E-mail

English







"Tak, do Warszawy było już niedaleko - toczyliśmy ciężkie walki na podejściach do Pragi" - wspomina marszałek Rokossowski w swoich pamiętnikach dzień 2 sierpnia 1944 r.
FOT. (C) EAST NEWS / ROGER VIOLLET

Powstanie '44

Podejście od wschodu

Norman Davies
Fragmenty z ksiazki

Rzeczpospolita,
12 lipca 2004

Generał, który pod Stalingradem wymierzył niemieckiej armii coup de grace, teraz został wybrany do roli dowódcy mającego przewodzić atakowi Armii Czerwonej na Rzeszę, przede wszystkim - marszowi ku Wiśle. Jest bardziej niż prawdopodobne, że miał ambicję poprowadzić później atak na Berlin.

"Syn nadwiślańskiej krainy"

Piękno tej opowieści - w oczach tych, którzy chcieliby ją ubarwić - leży w tym, że owego sowieckiego dowódcę rzeczywiście można było przedstawiać jako syna nadwiślańskiej krainy. Istotnie, spędził tam kawał młodości. Dzięki pomocy krewnych przez trzy lata uczył się w Gimnazjum Zgromadzenia Kupców w Warszawie. Podobno pracował jako czeladnik kamieniarz przy budowie mostu Poniatowskiego; w roku 1912, jako uczestnik manifestacji rewolucyjnej, spędził ponoć jakiś czas w mającym złą sławę więzieniu na Pawiaku.

Rokossowski, typowe dziecko wielonarodowościowych kresów dawnego carskiego imperium, nie był pełnej krwi Rosjaninem, ale tak naprawdę nie był również Polakiem. Jego ojciec Ksawery pochodził z polskiej zdeklasowanej rodziny szlacheckiej, której członkowie brali udział w powstaniach z lat 1830 i 1863 i którą potem pozbawiono posiadłości i statusu. Wybrawszy elitarny zawód maszynisty kolejowego, Ksawery odbywał liczne podróże po zachodnich prowincjach imperium; ożenił się z Rosjanką Antoniną Owsiannikową. Ich najstarszy syn Konstanty urodził się 21 grudnia 1896 roku w Wielkich Łukach - miejscowości leżącej w północno-zachodniej Rosji, w połowie drogi między Pskowem a Smoleńskiem, gdzie wówczas mieszkali jego rodzice i gdzie znajdował się ważny węzeł kolejowy. Z polskimi krewnymi ze strony ojca prawdopodobnie rozmawiał po polsku, z rodziną matki - po rosyjsku. Jako pięcioletni chłopiec przyjechał z rodzicami do Warszawy i zamieszkał przy ulicy Stalowej na prawobrzeżnym przedmieściu - Pradze. Podobno dzieci wyśmiewały się z jego akcentu, przezywając go "Ruskiem". Niecałe dwa lata później ojciec Konstantego zmarł w wyniku wypadku kolejowego i chłopiec został z matką Rosjanką, która próbowała sobie radzić, jak umiała. Na szczęście, chłopak był wysoki, przystojny, silny i atletycznie zbudowany.

Gniazdo wichrzycieli

Należy oczywiście pamiętać, że Warszawa z początków XX wieku, którą Rokossowski mógł pamiętać, znalazła się w centrum fali rusyfikacji. Nie była owym dumnym miastem z przeszłości, która minęła, ani z przyszłości, która miała nadejść. Była prowincjonalnym carskim miastem, pełnym rosyjskich urzędników i rosyjskich żołnierzy, centrum regionu, któremu kazano zapomnieć o wszystkich wcześniejszych historycznych koneksjach i który przemianowano swego czasu na Kraj Przywiślański. Na tle nieba dominowała sylweta wielkiej prawosławnej katedry, właśnie budowanej. Jak można się dowiedzieć z pamiętników kogoś, kto też tam mieszkał - Madame Curie - rosyjski wprowadzono jako język wykładowy we wszystkich szkołach, nawet dla tych uczniów, dla których nie był to język ojczysty. Zarówno carski Uniwersytet, jak i Politechnika - Rokossowski być może o nich myślał, ale nigdy nie zaczął studiować - były instytucjami rosyjskimi. Nazwy wszystkich większych ulic były wypisane po rosyjsku. W obiegu była rosyjska waluta - ruble i kopiejki. Obowiązywały rosyjskie jednostki wagi i miary - pudy, łuty, wiorsty i arszyny. Czas mierzono według starego rosyjskiego kalendarza - trzynaście dni do tyłu w stosunku do reszty Europy. W oczach zachodnich turystów, którzy zjawiali się tu, ściskając w rękach swoje bedekery, Warszawa stanowiła bramę wiodącą do carskiego imperium.

