E-mail

English






WSPOMNIENIA GUSTAWA HERLINGA-GRUDZIŃSKIEGO

Chłopiec z Kielecczyzny

Plus Minus, Rzeczpospolita 27 lipca 2002

Nagrał i opracował Zdzisław Kudelski

Ojciec Gustawa (1872 - 1943) - Józef Herling-Grudziński z córką Eugenią (siedzi), synem Maurycym i kuzynką

 

 


Urodziłem się 20 maja 1919 roku w Kielcach jako czwarte dziecko Józefa i Doroty z Bryczkowskich. Moja rodzina była pochodzenia żydowskiego, niesłychanie patriotyczna, z tego co pamiętam. Drugi człon mojego nazwiska Grudziński, jak głosiła fama rodzinna, był rezultatem faktu, że mój pradziadek czy prapradziadek był w oddziałach Czachowskiego w lasach kieleckich w czasie powstania styczniowego. Tam mu to drugie nazwisko nadano. Ale ja nigdy nie natrafiłem na żadne ślady czy dowody tego twierdzenia, tak że muszę to uznać za legendę, za coś w rodzaju rodzinnego mitu.


Kiedy się urodziłem, ojciec mój był właścicielem niewielkiego majątku w Skrzelczycach w okolicach Buska, który zawsze potem, w następnych już latach mojego dzieciństwa, był przedmiotem opowiadań... o jakiejś niezwykłej obfitości. Wszystko tam było jakoby wielkie, ogromne, niezwykłe. Grzyby, przez które nie można było przejść czy przeskoczyć, ryby kilkukilowe. To była legenda, często się o tym mówiło, o tych skrzelczyckich obfitościach i o niezwykłym zupełnie bogactwie tego mająteczku. Przeczyłoby temu to, że jednak wkrótce po moim urodzeniu się ojciec sprzedał te Skrzelczyce tak wspaniałe i zakupił młyn w Suchedniowie, do którego o wiele, wiele póĽniej, krótko przed wojną, dobudował mały tartak. I to była baza naszego życia.


Icek Chitler i ściągaczki


Zamieszkałem z matką w Kielcach na ulicy Sienkiewicza. Starsza para rodzeństwa, mój brat Maurycy i siostra Eugenia, już studiowali w Warszawie. Ja należałem do drugiej, młodszej pary: siostra Łucja starsza ode mnie o cztery lata zmarła w 1994 roku. W wieku dziesięciu lat zapisany zostałem do gimnazjum podówczas imienia Mikołaja Reja, a w rok potem Stefana Żeromskiego. To było gimnazjum, w którym kształcił się autor "Syzyfowych prac" i pamiętam z tych lat swego rodzaju manię wśród młodzieży, zwłaszcza kieleckiej, poszukiwania śladów po Żeromskim. Istniał kult... Nie był to może kult czytelników książek Żeromskiego, ale kult wielkiego człowieka, który w tych właśnie murach się kształcił. Wynajdywano najrozmaitsze drobiazgi, niektóre zabawne, niektóre mniej, świadczące o tej jego obecności. Krążyły legendy, że jeszcze gdzieś w podziemiach są stare ławki szkolne z pulpitami, na których Żeromski wypisał swoje nazwisko. Ja tylko widziałem przed wojną w kapliczce na Świętej Katarzynie ten słynny napis zasłonięty szkiełkiem: "Stefan Żeromski, uczeń klasy II".


Matka Gustawa - Dorota z Bryczkowskich Herling-Grudzińska (1880 - 1932)


 


Z zabawniejszych epizodów pobytu w Kielcach Żeromskiego pamiętam, że natrafiłem na sprzedawcę używanych książek, ściągaczek i bryków, który nosił dosyć niezwykłe nazwisko Icek Chitler. Opowiadał mi, że w swoim czasie maturalne ściągaczki, dla zarobku oczywiście, dostarczał mu Żeromski, tak samo jak ja póĽniej.


Żeromszczycy na zawsze


W Klerykowie, Łżawcu, jak często Żeromski nazywał Kielce, była taka pani niezwykła, starsza już wtedy, która często wychodziła na spacer na głównej ulicy w jakiejś przestarzałej, zużytej szacie, w bardzo gęstej woalce na twarzy, często z mufką (która już w ogóle jest dzisiaj nieznana), nawet jeżeli pogoda tego nie wymagała. Jednym słowem, bardzo staroświecka i starodawna pani. Uchodziła za pierwowzór Biruty z "Syzyfowych prac". Uczniowie zwykli byli na spotkanie zdejmować czapki i kłaniać się jej, podtrzymując mit, że to jest Biruta. Opowiadam te drobiazgi po prostu dlatego, że one świadczą, jak dalece kult Żeromskiego istniał w Kielcach.


