E-mail

English






Proletariusze mózgu przeciw mędrcom Syjonu

Stefan Meller*
Gazeta
2007-12-22

To była sala jak ze złej sztuki, wypełniona po części zwykłymi, przerażonymi ludźmi. Zadawali sobie pytanie: jak tu dalej żyć? Z drugiej strony byli inni, którzy mieli pełną świadomość, że zaczyna się klawe życie. Byle cwanie stanąć przy windzie i wjechać na górę - o marcu 1968 r. opowiada

Michał Komar, publicysta i pisarz: Musimy teraz jakoś przejść przez to paskudztwo.
Porozmawiajmy o Marcu '68.

Stefan Meller: Dla mnie Marzec wiązał się dodatkowo ze schizofrenią partyjną. Co tu dużo mówić: z rozpędu przeskoczyłem z uczelnianego ZMS-u do partii, napisałem podanie, zostałem przyjęty. Właściwie do dzisiaj nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to zrobiłem. Z jednej strony byli różni ludzie, do których miałem zaufanie - Karol Modzelewski czy Alik Smolar. Twierdzili z pełnym przekonaniem, że łatwiej sprzeciwiać się różnym świństwom od środka, niż będąc na zewnątrz. Pewnie też nie wyzwoliłem się do końca spod wpływów rodzinnego domu, choć wydawało mi się, że jestem bardzo zbuntowany.

Gdybym wcześniej poznał Beatę [przyszłą żonę], to na pewno nie zrobiłbym tego głupstwa, już ona znalazłaby sposób, żeby mnie przekonać, że to nie tylko nie ma sensu, ale jest już właściwie niezgodne z tym, co myślę. Ale stało się. Do PISM-u [Polskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych] trafiłem więc w 1966 r. jako członek partii. Myślałem identycznie jak moi koledzy na Uniwersytecie - oceniałem wydarzenia jako całkowite odejście od ideałów Października, jako przejaw myślenia czarnosecinnego, związanego z najgorszymi endeckimi wzorcami.

Na początku kwietnia [1968 r.] zwołano zebranie wszystkich pracowników PISM-u.

Takie zebrania odbywały się wedle identycznego schematu. Zapewne najpierw było przemówienie?

- Tak, najpierw mówił dyrektor Adam Kruczkowski (w nagrodę został potem wiceministrem spraw zagranicznych). Oczywiście przemówienie było na bazie i po linii: o zagrożeniach, o elementach antysocjalistycznych, o syjonizmie. A potem wziął się za personalia, bez owijania w bawełnę. Podręcznikowo czyścił kolektyw z międzynarodowego żydostwa. Na pierwszy ogień poszedł chyba Marek Thee. Wyciągali mu jakieś rzeczy sprzed wojny, nie można się było połapać. Chyba to, że był syjonistą. Zresztą to nie było ważne: z każdą kolejną wypowiedzią było coraz bardziej oczywiste, że po prostu chcą go wykończyć. Próbował się bronić. To był taki spokojny, starszy pan w okolicach pięćdziesiątki, wszyscy go lubili.

Następny do rozrobienia był pan Szczucki, bodajże sekretarz naukowy PISM-u. Pamiętam go jako nieprzyjemnego człowieka, pyszałka, ale to nie miało żadnego znaczenia, on też był do odstrzału.

Potem doszło do omawiania słynnego przemówienia Gomułki na kongresie związków zawodowych w Sali Kongresowej w 1967 r. - tego przemówienia, w którym mówił o żydowskiej piątej kolumnie. Doszło do głosowania w sprawie poparcia tez Gomułki: Kto za? Kto przeciw? Kto się wstrzymał od głosu?

Miałem kłopot, bo pierwszy raz w życiu byłem w takiej sytuacji. Przedtem, na wydziale, kiedy komisja dyscyplinarna wyrzucała Adama [Michnika] ze studiów, to zeznawałem i broniłem Adama. Sądziłem, że to Adam był wyrazicielem prawdziwych lewicowych poglądów, nie zaś ówczesna władza. Broniłem więc, w moim przekonaniu, lewicy przed "lewicą".

Wracam jednak do sabatu czarownic w PISM-ie. Teraz było trudniej. Po prostu trzeba było podnieść rękę i zagłosować przeciw tezom towarzysza Wiesława. Tę rękę podnosiłem w górę chyba godzinę, była jak z ołowiu, ale jednak podniosłem.

I wtedy się zaczęło. Nagle zabrała głos jedna z pracownic PISM-u, jej mąż był, jak mi się wydaje, jakimś ubeckim pułkownikiem.

Pamiętasz jej nazwisko? Chyba nie ma powodu, żeby ją chronić.

