E-mail

English






Norman Davies o Powstaniu Warszawskim

Ernest Skalski

Gazeta Wyborcza, 23 lipca 2004

 

Gdyby AK nie próbowała wystąpić w roli gospodarza Warszawy, utraciłaby moralne prawo do krytykowania Sowietów. Do prawowitych władz Polski przylgnęłaby opinia, że nie zrobiły nic, by zapobiec ruinie stolicy i nieszczęściu jej mieszkańców. Książkę brytyjskiego historyka Normana Daviesa poświęconą Powstaniu Warszawskiemu omawia Ernest Skalski

Wnuk powstańca poległego pod komendą generała Sowińskiego na szańcach Woli mógł być dumny ze swego przodka i uważać, że należało się bić - przynajmniej w powstaniu listopadowym. Na to samo odwieczne polskie pytanie "bić się czy nie bić" zapewne inaczej odpowiadała matka powstańca poległego na tejże Woli w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. Stosunek Polaków do powstań - a już szczególnie do Warszawskiego - wynika przeważnie z postaw życiowych, wyborów politycznych, osobistych doświadczeń i emocji, w dużo mniejszym zaś stopniu z analizy faktów historycznych.

Brytyjskiego historyka Normana Daviesa mimo emocjonalnych związków z Polską stać na większy obiektywizm, a nawet na zmianę swych ocen. „Byłem skłonny - pisze w najnowszej książce - przyjąć wiele z konwencjonalnego obrazu, w którym desperacka odwaga polskiego podziemia pozostaje w ostrym kontraście z krótkowzrocznością jego przywódców. (...) Dziś powiedziałbym, że powstanie warszawskie było wspaniałym zbrojnym zrywem, który przeszedł wszelkie oczekiwania, i że decyzja o jego rozpoczęciu - choć z konieczności ryzykowna - nie była lekkomyślna ani tym bardziej ťzbrodnicza Ť. Siły zbrojne Polski (...) tworzyły część potężnej koalicji aliantów, która w 1944 r. stała u progu zwycięstwa. (...) Podstawowe pytanie (...) brzmi nie: ťdlaczego powstańcy nie zdołali osiągnąć swoich celów? Ť, lecz: ťdlaczego w ciągu dwóch miesięcy wahań i deliberacji zwycięscy alianci nie zorganizowali pomocy? Ť”.

"Davies przekonuje, że to nie Polacy ponosili główną odpowiedzialność za tragedię, lecz wielki sojusz Wielkiej Brytanii, Ameryki i Związku Sowieckiego" - komentuje Stefan Wagstyl na łamach "Financial Times".

Sowieci? Wiadomo

Londyn i Waszyngton pozostawiły decyzję o rozpoczęciu Powstania władzom polskim na uchodźstwie, te zaś przekazały ją Komendzie AK i Delegaturze Rządu w kraju. Ale umycie rąk nie oznacza zdjęcia odpowiedzialności za los walczącej stolicy.

Czego można się było spodziewać po Stalinie? - tym retorycznym pytaniem najłatwiej obciąża się przywódców Powstania i niejako rozgrzesza ZSRR. Rząd polski wiedział, że w listopadzie 1943 r. na spotkaniu w Teheranie Roosevelt i Churchill przehandlowali nasze ziemie wschodnie. Nie wszyscy sądzili jednak, że jest to już decyzja ostateczna; poza tym w Teheranie nie podjęto oficjalnych decyzji w sprawie systemu politycznego w powojennej Polsce. Choć więc po ujawnieniu zbrodni katyńskiej Kreml zerwał stosunki z rządem polskim na emigracji, to jednak - przypomina Davies - "w czerwcu i w lipcu 1944 r. ambasador sowiecki w Londynie Lebiediew prowadził ściśle tajne rozmowy ze Stanisławem Grabskim, byłym polskim ministrem. Celem tych rozmów było wysondowanie, jakie są szanse przywrócenia oficjalnych stosunków. Ukrywając ten fakt przed zewnętrznym światem, Stalin nie odcinał sobie możliwości wyboru". Władze polityczne Polski mogły więc sądzić, że są szanse na wznowienie kontaktów z Moskwą.