Ja też go podtrzymywałem, może nawet bardziej niż moi koledzy, bo należałem do tych mniej już licznych uczniów gimnazjum, którzy Żeromskiego bardzo pilnie czytali. I w jakimś stopniu należę jeszcze dzisiaj w moim niemłodym wieku siedemdziesięciu siedmiu lat do tzw. Żeromszczyków, których jest coraz mniej. Mógłbym tylko z moich najbliższych wymienić Jerzego Giedroycia, Lidię Ciołkoszową, która pisała w Krakowie pracę doktorską z polonistyki o Żeromskim i pozostała do dziś jego ogromną wielbicielką [Lidia Ciołkoszowa zmarła w Londynie w czerwcu 2002 roku - red.], i Juliusza Poniatowskiego, ostatniego ministra rolnictwa przed wojną. Żeromszczyków jest coraz mniej i w czasie mojego pobytu w Kielcach, podczas pierwszej podróży do Polski, jak również z opowiadań mojej znajomej polonistki z Kielc Ireny Furnal wiem, że Żeromski nie jest chętnie czytany. I mogę to nawet zrozumieć. To jest już typ literatury bardzo przestarzałej, nie tylko w sensie merytorycznym, treści, ale także w sensie językowym. On pisał stylem niesłychanie patetycznym, który już dzisiaj wyszedł z użycia i młodzi ludzie właściwie nie mogą albo nie chcą go czytać.


Ja pozostałem wierny tej tradycji żeromszczykowskiej, ale też bardzo zredukowałem listę moich ulubionych książek do niewielu tytułów. Bardzo lubię "Syzyfowe prace", opowieść o gimnazjalnych latach Żeromskiego w Kielcach, uważam za śliczną jego nowelę czy krótką powieść "Wierna rzeka" i drobiazgi takie jak "Echa leśne", które mi się szalenie podobają. Natomiast te jego wielkie powieści, stawiające problemy, też już są dla mnie niestrawne. Nawet mógłbym sobie zrobić komplement, że jestem z młodymi pod tym względem, mimo mojego wieku. To jest już problematyka, którą właściwie Żeromski stawiał w sposób dzisiaj nie do przyjęcia, egzaltowany, przesadny. Wystarczy powiedzieć, że ta historia, którą znamy z "Ludzi bezdomnych", historia poświęcenia doktora Judyma, jest naprawdę przesadna. Dzisiaj już właśnie nie można sobie wyobrazić takiego doktora Judyma. To po prostu wyszło z obiegu, wyszło z mody.


Przypis petitem


Książki Żeromskiego są kontrowersyjne. Niedawno przeczytałem na nowo, po wielu, wielu latach jego słynną powieść "Przedwiośnie". Byłem proszony przez jedno z wydawnictw emigracyjnych o napisanie przedmowy. Z jakichś tam względów nie doszło do tego, ale przeczytałem książkę i właściwie, szczerze mówiąc, byłem nią przerażony. To jest ten Żeromski, który był atakowany jako prawie komunista, ale to jest też ten Żeromski, który właściwie umknął mojej uwadze, kiedy byłem małym chłopcem i jego książkę czytałem z wypiekami na twarzy. To jest Żeromski opisujący z jakimś niezwykłym smakiem wszystkie horrory rewolucji rosyjskiej i który właściwie nie potrafi uzasadnić epilogu końcowego, tego marszu na Belweder. Może dlatego, że już jestem stary, ale czytając tę książkę jestem raczej po stronie państwowca Gajowca, a nie Baryki. Uważam, że to jest książka dziwna, jakkolwiek oczywiście jestem gwałtownym przeciwnikiem tego, co mi opowiadano w Polsce, że po upadku komunizmu w niektórych miejscowościach zmieniano ulice Żeromskiego ze względu na "Przedwiośnie". W oczach tych, którzy to robili, Żeromski już właściwie uchodził za pisarza komunistycznego prawie, co jest oczywiście nonsensem.


