E-mail

English






Uwaga, Moczar żyje!

Rozmowa z Karolem Modzelewskim 

Gazeta Wyborcza
3 marca 2006

W nauce nie dyskutuje się z nieuctwem ani z propagandą. A takie właśnie są teksty powielające stereotypy komunofaszystowskiej propagandy z 1968 roku, wymierzone wtedy w ludzi, którzy bronili polskiej kultury i swobód obywatelskich

Adam Leszczyński: Pracownik IPN Piotr Gontarczyk opublikował niedawno artykuł, w którym twierdzi m.in., że inicjatorom protestu w marcu 1968 r. nie chodziło "o dawanie jakiegokolwiek świadectwa na wzór Pana Cogito, tylko o udział w walce dwóch konkurencyjnych frakcji wewnątrz PZPR. Niepodległość, wolność czy inne transcendentne wobec taktyki politycznej wartości były tu mniej istotne". Według Gontarczyka w tej rozgrywce protestujący studenci byli tylko narzędziem.

Karol Modzelewski: W marcu 1968 r. doszło do jednego z bardziej złożonych kryzysów w historii PRL. Nie było buntu robotniczego, jak w 1956, 1976 czy 1980 r. Toczyła się natomiast walka o władzę w grupie rządzącej, która zbiegła się z konfliktem pomiędzy rządzącymi a inteligencją i młodzieżą akademicką. Najbardziej wpływowe kręgi partii i bezpieki sięgnęły wtedy do propagandy ksenofobicznej, antysemickiej - zarówno na użytek wewnętrznej rozgrywki, jak i po to, żeby zdyskredytować i izolować wewnętrznie studencki protest.

"Komandosi", którzy zainicjowali protest, byli małym studenckim środowiskiem. To kilka grup koleżeńskich, głównie z Uniwersytetu Warszawskiego, kilkadziesiąt osób. Towarzysko i sposobem myślenia z "komandosami" powiązani byli młodzi ludzie z Akademii Teatralnej, na czele z Andrzejem Sewerynem, którzy po zdjęciu z afisza "Dziadów" Dejmka zorganizowali 30 stycznia 1968 r. demonstrację pod Teatrem Narodowym. "Komandosami" nazywano tę młodzież w kręgu PZPR - komitetu uczelnianego i, jak przypuszczam, także warszawskiego.

Dlaczego właśnie "komandosami"?

- Bo wpadali na oficjalne zebrania i je rozwalali, zadając tzw. niesłuszne pytania. Przekreślali w ten sposób zamysł polityczny i dydaktyczny, który partia z nimi wiązała. Np. na dużym konwentyklu w listopadzie 1967 r. dla uczczenia rewolucji październikowej Walery Namiotkiewicz [wówcza osobisty sekretarz szefa partii Gomułki] wygłosił referat historyczny, w którym m.in. zawarta była teza, że polityka ZSRR w latach II wojny światowej w żadnym razie nie była sprzeczna z polskim interesem narodowym. Wtedy wstał student Adam Michnik i zacytował przemówienie szefa radzieckiego MSZ Mołotowa, wygłoszone po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow, w którym było sformułowanie, że nareszcie zniknęła z mapy Europy Polska, ten "bękart traktatu wersalskiego". I zapytał, w jaki sposób, zdaniem prelegenta, te słowa Mołotowa wyrażały polski interes narodowy.

Nie wyrzucono go z sali?

- Tak źle nie było, ale "komandosi" władzę bardzo irytowali. Byli jedynym na UW środowiskiem wyraźnie opozycyjnym. Pozostawali też pod widocznym wpływem rewizjonizmu - który był postulatem, aby połączyć realny socjalizm z demokracją. W radykalnym wydaniu - takim, jakie można znaleźć w tzw. liście otwartym do partii napisanym przez Jacka Kuronia i przeze mnie w 1964 r. - był zdecydowanym buntem przeciw systemowi. W tym liście pisaliśmy o konieczności obalenia systemu na drodze rewolucyjnej, ale zarzucaliśmy mu to, że depcze ideały, które sam głosi. Łączyła nas więc jeszcze z oficjalną doktryną pępowina owych ideałów.

Ideałów lewicy?

