E-mail

English






Historia                                                                                                                        
-
Joachim Käppner/15:46
Kiosk
Onet.pl.Wiadomosci
-

Rozmowa z Bertholdem Beitzem, jednym z najbardziej wpływowych menedżerów, który w czasie wojny uratował przed pewną śmiercią ok. 1,5 tysiąca Żydów.
"Wtedy w Polsce ludzie zachowywali się tak, jakby czymś całkowicie normalnym było zastrzelenie w biały dzień Żydówki ze stojącym obok niej małym dzieckiem".
Dziś po raz pierwszy Berthold Beitz opowiada publicznie o czasach, gdy cywilizowany świat legł w gruzach.

Zabytkowa budowla leży nieco ukryta w kompleksie parkowym w sąsiedztwie ogromnej Willi Hügel. To siedziba fundacji Alfreda Kruppa von Bohlen und Halbach w Essen. Tu, w otoczeniu książek, obrazów i fotografii, pracuje Berthold Beitz. Wśród odznaczeń widać dyplom "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata".

Właścicielowi sprawia radość pokazywanie tych przedmiotów. Jest uprzejmym i uważnym gospodarzem. Nie wygląda na swoje 94 lata, emanuje siłą i pewnością siebie. To pozwala zrozumieć, że przed 67 laty czuł się na siłach stawić czoła SS.

SZ: W czasie wojny niewielu Niemców pomagało prześladowanym Żydom. Pan robił to w Polsce w latach 1941-1944, choć rzadko o tym mówił. Co zadecydowało, że przed 67 laty pracując jako młody menedżer firmy roponośnej w polskim Borysławiu uratował pan z pociągów deportacyjnych wielu Żydów, podając ich za swoich współpracowników?

Berthold Beitz: Nie zastanawiałem się zbyt długo, kiedy próbowałem uratować jak najwięcej Żydów. Nie, właściwie w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Działałem spontanicznie, intuicyjnie. Musiałem po prostu tak postąpić.

Może pan to wytłumaczyć?

Po prostu człowiek musi działać we właściwym momencie. Gdybym zaczął się długo zastanawiać, może straciłbym odwagę. Zawsze byłem raczej typem samotnika. Wtedy chodziło o znalezienie w sobie odwagi do podjęcia decyzji. Przed dwoma i pół tysiącem lat Perykles, przywódca Aten powiedział: tajemnicą szczęścia jest wolność, a tajemnicą wolności jest odwaga (by zrobić to, co uważamy za słuszne - przyp. Onet).

Po przyjeździe do Polski niemal od pierwszego dnia był pan świadkiem dokonywanych tu zbrodni.

Tak, to się stało bardzo szybko. Galicja leżała we wschodniej części Polski i po porozumieniu Stalina z Hitlerem w 1939 roku znalazła się pod okupacją sowiecką. NKWD utworzyło więzienia i mordowało tam więźniów, kiedy w 1941 roku Niemcy zaatakowali Związek Radziecki. W więzieniach NKWD w Borysławiu leżało mnóstwo zwłok, w większości Ukraińców. Żydzi musieli je myć i wielu Ukraińców zabijało ich przy wykonywaniu tej czynności, jak gdyby to Żydzi ponosili odpowiedzialność za morderstwa popełniane przez sowieckie tajne służby.

Do Generalnej Guberni przyjechało wielu Niemców, ale niewielu zachowywało się tak, jak pan...

W tamtym czasie nie wiedziałem, że ktoś oprócz mnie pomaga Żydom. Znałem rolnika Helmricha, zarządzającego okolicznymi majątkami, który zaopatrywał również moją firmę. Często się spotykaliśmy, rozmawialiśmy o tym i owym, ale żaden z nas nie zwierzał się drugiemu. Dopiero po wojnie dowiedziałem się, że także Helmrich wraz ze swoją mieszkającą w Berlinie żoną organizował akcje ratowania Żydów. Nieufność, strach i obawa przed denuncjacją zamknęły nam usta. Bardzo często czułem się samotny. Helmrich także, jak później powiedziała mi jego córka.

Nie pochodzi pan z rodziny o antyfaszystowskich tradycjach. Był pan Niemcem w okupowanym kraju, podobnie jak wielu innych pańskich rodaków.