Żeromski był niewątpliwie bardzo wybitnym pisarzem, niesłychanie zmysłowym w życiu, o tym wiemy z rozmaitych opowieści. Bardzo się w tym wyżywał. Pamiętam, że w "Przedwiośniu" bardzo mnie poruszały sceny czy aluzje do scen erotycznych. Po tylu, tylu latach pamiętam doskonale jedną z nich, kiedy Baryka jako uczeń gdzieś na prowincji, zaproszony przez dziedziczkę do jakiegoś mająteczku, nawiązuje z nią romans i wyprawia się do niej w nocy. Do dziś pamiętam ten przypis petitem na dole: "Pruderia autora i głęboki szacunek wobec pruderii czytelnika (-czki), a nade wszystko czołobitność wobec superpruderii krytyka, nie pozwala na przytoczenie szczegółów i perypetii tego wieczora, które się dokonały w zamkniętym na klucz pokoju pani Laury".


To jest o tyle śmieszne i pouczające dla pruderyjnych moralistów, że ten dopisek petitem rozpętał moją wyobraĽnię o wiele bardziej, niż gdybym był czytał dokładny opis tej nocy. Bez przerwy krążyłem wokół tego, co się za tym dopiskiem kryje. Ale to jest dygresja.


Tajniak obserwuje kiosk


Jedna rzecz niewątpliwie była silna, jeżeli chodzi o wpływ Żeromskiego w moich latach szkolnych, mianowicie wyczulenie na problematykę społeczną i narodową, ale - podkreślam - szczególnie społeczną. On był na to niesłychanie wrażliwy. Był niewątpliwie tym "sercem nienasyconym", jak go nazwał jego monograf, profesor Stanisław Adamczewski i w niektórych przynajmniej uczniach obudził wielką wrażliwość na zagadnienia społeczne. Stąd się też bierze krótki epizod w moim życiu, dosyć niezwykły. To była klasa szósta prawdopodobnie albo piąta, czyli piętnaście, szesnaście lat, kiedy otarłem się o grupę młodzieży, która, nie powiem, że była komunistyczna, ale interesowała się tym, szukała jakiejś drogi. To trwało u mnie krótko, zresztą skończyło się skandalem. Całą grupę rozpędziła czy nawet zatrzymała na dzień lub na dwa policja kielecka. Miałem w związku z tym wielkie kłopoty w szkole, które jednak udało się przezwyciężyć.


Przed wojną polska prowincja była czymś zupełnie odmiennym od życia w wielkich miastach. Głównym powodem oskarżenia mnie, jeżeli można to tak nazywać, był fakt, że w największym kiosku na ul. Sienkiewicza kupowałem regularnie pisma lewicowe takie jak "Lewar" i "Lewy Tor", które były dozwolone. Ten kiosk był pod okiem tak zwanego tajniaka, który stał po drugiej stronie ulicy i przyglądał się, kto co kupuje. No więc, to jest naprawdę śmieszne - pisma były dozwolone, świadczy to zresztą ładnie o władzach, które dopuszczały je do obiegu. Na prowincji fakt, że jakiś uczniak przychodzi i kupuje te pisma, był już w pewnym sensie rzeczą obciążającą. Miałem rewizję na stancji, gdzie mieszkałem w Kielcach, ale akurat wtedy byłem po raz pierwszy w życiu w Warszawie u mojego starszego brata, adwokata. W czasie rewizji oczywiście niczego nie znaleziono. Jednym słowem była to przygoda dosyć przykra. Zawieszono mnie na jakiś czas w prawach ucznia. Wszystko to jednak zostało w końcu załatwione i mogłem kontynuować naukę aż do matury.


Ciężko...


Jako trzynastoletni chłopiec straciłem matkę i właśnie wtedy zamieszkałem na stancji. Ojciec mieszkał w Suchedniowie. Ten pobyt na stancji trwał dość krótko, rzecz okazała się zbyt kosztowna, tak że i ja pojechałem do Suchedniowa. Wtedy rozpoczął się dla mnie bardzo ciężki okres. To było chyba od szesnastego czy piętnastego roku życia aż do matury. Z Suchedniowa dojeżdżałem do szkoły do Kielc. Musiałem o wpół do szóstej rano pędzić lasem na stację w Suchedniowie, potem godzina pociągiem, żeby zdążyć na początek lekcji o godzinie ósmej rano. Gdy wracałem wieczorem, to już byłem niezdolny w ogóle do odrabiania lekcji, tylko waliłem się na kozetkę i zasypiałem.