- Oczywiście! Rewizjonizm prezentował się jako ruch lewicowy. W latach 60. rewizjoniści byli jeszcze dość liczni w środowiskach nauczycieli akademickich, ale już nie mieli udziału w rządzących kręgach partii. Istniały oczywiście koterie - nazywane nieco na wyrost frakcjami - ale tworzyły się głównie wokół podziałów personalnych, czasami wobec haseł służących sprawowaniu władzy. Na pewno nie było tam nikogo, kto zdradzałby taki sposób myślenia jak rewizjoniści z Czechosłowacji - Dubczek, Smrkowski czy Kriegel. Krótko mówiąc - nie było tam zwolenników tego, co w 1968 r. przybrało postać Praskiej Wiosny. Tzw. grupa puławska [frakcja w PZPR postulująca częściową liberalizację systemu], która w Październiku '56 odegrała znaczną rolę, w połowie lat 60. była już w głębokim odwrocie. Nie była zdolna do tego, żeby wysuwać jakiekolwiek hasła adresowane do społeczeństwa.

Jakie było stanowisko ówczesnego I sekretarza Władysława Gomułki?

- O to trzeba zapytać kogoś, kto bada historię partii, i to nie w świetle donosów zgromadzonych w archiwach IPN. Owszem, archiwa MSW odgrywają swoją rolę. Np. mam wrażenie, że Gomułka dał się wpuścić raportom MSW kładzionym codziennie na jego na biurku. Zapewne pod wpływem tych podsuwanych materiałów powstało jego słynne przemówienie na Kongresie Związków Zawodowych, gdzie mówił o syjonistycznej "piątej kolumnie". Podobnie mówił jeszcze w Sali Kongresowej 19 marca 1968 r., ale chyba reakcja zgromadzonego tam aktywu ukazała mu, że wszedł na drogę, która go może doprowadzić do katastrofy, że władza może mu się wymknąć z rąk.

Kto miał ją przejąć?

- Mieczysław Moczar, od 1964 r. minister spraw wewnętrznych i przywódca koterii "partyzanckiej" zrzeszającej dawnych "utrwalaczy władzy ludowej". Często dziś mówi się o nim jako o nacjonaliście, którym moim zdaniem nie był, chociaż jego koteria posługiwała się retoryką szowinistyczną. Był to z lekka zakamuflowany antysemityzm - oficjalnie, zgodnie z frazeologią radziecką, nazywany "antysyjonizmem". W żadnym wypadku frakcja Moczara nie kwestionowała dominacji radzieckiej nad Polską ani nie zmierzała do rozszerzenia polskiej suwerenności. W tym sensie o nacjonalistycznej czy "patriotycznej" frakcji trudno mówić. Co najwyżej ze względu na retorykę można powiedzieć, że Moczar proponował "narodowy komunizm" - nie dlatego, że był bliski titoizmu, lecz przeciwnie - dlatego, że jego retoryka przypominała narodowy socjalizm.

Akcja Moczara wymierzona była w Gomułkę, a nie w bardziej liberalną koterię "puławian", którzy już się nie liczyli. Oczywiście Moczar chciał wyrzucić tych, którzy jeszcze zajmowali jakieś posady. Zmierzał do wielkiej czystki po to, aby zyskać poparcie nowej generacji aparatu. Młode wilki z "pokolenia ZMP" były żądne stanowisk, a od 1956 r. podobno nawet maszynistki w KC się nie zmieniły. Niezadowolenie młodych działaczy narastało. Tylko szukali sztandaru, pod którym mogliby wystąpić.

Moczar jednak przegrał. Dlaczego?

- Moim zdaniem istotną rolę odegrały tu obawy Rosjan. Dobrze wyczuł i sformułował je Stefan Jędrychowski, jeden z ostatnich "puławian" we władzach PZPR. Na plenum KC w lipcu 1968 r. powiedział, że "w Polsce nacjonalizm może mieć różne oblicza, ale zawsze w końcu pokaże swoje antyradzieckie pazurki". Gomułka najgorliwiej ze wszystkich przywódców nalegał na interwencję w Czechosłowacji, a więc okazał absolutną wierność. W rezultacie zepchnął w końcu Moczara na boczny tor. Jednak w Marcu ta rozgrywka wchodziła dopiero w decydującą fazę.

Dlaczego najwyższe władze ponad 30-milionowego kraju tak przejmowały się grupą studentów? Co komu szkodziły prowokacyjne pytania na zebraniach?

