E-mail

English






Lekceważyłam nasz antysemityzm

- Dominika Wielowieyska, Gazeta Wyborcza 2008-04-10, ostatnia aktualizacja 2008-04-10 11:15:28.0

Tych, którzy krzyczeli i pisali, że trzeba pozbawić Żydów władzy, uważałam za garstkę wariatów. Za folklor bez znaczenia. Zmieniłam jednak zdanie
W ciągu ostatnich kilkunastu lat moje poglądy na temat relacji polsko-żydowskich bardzo się zmieniły. Być może moja droga jest doświadczeniem także innych moich rówieśników, którzy większość edukacji odebrali w PRL, a w dorosłe życie wchodzili w epoce Okrągłego Stołu.

Wychowałam się w środowisku, w którym antysemityzm nie istniał, nikt nie badał, kto jakie ma korzenie i co z tego wynika. To środowisko to moja liczna rodzina z tradycją polskiego ziemiaństwa w tle, warszawski Klub Inteligencji Katolickiej i podwarszawska Falenica z moimi przyjaciółmi z robotniczych i inteligenckich rodzin.

Owszem słyszałam o Marcu '68, ale uważałam, że odpowiedzialność za to ponoszą komuniści, których w żaden sposób nie można utożsamiać ze społeczeństwem. Pierwszy raz z antysemityzmem spotkałam się we Francji, mając 18 lat, kiedy to żona pewnego eurodeputowanego spytała mnie, czy wyszłabym za mąż za Żyda, bo ona nigdy by się na coś takiego nie zdecydowała. Zamurowało mnie.

Dlatego kiedy w tym samym roku po powrocie do Polski obejrzałam francuski film Claude'a Lanzmanna "Shoah", byłam wstrząśnięta. Jak ktoś może nas, ofiary nazizmu, oskarżać o współudział w zbrodni? I to Francuzi, którzy mają na swoim koncie Vichy?

O tym filmie napisano bardzo wiele, wielki tekst poświęciła mu Anna Bikont w 1997 roku, przedstawiając Lanzmanna jako wielkiego filmowca. Nie pominęła jednak żadnej z fatalnych cech reżysera, który antysemityzm dostrzegał wszędzie: nawet dwa filmy Andrzeja Wajdy "Ziemia obiecana" i "Korczak" uważał za antysemickie. Nie rozwodząc się nad oceną filmu, przywołam tylko Jerzego Turowicza, który uważał "Shoah" za film wielki, choć podporządkowany tezie, że eksterminacja Żydów była ostateczną kulminacją antysemityzmu chrześcijan, a dla reżysera z samego faktu, że Polacy są katolikami, wynikało, że muszą być antysemitami. "Niestety, jeżeli chodzi o sprawę polską - pisał Turowicz - film jest zdecydowanie nieobiektywny, tendencyjny i w ostatecznej wymowie - antypolski". Ja nie potrafiłam docenić wielkości tego filmu, tak bardzo byłam rozgoryczona jego wymową.

Lekceważyłam doniesienia o wiecu, na którym krewcy zwolennicy Lecha Wałęsy krzyczeli, by pozbawił władzy Żydów, uważałam ich za garstkę wariatów. Lekceważyłam żenujące incydenty jak ten z Tadeuszem Mazowieckim, kiedy to ktoś na spotkaniu wyborczym żądał od premiera, by przedstawił swoje drzewo genealogiczne.

Delikatny niepokój pojawił się w połowie lat 90. w czasie rozmów z uznanym w swej dziedzinie profesorem, który snuł rozważania o żydokomunie, o tym, że UB to właściwie byli sami Żydzi. Gdy niedługo po tych rozmowach z moją kilkuletnią córką oglądałam "Betlejem polskie" Lucjana Rydla, gdzie dziarski chłop w krakowskim stroju bije Żyda, bo zabił Pana Jezusa, niepokój powoli zamieniał się w przerażenie. Czy aby edukacja mojej córki na pewno zmierza w dobrą stronę?

