E-mail

English







Ryszard Kapuściński

Rzeczpospolita, 29 grudnia 2001

Kardynalnym grzechem Europejczyków jest okazywanie wyższości, podświadome czasem przekonanie, że ten drugi to "czarnuch", "leniuch", "żółtek"

Innego świata nie będzie

RYSZARD KAPUŚCIŃSKI

Cywilizacja europejska przechodzi w tej chwili bardzo trudny okres. Przez ostatnich pięćset lat - począwszy od odkryć Kolumba aż po stopniowe opanowywanie wszystkich kontynentów - wyznaczała wzorce dla całego świata. Wszelkie cywilizacje przymierzano do europejskiej - to, co bardziej przystawało do miary zachodniej, uważane było za bardziej cywilizowane, to, co trudniej dawało się poznać i przyswoić, zyskiwało miano dzikiego. Europa zatem definiowała kryteria kulturowej wartości i rangi.


W drugiej połowie XX wieku dziesiątki nowych państw Trzeciego Świata uzyskały niepodległość. Europejczycy zwykli postrzegać dekolonizację w kategoriach polityczno-ekonomicznych, tymczasem na dalszym planie, równolegle, dokonywał się wielki proces emancypacji, odrodzenia innych kultur i cywilizacji, które zaczęły upominać się o należne im miejsce na naszej planecie.


Europejczyk "u siebie"


Wiele się zmieniło w ciągu mojego, bez mała czterdziestoletniego, życia reporterskiego. Kiedy dawniej przyjeżdżałem do krajów Trzeciego Świata, byłem kimś wyróżnionym - białym, Europejczykiem. Budziłem powszechne zainteresowanie, wypytywano mnie o to, co dzieje się w Londynie czy Paryżu. Mogłem się czuć "panem świata". Tymczasem w trakcie moich ostatnich podróży (w ciągu trzech lat odwiedziłem wszystkie kontynenty) uderzyła mnie ogromna zmiana, jaka nastąpiła w mentalności społeczeństw pokolonialnych. Po pierwsze, ci ludzie poczuli się manifestacyjnie dumni z własnej kultury. Przyjmowali mnie teraz jak gościa w ich własnym domu. Dawali mi do zrozumienia, iż rodzima kultura im wystarcza, że już nie potrzebują Europy. Zauważyłem, że równolegle z duchowo-kulturowym odrodzeniem tradycji lokalnych dokonuje się podniesienie etycznego poziomu stosunków międzyludzkich. W tych nowych realiach człowiek czuje się istotą bardziej godną, domagającą się uznania, ale działa to także w drugą stronę - dba on zarazem o to, by okazywać szacunek i życzliwość innym.


Zorientowałem się, że zwiedzanie świata jest dzisiaj podróżowaniem do wyraźnie zaznaczonych kręgów - znacznie bardziej niż kilkanaście lat temu odczuwalna jest zmiana miejsca pobytu na naszej planecie. Dawniej, ze względu na dominację europejskiego wzorca, wszędzie można się było czuć bardziej lub mniej "u siebie" - słyszało się europejską muzykę, dostępna była prasa czy książki w języku angielskim, wiele było europejskich uczelni czy hoteli. Ale obecność Europejczyków na planecie się kurczy. Są oczywiście na Starym Kontynencie, ale kiedyś było ich mnóstwo w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej. Teraz zniknęli, a wraz z tym zacierają się ślady europejskich wpływów na naszym globie. Zostało jeszcze trochę placówek misyjnych, ale i one przeżywają kryzys.


W skali całego globu mamy dziś do czynienia z renesansem nieeuropejskich kultur, cywilizacji i właśnie dlatego Europa musi znaleźć dla siebie właściwe miejsce w tym wielokulturowym świecie. Ludzie Zachodu powinni wypracować nową formułę międzycywilizacyjnej współpracy i wymiany, która mogłaby zastąpić wzorce ukształtowane w okresie imperialnych podbojów.


Jednostka czy grupa?


