E-mail

English






Miłość jako źródło tożsamości

Artykul ten zostal opublikowany 24.01.2006 w Forum: Ludzie

Anna Madeyska - Pilchowa

Żydówka? Polka? Chrześcijanka? O problem tożsamości zapytaliśmy p. Elżbietę Ficowską, przewodniczącą Stowarzyszenia Dzieci Holokaustu.



Elżbieta Ficowska

Irena Sendlerowa

Elżbieta Ficowska urodziła się w 1942 r. w getcie, jako córka Josela Koppela i Heni z domu Rochman. Jako półroczne niemowlę została przewieziona na aryjską stronę w drewnianej skrzynce, ukrytej na wozie pełnym cegieł. Jej "metryką" jest srebrna łyżeczka, z wygrawerowanym imieniem i datą urodzenia.
Została adoptowana i wychowana przez p. Stanisławę Bussoldową, położną, współpracującą z "Żegotą" i osobiście z p. Ireną Sendlerową. Odbierała porody od ukrywających się Żydówek oraz w getcie, przechowywała w swoim domu ich dzieci, pomagała wyrobić im zpieczne dokumenty i znaleźć schronienie w polskich rodzinach.
O swoim pochodzeniu dowiedziała się przypadkiem, jako 17-letnia uczennica.
Jest pedagogiem, autorką książek dla dzieci, żoną Jerzego Ficowskiego, matką Anny Ficowskiej.

Anna Madeyska - Pilchowa: Czym dla Pani stało się rozpoznanie swojego pochodzenia? Nastąpiło przecież, gdy miała Pani 17 lat, była Pani zatem prawie dorosłą osobą.

Elżbieta Ficowska - Właśnie dzisiaj jest rocznica śmierci mojej Mamy. Byłam na cmentarzu, gdzie jest pochowana, w tym samym grobie, co jej mąż. Pamiętam, jak odwiedziłyśmy kiedyś ten grób jeszcze za jej życia. Zwróciłam uwagę na datę śmierci mojego przybranego, rzekomego ojca: 1940. A ja urodziłam się w 1942. Zapytałam wtedy, jak to możliwe. Mama odpowiedziała, że z jakichś okupacyjnych względów pomylono datę jego śmierci, a umarł w roku mojego urodzenia. Uwierzyłam wtedy w to wyjaśnienie.
Innym razem zaprzyjaźniony sklepikarz powiedział, że ktoś z Ameryki dopytywał się o mnie. Powtórzyłam to Mamie, bardzo się zdenerwowała.
Byłam otoczona nieustanną opieką, troską, staraniem. W tym klimacie wydawało mi się oczywiste, że nie mogę wychodzić na podwórko, żeby się bawić z innymi dziećmi. Biegały tam, umorusane i szczęśliwe. Mnie, na balkon naszego domu niania przynosiła piasek w wiaderkach, żebym też mogła się pobawić. Czasem zapraszano nieliczne dzieci z sąsiedztwa, ale te kontakty były ściśle kontrolowane. Mówiono, że to "hołota" i stąd te ograniczenia. Dziś wiem, że miało mnie to uchronić przed przedwczesnym zderzeniem z moją historią, ale też przez odszukaniem przez amerykańskie organizacje żydowskie, które starały się o powrót do żydowskich rodzin dzieci ocalonych z Holokaustu.
Moja Mama, kiedy mnie wzięła, dobiegała 60 lat, jej dzieci były już dorosłe, a ona sama była już wdową. Prowadziła rodzaj pogotowia opiekuńczego, współpracowała z Ireną Sendlerową i z Żegotą. Odbierała porody w getcie, pośredniczyła w przekazywaniu żydowskich dzieci pod opiekę rodzinom po aryjskiej stronie. Mnie zatrzymała u siebie, a kiedy się to stało, zaczęło się i dla niej nowe życie. Swoimi własnymi dziećmi kiedy były małe nie zajmowała się aż tak bardzo, może była wtedy zbyt młoda. Ja dostałam od niej ogromnie dużo miłości, dojrzałej, pełnej, świadomej. Miałam też nianię, starszą, bezdzietną osobę, której wszystkie macierzyńskie uczucia także skumulowały się na mnie. Byłam bardzo kochanym, wręcz rozpieszczanym dzieckiem; wszyscy wokół starali się, żeby było mi jak najlepiej.
Teraz widzę, że mogłam wyrosnąć na potwora. Ta olbrzymia dawka miłości mogła mnie zepsuć. I kto wie - gdybym się nie dowiedziała tej prawdy o sobie, czy ten potwór by się nie wylągł.
Ta wiadomość spadła na głowę osoby całkiem nieprzygotowanej, niedostosowanej do rzeczywistości, wychowanej w cieplarnianych warunkach.
Pewnego dnia moja koleżanka zapytała mnie, dlaczego nigdy jej nie powiedziałam, że jestem Żydówką. A ja nawet nie miałam pojęcia, co to znaczy. O Żydach wiedziałam o wiele mniej, niż przeciętna osoba w moim wieku. Mama chroniła mnie przed Żydami i przed tą wiedzą. Bała się o mnie. Na ile słusznie, przekonałam się wiele lat później w USA, kiedy prof. Doroszycki pokazał mi listę dzieci, ocalonych z Holokaustu, które miały być odnalezione, wykupione i przewiezione do Nowego Jorku.
Zobaczyłam na tej liście siebie, pięcioletnią.
Przypomniałam sobie tego sklepikarza z sąsiedztwa, który powiedział mi, dawno temu, że ktoś się o mnie dopytywał, i jak się tym Mama zdenerwowała. Nie chciała mnie oddać.

