E-mail

English






Jacek Kuron zmarł

Rzeczpospolita,
Tygodnik Powszechny,
Gazeta Wyborcza.

Jacek Kuroń (1934 - 2004) - (c) MICHAŁ SADOWSKI Jacek Kuroń (1934 - 2004)
Rzeczpospolita
Dodatek specjalny
18 czerwca 2004

(c) MICHAŁ SADOWSKI

 

 

Po długiej chorobie zmarł wczoraj w nocy Jacek Kuroń. Polityk, wieloletni opozycjonista, "wróg publiczny numer 1" PRL, a następnie, w niepodległej już III Rzeczypospolitej parlamentarzysta, dwukrotnie minister. Myśliciel i pisarz polityczny, animator ruchów społecznych, trybun ludowy, społecznik, wychowawca.

Był jednym z najwybitniejszych Polaków ostatniego półwiecza, a na pewno jedną z najbarwniejszych postaci polskiego życia publicznego. Odznaczał się wielką wrażliwością na potrzeby ludzi, szczególnie skrzywdzonych przez system. Niezwykle silnie przeżywał wyzwania moralne. Kiedy szukał dla nich ideowego wyrazu, czasem błądził.

W młodości utożsamiał się z ideologią komunistyczną. Gdy dostrzegł w niej zło, próbował naprawiać wypaczenia. Stopniowo jednak doszedł do przekonania, że system PRL odbiera społeczeństwu i jednostce wolność. Drogę do jej odzyskania dostrzegł w powołaniu niezależnych ruchów społecznych.

W 1968 roku był jednym z przywódców buntu studentów. W 1976 roku został jednym z liderów Komitetu Obrony Robotników. W 1980 jako doradca krajowych władz "Solidarności" był jednym z głównych strategów związku. Za działalność opozycyjną zapłacił dziewięcioma latami więzienia.

W 1989 roku był jednym z najważniejszych współtwórców przełomu ustrojowego, a następnie - jako parlamentarzysta, minister, ale także jako działacz społeczny, inicjator pozarządowej aktywności - współbudowniczym III Rzeczypospolitej.

Od pewnego czasu z powodów zdrowotnych wycofał się z życia politycznego. Niezmiennie jednak zajmował czołowe miejsca w rankingach osób zaufania społecznego. Miał 70 lat. Zmarł w szpitalu w Warszawie.

 

Jacek święty

Jacek Kuroń (1934-2004)

Tygodnik Powszechny, 23 czerwca 2004

Jacek Kuroń zmarł w dniu, w którym Kościół czci św. Brata Alberta. I choć nie sposób dowieść, że ta zbieżność nie jest przypadkowa, jest ona tak wymowna, że trudno jej nie odnotować.

Ojciec przekazał Jackowi przekonanie, że jego miejsce jest zawsze po stronie słabszych. Temu przekonaniu był przez całe życie wierny. Więcej, w jednym z wywiadów telewizyjnych wyznał, że na co dzień w życiu kierował się wyzwaniem Ewangelii. I dodał: "to jest trudne". Zdumiewające było - zwrócił na to uwagę Marek Edelman - że z biegiem lat nie zmienił się stosunek Jacka do człowieka. On wierzył w człowieka. Ludzie odpłacali mu wiarą w niego. Długo po wycofaniu się z czynnego życia publicznego zajmował najwyższe miejsca w rankingach wiarygodności polityków. Niewątpliwie to on był wielkim architektem polskich przemian. Nie przypadkiem jego akta w archiwach służb bezpieczeństwa obejmują 80 tomów. Ale nawet 80 tomów akt z inwigilacji, szykany i więzienie nie pomogły. Jacka złamać się nie dało.

Pierwszy raz o Jacku Kuroniu usłyszałem w 1965 roku. Bezsilną wściekłość ówczesnych władz na niego i Karola Modzelewskiego odbierałem jako sygnał początku nowej epoki. To była inna jakość: wielkie przełamanie bariery strachu. Dalszym ciągiem tego, już na znacznie większą skalę, było powstanie i działalność Komitetu Obrony Robotników.

