarówno z NRD jak i z RFN-u. To się później oczywiście wyraziło w nieuniknionych stykach. Byliśmy chyba ze dwa czy trzy razy we wspólnej grupie, kilkuosobowej polskiej uczestnikami rozmów i podobnie usposobionymi Niemcami poszukującymi przezwyciężenia tej przepaści, która istniała. Pamiętajmy, że to było ledwie 20-kilka lat po wojnie i że wszelkie rany były świeższe niż dzisiaj w 60-kilka lat po wojnie. Ta wspólnota widzenia, oceniania, oceny, nawet działań ludzi, nas w jakimś stopniu zbliżała. Nigdy jednak nie była to żadna pogłębiona przyjaźń. Ja nie lubię sobie przypisywać roli przyjaciela kogoś, kto wobec kogo jestem przyjazny, ale jest on człowiekiem znanym. Jest dosyć takich, którzy się legitymizują lub legitymują przyjaźniami. Tego nie uważam za potrzebne, choć uważam moje więzy z Mazowieckim za ważne i trwale w moim życiu.

Przyszła potem, w połowie lat 70. faza jawnej opozycji demokratycznej w Polsce. Mazowiecki nie był już posłem "Znaku". Działał jako publicysta, ciągle jeszcze redaktor "Więzi". Miał niemało trudności politycznych w samej redakcji. Była tam próby, wysadzenia go z siodła, były próby wręcz używania jako elementu nacisku Urzędu ds. Wyznań, bezpieki, aby zastąpić go kimś bardziej uległym. Sam tam nie byłem, to jest osobny rozdział, o którym powinni mówić czy pisać ludzie z bliskiego mu środowiska z "Więzi", nie ja. Ale ja to odnotowałem w podświadomości jako jeden z dowodów przemawiających za jego nieugiętą uczciwością. Przemawiających również do takich ludzi jak ja, którzy mieli nieco inną biografię pierwszych lat powojennych. Mazowiecki mimo przygody z PAX-em, traktował to tylko jako pewne kilkuletnie, skomplikowane doświadczenie swojego życia, a od chwili zerwania z tym środowiskiem w roku 1955 właściwie stał się zdecydowanym przeciwnikiem tego typu polityki - to znaczy pseudokatolicyzmu, doprawionego PZPR-owską przyprawą.

Powstało Towarzystwo Kursów Naukowych, Uniwersytet Latający. W TKN były pewne nasze styki, w tę akcję byłem bardzo zaangażowany. Mazowiecki z kolei włączył się w różne akcje protestów obywatelskich, solidarnościowo-głodówkowe akcje młodych i znanych dzisiaj ludzi. A ja pozostawałem przy mojej pracy piórem. I kiedy w Gdańsku nastąpił ruch, który doprowadził po Sierpniu 1980 r. do powołania NSZZ Solidarność, Mazowiecki obok Geremka odegrał dla mnie pamiętną rolę. To właściwie oni dostarczyli do Gdańska do kierownictwa strajku Stoczni, list 60-kilku tak zwanych intelektualistów, głównie z Warszawy, solidarności z robotnikami strajkującymi w Gdańsku, który i ja podpisałem.

Było to więc znowu pogłębienie punktów wspólnej drogi. Poza negatywną oceną zapędów nacjonalistycznych, na styku katolicyzmu czy pod hasłami katolicyzmu, szczególnie w sprawach polsko-żydowskich, poza próbami budowy nowych stosunków polsko-niemieckich był to trzeci moment próby budowy podmiotowości społeczeństwa i społeczeństwa obywatelskiego podobnie przez nas rozumianego.

Nastąpił trudny okres stanu wojennego. Przed tym Mazowiecki miał pełne ręce roboty, jako redaktor powstałego w marcu w roku 1981 w wyniku ustaleń grudniowych "Tygodnika Solidarność". Ja do tygodnika kilkakrotnie pisałem spore, artykuły historyczne. Ale to było związane z jego warsztatem pracy i z łączącymi nas poglądami, a nie było wynikiem żadnych wspólnych działań. Dział historyczny reprezentował jeden z jego współpracowników z "Więzi", obecny prof. Andrzej Friszke, zaprzyjaźniony z obu nami. Z nim po prostu załatwiałem sprawy zawodowo-publicystyczne. Nie wiążą mi się z tym jakieś specjalne przeżycia, dla niego pewnie tak bo miał do czynienia i z władzami związku, które nie były łatwe no i z istniejącą jeszcze cenzurą.