W oczach pokolenia, do którego należał Rokossowski, Warszawa stanowiła epicentrum rewolucji i buntu. Zarówno powstanie listopadowe z lat 1830 - 1831, jak i powstanie styczniowe z lat 1863 - 1864 doprowadziły do zaciekłych wojen rosyjsko-polskich; oba stały się katalizatorami w procesie rozwoju współczesnego rosyjskiego nacjonalizmu. W latach 1905 - 1906 Warszawa dołączyła do Sankt Petersburga jako miejsce rewolucyjnych zamieszek; pełne determinacji strajki trwały w polskich prowincjach cara dłużej niż w samej Rosji. Z tej wieloletniej historii konfliktu zrodził się stereotyp. W oczach Rosjan Warszawa była gniazdem wichrzycieli.

Bolszewik, więzień łagrów

Wojskowa kariera Rokossowskiego zaczęła się w roku 1914, kiedy po wybuchu wojny wcielono go do carskiej armii. Być może za sprawą opowieści o pradziadku i dziadku, walczących w formacjach polskich ułanów, został kawalerzystą i wstąpił do 5. Kargopolskiego Pułku Dragonów. Odznaczył się na froncie wschodnim, zdobywając Medal Świętego Jerzego, i pozostał w swoim pułku aż do momentu, gdy oddział rozpadł się wśród zamętu rewolucyjnego lata roku 1917. Wtedy jeden z jego kuzynów, który służył razem z nim, zdecydował się wrócić do domu. Ale Konstanty - teraz dwudziestojednoletni - postanowił trzymać się grupy swoich radykalnie nastawionych przyjaciół i przejść do młodziutkiej Armii Czerwonej. Od tego czasu, jako zawodowy żołnierz z trzyletnim doświadczeniem w czynnej służbie, miał przed sobą wspaniałe perspektywy. Został kilkakrotnie odznaczony w okresie wojny domowej, zmienił otczestwo na brzmiące bardziej z rosyjska "Konstantynowicz", dostał legitymację członka partii bolszewickiej i rzucił się w wir kampanii i akcji dowodzenia. W latach 1924 - 1925 ukończył, razem z Gieorgijem Żukowem, elitarny Kawaleryjski Kurs Doskonalenia Kadry Dowódczej dla oficerów Armii Czerwonej. Należał do elity "czerwonej kawalerii"; w roku 1935 awansował do rangi komdiwa - generała dywizji. Wcześniej spędził pewien czas w Chinach jako doradca wojskowy Czang Kaj-szeka. Kampania Armii Czerwonej na zachodzie w roku 1920 ominęła go, ponieważ odbywał wówczas służbę gdzie indziej. Kampania z roku 1939 ominęła go, ponieważ odsiadywał w tym czasie wyrok jako więzień łagrów.

Przeprowadzone przez Stalina czystki przekraczają zdolność pojmowania umysłów, które życzyłyby sobie racjonalnych wyjaśnień. Bynajmniej nie zarządzano ich po prostu po to, aby wyplenić opozycję i niepewny element. Często skierowane były przeciwko ludziom najbardziej lojalnie służącym Stalinowi, przeciwko komunistom z radością witającym wcześniejsze stalinowskie czystki wymierzone w trockistów i w starych bolszewików albo przeciwko tym, którzy - jak Rokossowski - nigdy sobie nie pozwolili na najmniejsze słówko sprzeciwu.

Po 25 lipca 1. Armia Wojska Polskiego dotarła do prawego brzegu Wisły na odcinku Dęblin - Puławy. Na zdjęciu żołnierze przeprawiają się przez Wisłę na przyczółku warecko-ma-gnuszewskim
FOT. (C) ARCHIWUM DOKUMENTACJI MECHANICZNEJ

 

W okresie dojrzewania wybuchu wojny w Europie z grupy 706 ludzi na najwyższych stanowiskach Stalin zostawił w spokoju zaledwie 303. W tym kontekście wydaje się dziwne, że Rokossowski, który dwukrotnie przebywał za granicą, został tylko zesłany do łagru. Jeszcze dziwniejsze jest to, że przeżył tam trzy zimy, podczas gdy przeciętny więzień mógł co najwyżej liczyć, że uda mu się przetrwać jedną. Można sobie tylko wyobrażać, jak silne było jego poczucie krzywdy. W "procesie" skazano go na mocy zeznań człowieka, który zmarł dwadzieścia lat wcześniej.