Życie uczuciowe w Kielcach


Kielce są też dla mnie miastem łączącym się ze wspomnieniami natury sentymentalnej. Życie młodzieży szkolnej, w każdym zresztą miejscu, nie tylko w Kielcach, podkochiwanie się w ładnych dziewczynach... Pamiętam, że było parę bardzo pięknych dziewczyn, które pochodziły z rodzin rozmaitych rosyjskich urzędników z okresu zaboru. Pamiętam taką Nataszę, która niestety niezbyt się mną interesowała, natomiast interesowała się moim kolegą. Nie powiem jego nazwiska, bo jeszcze, zdaje się, żyje. Już w tak młodym wieku była jego przyjaciółką, szalenie mu zazdrościłem, to była piękna dziewczyna.


Podkochiwałem się też w takiej Rosjance, która się nazywała Lala. Mieszka w Gdańsku i nawet się do mnie ostatnio odezwała telefonicznie. Była narzeczoną naszej sławy literackiej w Kielcach, mianowicie poety Adolfa Sowińskiego. On był już autorem wierszy drukowanych w "Skamandrze" i "Wiadomościach Literackich", a po wojnie napisał książkę biograficzną o latach szkolnych Żeromskiego. Z Sowińskim zetknąłem się po latach. On w końcu pozostał za granicą, związał się z jakąś panią w Wiedniu. Znał zresztą znakomicie niemiecki, tłumaczył poezję niemiecką i, jak mi opowiadano, tak straszliwie tęsknił do Polski, że właściwie w pewnym sensie umarł z nostalgii. Od samego rana otwierał radio na programy z Warszawy i tak siedział godzinami przy tym radiu, pijąc wódkę. Zetknąłem się z nim w Neapolu, ale wiem też o nim trochę od Jerzego Stempowskiego, który go odwiedził w Wiedniu.


Pięknie kłaniałem się panienkom


Inną stronę mojego życia opisał mój przyjaciel, nieżyjący już - umarł dwa lata temu - adwokat Franciszek Zyguła, którego w 1991 roku widziałem na uroczystości przyznania mi honorowego obywatelstwa Kielc. W książce, która wyszła z sesji w Kielcach o moim pisarstwie, napisał osobiste wspomnienie o naszych stosunkach. To jest dla mnie wzruszające, bo on kładzie nacisk na okres, w którym młodzi chłopcy już się interesowali nawet w inny sposób kobietami, chodzili na ul. Starowarszawską czy Nowowarszawską, gdzie można było znaleĽć dziewczynki lekkiego prowadzenia. I on podkreślał jedną rzecz, która mi sprawia pewną przyjemność, że ja wobec tych pań - które na ogół były całkowicie ignorowane na ulicy przez tych swoich nocnych przyjaciół, a moich kolegów - byłem dość szarmancki. Ja im się zawsze bardzo pięknie kłaniałem. Nigdy tego nie ukrywałem i to był w młodym wieku ładny gest, prawda, bo moi koledzy odwracali głowy czy przechodzili na drugą stronę ulicy, żeby, broń Boże, nie padło na nich podejrzenie, że utrzymują stosunki z dziewczętami lekkiego prowadzenia się.


Lanie wody


W gimnazjum miałem jeszcze bliższego przyjaciela, który się nazywał Jerzy Głowania. To był mój naprawdę serdeczny przyjaciel. Bardzo go kochałem. Po wojnie nawiązaliśmy kontakt. Dowiedział się, gdzie jestem, odezwał się do mnie, myślałem, że ten kontakt długo potrwa, ale, niestety, Głowania zginął w wypadku samochodowym. Z nim zacząłem uprawiać, że tak powiem, moją młodzieńczą twórczość pisarską, bo on też miał zainteresowania literackie. Pamiętam doskonale, że napisaliśmy razem dialog o głośnej podówczas powieści Zofii Nałkowskiej "Granica". Skłonności pisarskie rzeczywiście miałem od najmłodszych lat...


