E-mail

English






Pożegnanie Jacka Kuronia w czasie pogrzebu

Wystąpienie Karola Modzelewskiego,
Wystawienie Adama Michnika
Pożegnanie Lecha Walesy

Gazeta Wyborcza, 27-06-2004

Wystąpienie Karola Modzelewskiego

Ja może na początku powiem, że ciężko chory jest Lechosław Goździk, który i dla Jacka i dla mnie był, pewnie pierwszym w życiu, napotkanym autentycznym przywódcą robotniczym i który jest legendą Października 56 roku i Leszek mnie prosił żebym pożegnał Jacka także i w jego imieniu. To jest wielki zaszczyt dla mnie, że mogą te słowa od niego przekazać, ale jednocześnie bym się chciał zastrzec, na cmentarzu oczywiście nie wszystko wypada, ale na pogrzebie Jacka Kuronia obowiązują inne reguły i też nie wszystko wypada, mianowicie nie wypada trzymać się kanonów tak zwanej politycznej poprawności. Ja pewnie nie będę, ale oczywiście nie w imieniu Leszka Goździka, każde słowo, które powiem to jest moje słowo i ja za nie odpowiadam.

Nie ma co się oszukiwać, Polska po odejściu Jacka będzie słabsza. Słabsza, gorsza, będzie nam trudniej stawiać czoła rozmaitym zagrożeniom. No i równie sobie zdaję sprawę z tego, że nie wszyscy ten pogląd podzielają. Wielu ludziom Jacek przeszkadzał. W Polsce nie brak też takich, którzy uważają, że wiedzą na pewno, jak twardą ręką wprowadzić należyty ład społeczny, jak twardą ręką zapewnić poszanowanie twardych reguł rynku, jeżeli wolno zapożyczyć się u Wojciecha Młynarskiego są to liberałowie twardej ręki i im Jacek na pewno przeszkadzał, dlatego że był buntownikiem. Był wiecznym buntownikiem i to buntownikiem szalenie kłopotliwym. W ciągu swojego urozmaiconego i bogatego życia był dwa razy w partii politycznej i w każdej się właściwie, w jednej, drugiej się nie bardzo mieścił. Przyłożył rękę do budowy dwóch różnych porządków ustrojowych i przeciwko każdemu się zbuntował. Zbuntował się kategorycznie przeciwko komunistycznemu, ale buntował się swoją myślą również przeciwko temu, co sam przecież w dojrzałym swoim życiu, wraz z przyjaciółmi, budował. A ponieważ był jednym z ojców założycieli wolnej Polski, to jego buntownicza myśl była kłopotliwa, ponieważ, gdy krytykował społeczny bilans polskiej transformacji ustrojowej, albo wojnę w Iraku i nasz w niej udział ktoś kto się nazywał Jacek Kuroń, komu nie można było przykleić etykietki populisty no to był kłopot. Umarł, więcej takiego kłopotu nie będzie. Można go uczcić go pomnikiem, można uczcić jego zasługi, oddać mu hołd i będzie spokój. Nikt o takim autorytecie nie będzie już no, siał wątpliwości, zwątpienia, nie będzie buntował ludzi. I to jest właśnie to niebezpieczeństwo, które grozi Polsce. Uciszenie myśli buntowniczej sprawia, że Polska będzie słabsza i mniej odporna na rozmaite zagrożenia, którym musimy stawiać czoła. Co Jacka skłaniało do tego, że się buntował. No, nie żadna ideologia. Ideologia, coś znacznie trwalszego, znacznie bardziej podstawowego niż wszelkie ideologie, skłaniały go do tego wartości. I najkrócej można to określić słowami przyjętymi w wielkiej "Solidarności" w latach 80-81, kierował się podstawową zasadą obrony słabszych. To znaczy obrony robotników, gdy byli w czasach KOR poniewierani, wyrzucani z pracy, bici, aresztowani, gnębieni. To znaczy obroną robotników także ... obroną wszystkich tych, którzy są na najniższych szczeblach drabiny społecznej, tych, którzy są słabi, tych, którzy są ubóstwie, tych, którzy nie bardzo mogą zdobyć się na godne życie. Jacek nie uważał się za rycerza, obrońcę uciśnionych. On, przeciwnie, uważał, że uciśnieni mają się bronić. To znaczy, że trzeba działać wspólnie z nimi, trzeba organizować, pomagać im się zorganizować żeby potrafili bronić się. Żeby potrafili dochodzić swego. Żeby potrafili w dialogu z innymi, z przedstawicielami innych interesów, innych racji dochodzić swego i dochodzić do porozumienia. Dlatego, przypomnę niedawne stosunkowo wydarzenia, tak skutecznie mógł mediować w konflikcie związanym z prywatyzacją Huty Warszawa i związkowcy z Huty Luccini Warszawa są dzisiaj, nie bez przyczyny, razem z nami. Dlatego są z nami tutaj również związkowcy ze Stoczni Gdynia, bo Jacek ujął się za nimi twardo i kategorycznie , kiedy próbowano w Stoczni Gdynia stłumić odruch robotniczej międzyludzkiej solidarności przy pomocy takich środków jak zawsze - wyrzucaniem ludzi na bruk, niemożności utrzymania rodziny, rozmaitymi szykanami, represjami i dlatego również oni są dzisiaj z nami na jego pogrzebie.