29 lipca sowiecki samolot zrzucił ulotki, w których lubelski PKWN wzywał Polaków do broni. Tego samego dnia Radio Moskwa nadało "Wezwanie do Warszawy!" sygnowane przez Związek Patriotów Polskich. Apelowano w nim do mieszkańców stolicy, by dopomogli w nadchodzącym dziele wyzwolenia. 30 lipca w godz. 15-23 Radiostacja im. Tadeusza Kościuszki z Moskwy kilkakrotnie wzywała: "Ludu Warszawy! Do broni! (...) Uderzcie na Niemców! Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych! Pomóżcie Czerwonej Armii w przeprawie przez Wisłę!". Te fakty są powszechnie znane, ale mało kto wie, że gdy front zbliżał się do Bugu, trzy sowieckie jednostki zwiadowcze - o czym pisze Davies - informowały centralę: "Grupa o największych wpływach (...) wykazywała orientację prosowiecką i tworzyła ją (komunistyczna) Polska Partia Robotnicza oraz jej odłam wojskowy Gwardia Ludowa". Albo sowiecki wywiad był do niczego, albo autorzy raportu byli na tyle mądrzy, że pisali to, czego oczekiwało naczalstwo - ono zaś uwierzyło, że pokieruje Powstaniem.

Może dlatego dopiero 12 sierpnia agencja TASS ostro potępiła powstanie, a następnego dnia zapadły decyzje, które przesądziły o podjęciu sowieckiej ofensywy na Bałkanach i w Prusach Wschodnich - co oznaczało przesunięcie sił i przekreślało operację wokół Warszawy. Niewykluczone, że do tego czasu Stalin - którego własna podejrzliwość nieraz wprowadzała w błąd - nie był do końca przekonany, że to jest "londyńskie" powstanie. Mógł nawet sądzić, że premier Stanisław Mikołajczyk blefował podczas rozmów w pierwszych dnia sierpnia. "Historycy, którzy nie wahają się ferować kategorycznych wyroków bez dowodów w postaci dokumentów, doszli do przekonania, że 13 sierpnia Stalin wydał wyrok śmierci na Warszawę. Wniosek ten - pisze Davies - nie musi być nieprawdziwy, ale też nie wydaje się, żeby odpowiadał prawdzie pod każdym względem. W szczególności ta decyzja nie musiała być aż tak ostateczna, jak sugerowano. Być może zostawiała jakąś furtkę na wypadek późniejszej zmiany kursu".

Wstępne rozmowy w sprawie kapitulacji Powstania jego dowództwo rozpoczęło już na początku września, lecz przeciągało je. Kiedy bowiem we wrześniu gen. Rokossowski zajął wreszcie Pragę, a potem jednostki 1. Armii gen. Berlinga sforsowały Wisłę, można było przypuszczać, że jest to właśnie zapowiedź zmiany kursu.

Zachód? Nie wiadomo

Przed samym Powstaniem kurier Jan Nowak dotarł z Londynu z wieścią, że polskich spraw nie ma na angielsko-amerykańskich listach priorytetów. Ostrzegał, że Powstanie w Warszawie będzie postrzegane jako „burza w szklance wody”. Davies przytacza liczne argumenty, na podstawie których należało wyciągnąć wniosek, że tak było istotnie. „Przez całą wojnę - pisze - na sojusz padał cień przestarzałego i wysoce paternalistycznego założenia, iż ťgłówni sojusznicy Ť mają prawo podejmować na własną rękę odrębne decyzje polityczne, natomiast od ťmniejszych sojuszników Ť oczekiwano, że będą akceptować decyzje podejmowane przez lepszych od siebie”.

Po niesławnym upadku Francji w czerwcu 1940 r. Polska stała się pierwszym sojusznikiem Wielkiej Brytanii, zwłaszcza w okresie bitwy o Anglię. Gdy jednak w czerwcu 1941 r. ZSRR, a w grudniu USA stały się członkami koalicji, "pierwszy sojusznik dołączył do wciąż rosnącej grupy klientów i pełnych nadziei petentów. (...) Były dwie powracające, choć nawzajem się wykluczające obawy - o to, że Rosja może osiąść na laurach, przepędziwszy najeźdźcę z powrotem na obszar granic z 1941 r., lub też odwrotnie - że pokona Niemców praktycznie bez niczyjej pomocy". To był punkt wyjścia polityki Londynu i Waszyngtonu w stosunku do ZSRR, a stosunek do konfliktu sowiecko-polskiego był już tylko pochodną. Pierson Dixon, osobisty sekretarz ministra spraw zagranicznych Anthony'ego Edena, mówił jasno: "Jest oczywiste, że żaden Anglik nie zaangażuje się w wojnę z Rosją (...) dla Polski (...) występujemy z ofertą poparcia dla jakiegoś rozsądnego rozwiązania, ale nie posuniemy się dalej, nawet gdyby alternatywą miało stać się wchłonięcie Polski przez Związek Sowiecki".