Zespół podstawowych wartości Zachodu, których ucieleśnieniem są prawa człowieka, jest bardzo mocno naznaczony duchem Starego Kontynentu. Prawa człowieka wyrosły z chrześcijaństwa i oświecenia, z naszej tradycji wyzwolenia jednostki. Fundament europejskiej kultury to szacunek dla indywiduum, tymczasem w innych kulturach jednostka jest tylko elementem szerszej zbiorowości, a podstawową wartość wyznacza wspólnota. W kulturach Azji, Afryki czy Ameryki Południowej jednostka nie ma szans na przetrwanie. Dlatego właśnie zachowały się w nich struktury działania zbiorowego, bo w tamtych warunkach ekonomicznych i klimatycznych tylko ono dawało gwarancję przeżycia. Jeśli już zatem mówić o prawach człowieka w odniesieniu do kultur nieeuropejskich, to należałoby przypisywać je raczej grupie niż jednostce.


Odmienność zaczyna się już na poziomie rodziny, bo pojęcie rodziny jest w innych cywilizacjach znacznie szersze niż w tradycji europejskiej. W tamtych kulturach rodzina jest zawsze kilkudziesięcio- a nawet kilkusetosobowa i przechodzi w nadrzędną strukturę klanu, a rodzina klanów z kolei tworzy plemię. Nigeryjczyk czy Afgańczyk wpisany jest w zupełnie inną sieć relacji i stosunków niż Polak czy Holender i przyznawanie tym pierwszym (jako jednostkom) praw człowieka, to pozbawianie ich kontekstu bycia w zbiorowości, przeciwstawianie tej zbiorowości, a to jest dla nich samobójcze. Krótko mówiąc, obdarzanie indywiduum niezależnymi prawami nie mieści się w tradycji tamtych kultur i my - Europejczycy, żądając respektowania praw człowieka, musimy najpierw objaśnić, o co nam chodzi.


Mc Donald's i wartości duchowe


Społeczeństwa przyjmują chętnie zdobycze techniczne i materialne, ale odrzucają wartości duchowe czy po prostu inną kulturę, która miałaby pozostawać w związku z owymi zdobyczami. Tak było już za Piotra Wielkiego, który importował najnowocześniejszą zachodnią myśl techniczną, na czym zbudował potęgę państwa rosyjskiego, ale odrzucał wartości demokracji i europejskiej myśli. Dziś tego rodzaju zjawiska są dość powszechne. Dlatego rację ma Samuel Huntington, który przekonuje, że globalny sukces sieci Mc Donald's wcale nie oznacza amerykanizacji świata - ludzie będą jedli Big Maca, ale nie przekona ich to do Wielkiej Karty Praw Człowieka. Jednym słowem, technika i konsumpcja niekoniecznie muszą być nośnikami wartości kulturowych czy duchowych. Jest rzeczą charakterystyczną, że ruchy najbardziej skrajne, fundamentalistyczne, chętnie korzystają ze zdobyczy technicznych cywilizacji zachodniej właśnie po to, aby ją zwalczać.


Myślę, że na Zachodzie nie doceniamy przywiązania do tradycyjnych wartości duchowych. Może dlatego, że Europejczycy, zwłaszcza zachodni, w przeciwieństwie do mieszkańców innych kontynentów przeżywają kryzys religijności czy duchowości. Człowiek tymczasem jest istotą duchową i nie godzi się z tym, co w jego poczuciu zagraża najgłębszym wartościom, z którymi się utożsamia. Muzułmanie czy Hindusi często podświadomie traktują globalizację jako coś, co może naruszyć ich tożsamość. To sprawia, że usztywniają się i mocniej manifestują przywiązanie do duchowej strony swojej kultury.


Nie każdy muzułmanin uważa, że trzeba zabić kobietę, która dopuściła się zdrady. Podobnie jak nie każdy Hindus będzie kamienował za złamanie prawa kastowego. Trzeba pamiętać o proporcjach. W przypadku hinduizmu mamy do czynienia z miliardem wyznawców! W przypadku islamu - z miliardem i trzystu milionami! Oczywiście każdy z takich wypadków jest godny potępienia, ale musimy rozumieć specyfikę tamtych cywilizacji i brać poprawkę na to, że mówimy naprawdę o miliardach ludzi.