Byłem albo prymusem, albo w każdym bądĽ razie jednym z prymusów w nauce języka polskiego, gdzie najważniejszą rzeczą była umiejętność pisania długich wypracowań - według mnie rzecz wychowawczo okropna. Pobyt w Anglii przekonał mnie, że to jest zupełny nonsens i powód wpędzania Polaków w wodolejstwo. Dostaje się wyższy stopień za długość wypracowania, a nie za jego treść czy wartość. W Anglii, jak się uczyłem języka angielskiego w Londynie, przekonałem się, że jest wręcz odwrotnie, im krótsza była wypowiedĽ na zadany temat, tym wyższy stopień. Artykuły wstępne w gazetach angielskich czy też wypowiedĽ w czasie publicznej debaty - ograniczana zawsze do pięciu minut przez przewodniczącego - były po prostu wzorem jasności. Anglicy słyną z tego, że potrafią tak dobrze i krótko sformułować to, co mają do powiedzenia. Uważam tę metodę wychowawczą za o wiele lepszą. No, ale takie były te szkoły.


W przedpokoju literackim


Pisywałem w takim szkolnym pisemku kieleckim, które się nazywało "Młodzi idą", ale też już zacząłem pisywać do ogólnopolskiego pisma młodzieżowego "KuĽnia Młodych", które wychodziło w Warszawie, i które skupiało dosyć utalentowanych uczniów z całej Polski. Tam był póĽniejszy ksiądz Jan Twardowski, Kazimierz Brandys, o ile pamiętam, Ryszard Matuszewski, Jan Kott i tak dalej, i tak dalej... Więc to już był wielki honor móc drukować w "KuĽni Młodych", to było jak wejście do przedpokoju literackiego. W każdym razie miałem już silne aspiracje do pisania i wiedziałem, że zaraz po ukończeniu gimnazjum zapiszę się na polonistykę. Wbrew woli mojego ojca, który chciał, żebym się zapisał do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, bo sądził, że ktoś musi objąć młyn z dużym kawałkiem ziemi, ze stawem. Bardzo tego chciał. Ja się nie zgodziłem, więc nasze stosunki, i tak już złe od dawna, jeszcze bardziej się pogorszyły. Jako dziecko byłem bardzo przywiązany do mojej matki, nie do ojca.


Moi rodzice nie mieli wyższego wykształcenia. Jak wspominam ojca, to pamiętam tylko, że on, pracując bardzo ciężko, czasem tylko szybko czytał gazetę. Jeżeli chodzi o moją matkę, to jej aspiracje kulturalne właściwie ograniczały się tylko do kina. Była nałogową kinomanką i do dziś jeszcze pamiętam, że często mnie zostawiała samego w domu i pędziła do kina, a potem wracała zalana łzami, bo to była epoka, w której filmy były niesłychanie sentymentalne i dramatyczne i wyciskały bardzo łatwo łzy. Pamiętam na przykład, że oglądała chyba cztery razy film "Pożegnanie z bronią" z tej słynnej powieści Hemingwaya i rzeczywiście tonęła we łzach za każdym razem.


Śmierć Puszczy Jodłowej


Fascynacja Kielecczyzną to na pewno nie była fascynacja samymi Kielcami. Miasto to dosyć mnie, szczerze mówiąc, brzydziło, tak zresztą jak Żeromskiego, który nazywał Kielce Klerykowem, Łżawcem. To była fascynacja Świętokrzyżczyzną i dlatego tak się nazywał mój pierwszy w ogóle występ pisarski w "KuĽni Młodych" - "Świętokrzyżczyzna". To była Święta Katarzyna, Święty Krzyż, Nowa Słupia i okolice Żeromskiego, m.in. wieś Ciekoty, skąd on wyszedł w świat. To przepiękny rejon, z tym że ze smutkiem widzę z gazet, że marnieje. Czytałem ostatnio i widziałem fotografie tej wspaniałej Puszczy Jodłowej, której Żeromski poświęcił bardzo ładny szkic. Z jakichś powodów, które nie są dla mnie jasne, Puszcza Jodłowa po prostu umiera. Widać opadające na siebie drzewa. Ktoś mówił o wpływach anten, które tam zostały ustawione, ale ja nie bardzo w to wierzę, żeby antena mogła tak podziałać na wspaniały drzewostan. To były stare, piękne jodły. Jest jakiś powód. To jest straszny widok, jak te drzewa upadają, jedne na drugie.