Potem przyszły lektury pamiętników Marii Dąbrowskiej i innych książek, w których pojawiały się opisy traktowania Żydów przed II wojną światową. Gdy czytałam "Ogród pamięci" Joanny Ronikier-Olczak, poczułam żal: oto dziadek autorki słynny wydawca największych poetów okresu międzywojennego Jakub Mortkowicz, który miał niezwykłe zasługi dla polskiej kultury, czuł się przez Polaków odrzucany z powodu swego pochodzenia.

Nie zajmowałam się studiowaniem relacji polsko-żydowskich, ten temat wciąż wracał. Jakby mimochodem. Wzięłam do ręki pamiętnik mojego praprapradziadka Henryka Wielowieyskiego, urodzonego na początku XIX wieku. Jako młody chłopak musiał wziąć odpowiedzialność za swój majątek i rodzinę, jego ojciec umarł bardzo wcześnie. A tu jeszcze wojna i obowiązki wobec ojczyzny. Pojawiły się kłopoty finansowe. "Na pomoc przyszedł mi niespodziewanie stary żyd z sąsiedniego miasteczka, dowiedziawszy się, że jestem w kłopotliwem położeniu, przyniósł mi potrzebne pieniądze, a kiedym zdziwiony tem, serdecznie mu podziękował i pytał o procent, jakiby żądał, odpowiedział mi: "Ja się z łaski ojca pańskiego dorobił tego, co mam, to od pana procentu nie wezmę, dasz mi pan co będziesz chciał i czekać będę dopóki się pan nie dorobisz, abyś mi mógł z łatwością oddać." I pomiędzy żydami trafiają się ludzie z sercem i uczciwością. Nie wyszedł on źle na tem, bo oprócz prawego procenta dawałem mu nieraz to pszenicy na macę, to ryb na szabas, w zimie trochę drzewa na opał - obie strony były zadowolone i robiliśmy sobie wzajemnie reklamę ja rozpowiadając pomiędzy szlachtą jego bezinteresowny i szlachetny uczynek, a on zaś moją wytrwałą pracę, rzetelność i sumienność i obydwu nam to na dobre wychodziło".

Miły to fragment, gdyby nie zdanie, że nawet wśród Żydów są ludzie uczciwi. Znów uczucie żalu, choć przecież z tej historii wniosek płynie prosty - moi przodkowie, Henryk i jego ojciec Paweł, byli wzorem obywateli bez uprzedzeń narodowościowych.

Pod koniec lat 90. w eseju opublikowanym w "Gazecie Wyborczej" Aleksander Smolar z chirurgiczną precyzją opisywał relacje polsko-żydowskie zaraz po wojnie, opisywał źródła wzajemnych niechęci, urazów. Nie pomijał żadnych tematów jak choćby legendy o zdominowaniu UB przez oficerów o żydowskich korzeniach. Tekst bardzo ciekawy i wyważony pod każdym względem. Pies z kulawą nogą nie zajął się tym artykułem. Jakiś czas później Jan Tomasz Gross opublikował książkę "Sąsiedzi", o tym jak Polacy współuczestniczyli w zabijaniu swoich żydowskich sąsiadów w Jedwabnem. Nie było tam chirurgicznej precyzji, ani wyważenia. Był brutalny opis wydarzeń. I były błędy wskazane przez wielu historyków. Wybuchła burza. Dzięki tej burzy do wielu Polaków, szczególnie z młodego pokolenia, dotarło, że takie wydarzenia jak to w Jedwabnem w ogóle miały miejsce.

Sporo polskich naukowców i intelektualistów podeszło do książki w sposób emocjonalny. Mało kto chciał uznać winę Polaków. W "Gazecie Wyborczej" debatę o "Sąsiadach" rozpoczął tekst Jacka Żakowskiego, bardzo krytyczny wobec Grossa. Podpisywałam się pod tekstem Żakowskiego obydwoma rękami.

Znów mija kilka lat. Adam Michnik publikuje wielki tekst o pogromie kieleckim z 1944 roku. Ta sama chirurgiczna precyzja, to samo wyważenie racji jak u Smolara. Michnik szczegółowo analizował rolę bp Czesława Kaczmarka, który zamiast potępić pogrom, powtarzał, że Żydzi promują ustrój komunistyczny. Przywoływał też biskupa Teodora Kubinę, który po pogromie jako jedyny z wysokich hierarchów polskiego Kościoła zdecydowanie potępił pogrom i antysemityzm. I znów to samo. Żadnej debaty o tym tekście. Kościół w Polsce nie zdobył się na żadną refleksję w tej sprawie. I znów pojawia się Gross z kolejną książką "Strach". Żadnego wyważenia, tylko wstrząsające opisy zabijania, żerowania na tragedii ludności żydowskiej. I znów wybucha awantura.