W Armii Czerwonej

Wojenne pamiętniki Rokossowskiego zaczynają się wiosną roku 1940, kiedy ich autor opalał się na plaży w Soczi. Nie mógł wyraźnie powiedzieć, dlaczego się tam znalazł. Ale wielu dobrze poinformowanych rosyjskich czytelników na pewno odgadłoby prawidłowo, że był to efekt przyjętego obyczaju wysyłania byłych więźniów łagrów na kurs rehabilitacyjny. Czekał na przydział, wracając do sił w towarzystwie swojej syberyjskiej żony Julii Pietrowny i ich córki. Miała mu się przydać cała energia, jaką zdołał zgromadzić. Albowiem w ciągu następnych czterech lat raz po raz przydzielano mu obowiązki najwyższego dowódcy operacyjnego - w kampanii przeciwko planowi Barbarossa, pod Moskwą, w bitwie pod Stalingradem, w bitwie pod Kurskiem, a w roku 1944 - w decydującym marszu Sowietów na zachód.

Nic nie świadczy o tym, żeby Rokossowski publicznie opowiadał o latach spędzonych w łagrze. Tylko raz, jakieś trzydzieści lat później, daleko na północy, podczas ćwiczeń na Syberii, podobno wydał pilotowi swojego śmigłowca rozkaz, aby zatoczył krąg nisko nad tundrą, a potem wyrzekł tajemnicze słowa: "Wracajmy, nie ma już żadnego śladuÉ". Nie żeby to były bardzo wyjątkowe doświadczenia. Stalin rutynowo kazał aresztować żony i krewnych swoich współpracowników, chcąc mieć pewność, że będą posłuszni. Wewnętrzna kultura stalinizmu jest czymś niemal niepojętym dla ludzi Zachodu. Pozwala natomiast zrozumieć, dlaczego podejmując bohaterską próbę uratowania Związku Sowieckiego, dowódcy Armii Czerwonej z taką pogardą traktowali ludzkie życie. Oni także - podobnie jak wszyscy inni - stali na ostrej krawędzi między sławą a zgubą.

W czasie realizacji niemieckiego planu Barbarossa Rokossowski dowodził brygadą pancerną w pobliżu linii frontu w Nowogrodzie Wołyńskim. Według jednego z doniesień, na początku otrzymał rozkaz ataku. Kiedy jednak sam został zaatakowany, pokierował sprawną walką w odwrocie, zdobywając cztery rekomendacje do Orderu Czerwonego Sztandaru. Następnie przydzielono mu dowództwo nad karnymi brygadami złożonymi z zeków, czyli więźniów łagrów, których używano do oczyszczania pól minowych. Jeden z jego żołnierzy spróbował się do niego zwrócić po polsku. "Tutaj nie ma panów - odpowiedział Rokossowski. - Służycie w Armii Czerwonej, meldujcie po rosyjsku".

Podczas desperackiej bitwy o Moskwę w ostatnich miesiącach 1941 roku Rokossowskiego nagrodzono za wcześniejsze zasługi, przydzielając mu dowództwo odcinka frontu w rejonie Wołokołamska. Kiedy w grudniu jego oddziały ponownie zajęły miasto, po uprzednim wycofaniu się aż do bram stolicy, natknęły się na plac pełen szubienic, na których wisiały dziesiątki ciał.

Pod Stalingradem, w latach 1942 - 1943, Rokossowski objął dowództwo Frontu Dońskiego na północ od obleganego miasta i opracował strategię okrążenia niemieckiej 6. Armii. To właśnie on - 2 lutego 1943 roku o godzinie czwartej po południu - napisał końcowy raport dla Stalina, informując, że "operacje wojskowe w mieście i w okręgu stalingradzkim zostały zakończone". I to był psychologiczny punkt zwrotny wojny niemiecko-sowieckiej. Następnego dnia Rokossowski był już sławny na cały świat. "Prawda" opublikowała na pierwszej stronie fotografię, na której widać, jak Rokossowski przesłuchuje wziętego do niewoli niemieckiego feldmarszałka Paulusa. Jedyną niedoskonałość tej fotografii stanowi ślad twarzy komisarza wojskowego generała Tielegina, którą z jakiegoś nieznanego powodu cenzor postanowił z niej wymazać.