Jednakże, jak dowodzi Davies, USA i Wielka Brytania nie prowadziły jednolitej, uzgodnionej i konsekwentnej polityki wobec Polski. Churchill potrafił głośno gniewać się na Polaków za ich upór, ale też podkreślał swoje współczucie i poparcie. Roosevelt był nieodmiennie życzliwy dla Polaków. Mikołajczyka zapewniał: "Stalin nie zamierza pozbawić Polski wolności. Nie ośmieliłby się tego zrobić, gdyż wie, iż rząd Stanów Zjednoczonych udziela wam zdecydowanego poparcia. Czuwać będę, aby Polska nie doznała krzywd w wyniku wojny". Tym samym "przywódcy podziemia mieli podstawę, aby sądzić, że Londyn i Waszyngton nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. (...) Ci nastawieni bardziej optymistycznie mogli przypuszczać, że entuzjazm Zachodu wzrośnie, kiedy powstanie rzeczywiście wybuchnie. (...) Gdyby cały demokratyczny świat miał się dowiedzieć, że polską stolicę przechwycili polscy demokraci, Stalin naprawdę wystawiłby na próbę wielki sojusz, próbując ich wtedy usunąć siłą" - konkluduje Davies.

Jego zdaniem najważniejsze spotkanie przybyłego z Polski gen. Stanisława Tatara z gen. Colinem Gubbinsem i innymi oficerami SOE (kierownictwo operacji specjalnych) odbyło się 29 lipca 1944 r. Tatar poinformował zebranych, że wybuchu Powstania w Warszawie należy oczekiwać natychmiast. Przedstawił też listę sześciu podstawowych żądań dotyczących pomocy dla powstańców. Żadne nie zostało spełnione. Zresztą nie było na to czasu - trzy dni później trwały już walki w stolicy.

Z Rosją, wbrew zamierzeniom, też nie udało się z góry niczego uzgodnić, bo Mikołajczyk przybył do Moskwy już w trakcie Powstania. Można jednak sądzić, że gdyby pojawił się wcześniej, Stalin gwałtownie zaprotestowałby przeciw Powstaniu - a był to wówczas partner numer jeden w koalicji.

Natomiast alianci zachodni wiedzieli o przygotowaniach do Powstania. Co więcej, bunty w stolicach okupowanych bądź sprzymierzonych z Niemcami mieściły się w ich ogólnej koncepcji wojny w Europie. W liście z 28 lipca, napisanym na polecenie ministra Edena przez jego zastępcę, mówi się w sposób niebudzący wątpliwości o "powstaniu w Warszawie".

Zachodni sojusznicy nie mogli nakazać ani zakazać powstania, jednak ich wyraźne ostrzeżenia i zapowiedź, że nie udzielą pomocy walczącej Warszawie, wpłynęłyby w sposób decydujący na decyzję rządu RP. Wszelako Zachód miał dla Polaków jedynie słowa ogólnikowego poparcia. Łatwo jest mówić o lekkomyślności i brawurze dowódców AK, o nieliczeniu się z kosztami ludzkimi i materialnymi. Łatwo stawiać zarzut, że Powstanie wybuchło przy dwuznacznej postawie Londynu i Waszyngtonu, bez dopracowania planu wspólnych działań bojowych i logistycznych. Warto się jednak zastanowić, czy nie jest to "skakanie do konkluzji", by użyć angielskiego idiomu.

Czy była szansa?