Stan wojenny spowodował wyjątkowy zupełnie zbieg okoliczności. 23 grudnia Mazowiecki przybył do ośrodka internowania w Jaworzu koło Drawska na Pojezierzu Zachodniopomorskim. Został przywieziony tam autem ze Strzebielinka, i przebywaliśmy w sąsiednich pokojach przez co najmniej cztery miesiące, do chwili mojego zwolnienia z Jaworza. Przeżyliśmy wspólnie m.in. dramatyczną Wigilię i Boże Narodzenie stanu wojennego roku 1981 i Wielkanoc roku 1982. Takie przeżycia ludzi łączą, wiążą.

Obóz był dla mnie ważnym doświadczeniem. W mojej książce "Dziennik internowania" jest przedrukowany wpis Mazowieckiego do księgi pamiątkowej. Obszerny szkic o naszych wspólnych przeżyciach w obozie, to jest na pewno ważne.

Ja wyszedłem wcześniej, Mazowiecki był przewieziony do następnego i jak wiadomo należał do kilku najdłużej w Polsce przetrzymywanych osób. Ponad rok, więcej niże pełny rok kalendarzowy przebywał w ośrodkach internowania. Ja tego już nie obserwowałem, ponieważ po zwolnieniu i po kilku miesiącach skorzystałem z zaproszenia na stypendium i wyjechałem w 1982 r. do Niemiec. Tam robiłem co mogłem, aby reprezentować wspólny nasz punkt widzenia, wynikający m.in. ze znajomości jego racji, którą miałem okazję pogłębić przez wiele godzin rozmów we wspólnym miejscu internowania.

Od 1982 do 1990 r. pozostawałem w Niemczech, pracując tam jako gościnny profesor. Po kilku latach udało się Mazowieckiemu wyjechać. Był wtedy u nas w domu w Monachium, rozmawialiśmy o różnych sprawach. Później on już zaczął w końcu lat 80. jeździć za granicę. Zawsze utrzymywaliśmy kontakty pełne zaufania. Przez telefon nieraz z kraju do kraju np. z Brukseli do Augsburga wymienialiśmy informacje.

Wybory czerwcowe roku 1989 i ich konsekwencja: Mazowiecki jako pierwszy premier postkomunistyczny rządu Rzeczypospolitej w wyniku częściowo demokratycznych wyborów. To było ogromną rewelacją, a ja spełniałem chcąc nie chcąc rolę jego zupełnie nieproszonego i nieoficjalnego rzecznika. W Niemczech setki ludzi ze środowisk politycznych i medialnych wiedziało, że jesteśmy dobrymi znajomymi, a mało wiedziało czy nie dość o polskim polityku, który ma objąć ster rządu. Trafiało do mnie więcej niż dziesiątki dziennikarzy, polityków, różnego szczebla posłów, radnych, polityków komunalnych, działaczy katolickich, ewangelickich - aby rozmawiać o Mazowieckim.

W roku 90, po utworzeniu rządu i kilku miesiącach prowadzenia go, Mazowiecki bym tym, który w wieku dla mnie niemłodym, po skończonych 68 latach, powołał mnie po raz pierwszy w życiu do służby publicznej. Zaproponował mi, całkowicie zaskoczonemu, nie przygotowanemu, objęcie ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Austrii. Mazowiecki wiedział o moich żywych kontaktach zarówno ze środowiskami katolickimi w Austrii jak i ze środowiskami liberalnymi i żydowskimi. Myślę, że to odegrało pewną rolę przy podjęciu tej decyzji. Dość ryzykownej, bo przecież ja żadnych doświadczeń dyplomatycznych, ani nawet też takich politycznych jak on nie miałem. Byłem człowiekiem całkowicie prywatnym, pracującym w kręgu dziennikarstwa czy wykładów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w latach 70.

Przyjąłem tę propozycję i zacząłem moją pracę na placówce jako podwładny Tadeusza Mazowieckiego. Potem zostałem jeszcze podwładnym czterech następnych premierów do początku roku 1995 - po Mazowieckim za premierostwa Jerzego Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego, Hanny Suchockiej i Waldemara Pawlaka. W roku 1995 to Mazowiecki życie nas znowu zbliżyło, bo on ogrywał czołową rolę w klubie parlamentarnym Unii Wolności, a ja zostałem przez prezydenta Wałęsa powołany na tzw. prezydenckiego ministra spraw zagranicznych w marcu 1995 r. Wtedy Mazowiecki publicznie wyrażał wotum zaufania w tej sprawie w Sejmie. W bardzo trudnym układzie, bo Unia Wolności nie popierała rządu pana Oleksego, ale popierała mnie. Mazowiecki potrafił we właściwy sobie, bardzo spokojny i dyplomatyczny sposób dać wyraz, że Unia będzie patrzyła życzliwie i z poparciem na resort i politykę zagraniczną prowadzoną przez tego właśnie kandydata prezydenta Wałęsy, co nie oznacza wotum zaufania i poparcia dla całego rządu, na którego czele stanął Józef Oleksy. I stanąłem w tym takim trochę dziwnym, szpagatowym układzie - ja, który byłem jednym z wyborców Unii Wolności, ale była to moja sprawa obywatelska, a publiczna, bo nie byłem jej członkiem. Byłem bezpartyjny i nigdy tego statusu nie zmieniałem.