Zza Bugu ku Wiśle

29 czerwca [1944] Rokossowskiego mianowano marszałkiem Związku Sowieckiego. 20 lipca jego oddziały przekroczyły Bug. 28 lipca zdobyły fortecę w Brześciu Litewskim, gdzie trzy lata wcześniej rozpoczęła się operacja Barbarossa. Białoruś została oczyszczona. 26 lipca 69. Armia marszałka Rokossowskiego ruszyła w stronę Wisły i w okolicy Puław przeprawiła się na zachodni brzeg.

Tak więc w lipcu 1944 roku siejąca zniszczenie sowiecka machina wojenna przetaczała się zza Bugu ku Wiśle, przez kraj, którego mieszkańcy żywili najrozmaitsze bolesne urazy i gdzie polityka stanowiła, delikatnie mówiąc, sprawę złożoną.

Rokossowski dotarł do Lublina 24 lipca. Ale polityka była nie dla niego. Do żołnierzy należała żołnierka, nawet wtedy, gdy zostali świeżo mianowani marszałkami Związku Sowieckiego. Rokossowskiego absorbowały dwie rzeczy. Jak wspominał później, po raz pierwszy w życiu miał wygłosić publiczne przemówienie po polsku. Musiał się też poważnie zastanowić nad następną fazą kampanii. Był dowódcą 1. Frontu Białoruskiego na froncie wschodnim, który się przesuwał prostą linią od Moskwy do Berlina. W gruncie rzeczy miał już o wiele bliżej do Berlina niż do Moskwy. Jeszcze jedna obezwładniająca kampania, podobna do niedawnej operacji "Bagration", i znalazłby się w samym sercu Rzeszy. Wiedział, że Niemcy będą mocno bronić linii Wisły. Mógł się spodziewać, że w miarę jak Berlin zacznie się pojawiać w jego polu widzenia, opór wroga wzrośnie. W każdej chwili oczekiwał kontrataku. Szedł jednak za ciosem i sensowne było robić tak dalej. Gdyby jego czołgi w zmasowanej sile przeszły Wisłę i potoczyły się przez równiny środkowej Polski, nie istniałaby już żadna poważniejsza przeszkoda zdolna powstrzymać je przed zdobyciem "gniazda hitlerowskiej bestii". Ostateczne decyzje miała podjąć Stawka (Kwatera Główna Naczelnego Dowództwa sowieckich sił zbrojnych) i polityczni zwierzchnicy Rokossowskiego. Ale z pewnością chcieliby się przynajmniej dowiedzieć, jaki jest jego fachowy osąd.

Ile mógł marszałek Związku Radzieckiego

Wszystkie armie służą swoim politycznym panom. Ale jedne reżimy sprawują nad wojskiem silniejszą kontrolę niż inne. W czasie drugiej wojny światowej rządy Wielkiej Brytanii i USA nie miały zbyt wielu możliwości utrzymania swoich sił zbrojnych w ryzach na wypadek poważniejszego buntu czy odmowy posłuszeństwa. W praktyce brytyjskiej i amerykańskiej sam Sztab Główny sprawował kontrolę zarówno nad policją wojskową, odpowiedzialną za utrzymanie dyscypliny, jak i nad wywiadem wojskowym, zajmującym się między innymi sprawdzaniem, jaki jest stan wojskowego morale. We Francji rząd dysponował lepszymi narzędziami, dzięki istnieniu odrębnych sił zmilitaryzowanej gendarmerie i - do kontroli nad ludnością cywilną - Compagnie R?publicaine de S?curit?. Ale żadne kraje demokratyczne nie rozporządzały środkami ochrony porównywalnymi z tymi, jakie miały do swojej dyspozycji państwa totalitarne. W Trzeciej Rzeszy na przykład partia faszystowska utrzymywała swój prywatny system wojskowo-policyjny w postaci SS, któremu powierzono nadzór nad wszystkimi formami działalności państwa niemieckiego. Po rozpoczęciu działań wojennych jednostki SS walczyły razem z regularnymi jednostkami Wehrmachtu. Ale gdyby regularne wojska w którymkolwiek momencie odmówiły wykonania rozkazu, SS zostałoby z pewnością użyte przeciwko nim.