Co oznaczało dla Pani to rozpoznanie? Odzyskanie siebie, utratę siebie?...

Żadne rozbicie osobowości nie nastąpiło. Przez tę ogromną miłość, którą byłam otoczona, czułam się tak utwierdzona w sobie, że to odkrycie nie dokonało we mnie żadnej przemiany tożsamości. Kiedyś pewien dziennikarz z Tel Awiwu zwrócił się do mnie: "Pani jest Żydówką." A ja na to: hola! Nie ma pan racji! A gdyby tak pan dowiedział się dzisiaj, że jest pan arabskim dzieckiem, podrzuconym w niemowlęctwie żydowskiej rodzinie, jak by to na pana wpłynęło? "Ach, to jest w ogóle nie do wyobrażenia." - odpowiedział, stropiony.
Nie znałam Żydów, nie miałam o nich pojęcia. Tym, co nas określa, jest kultura i tradycja, w jakiej się wychowaliśmy, nie krew - bo przecież w przeciwnym razie musielibyśmy przyznać rację Hitlerowi.
Nie miałabym nic przeciw temu, żeby być Żydówką, ale nie mam do tego żadnych "instrumentów", żadnej drogi. Jestem wychowana w tradycji katolickiej i kiedy wchodzę do kościoła, wszystko, co tam odnajduję - jest moje: nastrój, dźwięk, atmosfera. Wszystko to kojarzy mi się z Mamą, z nianią, z bezpieczeństwem i miłością.
Chodzę też od czasu do czasu do synagogi - bo tam chodzili moi przodkowie. Robię to dla nich. Ale dla siebie niczego tam nie znajduję. Obcość, egzotyka. Nie ma tu żadnej sprzeczności, żadnego rozdarcia. Istnieje jednak poczucie więzi. Nie widziałam twarzy nikogo z mojej rodziny. Wiem, że zginęli wyłącznie dlatego, że byli Żydami. Często o nich myślę. Próbuję sobie wyobrazić, co czuła moja młodziutka, 24-letnia mama, kiedy oddawała swoje dziecko obcym ludziom. Musiała mieć nadzieję, że to dziecko przeżyje, że zachowa się ślad.
Łatwe to nie jest. Wciąż natykam się na jakieś paradoksy. Czuję, że ten Jezus, w którego wierzę, umierał w każdym Żydzie mordowanym przez hitlerowców, że w każdej kobiecie żydowskiej ginęła Matka Boska. Przecież Ona też była Żydówką...

Próbuję sobie wyobrazić siebie, czy kogokolwiek, kto rośnie, ukorzenia się w jakiejś tradycji i nagle, z dnia na dzień, postawiony jest wobec takiego wyzwania.