- Nazywała się Lidia Buczma. Ona była po historii - moja, pożal się Boże, starsza koleżanka. Zaczęła opowiadać o byłym ambasadorze w Chinach, profesorze historii Witoldzie Rodzińskim. W czasie wojny służył w armii amerykańskiej, ponieważ wcześniej mieszkał z rodzicami w Stanach. Z jej parszywej i mętnej przemowy wynikało, że Witold Rodziński był agentem, szpiegiem, zrzutkiem, cholera wie czym jeszcze. I że miał podwójne obywatelstwo, jego mama chyba była Amerykanką. Krótko mówiąc - szambo. Myśmy się dobrze nie znali z Rodzińskim, ale kojarzyłem go przez rodziców. Przede wszystkim jednak pamiętałem dobrze jego wykłady z historii Chin na wydziale. Dałem publicznie wyraz mojej, jak by tu powiedzieć, niechęci do takiej analizy i wtedy usłyszałem, żebym się zamienił w słuch, bo teraz będzie o mnie, a mówiąc dokładniej - o moim ojcu [Adam Meller, w drugiej połowie lat 50 ambasador przy ONZ w Genewie, potem w MSZ, w marcu 1968 r. wysłany na wcześniejszą emeryturę].

Wykorzystała fragmenty z jego życiorysu: że w młodości był w Palestynie (zresztą wtedy się o tym dowiedziałem), że zataił fakt podwójnego obywatelstwa (to była nieprawda, nigdy nie miał drugiego paszportu), że spędził wiele lat we Francji, co też jest podejrzane. Krótko mówiąc - szpieg z wyjątkowo zapapranym życiorysem. Spytała jeszcze, czy ja o tym wszystkim wiem. Powiedziałem, że to jest obrzydliwe pomówienie. Coś mi próbowała odpowiedzieć, wtedy się do niej zwróciłem bezosobowo, na co mi ktoś zwrócił uwagę, że należy używać odpowiednich form. Więc tylko dodałem, że w rozmowie z tą panią żadnych form nie będę używał, i to właściwie wyczerpało tę całą sprawę.

Wiedziałem już właściwie wszystko, bowiem kilka dni wcześniej taki wielki spęd, przeprowadzony wedle identycznego schematu, odbył się w MSZ. Ojciec mi o tym opowiedział. Wszystko się już gotowało na ogniu piekielnym.

Czy to był koniec zebrania?

- Nie, jeszcze były inne krwiste kawałki o MSZ opanowanym przez syjonistyczno-szpiegowską mafię, a potem jeszcze raz przemówił Kruczkowski, w obrzydliwy sposób. Pamiętam, że poszedłem do toalety, a za mną z sali wyskoczył pracownik PISM-u Longin Pastusiak - tylko po to, żeby mi powiedzieć, że się dobrze zachowuję. Oczywiście miałem pełną świadomość, że Longin Pastusiak sam jest zagrożony jako zięć Edwarda Ochaba [od 1964 przewodniczący Rady Państwa, w lipcu 1968 r. ustąpił ze stanowiska]. Niemniej pamiętam, że jednak podszedł i coś powiedział, co na pewno nie było łatwe, bo tacy jak ja byli traktowani jak zadżumieni.

Sala milczała. Jedni zabierali głos entuzjastycznie, a inni oglądali buty. Chyba pamiętam, tak przez mgłę, nazwiska kilku entuzjastów, ruszających dziarsko do budowy nowej Polski: Ludwik Malinowski, Tadeusz Bartkowski, Andrzej Abraszewski. Ale pamiętam też miłe zachowanie Andrzeja Towpika, późniejszego wiceministra [MON i MSZ, w okresie 2001-05], a także ciepłą rozmowę z Jerzym Robertem Nowakiem. Mam nadzieję, że nie będzie mi tego wspomnienia miał dzisiaj za złe. To była sala jak ze złej sztuki, wypełniona po części zwykłymi, przerażonymi ludźmi. Ci zadawali już sobie pytanie: jak tu dalej żyć? Z drugiej strony byli zaś inni, którzy mieli pełną świadomość, że zaczyna się klawe życie. Byle cwanie stanąć przy windzie i wjechać na górę. W oczach mieli blask Wielkiej Nadziei. Jedni tylko udawali, że wierzą w to, co słyszą i co sami mówią, a inni okazywali radość, że wreszcie mogą wykrzyczeć swoją nienawiść i pogardę. Nareszcie kurtyna poszła w górę. Nareszcie proletariusze mózgu mogą przypier... mędrcom Syjonu! Ta grupa zachowywała się jak sabat czarownic. Wiedzieli, czuli, że drzwi do szybkiego awansu są otwarte na oścież. Wprawdzie były to drzwi kloaki, ale to był właśnie dzień świadomej przemiany w kloakę.

Kiedy ten cyrk się skończył, wszyscy zaczęli cichcem wychodzić. Poczułem się bardzo samotny. Widać było, że każdy oblicza centymetry swoich kroków, żeby nie podejść, nie zbliżyć się nawet na pół metra. Miałem pełną świadomość, że od tej chwili jestem zadżumiony. Wyszedłem z ulgą na świeże powietrze i ruszyłem piechotą przez Nowy Świat na Żoliborz. Miałem pewność, że zakończyła się jakaś część mojego życia.

W pewnym momencie podjechał samochód i prof. Mieczysław Tomala, podówczas pracownik PISM-u, zaprosił mnie do środka. Zapytał: "Dokąd pan idzie?". A ja mówię: na Żoliborz. W samochodzie zaczął mi mówić, żebym się nie przejmował. Mówił mi, że ma żonę Niemkę i że miał z tym olbrzymie kłopoty, ale jakoś z tego wybrnął. To był taki ładny gest, podwiózł mnie do domu, a dochodziła chyba druga w nocy.