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz spotkałem Jacka. Mam poczucie, że znałem go od zawsze. Jacek nie celebrował pierwszych spotkań, natychmiast przechodził ad medias res. Od razu, od pierwszych słów byliśmy po imieniu i było to w jego przypadku całkowicie naturalne.

A oto spotkanie z Jackiem, które najbardziej utkwiło mi w pamięci: przyszli do mnie ludzie z krakowskiego Studenckiego Komitetu Solidarności, opozycyjnego ruchu młodzieżowego, z prośbą, bym pojechał do Warszawy i przekazał Jackowi jakieś informacje. Już o zmroku zadzwoniłem do mieszkania w bloku przy Mickiewicza 27. Otworzył Jacek. Był blady i wyraźnie przejęty. Zamiast powitania powiedział: - W tej chwili umarła moja mama.

Nie wiedziałem, co robić. Czy w takim momencie przekazywać mu te komunikaty? Milczałem. Zaprosił mnie do pokoju, z uwagą wysłuchał wszystkiego, podjął decyzje, odpowiedział na pytania. Był całkowicie pochłonięty tym, o czym mu mówiłem. Kiedy skończyliśmy, stwierdził:

- Teraz chodźmy do mamy.

Długo staliśmy przy łóżku zmarłej. Jacek szepnął:

- Był ksiądz, mama była bardzo religijna.

Wyszedłem z poczuciem niestosowności wtargnięcia w tym momencie ze sprawami publicznymi. I z uczuciem podziwu. Kiedy z nim rozmawiałem, Jacek był całkowicie pochłonięty sprawami, które przywiozłem, za chwilę był znów całym sobą przy zmarłej matce.

Często mówił: nie jestem człowiekiem wierzącym. Tłumaczył: nie stać mnie na akt wiary w osobowego Boga. Rozmowy z Jackiem na tematy wiary bywały trudne. Nie słyszałem, by określał się mianem "agnostyka". Kiedy szukam w pamięci odpowiedzi na pytanie, za kogo się uważał, nieodparcie przychodzi mi na myśl, że "za człowieka, który szuka". Choć mawiał: nie ma we mnie takiej wiary i takiego poszukiwania. Bóg chrześcijan jest dla mnie Bogiem ludzi, których kocham.

Seweryn Blumsztajn, wspominając Jacka, użył określenia "święty". Podzielam jego przekonanie. Bo świętość jest ponad wszelkie schematy. W bezlitosnej uczciwości wobec siebie Jacek nie mógł deklarować czegoś, o czym nie był przekonany. Ale nie przypadkiem to, co mówił i pisał o religii, o wierze i niewierze (np. w esejach "Zło, które czynię" i "Chrześcijanie bez Boga") jest niesłychanie przenikliwe i zmusza ludzi, deklarujących się jako wierzący, do gruntownej rewizji własnej wiary.

Odejście Jacka Kuronia to straszliwa strata. Był człowiekiem tak wiarygodnym, że jeśli się w coś angażował, można było spokojnie mu zaufać. Równocześnie nie kreował siebie na moralny autorytet, ba: przyznawał się do licznych pomyłek. A przecież był autorytetem.

Trudno sobie wyobrazić, jak by się potoczyły sprawy Polski bez Jacka Kuronia,. Dlatego dziękujemy Opatrzności, że w trudnych naszych czasach był z nami.

Ks. Adam Boniecki


Kuroń o Jedwabnem: mit morderców, mit ofiar

Gazeta Wyborcza, 26 czerwca 2004

Jacek Kuroń we wstępie do książki Anny Bikont "My z Jedwabnego" napisał: Nie odczuwam dyskomfortu, że Polacy okazali się mordercami. Morderców można znaleźć w każdej nacji. Hańbiąca jest dla mnie ich obrona. Ukrywanie ich i zaprzeczanie rzeczywistości to marnotrawienie dobrego imienia Polski

U wszystkich, którzy tamtego lata 1941 roku w jakikolwiek sposób - jako niedoszłe ofiary, ich kaci czy tylko świadkowie - znaleźli się w miejscu zbrodni, musiało to wywołać potężny wstrząs psychiczny. Aby żyć dalej z pamięcią tamtych wydarzeń, musieli osłonić rzeczywistość mitem.