Armia Czerwona z epoki Stalina była prawdopodobnie poddawana najbardziej złożonemu systemowi kontroli nad siłą zbrojną, jaki istniał w historii. Nie pozostawiono jej bowiem żadnych możliwości niezależnego działania. Cóż za paradoks! Ta siejąca grozę machina wojenna, która ścierała Wehrmacht na proch, miała wewnętrzną organizację uniemożliwiającą jej dowódcom wykonanie najmniejszego nawet kroku z własnej inicjatywy. Marszałek Rokossowski, nie tylko żołnierz w najwyższej randze, ale także głównodowodzący na najważniejszym z frontów, nie mógł podjąć najbardziej nawet błahej decyzji, dopóki nie uzyskał pisemnego zezwolenia od oficerów politycznych kłębiących się nad nim, koło niego i za nim. On sam - podobnie jak wszyscy sowieccy wojskowi - zajmował podrzędną pozycję w organizacji, której był nominalnym szefem.

W połowie lat czterdziestych osobista władza Stalina była już praktycznie władzą całkowitą. W ciągu poprzednich dwudziestu lat przekształcił zbiorową dyktaturę partii bolszewików w jeszcze bardziej skrajną formę totalitaryzmu, w którym woli wodza nie dało się już odróżnić od woli jego partii. Późniejsi komentatorzy mówili grzecznie o "kulcie jednostki"; w praktyce kult ten okazał się dokładnie tak samo groźny i tak samo niesamowity jak F?hrerprinzip faszystów. Było rzeczą niemożliwą, żeby Stalin mógł popełnić błąd. Trzymał w ręku wszystkie dźwignie władzy. Był nie tylko sekretarzem generalnym partii, ale także premierem (od maja 1941 roku) i naczelnym dowódcą wojsk. W partii nie istniały żadne odłamy. Nie było ani "prawicowej opozycji", ani "lewicowej opozycji", jak w latach dwudziestych. Wszystkim był ten jeden człowiek, który decydował o życiu i o śmierci dwustu milionów. Armia Czerwona istniała po to, żeby wypełniać jego rozkazy, a ci, którzy rozkazów nie słuchali, ginęli z jego rozkazu. Natomiast ci, którzy - jak Rokossowski lub Żukow - wypełniali je skutecznie i z zapałem, ryzykowali, że rozdrażnią go ich nadmierne sukcesy.

Oficer polityczny na dolnej pryczy

Macki Głównego Zarządu Politycznego sięgały wszystkich poziomów wojskowej hierarchii. Jego agenci - na ogół znani światu pod nazwą "komisarzy", ale oficjalnie desygnowani do roli politruków - zazwyczaj mieli po dwa stanowiska. Pierwsze, nieujawniane publicznie - w obrębie samego Zarządu, a drugie - w obrębie zawodowych sił zbrojnych. Wobec tego było całkowicie możliwe, że jakiś wojskowy w wysokiej randze zajmował jednocześnie stosunkowo niską pozycję w hierarchii władzy, a ktoś, kto w strukturach wojskowych zajmował pozycję z pozoru pozbawioną większego znaczenia, miał władzę i wpływy o wiele przewyższające jego oficjalny status. Na najniższej płaszczyźnie każda sowiecka kompania i każdy sowiecki batalion miały nie tylko dowódcę wojskowego, ale także własnego oficera politycznego, którego zadaniem było składanie raportów partyjnym zwierzchnikom i w ten sposób utrzymywanie dowódcy w ryzach. Na płaszczyźnie najwyższej każdy sowiecki marszałek czy generał miał swój cień - oficera politycznego, nominalnie w tej samej randze, a faktycznie stojącego o wiele wyżej w hierarchii politycznej.

W rezultacie na wszystkich szczeblach struktury dowodzenia armii sowieckiej oficerowie polityczni pełnili służbę wspólnie z odpowiadającymi im rangą oficerami wojskowymi. Aby utrzymać pozory równości, nosili wojskowe mundury, ale byli posłuszni przede wszystkim swoim zwierzchnikom; pojawiali się wszędzie - od plutonu po Sztab Główny. Żaden wojskowy nie mógł być brany pod uwagę jako kandydat na dowódcę ani przedstawiony do awansu, dopóki nie uzyskał silnego poparcia właściwego politycznego cerbera. Żaden rozkaz wojskowy nie mógł nabrać mocy, dopóki nie został zatwierdzony podpisem zarówno dowódcy wojskowego, jak i odpowiedniego oficera politycznego. Okazji do odstępstw istniało naprawdę bardzo niewiele.