Przyczyną mojego postępowania było to, co przyszło mi zobaczyć w Polsce. Dziś nie da się tego sobie wyobrazić. Pamiętam, jak w listopadzie 1942 roku stałem na dworcu w Borysławiu. Podstawiono wagony z zadrutowanymi oknami, zapchane ludźmi. Ktoś bezustannie wołał: "Panie dyrektorze! Panie dyrektorze!". Nalegałem, by otwarto wagon, i zobaczyłem w środku moją współpracownicę, młodą Żydówkę z Berlina, która pod koniec lat trzydziestych została deportowana do Polski. Już wyciągnąłem ją z pociągu, gdy powiedziała: "W środku jest jeszcze moja matka." Wydostałem i ją, ale wtedy podszedł esesman i zapytał, co tu robimy. Odpowiedziałem: "Wyciągam z pociągu moich ludzi". Ale w tym przypadku nie mogłem nic zrobić.

Dlaczego?

Esesman stwierdził, że matka jest za stara i musi wrócić do wagonu. Nie mogłem wiarygodnie udokumentować, że jest robotnicą w mojej firmie naftowej. I esesman ją odesłał. Wtedy dziewczyna spokojnie spojrzała na mnie - miała może 20 lat, duże brązowe oczy - i zapytała: "Panie dyrektorze, czy mogę wrócić do wagonu?". To było wstrząsające. (...)
Mógł pan pomóc tylko tym, którzy rzeczywiście byli pańskimi pracownikami, albo skutecznie upozorował, że nimi są.

Czasami wieczorem Żydzi przychodzili do naszego domu. Siadali na schodach ze swoimi dziećmi i prosili o pomoc. Żona chowała je w środku. Dzieciom trudno było pomóc, bo mogłem wyciągnąć ludzi tylko wtedy, gdy potrafiłem przekonać, że stanowią niezbędną siłą roboczą. Wówczas otrzymywali ausweis z moim podpisem. Niestety, z dziećmi było to niemożliwe. Niektóre udało się nam ukryć w domu. Nie mogliśmy odmówić im pomocy. To było poniekąd oczywiste. We wszystkim pomagała mi żona.

To było także niebezpieczne.

Wielokrotnie składano na mnie doniesienia, raz nawet trafiłem do więzienia we Wrocławiu. Człowiek, który mnie przesłuchiwał na gestapo, powitał mnie słowami: "Berthold, a co ty tutaj robisz?". Okazało się, że był moim dawnym przyjacielem z Greiswaldu. Studiował teologię, ale oblał i poszedł do SA, a stamtąd do gestapo. We Wrocławiu usłyszał, że złożono doniesienie na niejakiego Beitza i zaraz powiedział, że przejmuje tę sprawę. Po przesłuchaniu pozwolił mi odejść. Prawdopodobnie dlatego jeszcze żyję. Inaczej trafiłbym do obozu koncentracyjnego. Miałem szczęście, zwykłe szczęście.

Czy wie pan, kto na pana doniósł?

Tak, wiedziałem. Pokazał mi nazwisko.

Gestapowiec?

Tak. Kolega z Greiswaldu pokazał mi podpisane przez wszystkich doniesienie. Złożyli je volksdeutsche z Borysławia i tacy Niemcy jak ja, którzy przyjechali do Generalnej Guberni. Na papierze w kratkę napisali: "Sierżant rezerwy Beitz sprzyja Żydom". Byłem sierżantem, ponieważ przed wojną uczestniczyłem w kilku szkoleniach wojskowych. W Galicji podlegałem OKH, Naczelnemu Dowództwu Wojsk Lądowych. Nie brałem udziału w kampanii przeciwko Polsce. Pracowałem dla koncernu Shell, a OKH szukało pracowników do pracy w przemyśle naftowym w Polsce, i tak wysłano mnie do Borysławia. Zawsze powoływałem się na OKH i to robiło wrażenie. Inaczej ratowanie Żydów w ogóle nie byłoby możliwe.

Żył pan w czasach pozbawionych moralności, kiedy legł w gruzach cywilizowany świat.