- A dlaczego władze poczuły się tak wystraszone rozpowszechnianiem "listu otwartego do partii", żeby nas zamknąć na trzy i pół roku? Listu w 14 egzemplarzach maszynopisu, bo nawet powielacza nie mieliśmy! Tekst oczywiście się przedostał na Zachód, został wydrukowany w "Kulturze" paryskiej, był czytany w Wolnej Europie, ale to nadal może się wydawać nieznaczące. Naprawdę jednak list miał efekt bomby, bo przerywał tamę, która narzucała społeczeństwu milczenie.

Dlatego "komandosi" byli ważni. Nie trzeba jednak ich roli wyolbrzymiać. Ich duże akcje publiczne - protesty przeciw zakazowi wystawiania "Dziadów" i wiec na Uniwersytecie Warszawskim 8 marca - były naprawdę obronne. W ogóle Marzec w wymiarze konfliktu społecznego między partią i inteligencją miał charakter obrony przed odbieraniem inteligencji tego, co uważała za swoją zdobycz, marginesu swobód w kulturze i w badaniach naukowych.

W porównaniu z innymi krajami komunistycznymi zakres swobód twórczych i akademickich był u nas znacznie szerszy. Władze traktowały to jako swojego rodzaju zawór bezpieczeństwa. Dawały intelektualistom swobodę na ograniczonym, zawodowym terenie, żeby ich nie antagonizować. Kiedy zauważyły, że te swobody stają się nie wentylem, ale szczeliną, przez którą się wydobywa społeczne niezadowolenie, w grupie rządzącej zaczął przeważać pogląd, że swobody należy zlikwidować.
Chodziło między innymi o obieralność rektorów i dziekanów na uniwersytetach, wpływ rad wydziałów na decyzje kadrowe i na treści nauczania oraz o gwarancje dla studentów i pracowników naukowych, których chciano usunąć z powodów politycznych. Nie można było tego zrobić bez publicznego postępowania dyscyplinarnego, w którym werdykt wydawali ludzie ze środowiska akademickiego i w którym oskarżony miał prawo do wyboru obrońcy. Dlatego właśnie władzom nie udało się usunąć Adama Michnika i jego przyjaciół "komandosów" z Uniwersytetu, chociaż próbowano dwukrotnie. Władze były z tego bardzo niezadowolone.

Jak to, że "komandosi" pozostawali pod wpływem rewizjonizmu, wpłynęło na marcowy protest?

- To nie miało większego znaczenia. Pierwszym wydarzeniem, które wywołało protest, był zakaz wystawiania "Dziadów", a więc rzecz niezwykle bulwersująca dla każdego - dla oddziału warszawskiego Związku Literatów Polskich tak samo, jak dla studentów. Także zwołanie wiecu na Uniwersytecie 8 marca było reakcją na złamanie przez rektora, zresztą na wniosek ministra, ustawy o szkolnictwie wyższym chroniącej studentów przed arbitralnym usunięciem z uczelni z przyczyn politycznych. Chodziło o wyrzucenie z UW, bez jakiegokolwiek postępowania dyscyplinarnego, Adama Michnika i Henryka Szlajfera, przy czym rektor powiedział, że traktuje to jako wyjątek, ale w razie potrzeby potraktuje jako precedens.

W środowiskach akademickich publiczną tajemnicą było to, że przygotowuje się ustawę o szkolnictwie wyższym, która ma zlikwidować całkowicie autonomię uczelni. "Komandosi" niezależnie od swych przekonań zachowali się tak jak całe środowisko inteligenckie. Likwidacja tych wysepek swobody zawodowej pozostawionych inteligencji nie mogła się obyć bez protestu. Przy czym protestujący pisarze i studenci traktowali margines swobód twórczych i akademickich jako namiastkę praw obywatelskich. Inicjatorzy protestu pisali więc i mówili, że bronią praw obywatelskich i swobód konstytucyjnych zagrożonych przez politykę władz.

"Komandosi" przewodzili temu protestowi?

- Nie. Było ich nie tylko mało, ale też po zwołaniu wiecu 8 marca zostali wyaresztowani. Odegrali rolę zapłonu w samochodzie. Masowy ruch studencki odbywał się bez nich. Zwracano na nich uwagę później często dlatego, że z tego środowiska wywodziło się wielu działaczy opozycji z lat 70., włącznie np. z Antonim Macierewiczem, który pozostawał na obrzeżach tego środowiska i też przeszedł przez areszt w 1968 r.

Po wiecu Polska została zalana falą niebywałej propagandy wzorowanej na kampaniach stalinowskich i na retoryce nazistowskiej.