Przywołuję tę publikacje jednym tchem, bo tak naprawdę nie potrafię wskazać momentu, w którym nastąpił przełom w moim myśleniu o polskim antysemityzmie. Nie kwestionowałam tego, co napisał Gross, ani tego, co opisywała Anna Bikont w książce "My z Jedwabnego". Ale nie byłam w stanie zaakceptować ich punktu widzenia. Chyba już po publikacji "Strachu" pojęłam, że stało się zło, które trzeba nazwać i pochylić głowę, zamiast się gimnastykować i wykazywać, że Gross pomylił styczeń z marcem, a w stodole Żydów nie było 200, tylko 160.

Rozumiem poważnych krytyków Grossa i ich argumenty. Mają swoje racje. Rozumiem tych, którzy są zbulwersowani tą książką. Jest to bariera psychologiczna, której pokonanie zajęło mi kilkanaście lat. Kiedy oskarżają moich rodaków o zbrodnie, instynkt każe protestować i bronić się przed zarzutami. To naturalny odruch.

Ale głosy publicystów, którzy przekonują, iż książka Grossa wzmocni antysemityzm w Polsce, są dziwaczne. Mamy uciekać od rozliczenia tych wydarzeń dlatego, że ktoś stanie się przez to większym antysemitą? Pokręcona logika.

Już bardziej uzasadnione wydaje mi się przypominanie przypadków, kiedy to Polacy ratowali Żydów. To zdrowszy odruch samoobrony. Nie zmienia to jednak mojego przekonania, że wrogość Polaków wobec środowisk żydowskich nie była zjawiskiem marginalnym. Obojętność Polaków wobec Zagłady nie była czymś rzadko spotykanym. Marzec '68 nie był jedynie tworem komunistów. Poszukiwania dowodów, że za pogromem kieleckim stało od początku do końca UB, wydaje się żałosną próbą zagłuszenia wyrzutów sumienia. A zbrodnie nie były dokonywane jedynie przez ludzi z marginesu, wyrzutków społeczeństwa. Miały swoje korzenie w polskim antysemityzmie, niezwykle odpornym na działanie czasu. Wystarczy posłuchać, co dziś wygadują niektórzy zwolennicy Radia Maryja.

Dziś tym wszystkim faktom trzeba stawić czoło. W tej dziedzinie i prezydent Aleksander Kwaśniewski i prezydent Lech Kaczyński zrobili wiele dla poprawienia wizerunku Polski w świecie. Dlaczego więc dziś kardynał Stanisław Dziwisz utyskuje na wydawnictwo Znak, które wydało książkę Grossa, a nie umie zdobyć się na jasną deklarację, że Kościół polski czuje się spadkobiercą bpa Kubiny, a nie bpa Kaczmarka? Takiej jasnej deklaracji nie mogłam się doszukać w wypowiedzi żadnego z biskupów. Dlaczego Jerzy Robert Nowak może jeździć po kraju z antysemickimi wykładami, a kolejne parafie, kolejni proboszczowie udostępniają mu świątynie katolickie? I prawie nikt przeciwko temu nie protestuje. Jak to możliwe jest w XXI wieku? Czy książka Grossa nie obnażyła przypadkiem prawdziwej natury części Polaków, skrywanej, tłumionej, ale wciąż istniejącej? Dlaczego szef Radia Maryja może bezkarnie nazywać prezydenta oszustem, bo podobno chce oddać polski majątek obywatelom polskim pochodzenia żydowskiego?

Najwyższy czas, by przestać traktować antysemityzm jako folklor. Najwyższy czas, by Polacy dokonali rachunku sumienia, bez wykrętów i uderzania się w cudze piersi. Mamy w tej sprawie dużo do zrobienia, a najwięcej - hierarchowie naszego Kościoła.

Dominika Wielowieyska, Gazeta Wyborcza