Wszyscy uczestnicy tamtych wydarzeń zachowywali się tak, jakby czymś całkowicie normalnym było zastrzelenie w biały dzień Żydówki ze stojącym obok niej małym dzieckiem. Byłby pan wytrącony z równowagi widząc policjanta z Wiednia, mówiącego z tym miłym dla ucha akcentem, że zastrzelił na dworcu kobietę, bo złamała rękę i nie mogła pracować. Wśród sprawców byli nie tylko Niemcy, ale także Austriacy, Ukraińcy i inne narodowości.

Rzadko pan o tym mówi. Dlaczego?

A po co mam opowiadać o czasie spędzonym w Polsce? Dlaczego? Żeby się chwalić? Nie robiłem tego dla jakichś korzyści w przyszłości. Po wojnie nigdy o tym nie wspominałem, aż do 1973 roku, kiedy otrzymałem medal "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata" Instytutu Pamięci Yad Vashem w Jerozolimie. Wydawca "Spiegla" Rudolf Augstein przysłał wtedy telegram: "Berthold, nigdy o tym nie mówiłeś. Bardzo to w Tobie cenię". Wkrótce po wojnie otrzymałem listy od ratowanych przeze mnie ludzi, którym udało się przeżyć. Mają one dla mnie wielką wartość. Przebijało z nich wspomnienie strachu, wołania o ratunek. To nie były moje lęki i opresje. Ja mimo wszystko znajdowałem się w pozycji osoby postronnej.

Wielu nie pomagało prześladowanym, bo paraliżował ich strach. Czy pan go nie odczuwał?

Nie, nie bałem się. Może to brzmi dziwnie, ale tak było. Gdybym się bał, nie mógłbym pomagać.

W takiej sytuacji można zrozumieć, że człowiek się boi.

Nie mogłem się bać. Stanowcza postawa pomagała w kontaktach z członkami SS. Kiedy przemierzałem miasteczko i domagałem się, by zrezygnowano z deportacji prawdziwych bądź rzekomych pracowników mojej firmy, SS było przekonane, że mam znakomite kontakty z Berlinem, z OKH, a może nawet z samym Himmlerem. Nie potrafili inaczej wytłumaczyć mojego zachowania. A kiedy wróciłem z gestapo we Wrocławiu, nie pozostawiałem im cienia wątpliwości, że jeśli nie ustąpią, będę interweniował na wyższym szczeblu. Moja postawa odnosiła najczęściej zamierzony skutek, ale tylko dlatego, że przeceniałem swój wpływ. Znam Niemców. Odczuwają respekt wobec człowieka, który zachowuje się twardo, jasno i zdecydowanie. Zabiją go, jeżeli jest łagodny albo zdesperowany.

To znaczy, że musiał pan obcować z ludźmi, którymi pan gardził, bo byli mordercami.

Niestety, tak było. Nie dało rady inaczej. Często miałem do czynienia z niejakim Friedrichem Hildebrandem, prostym człowiekiem, który zabił wielu ludzi i został skazany na dożywocie. Z powodu swoich zbrodni w latach sześćdziesiątych stanął przed sądem w Bremie. Byłem przesłuchiwany jako świadek, na sali siedziało wielu ocalałych, wśród nich była żydowska pracownica z mojego biura. Przypomniałem sobie, jak ten Hildebrand przyszedł do mnie kiedyś w Borysławiu i powiedział: "Panie Beitz, ale ma pan piękną sekretarkę, mogę się z nią spotkać?". Odparłem, żeby trzymał od niej ręce z daleka, bo jest Żydówką. W tym momencie zauważyłem, że nie nosi przepisowej opaski. Hildebrand mógł ją aresztować, ale tego nie zrobił. Choć wielu miało mi to za złe, opowiedziałem o tym przed sądem. Uczciwość nakazuje, by przedstawiać sprawy w prawdziwym świetle. (...)
Jak przeżycia z Polski wpłynęły na pański sąd o człowieku? Po czymś takim nie jest się już tą samą osobą.

Oczywiście, że nie. Myślę, że stałem się bardziej pesymistyczny i sceptyczny wobec innych. Nadal traktuję wszystkich jednakowo, niezależnie od tego, kim są. Nie odczuwam przesadnego respektu przed nazwiskami, tytułami albo odznaczeniami. Szanuję charakter i dokonania człowieka.