I islam, i hinduizm to religie i cywilizacje Księgi. Wewnątrz świata muzułmańskiego od 1400 lat toczy się spór o interpretację Koranu, który jest dziełem poetyckim. Wszystko zatem zależy od odpowiedniej wykładni. Jak wiadomo, w islamie nie ma rozróżnienia między prawem Bożym i świeckim, a w konsekwencji - państwem Bożym i świeckim. Istnieje zatem jedna wspólnota - umma, i jedno prawo - szarijat. Interpretatorzy, którzy są zwolennikami skrajnych odłamów islamu, usprawiedliwiają swe działania przestępcze, odpowiednio tłumacząc znaczenie sur. To samo zresztą dotyczy hinduizmu. Można tak zinterpretować poszczególne mity czy podania z Wed, aby uzasadnić konieczność obcięcia komuś głowy, ale to nie znaczy, że w samej religii jest coś zbrodniczego.


W zasadzie pokój


Zacznijmy od stwierdzenia, które w kontekście tego, co dzieje się od 11 września, zabrzmi paradoksalnie: nasza planeta jako całość - zważywszy na to, iż jest nas sześć miliardów, a co roku przybywa 80 milionów (73 miliony w krajach biednych, 7 w krajach zamożnych), zważywszy na niewyobrażalną różnorodność języków, kultur, religii, interesów, pragnień - pozostaje w zasadzie w stanie pokoju. Trzeba oderwać się na chwilę od tego szumu medialnego, którego codzienną dawką jesteśmy bombardowani. Doświadczenie człowieka podróżującego po wszystkich kontynentach przeczy temu, co widzimy w telewizji. Żyjemy w świecie bardzo zróżnicowanym, w którym istnieją liczne punkty zapalne, ale te lokalne pożary nie mają tendencji do rozprzestrzeniania się na cały glob. Są ofiary i bestialskie akty okrucieństwa, ale na szczęście konflikty, które je zrodziły, nie angażują nowych stron. Jak pamiętamy, I i II wojna światowa zaczęły się od małych incydentów. Dzisiaj napięcia lokalne nie mają takiego kontaminacyjnego charakteru.


A zatem najważniejszą cechą współczesnego świata jest to, że żyjemy! Na tym opiera się mój optymizm. Bo jeżeli weźmiemy pod uwagę, że te 6 miliardów ludzi radzi sobie bez żadnego nadrzędnego autorytetu, bez żadnej jednolitej skali wartości, a mimo to 95-98 procent rodziny ludzkiej żyje w warunkach pokoju, to uważam to za pokrzepiające. Istnieje też jednak odwrotna strona medalu. Zjawiskiem, które może rodzić potężne konflikty, jest fakt, że rozwój świata generuje pogłębiające się z roku na rok nierówności. Im więcej przybywa dóbr na świecie, tym bardziej niesprawiedliwie są dzielone. Tutaj widać największe pęknięcie i tu pojawia się najpoważniejszy planetarny problem etyczny, którego nie potrafimy rozstrzygnąć.


Komu i ile dać


Jako chrześcijanie, jako Europejczycy na dłuższą metę nie możemy zaakceptować faktu, że chleb jest tak niesprawiedliwie dzielony. Możemy przyjąć, że jest to przejaw naszej słabości, ale sprawa ta musi być przedmiotem naszej troski i niepokoju. Możemy akceptować ten stan rzeczy dlatego, że w tej chwili nie widzimy innej alternatywy, ale nie możemy traktować takiego uzasadnienia jako głębokiej zasady etycznej.


Strukturalna niesprawiedliwość polega na tym, że ogromny kapitał inwestycyjny skoncentrowany jest w rękach dwóch instytucji - Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. One rządzą światem. Potrzeby inwestycyjne w skali globalnej są ogromne, bo wszyscy marzą o cywilizacyjnym awansie, ale ze względu na możliwości kapitałowe perspektywy rozwoju są bardzo ograniczone. Pojawia się zatem dylemat, komu i ile dać. Zasadniczy problem polega na tym, że wszystko podporządkowane jest prawu maksymalnego zysku.