Na przykład frontowy bunkier marszałka Rokossowskiego musiał wyglądać tak, jak to przewidywały przyjęte normy. Był niezwykle skromny. Umeblowanie składało się z piętrowego łóżka, stołu i dwóch krzeseł. Marszałek sypiał na górze. Dzień i noc obserwował go z dolnej pryczy jego oficer polityczny, generał Nikołaj Bułganin, dawny czekista, który miał za zadanie śledzić każdy jego ruch. Kiedy rozkaz został przygotowany do wysłania, obaj panowie zasiadali przy jednym stole. I obaj go podpisywali - Rokossowski najpierw, a Bułganin potem. Przyglądając się temu układowi, nietrudno odgadnąć, kto był prawdziwym dowódcą 1. Frontu Białoruskiego. Z pewnością nie Rokossowski. Co więcej, atmosfera rozmowy najprawdopodobniej nie była zbyt żartobliwa. Albowiem Bułganin należał do starszych rangą członków służb, których funkcjonariusze zaledwie sześć czy siedem lat wcześniej postawili Rokossowskiego przed sądem, posłali do łagru, a większość jego kolegów po fachu rozstrzelali. Bułganin miał jeszcze przed sobą wspaniałą karierę. Gdy wojna się skończyła, nie przypadkiem wspiął się na sam szczyt hierarchii, a Rokossowski nie.

Przeprawa przez Wisłę

W ostatnim tygodniu lipca armia sowiecka nie tylko przybliżała się do osiągnięcia wytyczonych celów na środkowym odcinku wschodniego frontu, ale wykraczała poza nie. Po czterdziestu dniach nieprzerwanych walk zajęła większość obszarów między Białorusią Zachodnią a Wisłą. Co więcej, chociaż malało tempo pochodu, linia frontu wciąż posuwała się naprzód. Niemcy okopywali się na wschodnich trasach dojazdowych prowadzących do Warszawy, gdzie - jak sądzono - zamierzali bronić mających podstawowe znaczenie strategiczne mostów na Wiśle. Ale po obu stronach tych tras ich słabo obsadzone pozycje były wystawione na atak grożący przerwaniem linii obrony. Po 25 lipca 1. Armia Wojska Polskiego dotarła do prawego brzegu Wisły na odcinku Dęblin - Puławy i ponawiała próby przedarcia się przez niemieckie pozycje. Punkt zwrotny nastąpił 1 sierpnia, kiedy oddziały 8. Armii Gwardyjskiej generała Wasilija Czujkowa przeprawiły się przez Wisłę w opancerzonych amfibiach, w miejscu zwężenia koryta, w odległości pięćdziesięciu kilometrów na południe od Warszawy, w pobliżu ujścia Pilicy. Oddziały te stanowiły awangardę dwóch większych przepraw, które wkrótce miały otrzymać wsparcie czołgów i dzięki którym zdobyto nieoczekiwaną nagrodę w postaci dwóch przyczółków na lewym brzegu Wisły. 28 lipca Rokossowski dostał uaktualnione wytyczne dla armii walczących na dowodzonym przez niego froncie. Rozkaz przewidywał, że zdobycie Pragi nastąpi najpóźniej 8 sierpnia.

Przyczółek, który stał się znany pod nazwą warecko-magnuszewskiego, oparł się wszystkim próbom ataku ze strony Niemców. Wystawiony na ostrzał, dowodzący oddziałami rozstawionymi po obu stronach rzeki Czujkow stał się celem zajadłego kontrataku.

Rekonesans

Pojawienie się sowieckiej armii na linii Wisły miało trzy bezpośrednie skutki. Po pierwsze, niemiecki garnizon w Warszawie, zagrożony jednocześnie od południa i od wschodu, podjął przygotowania do wycofania się.

Administracji cywilnej nakazano niezwłoczną ewakuację. Po drugie, jak wcześniej już podejrzewał Rokossowski, dowództwo niemieckie powzięło decyzję o uruchomieniu rezerw i umocnieniu linii obrony na wschód od miasta. Po trzecie, oczekując decydującego uderzenia na Warszawę, niemal wszyscy spodziewali się jakiejś akcji ze strony mieszkańców, którzy zaatakowaliby niemiecką obronę od tyłu, wspomagając w ten sposób ostateczne uderzenie Sowietów.

We wszystkich tych sprawach rzeczą największej wagi był wybór właściwego momentu. Gdyby niemiecki garnizon miał się wycofać za wcześnie, ludność otrzymałaby zachętę do powstania, co - z punktu widzenia Niemców - znacznie zmniejszyłoby szanse na skuteczną obronę. Gdyby niemieckie rezerwy zostały rzucone do walki zbyt późno, nie zdołałyby ocalić najdalej wysuniętych na wschód linii obrony. Gdyby wreszcie atak Sowietów rozpoczął się, zanim zgromadziliby oni wystarczającą ilość ciężkiego sprzętu, można by go było odeprzeć. Gdyby ludność miasta rozpoczęła powstanie, zanim Niemcy i Sowieci w pełni zaangażują się w walkę, ryzykowano by życie na próżno. Każdy z decydentów miał do podjęcia wymagającą starannego wyważenia decyzję. Żaden z nich nie wiedział bowiem, ani co zdecydują pozostali, ani kiedy ta decyzja zostanie podjęta.