Nic dziwnego. Robili ją ludzie z doświadczeniem - tacy jak Klaudiusz Hrabyk, przedwojenny skrajnie prawicowy publicysta.

- Ta propaganda nie narodziła się w 1968 r. i nie umarła, kiedy walka o władzę została przegrana przez Moczara. Jej ogniska pozostały w kadrze bezpieki i części aparatu, który wtedy awansował. I wtedy, i później emigracyjne środowiska skrajnej prawicy narodowej były pod wyraźnym urokiem tej komunofaszystowskiej propagandy, co źle świadczy o ich talentach umysłowo-politycznych, bo to był przecież - jeśli wolno sparafrazować głośne ostatnio przemówienie - łże-faszyzm. A prawicowców urzekało, że to jakoś do faszyzmu podobne.

Autorstwo sformułowania "komunofaszyzm" należy przypisać świętej pamięci profesorowi Edwardowi Lipińskiemu, który na zjeździe "S" we wrześniu 1981 r. nazwał "Żołnierza Wolności" - gazetę wydawaną przez Główny Zarząd Polityczny Wojska Polskiego - komunofaszystowską. Gazeta ta, zwalczając ludzi KOR w "S", operowała szablonami marcowej propagandy. Kultywowano je w skrajnych, zamordystycznych środowiskach komunistycznych - takich jak Zjednoczenie Patriotyczne "Grunwald" czy związane z nim pismo "Rzeczywistość". One są żywe i dzisiaj na polskiej skrajnej prawicy.

Ten szablon jest dość prosty. Traktuje marcowy konflikt pomiędzy partią i inteligencją jako proste przełożenie wewnętrznego konfliktu na szczytach partii - rozumianego jako walka pomiędzy narodowymi patriotami a żydowskimi stalinowcami. Teza, że "komandosi" byli powiązani z jedną z frakcji, była nośna - bo w społeczeństwie istniało przekonanie, że nic się bez woli partii albo chociaż frakcji nie może wydarzyć. Odpowiadała też bardzo potrzebom frakcji moczarowskiej. Ciekawe, że ci komuniści dyskredytowali swoich przeciwników, przedstawiając ich jako pewną odmianę swojego, bo przecież komunistycznego establishmentu. Ten stereotyp komunofaszystowskiej propagandy jest dziś powielany przez skrajną prawicę.

Nie tylko przez prawicę. Także przez historyków.

- Przepraszam - jakich?

Takich jak Piotr Gontarczyk.

- Podobno niedawno obronił doktorat, nie wiem jednak gdzie. To prawda, tekst Gontarczyka, o którym pan wspomina, właśnie powiela stereotyp komunofaszystowskiej propagandy wobec środowiska "komandosów".

Ten tekst mieści się bezsprzecznie w granicach wolności słowa i to jest poza sporem. Tak jak publikacje Jerzego Roberta Nowaka czy Kazimierza Kąkola, który wydał niedawno książkę o 1968 r. i pisze w niej to samo, co wtedy pisał jako partyjny propagandzista. Kąkol jednak w tej zbitce komunofaszystowskiej bliższy jest komunizmu, chociaż i to drugie nie wydaje mu się całkiem obce. Poza granicami wolności słowa jest dziś co najwyżej kłamstwo oświęcimskie i "Mein Kampf".

Mieszcząc się w granicach wolności słowa, publikacja Gontarczyka nie mieści się jednak w granicach nauki historycznej. Jego tekst się różni od książki Kąkola także tym, że został umieszczony przez IPN na stronie internetowej jako pomoc dydaktyczna. IPN jest instytucją państwową i to, co on publikuje, ma znamię oficjalności. W obronie tego tekstu wystąpiła rzeczniczka IPN, mówiąc, że ma pobudzić dyskusję naukową i że właśnie to zrobił. Pani rzecznik miała na myśli wypowiedź prof. Henryka Samsonowicza, który w "Gazecie" słusznie odmówił artykułowi Gontarczyka naukowego charakteru.

W nauce historycznej - nie lubię tego terminu, ale jest on powszechnie przyjęty - granice wolności słowa są węższe niż w polityce czy ideologii. W nauce nie dyskutuje się z nieuctwem. Nie dyskutuje się także z propagandą, która może być przedmiotem badań, ale nie dopuszcza się jej do obiegu naukowego na równych prawach.