Mit morderców współtworzą nie tylko mordercy, ale i ci wszyscy, którzy powtarzają ich wersję.

W tym micie nie mordowali Polacy, choć może jacyś pojedynczy; mordowali Niemcy, choć może też nie, może to Żydzi sami wymordowali się między sobą. Tak czy inaczej na ten mord, z którym Polacy jakoby nie mieli nic wspólnego, Żydzi solennie sobie zapracowali swoim niegodziwym postępowaniem wobec Polaków właśnie.

W tym micie ofiara jest więc sama sobie winna. Jest winna, bo w wyniku paktu Ribbentrop - Mołotow zmieniali się okupanci i po Niemcach przyszli Sowieci, a potem znów Niemcy. We wrześniu 1939 roku Niemcy grabili żydowskie sklepy, obcinali Żydom brody, upokarzali ich i bili, nic więc dziwnego, że po wkroczeniu Armii Czerwonej ludność żydowska odetchnęła z ulgą. I to się jej pamięta. A potem, kiedy wyszli Sowieci i wrócili Niemcy, z kolei Polacy odetchnęli z ulgą i nawet ustawiali bramy triumfalne. Ale o tym się zapomina.

W tym micie w NKWD roiło się od Żydów, a za wywózki, których ofiarami byli wyłącznie Polacy, odpowiadali miejscowi Żydzi, denuncjując swoich sąsiadów i asystując Sowietom przy aresztowaniach. Gdyby przyjrzeć się faktom, niewielu takich Żydów z imienia i nazwiska uda się wskazać, nie mówiąc o tym, że sami Żydzi byli ofiarami wywózek na Wschód, i to proporcjonalnie do ich liczebności w stopniu nawet większym niż Polacy.

Tak więc mit mordercy polega na odwróceniu ról - sprawca staje się ofiarą.

Dlaczego mit ten podziela tak wielu mieszkańców Jedwabnego, którzy ani nie uczestniczyli w zbrodni, ani nawet nie mieszkali wtedy w tamtych okolicach? Dlaczego mit ten przyjęła jako własny duża część polskiej opinii publicznej i nie nadkruszyły go nawet wyniki śledztwa prowadzonego przez Instytut Pamięci Narodowej? A wykluczyło ono bezpośredni udział Niemców w zbrodni. Otóż dlatego, że w tym micie świętością jest dobre imię Polski. I to jest nośne.

Najbardziej zdumiewające jest to, że wśród morderców i zaprzeczających zbrodni świadków występuje rodzaj dwójmyślenia, w którym bez dysonansu poznawczego współistnieją rzeczywistość mityczna i prawdziwa, która zresztą w ich opowieściach deformuje się i obrasta w pomniejsze mity. Jak choćby mit żydowskiego złota, które przypadło w udziale uczestnikom zbrodni. Ta góra złota rozrasta się po dziś dzień, ujawniana w złości, wykrzykiwana w sąsiedzkich sporach, w zawistnym wypominaniu, że ten czy inny wzbogacił się na Żydach.

Takie rozumowanie zakłada, że zarówno za tymi, którzy pomagali Żydom, jak i za tymi, którzy dziś ośmielają się opowiadać o udziale Polaków w zbrodni, stoją duże żydowskie pieniądze. Ten wątek był też łaskaw poruszyć biskup łomżyński, wygłaszając w homilii w Jedwabnem, że w całej sprawie chodzi o duże pieniądze i jest ona elementem perfidnego żydowskiego spisku.