Tym razem Rokossowski postanowił działać ostrożnie. Jego oddziały frontowe były wyczerpane. Pozycje na drugiej linii wymagały konsolidacji. Rezerwy piechoty i ciężka artyleria wciąż jeszcze kontynuowały marsz. Na dłuższą metę mógłby zyskać więcej, trzymając się przyczółków, niż podejmując ryzyko przedwczesnego ataku na miasto. A co najważniejsze, można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że miał dość słaby wywiad. Nie mógł wiedzieć na pewno, ani jakie są zamiary niemieckiego dowództwa, ani co planują jego ewentualni pomocnicy w Warszawie. Ogólnie rzecz biorąc, zyskał przewagę. Mógł sobie pozwolić na chwilę oddechu i powrót do sił; gdyby nastąpiło uderzenie, mógł je znieść, a potem sam spokojnie zadać miażdżący cios. Dlatego jego najważniejszym celem był rekonesans. Wobec tego pod koniec lipca wydał czołgom swojej 2. Armii rozkaz próbnego rozeznania niemieckich linii obrony. Zadanie nie należało do łatwych. Posuwając się w głąb nieobjętych mapami obszarów, Sowieci byli wystawieni na niemieckie ataki. Utracono dziesiątki czołgów i czołgistów. Ale 31 lipca grupa śmiałków w czołgach T-34 znalazła drogę, okrążając lub przerywając linie obrony, i wjechała na krańce wschodnich przedmieść Warszawy. Ludzie zobaczyli widok, na który czekali przez całe długie tygodnie.

Wezwanie

Tymczasem dziennikarze i propagandziści wyrywali się jak psy na smyczy. Na rządy naciskano, aby ogłosiły swoje stanowisko. Korespondenci wojenni mieli obowiązek składać doniesienia z przebiegu działań. Media sojuszników miały obowiązek zachęcać do optymizmu. Ze wszystkich stron spadała ulewa oświadczeń, raportów i apeli.

25 lipca sowieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało oświadczenie. Mówiono w nim, że oddziały wojsk sowieckich i polskich rozpoczęły wyzwalanie terenów Polski. Mówiono też, że ich jedynym celem jest "rozbić wraże armie niemieckie" i "pomóc narodowi polskiemu w dziele wyzwolenia spod jarzma najeźdźców niemieckich i odbudowy Polski niepodległej, silnej i demokratycznej". Wyjaśniano, że rząd sowiecki postanowił nie wprowadzać ponownie na polskich ziemiach żadnej własnej administracji, wybierając układ z PKWN. "Rząd radziecki oświadcza, że nie zamierza przyłączyć jakiejkolwiek części terytorium polskiego ani zmienić ustroju społecznego w Polsce".

W tych samych dniach KRN i PKWN także wydawały dekrety, oświadczenia i manifesty, których treść przeciekała do świata zewnętrznego. Manifest PKWN postanowił obdarzyć rząd emigracyjny w Londynie etykietą "uzurpatora", a przedwojenną konstytucję z 1935 roku potępiał jako "faszystowską". 29 lipca Radio Moskwa nadało audycję Związku Patriotów Polskich "Wezwanie do Warszawy!", apelującą do uczuć mieszkańców miasta, aby dopomogli w nadchodzącym dziele wyzwolenia:

"Warszawa bez wątpienia słyszy już huk armat w bitwie, która wkrótce przyniesie jej wyzwolenie. Ci, którzy nigdy nie ugięli się przed przemocą Hitlera, przyłączą się znowu, tak jak w roku 1939, do walki przeciwko Niemcom, tym razem do działania decydującego.

Dla Warszawy, która nigdy się nie poddała i nigdy nie ustała w walce, godzina czynu wybiła! "

Do Warszawy było już niedaleko

Jeszcze bardziej elektryzująca była audycja nadana po polsku 30 lipca o godzinie 15.00 przez Radiostację im. Tadeusza Kościuszki z Moskwy i powtórzona następnie jeszcze trzykrotnie - o 20.55, 21.55 i 23.00:

"Warszawa drży w posadach od ryku dział. Wojska radzieckie nacierają gwałtownie i zbliżają się już do Pragi. Nadchodzą, aby przynieść nam wolność. Niemcy wyparci z Pragi będą usiłowali bronić się w Warszawie. Zechcą zniszczyć wszystko. W Białymstoku burzyli wszystko przez sześć dni. Wymordowali tysiące naszych braci. Uczyńmy, co tylko w naszej mocy, by nie zdołali powtórzyć tego samego w Warszawie.