Bo Jacek w czasach, kiedy etykę "Solidarności" zastępuje zasada konkurencji, albo jeszcze częściej konkurencja bez żadnych zasad Jacek występował zawsze w obronie etyki solidarności i w obronie ruchu solidarności między ludźmi, ponieważ zdawał sobie sprawę, że współpraca społeczna i międzyludzka solidarność to są podstawowe formy więzi społecznej. A kiedy więzi społeczne zanikają, pękają to znaczy, że naród umiera. I dlatego Jacek w takich wypadkach uważał, że potrzebna jest akcja ratunkowa i spieszył na ratunek.

Często się mówiło o nim, że on próbował rzeczy beznadziejnej, to znaczy próbował godzić wymogi racjonalności ekonomicznej ze społeczną wrażliwością. W tym coś jest, ale w tym są również słowa zaczerpnięte z propagandowych sloganów o jedynej drodze i te słowa utrudniają dotarcie do prawdy. Można powiedzieć, że one sprawiają, że język myślom kłamie. Bo to nie jest tak żeby istniała jedna racjonalność ekonomiczna i tego Jacek był bardzo świadomy. W gospodarce, jak w każdej działalności społecznej, ścierają się różne wartości, różne interesy i rozmaite racje. Dzisiaj góruje takie podejście, że w procesie gospodarczym człowiek pracy to jest koszt. Koszt, który trzeba maksymalnie redukować może i do zera. I im bardziej się uda go zredukować tym większy sukces ekonomiczny. Jacek reprezentował przeciwstawną rację. Uważał, że taka modernizacja ekonomiczna, która udołuje połowę Polski, pozostawia połowę Polski za burtę to nie jest sukces, tylko to jest klęska, dlatego że miarą sukcesu ekonomicznego są owoce, jaki on przynosi zwyczajnym ludziom.

To nie znaczy, że on próbował te właśnie racje, o których mówię, o których on mówił narzucić innym. Jacek pamiętał, dobrze pamiętał doświadczenia komunizmu, w których sam uczestniczył i wiedział, że racja, która wyeliminuje inne, która odzierży pole i zepchnie wszystkie pozostałe, choćby to była jego racja, obróci się w najgorsze zło. I dlatego Jacek był takim osobliwym rewolucjonistą, którego celem nie było zniszczenie przeciwnika tylko kompromis. On w sporze politycznym zawsze szukał po drugiej stronie, wśród tego, których sądził inaczej, który reprezentował inne interesy, inne wartości szukał wspólnoty. Starał się wejść w jego skórę, starał się zrozumieć jego racje i starał się te racje pogodzić. Można powiedzieć, że z tego punktu widzenia najważniejszym jego projektem dla nowej Polski, ja mówię o projektach prawnych, był Pakt o przedsiębiorstwie. To miał być skład zasad, pewna reguła życia społecznego i gospodarczego opartego na społecznych porozumieniach. Można uważać, że to jest marzycielstwo. Ale ja myślę, że to nie jest marzycielstwo, że to jest, było, że to jest realny pomysł na to, jak ochronić demokrację, gospodarkę rynkową przed ciężkimi wstrząsami, jak ochronić Polskę przed głębokim rozdarciem przez wielki konflikt społeczny. I jeżeli my zagubimy to dziedzictwo, tej właśnie, tego wielkiego projektu Jacka rewolucjonisty i człowieka kompromisu zarazem to na pewno będziemy słabsi, to na pewno będziemy gorsi i trudniej nam będzie stawiać czoła zagrożeniom. Ale głosy, które się odezwały po jego śmierci, takie poruszenie serc i umysłów, pozwala żywić nadzieję, że potrafimy pałeczkę po nim podjąć. My wszyscy to potrafimy, w każdym razie spróbujemy. I jesteśmy to winni nie jemu, nie jemu, jesteśmy to winni sobie samym.