Podam przykład z zakresu działalności humanitarnej. Jedną z chorób, która najbardziej dziesiątkuje ludzkość, jest malaria (zabiera rocznie kilka milionów istnień). Występuje w regionach tropikalnych i półtropikalnych. Strefę tropikalną zamieszkują ludzie biedni, a zatem, podobnie jak w przypadku AIDS, by wynaleźć skuteczne leki na malarię, trzeba skorzystać z funduszów państw bogatych. Jednak firmy farmaceutyczne nie chcą inwestować w badania nad tą chorobą, ponieważ wiedzą, że gdy wynajdą właściwe lekarstwo, to i tak nie zdołają go sprzedać, bo potencjalni nabywcy są zbyt ubodzy. W rezultacie nie podejmuje się badań nad malarią.


Równocześnie jednak wydaje się olbrzymie sumy na wynalezienie dziesiątków nowych leków, którymi zainteresowane są społeczeństwa zamożne, bo to się opłaci.


Mieszkaniec krajów rozwiniętych zużywa trzydzieści razy więcej dóbr naturalnych niż mieszkaniec Trzeciego Świata, a przecież zasoby, z których możemy korzystać, są wspólne i ograniczone.


Grzechy Zachodu


Największą różnicę mentalną dostrzegam między Starym Kontynentem a USA. To dotyczy przede wszystkim tonacji refleksji nad światem. W Europie Zachodniej dominuje myślenie krytyczne, świadome zagrożeń, przepojone poczuciem kryzysu własnej cywilizacji - myślenie posępne i do pewnego stopnia dekadenckie. Myśl amerykańska natomiast jest (a w każdym razie była przed 11 września) bardziej pragmatyczno-optymistyczna. Każda debata sprowadza się do tego, że skoro już istnieje dany problem, to trzeba po prostu go rozwiązać. Klasyczny przykład tej postawy to zachowanie Fukuyamy podczas dyskusji, którą swego czasu prowadziłem na Uniwersytecie Warszawskim. Rozmawialiśmy z człowiekiem, który nie widział żadnych komplikacji: "Jest taki problem? - to my go rozwiążemy! Czy są jeszcze pytania?". A problemy przecież istnieją...


Amerykanie zarzucają zachodnim Europejczykom, że są zamknięci w sobie, w swej zamożnej twierdzy. To dzisiaj największa słabość kultury Starego Kontynentu, bo cywilizację europejską cechowała zawsze ogromna ciekawość świata. Mieliśmy nie tylko handlarzy niewolników czy poszukiwaczy złota, ale i szalonych podróżników, odkrywców, których gnała do Afryki lub Indii bezinteresowna ciekawość świata, pasja wypełniania pustych miejsc na mapach. To odróżniało nas od mieszkańców innych kontynentów, np. od Afrykańczyków: chociaż ich kontynent otoczony jest morzami, nigdy nie wybudowali żadnego statku, bo nie interesowało ich, co kryje się za wielką wodą. Dziś europejscy turyści na Wyspach Kanaryjskich i Majorce szukają przede wszystkim pubów i dyskotek - takich samych, jakie mają u siebie.


Kardynalnym grzechem Europejczyków jest oczywiście okazywanie wyższości i arogancja, podświadome czasem przekonanie, że ten drugi to "czarnuch", "leniuch", "żółtek". We wzajemnych relacjach najtrudniej o symetrię. Europejczyk często mimowolnie traktuje Nigeryjczyka czy Senegalczyka jak sługę, nawet wtedy, gdy jest u niego gościem. Zdarzają się przypadki, gdy taki protekcjonalny paternalizm bywa okazywany Afrykańczykowi, który jest lekarzem, inżynierem czy prawnikiem. Pokutują tu nawyki z czasów kolonialnych, kiedy to marny listonosz z Yorkshire zgłaszał się na wyjazd do Zambii i tam zostawał naczelnikiem poczty.


Kolejny grzech to brak chęci poznania, zgłębienia obcej kultury. Poza grupą fanatycznych antropologów, mało kto zastanawia się, co i jak świętują Afrykanie czy Azjaci, dlaczego noszą takie, a nie inne stroje itd. Na usprawiedliwienie Europejczyków mogę tylko dodać, że brak zainteresowania dla tego, co inne, jest cechą 90 procent ludzi