Ludu Warszawy! Do broni! Niech ludność cała stanie murem wokół Krajowej Rady Narodowej, wokół Warszawskiej Armii Podziemnej. Uderzcie na Niemców! Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych. Pomóżcie Armii Czerwonej w przeprawie przez Wisłę. Przysyłajcie wiadomości, pokazujcie drogi. Milion ludności Warszawy niechaj się stanie milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność".

1 sierpnia londyński "Times" doniósł, że przystąpiono do bitwy o Warszawę. Ponieważ wszystkie tego rodzaju doniesienia z frontu wschodniego musiały przejść przez ręce sowieckich cenzorów, z konieczności podawano materiał przygotowany dwa czy trzy dni wcześniej.

Właśnie wtedy Rokossowski - jak to później odnotował w swoich pamiętnikach - założył kwaterę we wsi leżącej o rzut kamieniem od wschodnich przedmieść Warszawy. Była to zapewne jedna z kilku małych miejscowości - Cyganka, Dębie czy Chróśla - przy drodze i trasie kolejowej łączącej Warszawę z Mińskiem Mazowieckim. Rankiem 2 sierpnia poproszono go, aby sam zobaczył rozciągający się stamtąd widok:

"Tak, do Warszawy było już niedaleko - toczyliśmy ciężkie walki na podejściach do Pragi. Jednakże każdy krok przychodził nam z ogromnym trudem. Wraz z grupą oficerów przebywałem w prowadzącej tutaj walki 2. Armii Pancernej. Z punktu obserwacyjnego, który urządzono w wysokim kominie fabrycznym, widzieliśmy Warszawę. Miasto spowite było chmurami dymu, gdzieniegdzie paliły się domy. Gęsto wybuchały bomby i pociski. Wszystko to świadczyło, że w mieście toczą się walki".

Przełożyła Elżbieta Tabakowska

Warszawie

W 60. rocznicę Powstania Warszawskiego w wydawnictwie Znak ukaże się polski przekład najnowszej książki Normana Daviesa "Powstanie '44" Wcześniej "Rising '44. The Battle for Warsaw" opublikowano w Wielkiej Brytanii i w USA, ukazał się już także przekład niemiecki.

W przedmowie do wydania polskiego Norman Davies pisze:

"Po pierwsze uważałem, że sprawą o podstawowym znaczeniu jest umieszczenie Powstania na tle długiej chronologii zdarzeń i uwzględnienie faktów, które nastąpiły przed rokiem 1944 i później. Główny trzon książki objął zatem okres od roku 1939 do roku 1956, z dość obszernym rozszerzeniem narracji na czas od roku 1956 do dziś. Po drugie dosyć szybko doszedłem do przekonania, że podstawową wadą istniejących opracowań - zwłaszcza w przypadku polskich autorów - jest minimalizacja roli sojuszu aliantów, do którego Polska przecież należała, i kierowanie krytyki niemal wyłącznie przeciwko bezpośrednim polskim uczestnikom dramatu. W rezultacie przeanalizowałem wydarzenia i niedociągnięcia agend działających nie tylko w Berlinie i w Warszawie, ale także w Londynie, Waszyngtonie i Moskwie. Ostatecznie zdecydowałem, że podstawowe pytanie, jakie należy postawić, brzmi nie Ťdlaczego powstańcy nie zdołali osiągnąć swoich celów?ť, lecz Ťdlaczego w ciągu dwóch miesięcy wahań i deliberacji zwycięscy alianci nie zorganizowali pomocy?ť".

Książkę Daviesa otwiera piękna dedykacja: "WARSZAWIE oraz wszystkim, którzy walczą z tyranią bez względu na wszystko".

Dzieło - bardzo obszerne - składa się z trzech podstawowych części: "Przed Powstaniem", "Powstanie" i "Po Powstaniu", treść poszczególnych rozdziałów uzupełniają - podobnie jak wcześniej w "Europie" - "migawki" i "kapsułki". Całość zamyka "Raport przejściowy", w którym autor sformułował swoje wnioski.

Przedstawiamy dziś czytelnikom fragmenty z części "Przed Powstaniem". Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji. E.S.