Wystąpienie Adama Michnika

Mam ogromny zaszczyt żegnać cię Jacku w imieniu również twoich przyjaciół z Agory i z "Gazety Wyborczej". Byłeś autorem "Gazety Wyborczej" przyjacielem i krytykiem naszym, ale nade wszystko byłeś naszym inspiratorem i byłeś naszym kłopotliwym sumieniem.

Kłopotliwym, gdyż kochaliśmy ciebie, spajaliśmy się z tobą, ale nade wszystko byliśmy ci wdzięczni. Zawsze mieliśmy świadomość, że to ty jesteś człowiekiem i politykiem, który nie myśli o następnych wyborach, ale o następnych pokoleniach, który jesteś sumieniem polityki polskiej. Te dwa określenia cytuję za polskim prezydentem i polskim premierem, a to jest tylko skromny symbol tego niezwykłego znaczenia twojego miejsca w polskim życiu publicznym, Kochany mój, poznaliśmy się w 57 r. i wtedy nauczyłeś nas wiersza, który zapamiętaliśmy na całe życie:

sadźmy przyjacielu róże

długo jeszcze, długo światu

szumieć będą śnieżne burze

sadźmy je przyszłemu latu.

Pamiętasz Jacku, jak powtarzałeś nam przez lata za Sewerynem Goszczyńskim, który pisał te słowa w momencie trudnym dla Polski, a ty je powtarzałeś nam przez lata trudnych, naszych wspólnych momentów, bowiem twoje życie składało się z trudnych momentów tak jak polskie losy ostatnich stuleci. Ale jedno wiedzieliśmy na pewno - trzeba sadzić róże, trzeba je sadzić przyszłemu latu. I powtarzaliśmy za tobą i za Goszczyński - my wygnańcy stron rodzinnych, może już nie ujrzę kwiatu a więc sadźmy je dla innych, szczęśliwszemu sadźmy światu. Jakiż był ten szczęśliwszy świat, który nam przepowiadałeś? Nie był to świat, powtarzałeś, nieustannej troski i pojednania, troski o skrzywdzonych, poniżonych, wykluczonych a pojednania z innymi z Żydami, Ukraińcami, z Litwinami i Rosjanami z Niemcami, Czechami z ... i Białorusinami, wreszcie pojednania Polaków z Polakami, Polaków z Komunistycznej Partii Polski z Polakami Narodowych Sił Zbrojnych. Wierzyłeś w sens dialogu i kompromisu, które nie są pustą gadaniną i kompromitacją. Wierzyłeś, że można spojrzeć na świat cudzym okiem i przyjąć, że nasz antagonista, przeciwnik nie musi być koniecznie skończonym łajdakiem, że może być partnerem. W każdym człowieku Jacku widziałeś wartość, każdy człowiek był dla ciebie wart troski i szacunku i dlatego byłeś białym krukiem, kimś niezwykłym, niezwykle rzadko spotykanym. Byłeś wygnańcem stron rodzinnych. Kochałeś Lwów, miasto wielu kultur i religii, miasto Ukraińców i Polaków, Żydów i Ormian, twoje rodzinne miasto. I zaszczepiłeś nam miłość do tego miasta, jak do pewnego symbolu, do tego miasta, które stało się dla nas wszystkim symbolem świata tolerancji i różnorodności.

Max Scholler powiadał, że drogowskaz nie musi podążać drogą, którą wskazuje, ty Jacku byłeś innego zdania. Byłeś zarazem drogowskazem i przewodnikiem, ty podążałeś pierwszy tą drogą, którą wskazywałeś. To ty poprowadziłeś nas do ziemi obiecanej, różnorodności i tolerancji. Powtarzałeś nam za Goszczyńskim:

jakże los nasz piękny, wzniosły
gdzie idziemy same głogi
gdzieśmy przeszli róże wzrosły
więc nie schodźmy z naszej drogi.