O żydostwie nic nie wiedziałam. Pamiętam, jak poszłam do mojego wychowawcy, nauczyciela polskiego, żeby zapytać go, kim są Żydzi. Nie zadawał mi żadnych pytań. Zaczął opowiadać mi o tym narodzie. Mówił, skąd wzięli się Żydzi na ziemiach polskich, ile zawdzięcza im nasza kultura, jakie były nasze wspólne dzieje. To była bardzo ważna rozmowa.
Gdybym się wychowała w sierocińcu, gdybym cierpiała głód i brak miłości, może w tej mojej sytuacji szukałabym czegoś, co by zbudowało mnie od nowa.
Ja nie miałam takiej potrzeby, mimo sentymentu do całego narodu żydowskiego i do moich żydowskich rodziców. Ponieważ miałam kochającą matkę i całe otoczenie, które dawało mi miłość, nie miałam poczucia, że muszę cokolwiek zmieniać.

Zatem, w Pani przypadku, to miłość jest źródłem tożsamości, a jej językiem - tradycja i kultura.

Raz tylko rozmawiałam o tej sprawie z moją Mamą. Czułam, że każda próba zgłębienia tego problemu ją rani. Ale ja sama też nie uważałam, że muszę go drążyć, umieściłam go więc poza obszarem codziennej świadomości.
Jednak pytania wciąż powracają. Kim byli moi rodzice, jak wyglądali, gdzie mieszkali, wreszcie - gdzie zginęli? Co znaczy życie bez tej wiedzy? Ludzie zostają z niemożliwą do zasypania, czarną dziurą w duszy. Mam poczucie, że i we mnie jest też taka czarna dziura. Próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądała moja rodzona Mama, ale to nie przekreśla mojej tożsamości.
Kiedyś, podczas uroczystości pod pomnikiem Bohaterów Getta podszedł do mnie człowiek, który mnie pamiętał z dzieciństwa. Dał mi kawałek metalu - dziwny medalik, pokryty hebrajskimi inskrypcjami. Nie umiałam odpowiedzieć mu na pytanie, co to jest. Potem znajomy rabin wyjaśnił mi, że to amulet, który daje się dziecku w dniu urodzin. Zatem w miejscu, gdzie ten człowiek znalazł ów medalik, na podwórku, gdzie mieszkał, zginęło jakieś żydowskie dziecko.
Teraz ja, po wielu latach, noszę ten amulet stale przy sobie, razem z małym krzyżykiem, który dostałam dawno temu od koleżanki z klasy. Nie, tu nie ma sprzeczności.

Czy nigdy nie odczuła Pani jakiegoś umniejszenia Pani poczucia polskości - z powodu antysemityzmu?

Nie miałam osobiście nigdy złych doświadczeń, nikt nie próbował nigdy "wypchnąć" mnie z polskości. Antysemityzm jednak istnieje i odczuwam to boleśnie. Ale wierzę w ludzi i mam nadzieję, że to się zmieni.
Stowarzyszenie Dzieci Holokaustu, którego jestem prezesem, współpracuje od trzech lat z Ministerstwem Edukacji w organizowaniu w szkołach dnia pamięci o Holokauście (19 kwietnia). Moim marzeniem jest objęcie tym programem także seminariów duchownych i uczelni katolickich, tak aby ci, którzy są powołani do krzewienia miłości, zyskali wystarczającą wiedzę, żeby przeciwstawić się nienawiści.
Nienawiść bowiem płynie z niewiedzy.

Dziękuję za rozmowę.

Stowarzyszenie Dzieci Holokaustu powołane zostało 27 czerwca 1991 r., jako rezultat spotkania członków-założycieli podczas I Światowego Kongresu Dzieci Ukrywanych (The First International Gathering of Hidden Children during World War II, Nowy Jork 26-27 V 1991). Pierwszym przewodniczącym został prof. Jakub Gutenbaum. Od 2002 r. przewodniczy Stowarzyszeniu, które liczy obecnie ok. 800 członków, p. Elżbieta Ficowska