Klasowa wycieczka do Wieliczki, 11 paĽdziernika 1935 r.: Gustaw Herling- -Grudziński w dolnym rzędzie, pierwszy z lewej

 


ZDJĘCIA Z ARCHIWUM RODZINNEGO GUSTAWA HERLINGA-GRUDZIŃSKIEGO


Drugą moją fascynacją jest Suchedniów, gdzie właściwie od śmierci mojej matki rosłem, aż do wyjazdu do Warszawy. To jest fascynacja stawem (byłem namiętnym wędkarzem i dobrym pływakiem), groblą, które już nie istnieją, lasami dookoła. Michniów z jednej strony, Baranów z drugiej strony, to jest moje wspomnienie z Kielecczyzny. Jeżeli czasem przymykam oczy i wspominam okres dzieciństwa i wczesnej młodości, to to są te obrazy, które mi przed oczami stoją. Właśnie Świętkorzyżczyzna i Suchedniów. Rzadko bardzo wspominam Kielce i bez specjalnego entuzjazmu, właściwie tylko jedno miejsce w Kielcach mnie pociąga, to jest ten park miejski z okrągłym stawem, z alejkami ciemnymi. To było miejsce naszych schadzek i tzw. randek z dziewczętami, z koleżankami, więc takie rzeczy zawsze zostają w pamięci i pozostawiają przyjemny osad. Jak byłem w 1991 roku w Kielcach, to od razu poprosiłem, żeby mnie tam zawieziono.


Prowokacja chwyciła


Do okresu kieleckiego właściwie niewiele mógłbym dodać, z wyjątkiem jednej rzeczy: często nazwa sama - Kielce - wywołuje skojarzenie z pogromem kieleckim. Ja się zgadzam, bo są na to dowody, że to była prowokacja sowiecko-ubecka. Jest zresztą historyk nazwiskiem Chęciński, który wyjechał z Polski i mieszka w Izraelu i który napisał szkic historyczny dowodzący, że to była prowokacja. Rozmawiałem również na ten temat z moim młodszym kolegą z tych stron, pisarzem Krzysztofem Kąkolewskim. Jak się okazało w czasie naszego spotkania, on pamiętał mnie z Suchedniowa, bo mieszkał tam, pamiętał nawet moją wizytę w ich domu. Byłem od niego starszy o jakieś siedem czy osiem lat, a mimo to niesłychanie poważnie z nim rozmawiałem. Według niego byłem pierwszym człowiekiem, który go bardzo poważnie potraktował, tak że to mu zostało w pamięci.


Więc kiedy z nim rozmawiałem na ten temat - a on książkę wtedy pisał o pogromie kieleckim - stał na stanowisku, że to była prowokacja. Wiemy od różnych historyków, że to była prowokacja z rozmaitych powodów, w które nie będę tutaj wnikał. Ale pozostaje zawsze to, o czym powiedziałem Kąkolewskiemu: "Prowokacje udają się tylko wtedy, kiedy trafiają na podatny grunt" i to jest ten problem, przed którym się staje. Ktoś, kto oglądał, jak ja, krótki film Marcela Łozińskiego o tym, czuje, że to jest sprawa, której nie załatwia teza o prowokacji. Po prostu ta prowokacja chwyciła, to znaczy bardzo dużo ludzi, kielczan, brało w tej sprawie udział z jakąś bardzo swoistą satysfakcją. Jak gdyby chcieli tego.


Ci, którzy organizowali tę prowokację, prawdopodobnie wiedzieli, że trafią na bardzo podatny grunt.


Nagrał i opracował Zdzisław Kudelski


 

W paĽdzierniku 1996 roku nagrałem z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim kilka rozmów w Neapolu, które w przyszłości miały się złożyć na jego wspomnienia. Pisarz chciał, abym jego odpowiedziom nadał formę monologu, a powtórzenia usunął, tak aby całość była jego opowieścią o latach dzieciństwa i studiów, pobycie w łagrze i w armii gen. Andersa, czy wreszcie o latach spędzonych na emigracji. Ponieważ byłem wówczas zajęty opracowywaniem kolejnych tomów "Pism zebranych" Herlinga (SW "Czytelnik", t. 1 - 11, t. 12 w druku), dokończenie wspomnień w porozumieniu z autorem odłożyłem na póĽniej. Liczyłem również na to, że będę mógł zapytać jeszcze pisarza o rozmaite sprawy i jego opowieść uzupełnić. Żałuję, że nie zdążyłem tego zrobić i że autor "Innego świata" nie mógł tekstu przeczytać i zaakceptować. Jego śmierć 4 lipca 2000 roku uniemożliwiła to. Mimo to uważam wspomnienia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego za bardzo ważny dokument, który koniecznie powinien być opublikowany. Żonie pisarza Lidii Herling-Croce, córce Marcie Herling oraz synowi Benedetto Herlingowi serdecznie dziękuję za zgodę na publikację. Z.K.