Jacku, gdzie przeszedłeś tam róże wzrosły. Nigdy nie byłeś zadowolony z siebie, z nas, twoich przyjaciół, z Polski, ze świata jednak to ty zasadziłeś róże, to ty spowodowałeś, że tak wielu z twoich uczniów nie zeszło z naszej drogi. I przyrzekamy ci, że dopóki ziemia obraca się zaśpiewał twój przyjaciel Bułat Okudżawa, że z tej drogi nie zejdziemy. Dziękujemy ci i dziękujemy Danusi, bez której nic by nie było możliwe przez ostatnie lata, że byliście z nami. W twojej obecności była jakaś metafizyka, pozwól zatem, że skończę metafizycznie i powtórzę za Miłoszem: pogodzeni jesteśmy po długim skłóceniu wiedząc, że z szczęścia ludzi kamień na kamieniu nie zostanie, ziemia usta rozewrze w jej dudniącej katedrze krzesła wybiorą ostatni poganie. A za tobą Jacku, ponieważ byłeś człowiekiem serca i rozumu powtórzę: a przecież, jeśli nie można uczynić ludźmi szczęśliwymi to przecież można uczynić ich mniej nieszczęśliwymi. Pokazałeś nam Jacku jak to robić, przejmujemy od ciebie pałeczkę w sztafecie polskich pokoleń i przyrzekamy ci z tej drogi nie zejdziemy.


Pożegnanie od Lecha Wałęsy

Z upoważnienia Lecha Wałęsy i obecnych tu członków "Solidarności" pragnę oddać ostatni hołd Jackowi. Człowiekowi, bez którego "Solidarność" byłaby o wiele uboższa, mniej wyrazista i mniej spontaniczna. Jacku, tych słów już nie słyszysz, ale te słowa, sądzę, nam są potrzebne.

Podobnie, jak potrzebne jest pytanie o życie publiczne, polityczne, społeczne bez ciebie, bez twojej odwagi i rozwagi, wesołości i zadumy, autentyczności. Przed kilkudziesięcioma minutami zebrani na Żoliborzu w modlitewnej zadumie myśleliśmy o tobie, o drodze twojego życia, bo na tą drogę też wstępowaliśmy, na twoją drogę, schodziliśmy z niej, by gdzieś znów na niej się spotkać w Gdańsku, Warszawie, Krakowie, w Nowej Hucie, bo tam też doradzałeś "S", nowohuckiej "Solidarności" hutniczej, mojej także.

Stając teraz przy tobie, na tym właśnie miejscu, zastanawiam się, jak ci podziękować, jak podziękować za wszystko. Jest to bardzo trudne zadanie. No bo jak ci dziękować? Spróbuję.

Jacku, wielokrotnie zakładano ci stalowe kajdany, ale my dziękujemy ci za to, że nie pozwoliłeś się zakuć w złote kajdany, nie wszedłeś do złotej klatki, nie dałeś się skrępować przez ten świat. Stawałeś w poprzek trendom, zaklęciom propagandowym i wymogom politycznej i ekonomicznej poprawności. Kierunek wciąż ci wyznaczała twoja busola, twój świat widziany z Żoliborza, horyzontem sięgał po Wałbrzych, Ostrowiec, Starachowice, Gdańsk i Nową Hutę także i po Lwów też. Jacku, widziałeś i wiedziałeś, że twoja zupa nie jest sposobem na życie, na życie dla bezrobotnych, twoja kuroniówka także, ale poddałeś się nakazowi serca. Znałeś sens dosłownie i dosłowne znaczenia słowa minister, sługa i za to ci też dziękujemy.

Jacku, niech dobry Bóg przyjmie cię do siebie z całym bogactwem twojej osoby serca i duszy, katalogiem wad i zalet, dobrych i gorszych uczynków. Nam niech zostawi cię w dobrej pamięci, bez codziennego upiększania i wynoszenia na piedestał, bez apoteozowania, chcemy bowiem zachować cię w sercach naszych, naszych duszach takim, jak i dla każdego i każdej z nas byłeś. Po prostu, Jackiem, bliskim każdemu z nas. Dziękujemy.