Gdzie Gontarczyk popełnia błędy?

- Cały jego tekst jest żenujący z punktu widzenia źródłoznawczego. Źródłem niewymagającym krytyki jest dla niego opracowanie pióra oficera SB, który tylko powołuje się na to, co mu opowiadał agent Lesław Maleszka. Czasami, jak się wydaje, niektóre słowa Maleszki cytuje. Jaki to ma związek z rzeczywistością - nad tym Gontarczyk w ogóle się nie zastanawia. Bierze ubeckie akta za szczere złoto, jak przydarza się czasami historykom IPN - tym, którzy nie mają wystarczających kwalifikacji zawodowych. W tym wypadku chodzi o autorskie opracowanie oficera SB, który prowadził Maleszkę, a w służbowej twórczości powielał stereotyp propagandowy obecny cały czas w bezpiece. Gontarczyk zaś traktuje swoje źródło jako dowód prawdziwości ubeckiego stereotypu!
W zgodzie z owym stereotypem Gontarczyk przedstawia zaangażowanie "komandosów" w protesty przeciwko zakazowi wystawiania "Dziadów" jako rozgrywkę polityczną, która nie wynikała z przekonań, lecz z wymogów frakcyjnej taktyki. Za dowód służy mu to, iż w skierowanym do Sejmu liście protestacyjnym mowa o cenzurowaniu "postępowych tradycji narodu", w czym widoczny jest wpływ nowomowy. Tej dziwacznej konstrukcji przeczy skandowane przez "komandosów" (z mojej inicjatywy) hasło: "Niepodległość bez cenzury", do nowomowy raczej niepodobne. Gontarczyk sugeruje, że to wiadomość niepewna, pochodząca z opowieści snutych dopiero pod koniec lat 80. i zapisanych przez Jerzego Eislera. Tymczasem wiadomość tę każdy historyk znajdzie bez trudu w uzasadnieniu wyroku Sądu Wojewódzkiego z 15 stycznia 1969 r. przeciwko Jackowi Kuroniowi i mnie (sygnatura akt IV K 99/68). Gontarczyk albo tego nie wie (w takim razie mamy do czynienia z nieuctwem), albo celowo to przemilcza, co jest charakterystyczne dla ludzi propagandy, ale dyskwalifikujące dla człowieka pretendującego do udziału w korporacji naukowej.

Jeżeli IPN lansuje taki tekst publicznie, a jego autor został powołany na zastępcę kierownika pionu archiwalnego, zaś naukowej wartości publikacji broni - jakby nie wiedziała, czym się różni tekst naukowy od propagandowego - rzeczniczka IPN, prezes natomiast milczy, to wnioski trzeba wyciągnąć nie na temat Gontarczyka, tylko Instytutu. Trzeba stwierdzić, że IPN pod nowym kierownictwem nie daje gwarancji rzetelności naukowej.

To stwierdzenie ważne. Dobrze o tym wiedzieć, kiedy w klubie PiS przygotowuje się nową ustawę, która ma powierzyć IPN przeprowadzanie masowej, pozasądowej lustracji obywateli. Pan Gontarczyk jest zastępcą szefa pionu archiwalnego i przyszedł do IPN z Biura Rzecznika Interesu Publicznego. Można domniemywać, że on się nią będzie zajmował. Jeśli tak, będzie to lustracja bardzo mało wiarygodna.

Rozmawiał Adam Leszczyński

* Karol Modzelewski - ur. w 1937 r. w Moskwie. Historyk mediewista. W latach 1959-64 asystent na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego. W 1964 r. aresztowany jako współautor - razem z Jackiem Kuroniem - "Listu otwartego do członków PZPR". Skazany na trzy i pół roku więzienia. Ponownie aresztowany w marcu 1968 r. i skazany na trzy i pół roku. W latach 1980-81 działacz "Solidarności". W stanie wojennym internowany, a następnie aresztowany, przebywał w więzieniu do 1984 r. W latach 1989-91 senator z listy Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. 1992-95 - polityk Unii Pracy. W 1990 r. otrzymał tytuł profesora. W 1998 r. odznaczony Orderem Orła Białego. Najważniejsze prace: "Organizacja gospodarcza państwa piastowskiego X-XIII wiek" (1975), "Barbarzyńska Europa" (2004). Od 2004 r. członek-korespondent Polskiej Akademii Nauk.
Rozmowa z Karolem Modzelewskim