Komuniści sowieccy i polscy za inspiratorów Powstania uważali najbardziej "reakcyjnych" generałów - Władysława Andersa i Kazimierza Sosnkowskiego. Tymczasem to właśnie Anders pisał w liście: "Byłem zawsze, a także wszyscy moi koledzy w Korpusie, zdania, że w chwili, kiedy Niemcy wyraźnie się walą, kiedy bolszewicy tak samo wrogo jak w roku 1939 weszli do Polski i niszczą naszych najlepszych ludzi, powstanie nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią". Natomiast Sosnkowski stwierdzał: "Powstanie bez uprzedniego porozumienia z ZSSR na godziwych podstawach byłoby politycznie nieusprawiedliwione, zaś bez uczciwego i prawdziwego współdziałania z Armią Czerwoną byłoby pod względem wojskowym niczym innym jak aktem rozpaczy". Zdaniem jednak Naczelnego Wodza Sił Zbrojnych RP, "jeśli przez szczęśliwy zbieg okoliczności w ostatnich chwilach odwrotu niemieckiego, a przed wkroczeniem oddziałów czerwonych, powstaną szanse choćby przejściowego i krótkotrwałego opanowania przez nas Wilna, Lwowa, innego większego centrum (...) - należy to uczynić i wystąpić w roli pełnoprawnego gospodarza".

We Lwowie do takiej próby nie doszło, wileńska się nie udała, lecz to nie musiało przesądzać wyniku w Warszawie. Z Londynu trudno było jednak oceniać, kiedy następują "ostatnie chwile odwrotu". To dlatego decyzję przekazano Warszawie - a nie dlatego, by przerzucić odpowiedzialność.

Prawdziwi historycy nie uprawiaj ą historii alternatywnej "co by było gdyby". Jednakże dowódcy AK musieli brać pod uwagę, co może się wydarzyć, jeśli nie podejmą decyzji o Powstaniu. Zdaniem Daviesa "perspektywy przedstawiały się niewiele mniej czarno, gdyby Niemcom pozwolono spokojnie przygotować obronę. (...) Z punktu widzenia warszawiaków nie robić nic, oznaczało tyle, co po prostu dopraszać się jakiegoś innego nieszczęścia". Duże miasto, ważny węzeł komunikacyjny na linii frontu, osłaniane dużą rzeką było ważnym obiektem dla obu stron. Los "Festung Warschau" byłby taki sam jak Stalingradu, Kijowa, a w następnym roku Wrocławia.

Udane powstanie, zanim Niemcy przygotują obronę, mogło uratować Warszawę i jej mieszkańców - podobnie jak nieco wcześniej uratowało Rzym, a nieco później Paryż. Gdyby zaś AK nie próbowała wystąpić wobec Sowietów w roli gospodarza miasta, utraciłaby moralne prawo do krytyki wyzwolicieli. Do prawowitych władz Polski i jej sił zbrojnych przylgnęłaby opinia, że nie zrobiły nic, by zapobiec ruinie stolicy i nieszczęściu jej mieszkańców.

Natomiast uniemożliwienie Niemcom długotrwałej obrony Warszawy mogło stanowić ważny wkład w działania antyniemieckiej koalicji. Rok i parę miesięcy wcześniej kilkuset słabo uzbrojonych powstańców przez kilka tygodni broniło getta, mając przeciw sobie wielokrotnie liczniejsze siły z ciężką bronią. Dużo silniejsi żołnierze AK mogli więc - co się zresztą potwierdziło - utrzymać pozycje w mieście, nawet gdyby pomoc się spóźniała. Trudno zresztą powiedzieć, że pomocy zupełnie nie było - zrzutów broni i zaopatrzenia dokonywało nawet lotnictwo sowieckie. Zachód zaś zwracał się do Moskwy o pomoc i współdziałanie.

Wszystko to razem było praktycznie nieskuteczne i wpłynęło na losy Powstania o tyle, że dowódcy, licząc na zwiększenie pomocy, widzieli sens w kontynuowaniu oporu.

"Polacy bez własnej winy dostali się w pułapkę nie tylko bezwzględnej przemocy Hitlera i Stalina, ale także sojuszu z Zachodem, który się okazał tak bardzo jednostronny. Odnieśliśmy - pisze brytyjski historyk - znaczne korzyści z podjętych przez Polskę wojennych trudów. Natomiast Polska nie odniosła korzyści z trudów poniesionych przez nas. I to trzeba było powiedzieć".