W roku 1997 ja kandydowałem do Senatu z Warszawy i zostałem wybrany jako bezpartyjny kandydat przy poparciu między innymi Unii Wolności. Zostałem w Senacie przewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych i Integracji Europejskiej. Moim równoległym kolegą sejmowym, został znowóż Tadeusz Mazowiecki. Był on w Sejmie przewodniczącym Komisji ds. Integracji Europejskiej. To spowodowało konieczność dobrego porozumiewania się, które było łatwe i dobre między nami. Wymagało niekiedy wspólnych wyjazdów zagranicznych albo wspólnego przyjmowania ważnych gości zagranicznych, głównie z krajów będących głównie krajami Unii, albo kandydujących do Unii. To był okres wspólnych doświadczeń na styku naszych działań parlamentarnych. Zostałem po raz drugi ministrem spraw zagranicznych w roku 2000, w wyniku krachu koalicyjnego AWS-UW, po ministrze UW Bronisławie Geremku. Ówczesny premier Jerzy Buzek poparł mnie. Miałem znowu sytuację znowu taką, że i Mazowiecki i inni czołowi politycy Unii popierali mnie jako parlamentarzyści we wszystkich moich działaniach w sposób lojalny i rozumny.

Nie wszyscy politycy AWS-u, który miał większość i sprawował głównie władzę mieli tego typu postawę. Natomiast środowisko bliskie Mazowieckiemu taką postawę miało. Czyli zachowałem najlepsze wspomnienia aż do roku 2001. Spotykaliśmy się w życiu prywatnie, bywał u nas w domu w różnych okresach, zawsze był tym samym, spokojnym, skupionym, rozważnym, ostrożnym, dość upartym, ale konsekwentnym i uczciwym człowiekiem.

Poruszająco barwne wrażenie wywarło na mnie, kiedy obserwowałem zaangażowane działania Tadeusza Mazowieckiego w 90. latach na Bałkanach. On w swojej misji humanitarnej na Bałkanach przejeżdżał przez Wiedeń i wracał przez Wiedeń. Znaliśmy się na tyle blisko, że miał do mnie nieograniczone zaufanie więc przejazdami dzielił się ze mną, nie jako z ambasadorem, ale jako ze starym kolegą, swoimi bardzo krytycznymi wyobrażeniami i wiedzą o tym co się dzieje niedobrego na Bałkanach i jak Europa zachodnia tego nie rozumie i adekwatnie nie reaguje. To spowodowało manifestacyjne wycofanie się Mazowieckiego z tej misji, które było swojego rodzaju szokiem dla Zachodu, a dla nas potwierdzeniem, że uczciwość i wierność wartością odgrywają dla niego rolę ważniejszą niż funkcje, posady i godności.

Szedłem nieco inną drogą życiową, ale nie uważałem, że moja jest jedyną możliwą do przebycia w sposób uczciwy. Widziałem inną drogę Mazowieckiego i ani przez chwilę nie maiłem wątpliwości, co do jego uczciwości, głębokiej prawości i wierności wartościom. Niezależnie od tego, czy wszystkie jego sądy mógłbym w życiu podzielać, zachowałem do dziś o nim, życząc mu z całego serca jeszcze wielu owocnych lat działania, przeświadczenie, że jest to jeden z ludzi prawych, jakich nam potrzeba i których nie jest w Polsce zbyt wielu. Oby był w stanie służyć nam radą, rozsądkiem, głosem swego sumienia w następnych latach jak najenergiczniej i najczynniej. Mazowiecki jeszcze młody, 5 lat młodszy ode mnie, jeszcze ma przed sobą następne okrągłe urodziny, a może jeszcze jedne. Daj nam Boże wszystkim aby on zachował energię i zdrowy rozsądek.

* Tekst powstał z okazji 80. urodzin Tadeusza Mazowieckiego.

 

not. kid