Czy po zakończeniu wojny odwiedził pan Borysław?

Nigdy.

Jak człowiek żyje psychicznie ze świadomością, że uratował jednych, a innych nie, jak choćby dzieci? Wbrew własnej woli był pan władcą ich życia i śmierci?

Nigdy nie miałem poczucia, że jestem panem czyjegoś życia i śmierci. Nigdy też nie odczuwałem z tego powodu dumy. Ale kiedy dzisiaj o tym myślę, czasami zastanawiam się: czy mogłem zrobić więcej?

Co pan sobie wtedy odpowiada?

Odpowiadam pytaniem na pytanie: Gdzie? Kiedy? Czasami odnoszę wrażenie, że osiągałem granice własnych możliwości. (...) Trzeba było działać szybko i robić, co się dało. Niestety, w 1944 roku nadszedł koniec, ponieważ zostałem wcielony do wojska. Moim ludziom powiedziałem: uciekajcie, pochowajcie się w lasach.

Był pan świeżo upieczonym mężem i miał maleńką córkę. Czy posiadanie rodziny wpłynęło na pańskie postępowanie?

Rodzina była dla mnie bardzo ważna. Z jednej strony w osobie żony miałem jedynego sprzymierzeńca. Wspierała mnie, mogłem z nią otwarcie rozmawiać. Z drugiej strony najbliżsi zmienili moje spojrzenie na życie. Kiedyś widziałem nagą kobietę z dzieckiem w ramionach, jak stała na desce położonej nad wykopanym dołem i po chwili została zastrzelona. W dole leżały zwłoki, głowa przy głowie i stali tam Żydzi, których zmuszono do ich układania. Mieli nadzieję, że w ten sposób unikną swego przeznaczenia. Zamarłem, kiedy to zobaczyłem, jak gdyby oglądał to ktoś inny. (...)

Brytyjski historyk Christopher R. Browning napisał książkę o "całkiem zwyczajnych ludziach" - hamburskich policjantach rezerwy, którzy dokonali w Polsce nieopisanych zbrodni. Czy sprawcy z Borysławia byli także ludźmi, po których nikt by się nie spodziewał do czego są zdolni?

Obawiam się, że kiedy ludzi zostawi się samych sobie, niemało z nich zaczyna zachowywać się niczym drapieżne zwierzęta. W Borysławiu był kapitan policji z hamburskiej drogówki. Członkowie Rady Żydowskiej schowali u niego swych najbliższych. Kiedy wagony podstawione do transportu nie były pełne, SS szukało Żydów i znalazło ich w więziennej piwnicy. Po wojnie w 1958 roku ten kapitan napisał do mnie i prosił, abym zeznał, że zachowywał się "uczciwie i porządnie". Ale on zawsze był obecny przy rozstrzelaniach, dowodził nimi. Gdy pracowałem w Borysławiu, pewnego ranka wpadł do mnie i zapytał: "Panie Beitz, ma pan alkohol?". Wielu oprawców było pijanych podczas popełniania zbrodni. Odpisałem, że mu nie pomogę. Ten człowiek powiesił się potem w celi.

Berthold Beitz urodził się w 1913 roku w Zemmin niedaleko Greiswaldu. Od 1941 roku był dyrektorem ds. handlowych w Karpathen-Öl AG w polskim Borysławiu. W 1952 roku poznał Alfreda Kruppa von Bohlen und Halbach. Właściciel koncernu mianował go w 1953 roku swoim pełnomocnikiem, Beitz w znaczącym stopniu przyczynił się odrodzenia i zreformowania firmy. Do dziś odgrywa ważną rolę w koncernie, jest przewodniczącym Fundacji Kruppa i honorowym przewodniczącym rady nadzorczej Thyssen-Krupp. Został uhonorowany wieloma  odznaczeniami: m.in. Federalnym Krzyżem Zasługi (1971), medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata (1973), Nagrodą Leo Becka (1999), honorowym obywatelstwem miasta Essen (2007). Mieszka w Essen wraz z żoną Else. Mają troje dzieci, siedmioro wnuków i siedmioro prawnuków.