Z kolei mit ofiary współtworzą ocaleni z tamtej rzezi i rodziny pomordowanych. Jak w każdym micie musi być w nim element świętości. Jest nią sama ofiara - męczennik, personifikujący prześladowany od wieków lud żydowski. Dlatego zbrodnia, dziejąc się w określonym dniu i miejscu, jednocześnie rozgrywa się jakby poza czasem i przestrzenią. To dlatego osoby składające relację ze zbrodni często opowiadają tak, jakby były obecne w każdym momencie i w każdym miejscu, wszystko widziały, wszystko słyszały.

Mit ofiary i mit mordercy różni odległość od prawdy. Pierwszy ją deformuje, zagęszcza okrucieństwa w imię pamięci pomordowanych. Drugi ucieka od prawdy, przeinacza ją i przenicowuje, podpiera się pomniejszymi mitami. Choćby tym o znakomitych, dobrosąsiedzkich stosunkach, które miały łączyć obie społeczności przed wojną, a które podeptali sami Żydzi, szarogęsząc się w czasie okupacji sowieckiej.

Mamy zatem dwa przeciwstawne sobie mity, a rzeczywistości realnej brak. Może więc nie należy się dziwić, że wielu dziennikarzy przyjmuje je za rzeczywistość? Choć trzeba się dziwić, że czynią to także niektórzy uczeni.

Książka, którą dostają państwo do ręki, jest jedyna w swoim rodzaju. Jej autorka podjęła z wielkim uporem i determinacją trud zrekonstruowania rzeczywistych faktów, oddzielenia tego, co realne, od tego, co mityczne. Relacje niedoszłych ofiar, którym udało się przeżyć, konfrontowała z relacjami świadków tamtych wydarzeń, osobiste świadectwa ludzi z dokumentami. Krytycznie przyglądała się wszystkim ustaleniom i wszystkim źródłom. Dzięki jej herkulesowej pracy uzyskujemy rzeczywisty obraz wydarzeń.

Kiedy na Annę Bikont, współtwórczynię podziemnego "Tygodnika Mazowsze", a po 1989 roku "Gazety Wyborczej", którą zakładała wraz z grupą przyjaciół i której dziennikarzem jest do dziś, spadła - jak na nas wszystkich - nieprawdopodobna w swym okrucieństwie wiadomość o miasteczku, gdzie latem 1941 roku Polacy wymordowali swoich żydowskich sąsiadów, postanowiła odtworzyć, co naprawdę i dlaczego zdarzyło się w tamtych stronach. Dziesiątki razy była w Jedwabnem i w pobliskim Radziłowie, jeździła po całej Polsce, odnajdując polskich świadków ich męczeństwa. W poszukiwaniu ocalałych ofiar lub ich potomków i krewnych dotarła do USA, Izraela, Kostaryki.

Zbieranie materiałów i pisanie tej książki zajęło jej autorce ponad trzy lata. Było to coś więcej niż czas poświęcony wytężonej pracy. Przez te lata "sprawa Jedwabnego" to było jej życie. Spotykając się z tą garsteczką ocalałych Żydów, a także z Polakami, którzy odważyli się stawić czoło bolesnej przeszłości, zdecydowała się dźwigać wraz z nimi ciężar ich pamięci i ich traumy. Wiedziała, że nie może ich porzucić, brała na swoje barki ich kłopoty, problemy, rozterki, lęki. Zobaczywszy, w jak niewiarygodnie prymitywnych warunkach żyje na wsi Stanisław Ramotowski, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata wraz z ocaloną przez niego żoną Marianną, Ania wzięła ich do Warszawy i zaopiekowała się nimi. Po śmierci pana Stanisława nadal troszczy się o wdowę.

Nie odczuwam specjalnego dyskomfortu, że Polacy okazali się mordercami. Morderców można znaleźć w każdej nacji. Porażająca i hańbiąca jest dla mnie ich obrona. A podejmują się jej biskupi, uczeni, publicyści. Ukrywanie morderców i zaprzeczanie rzeczywistości stanowi dojmujące marnotrawienie dobrego imienia Polski.

Anna Bikont przeciwstawiła się temu z całą mocą.

Książka Anny Bikont "My z Jedwabnego" ukaże się w najbliższych dniach nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka