E-mail

English







HANNA WEHR

ZE WSPOMNIEŃ


Acknowledgments

We acknowledge with gratitude the financial support of the Polish Socio-Cultural Foundation


Copyright: Hanna Wehr

Cover etching "Hands" by Beata Wehr

ISBN 0-9688429-1-7

Polish-Jewish Heritage Foundation of Canada
Montreal 2001

WSTEP


Oto pierwszy opublikowany tom naszej kolekcji


Aby nie zapomnieć - Pour ne pas oublier - Let us not forget


Pragniemy przede wszystkim podziękować autorce, Hannie Wehr, za zgodę na opublikowanie jej wspomnień okupacyjnych oraz za ścisłą i przyjazną współpracę w procesie publikacji.


Żyje jeszcze wiele rozsianych po całym świecie osób, które przeżyły w Polsce nieludzki okres okupacji niemieckiej podczas drugiej wojny światowej. Historia każdej z nich składa sie z szeregu niespodziewanych wydarzeń, tragicznych lub zbawiennych spotkań, trudnych do powzięcia decyzji i cudownych ocaleń. Ludzie ci nie są już młodzi i jeśli do tej pory nie opublikowali swoich wspomnień z tamtego okresu, istnieje możliwość, że nigdy już tego nie zrobią. A przecież świadectwa te są niezwykle ważne z punktu widzenia historycznego, psychologicznego, czy po prostu ludzkiego. Chcemy i powinniśmy wiedzieć jakie to były czasy i jakimi okazywali się ludzie w dramatycznych lub wręcz tragicznych okolicznościach totalnego zagrożenia. Czego możemy się spodziewać w skrajnych sytuacjach po obcych, po naszych bliskich, po nas samych. Im więcej zgromadzimy świadectw tamtych czasów, tym nasza wiedza o świecie będzie bogatsza, nasze zrozumienie zjawisk - głębsze. Nie należy dopuścić do tego, aby te świadectwa znikły wraz ze świadkami. Są one ponadto pomnikiem wystawionym tym, którym nie udało się przeżyć tych tragicznych czasów. Ważnym jest, aby pamięć o nich nie zaginęła.


Nasza organizacja (Polish-Jewish Heritage Foundation) stawia sobie za cel wynajdywanie napisanych już wspomnień, aby je opublikować i przekazać do odpowiednich bibliotek. Pragniemy również skłonić tych, którzy noszą się z zamiarem napisania, aby nie zwlekali z przekazaniem potomności swojego świadectwa.
Publikujemy te wspomnienia w języku, w którym zostały napisane, z pełnym zaufaniem co do ich autentyczności.


Introduction



Voila le premier volume de notre collection
Aby nie zapomnieć - Pour ne pas oublier - Let us not forget


Nous voulons tout d'abord remercier l'auteur, Madame Hanna Wehr, d'avoir accepté la publication de ses mémoires de temps de guerre ainsi que pour sa collaboration étroite et amicale au cours de la publication.


Éparpillé tout autour du monde, vivent encore des gens qui ont survécu en Pologne les temps inhumains de l'occupation allemande pendant la deuxieme guerre mondiale. L'histoire de chacun d'eux est composée d'un grand nombre d'événements inattendus, de rencontres tragiques ou salutaires, de décisions difficiles a prendre, de sauvetages miraculeux. Ces gens ne sont plus jeunes et s'ils n'ont pas encore écrit et publié leur mémoires, il est probable qu'ils ne le fassent jamais. Et pourtant, ces témoignages sont extremement importants du point de vu historique, psychologique et, tout simplement humain. Nous voulons et nous devons savoir comment les gens se comportaient dans des circonstances dangereuses, dramatiques, souvent tragiques. A quoi nous pouvons nous attendre de la part des étrangers, des nos proches, des nous memes.
Plus il y aura de témoignages des cette époque, plus notre connaissance du monde sera riche, notre compréhension des événements - profonde. Il ne faut pas permettre que ces témoignages disparaissent avec les témoins. Nous devrons aussi nous assurer que ceux qui n'ont pas réussi a survivre ne soient pas oubliés.
La Fondation de l'héritage polono-juif se propose de retracer des mémoires du temps de guerre, que les gens ont écrits sans les publier, de les publier et les distribuer dans les bibliotheques. Nous voulons aussi encourager ceux qui n'ont pas osé mettre sur papier leurs témoignages de le faire au profit de la postérité.
Nous publions ces mémoires dans la langue dans laquelle ils ont été écrits avec toute confiance en leur authenticité.


HANNA WEHR

ZE WSPOMNIEŃ

Click here for the English version

Slowo wstępne


Byłam przeznaczona do likwidacji. Na to, że wyszłam cało złożył się splot bardzo wielu przypadków i pomoc bardzo wielu osób. Los obszedł się ze mną na tyle łaskawie, że w większości strasznych sytuacji byłam tylko ich świadkiem.
Należę do osób skrytych i bardzo trudno mi dzielić się z innymi własnymi myślami i przeżyciami. Ale do pisania nakłania mnie wewnętrzny nakaz, bardzo silne poczucie obowiązku przywrócenia pamięci przynajmniej części tych, którzy zginęli. Żeby coś po nich pozostało.
W poniższych wspomnieniach zawarte jest wyłącznie to co albo widziałam na własne oczy albo (w nielicznych przypadkach) są to fakty, o których dowiedziałam się od bezpośredniego świadka.

MÓJ RODOWÓD



Niewiele wiem o swoim rodowodzie. W domu dziadka ze strony ojca wisiał portret mojego pradziadka. Przedstawiał pana w garniturze a z kieszonki jego kamizelki zwisał łańcuszek od zegarka. Ten pradziadek należał do rodziny zamieszkałej od wielu pokoleń w Warszawie. Podobno jedna jej gałąź przeszła na katolicyzm, ale nie miałam na ten temat dokładnych informacji.
W domu dziadków ze strony matki też wisiały portrety. Były one zupełnie inne - obaj pradziadkowie mieli długie brody. Gdy byłam małym dzieckiem trochę się ich bałam. A gdy podrosłam i czytałam już Pana Tadeusza uprzytomniłam sobie, że byli oni pewnie podobni do Jankiela - wiedziałam, że pradziadkowie pochodzili z Litwy. Mój dziadek i babcia pierwsi z rodziny przyjechali do Warszawy. Potem ściągnęli trochę innych osób. Dziadkowie założyli pralnię bielizny, na początku była ona bardzo mała i ciężko w niej tylko oni sami pracowali. Później rozrosła się do dużej pralni i fabryki.
Bardzo chciałabym lepiej poznać swój rodowód. Nie chodzi mi o poszczególne gałęzie drzewa genealogicznego. Chciałabym dowiedzieć się choć trochę więcej o tym jakie były te pogmatwane i zygzakowate szlaki wędrówek moich przodków przez różne kraje, zanim przywiodły ich do Polski. Niestety nie powie mi tego żadna historia Żydów.

OJCIEC


Ojciec lubił pogwizdywać. Zwłaszcza rano dochodziły z łazienki różne melodie. Najczęściej były to piosenki żołnierskie: "Trąbka do boju wzywa nas" lub "Tam na błoniu błyszczy kwiecie" albo ulubiony marsz wojskowy Schuberta i inne. Mundur i białą broń oficerowie przechowywali wtedy w domu, rzeczy te wisiały w głębi jednej z szaf.
Ale tak naprawdę zupełnie to do niego nie pasowało - był najłagodniejszym człowiekiem pod słońcem, nie umiał się nawet porządnie rozgniewać.
Bardzo lubiłam chodzić z moim ojcem na spacery, wolałam to nawet od zabaw z koleżankami i kolegami.

PRZYJACIELE


Ojciec miał dwóch bardzo serdecznych przyjaciół. Jeden z nich - Olek -był tak samo jak on inżynierem, drugi - Staś - adwokatem.
Odkąd samą siebie pamiętałam, pamiętałam również wizyty obu przyjaciół ojca w naszym domu i niekończące się ich rozmowy. Rozmawiali i rozmawiali nie zwracając na mnie uwagi i nawet gdy wchodziła moja matka, żeby ich poprosić na kolację, nie przerywali swoich dyskusji. Po wielu latach pytałam Olka o czym wtedy rozmawiali, ale dowiedziałam się tylko, że o wszystkim.
Olek trafił na początku wojny do Oflagu w Woldenburgu. Trzymano go tam do samego końca wojny i to mu uratowało życie. W Warszawie zginęła jego żona.
Drugi z przyjaciół - Staś (jako mała dziewczynka mówiłam na niego pan Cioś) - też stracił żonę i trzyletnią córeczkę Anusię, które zostały zamordowane przez hitlerowców. Sam był zmobilizowany w pierwszych dniach wojny i znalazł się potem na terenach zajętych przez Sowietów. Przez jakiś czas był przez nich więziony we Lwowie. Ale uniknął najgorszego. Po wojnie zamieszkał w Anglii.
Gdy spotkałam się z nim wiele lat po przejściach wojennych w Londynie zrobił na mnie bardzo przykre wrażenie. Był zaniedbany i ponury. Nasza rozmowa nie kleiła się. W pewnej chwili powiedział: " Ja się tak szczęśliwie urodziłem. W dwudziestym wieku. Między Hitlerem i Stalinem. Żydem polskim"


PIERWSZY ROK WOJNY



Gdy Niemcy napadli na Polskę i bomby zaczęły spadać na Warszawę doświadczyłam czegoś w rodzaju wizji : koniec złoto-żółtego pokoju dziecinnego, koniec dzieciństwa. A niedziecinne życie ukazało mi się w czarno-białych kolorach i w dodatku spowite chmurą. Przeraziłam się: czy to oznacza, że puszczą na nas gazy? W domu była jedna maska gazowa - na cztery osoby. A później, gdy ojciec na wezwanie z radia wyszedł z Warszawy, zostały trzy osoby do tej jednej maski. W takiej sytuacji i tak nikt by jej nie użył. Ale gazów nie było. Skończyło się na bombach.
Oszałamiająca przewaga wojsk niemieckich doprowadziła szybko do chaosu na frontach, ale mieszkańcy Warszawy nie całkiem zdawali sobie wtedy z tego sprawę. Mój ojciec - oficer rezerwy nie zdążył zostać zmobilizowany w pierwszych dniach września, ponieważ miał za względu na dużą wadę wzroku jakąś dalszą kategorię zdrowia. Po koniec pierwszego tygodnia wojny czynne jeszcze radio zaczęło nadawać apel pułkownika Umiastowskiego wzywający wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni aby wyszli ze stolicy i kierowali się na wschód. Czy to była celowa działalność dywersyjna zmierzająca do zwiększenia i tak już fatalnej sytuacji na drogach? - tak potem mówiono. Mój ojciec posłuszny wezwaniu wyszedł z Warszawy. Kiedy zapytałam naiwnie: "Kiedy wrócisz?" musiał zbyć to pytanie milczeniem. Nigdy już nie mieliśmy się więcej zobaczyć.
Zdecydowano, że Warszawa będzie się bronić i rozpoczęło się oblężenie. Na początku bombardowanie nie było silne. Można było siedzieć w mieszkaniu i grać w bierki z nowymi koleżankami z tego samego domu: Anią i Fredzią. Działała jeszcze obrona przeciwlotnicza, między innymi była ona zlokalizowana w Ogrodzie Saskim. Ulica Królewska, na której mieszkaliśmy, zaczęła być w związku z tym szczególnie narażona na działania wojenne. Wtedy jeszcze sądzono, że jeżeli dom jest solidnie zbudowany, to na niższych jego piętrach można przebywać. Niestety bombardowanie nasilało się i któregoś dnia jedna z bomb dużego kalibru zburzyła w naszym domu całą oficynę od piątego piętra po parter. W tej części właśnie mieszkała Ania, która zginęła tam z całą rodziną.
Ocalał tylko kilkuletni chłopiec, którego pęd powietrza wrzucił do jakiegoś kąta na parterze i tam go po kilku godzinach odnaleziono w dobrym zdrowiu.
Od tej chwili mieszkańcy domu większość dni i nocy spędzali w piwnicy.
Mało dotychczas sobie znani stali się bardzo szybko dobrymi znajomymi. Trzeba się było wciąż wyprawiać do własnych mieszkań po żywność i nagromadzoną tam wodę, bo wodociągi przestały działać. Łączyło się to z niebezpieczeństwem. W piwnicy przebywała z nami mała dziewczynka, która właśnie uczyła się mówić. Bardzo spodobało jej się słowo bomba i wciąż powtarzała: bom-ba, bom-ba. "Uciszcie to dziecko - wołali zdenerwowani dorośli - ono nam wykracze coś złego!"
Okupant wkroczył do palącej się jeszcze Warszawy. Pożary dogasały, wiele domów było zupełnie spalonych. Zabitego człowieka po raz pierwszy w życiu zobaczyłam już po kapitulacji Warszawy. Leżał na bruku koło Ogrodu Saskiego i wyglądał jakby spał. Obok leżało również dużo zabitych koni - z gołymi żebrami, bo ludzie wykroili mięso. Sprawiało to okropne wrażenie. A po jezdni paradował na koniu Niemiec patrząc z nieukrywaną wyższością na podbity naród.
Życie codzienne powoli wracało do mniej więcej normalnego trybu.
Wszyscy uważali wtedy, że wojna bardzo prędko się skończy, oczywiście - pobiciem Niemców.
Rozpoczęła się okupacja. "Niemcy teraz wezmą Żydków za brody" - powiedziała wesoło Pelasia. Pracowała u Żydów, ale jej pracodawca nie nosił brody.
W tym pierwszym roku okupacji spotykałam się z koleżankami, uczyłam się na kompletach tajnego nauczania, chodziłam na ślizgawkę. Uczyłam się również z jedną z koleżanek języka francuskiego, u jakiejś trochę zwariowanej Mademoiselle, która przebywała chwilowo w Warszawie. Niewiele myślałyśmy o toczącej się wojnie, która między innymi miała przynieść "ostateczne rozwiązanie" kwestii żydowskiej.
Odrazu na początku miały miejsce represje i prześladowania Polaków i Żydów. Już wtedy starano się odróżnić wyraźnie Żydów od reszty ludności nakładając na nich obowiązek noszenia "opasek" - w Warszawie była to niebieska gwiazda Dawida na białym tle. Miały miejsce liczne szykany i pobicia Żydów. Jednym z wczesnych przejawów prześladowania było między innymi rekwirowanie mebli. Odbywało się ono mniej więcej tak: po gwałtownym dzwonku do drzwi do mieszkania wchodził na przykład elegancki oficer, wybierał starannie meble, które mu się podobały i po chwili kazał je ładować niższym rangą żołnierzom na czekającą przed domem ciężarówkę. Dobry ojciec rodziny zaopatrywał w taki sposób swoje własne mieszkanie w Niemczech.
W pierwszym okresie wojny zginął brat mojej matki. Przyszli go aresztować, było to w mieszkaniu przylegającym do fabryki, w której pracował i której był współwłaścicielem. Razem z nim aresztowali jeszcze dwu innych mężczyzn, jeden z nich był już bardzo stary. Ci dwaj mężczyźni poddali się i poszli z aresztującymi, a mój wuj zawołał: "Nie, ja z nimi nie pójdę!" i wyskoczył z okna na trzecim piętrze. Umarł po kilku godzinach. I jak się okazało, postąpił mądrze, bo dwaj pozostali nigdy nie wrócili i, można przypuszczać, że zanim zginęli doświadczyli znacznie gorszych rzeczy niż szybka śmierć mojego wuja.
Pod koniec pierwszego roku okupacji w Warszawie została zorganizowana dzielnica żydowska - getto warszawskie. Mieszkający poza wyznaczonym na getto terenem Żydzi musieli się tam przeprowadzić, a Polacy stamtąd wyprowadzić.
Po miesiącu otoczona murami dzielnica żydowska została zamknięta. Prowadziło do niej tylko kilka bram (tak zwane "wachy"), których pilnowali żandarmi niemieccy, policjanci polscy i żydowscy. Na murach umieszczono druty kolczaste i tłuczone szkło ale nie udaremniło to przemytu, który odbywał się na dużą skalę przez większość okresu istnienia getta.. W niektórych miejscach na murach wywieszono napisy wierszem:
Unikaj brudu, bądź zawsze czysty
Brudy wesz rodzą, wesz tyfus plamisty
To była poezja zawierająca błędną informację o samorództwie jak również ideologiczne uzasadnienie wstrętu do narodu, który mógł być niebezpieczny dla innych.


Okno mieszkania, w którym mieszkałam w getcie wychodziło na mury Pawiaka - ściśle biorąc na mury tak zwanej Serbii czyli więzienia dla kobiet. Z tej strony nie było wejścia na teren więzienia a ściany z czerwonej cegły zasłaniały wszystko - widać było tylko jedną wieżyczkę na murze a w niej strażnika z bronią.
Z Pawiaka czasem słychać było głośne strzały. Drętwieliśmy z wrażenia. Ale ktoś ze znajomych, kto siedział w tym więzieniu jakiś czas i udało mu się potem wyjść na wolność powiedział nam, żeby się tymi strzałami tak bardzo nie przejmować, nic się tam strasznego nie musi dziać, tam jest strzelnica. Myślę, że to chyba nie była prawda, może kłamał specjalnie, żeby nas uspokoić.
Ulica była bardzo zatłoczona i hałaśliwa, chociaż na tym odcinku była zamieszkała tylko z jednej strony - z drugiej był właśnie Pawiak. Po ulicy krążyło dużo ortodoksyjnych Żydów ubranych w czarne chałaty. Wkrótce po zamknięciu getta warszawskiego oprócz mieszkańców Warszawy rozpoczęto przesiedlanie do niego coraz większej ilości mieszkańców okolicznych miejscowości. Lokowano ich w naprędce organizowanych "punktach". Nie było dosyć pracy nawet dla dawnych mieszkańców tej dzielnicy a cóż dopiero dla przybyszów - byli oni zupełnie pozbawieni środków do życia.
Na ulicach handlowano, żebrano, inni spieszyli się do jakichś zajęć. Bardzo intensywny handel odbywał się na ulicy Smoczej. Handlujący głośno zachwalali swój towar, obojętne czy było to drzewo lub węgiel na opał, żywność czy przedmioty drobnego użytku.
Żebrzący też mówili donośnym głosem. "Co to znaczy oc rachmunes? - pytałam - Miejcie litość, rachmunes to z hebrajskiego. A co znaczy oc mytlajt? - też miejcie litość, mytlajt to z niemieckiego. - To dlaczego oni mówią: oc rachmunes, oc mytlajt? powtarzają dwa razy to samo? - Tak, powtarzają dwa razy to samo." "Dajcie kawałek chleba, dajcie kawałeczek chleba!" Słowa te słychać było z wszystkich stron wypowiadane różnymi głosami, przez dzieci i dorosłych, głośniej i ciszej.
Żebrzący starali się za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę. Robili to w różny sposób, czasem głośnym śpiewaniem. Była taka kaleka kobieta, poruszająca się przy pomocy jakiegoś wózka czy podstawki na kółkach, która codziennie o stałych godzinach przemierzała te same ulice śpiewając bardzo mocnym głosem. Jeżeli nawet nie był to piękny śpiew, to w każdym razie taki, że nie można go zapomnieć.
A jedyny w swoim rodzaju makabryczny humor wyrażał się w piosenkach śpiewanych w mieszanym żydowsko-polskim języku i tańczonych przez dzieci na ulicy. Brzmiały one jakoś tak: "Pani prezesowa machts a ondulacje
a żydowskie kinder nie ma na kolacje,
Fa wues? Mues
Mues is a hajlige zach"*
*Dlaczego? Forsa. Forsa to święta rzecz.
I piosenka, która przeszła do historii: "Oj da bona,
Ja nie chcę oddać bona
Bo Pinkiert jest cholera
I bony wszystkim zabiera"
Ta piosenka wymaga wyjaśnienia: bony to były kartki na przydział (bardzo małej ilości) żywności. Oddać bony to w języku getta znaczyło: umrzeć. A Pinkiert był właścicielem domu pogrzebowego.
Coraz częściej zdarzały się śmierci z głodu. A umarli często leżeli nadzy i przykryci byle czym na ulicy, bo rodzina nie miała ich za co pochować. I jak w czasie wielkich epidemii w średniowieczu zabierani byli wózkami na cmentarz na koszt gminy.
W getcie nie było niższej kary niż kara śmierci. Groziła ona za bardzo wiele różnych rzeczy jak np.: za posiadanie futra, nie mówiąc już o radioodbiorniku, i za bardzo wiele innych dużych i małych wykroczeń. Groziła oczywiście za przebywanie poza gettem - stąd tylu ginących małoletnich przemytników żywności, którzy utrzymywali czasem całe rodziny wykradając się z getta po towar. Kara mogła być również wymierzona bez powodu. Po prostu żandarm strzelał do kogoś, bo taką miał akurat fantazję. Szczególnie znany z tego był jeden o nazwisku czy przezwisku Frankenstein - strzelanie do ludzi dostarczało mu rozrywki.

KOLEŻANKI


W getcie było niesłychane zagęszczenie ludności, nędza i głód. I może to dziwne co piszę, ale moje koleżanki i ja prowadziłyśmy pomimo tego w tym okresie względnie normalne jak na nasz wiek życie podlotków i uczennic i wcale nie spodziewałyśmy się złego losu.
Nie oznacza to, że byłyśmy obojętne na otaczającą nas nędzę. Ale rozwiązanie tych problemów było ponad ludzkie siły. Pomoc potrzebującym była sprawą codzienną, jej rezultaty były jednak mało widoczne. Zajmowały się nią organizacje społeczne jak również powstające w każdym domu Komitety Pomocy. Bardzo często rodzina, której się lepiej powodziło, miała swoich podopiecznych, którym stale pomagała. Wszystko to jednak stanowiło tylko kroplę w morzu potrzeb.
Uczyłyśmy się na kompletach. Można by je nazwać kompletami tajnego nauczania gdyby nie fakt, że władze się tą nauką wogóle nie interesowały i wcale jej nie ścigały. Na naszym komplecie było siedem dziewczynek i niestety ani jednego chłopca. Wolałybyśmy, żeby było inaczej, ale oni z jakiegoś powodu uczyli się na innym komplecie.
W getcie były nie tylko komplety, na których przerabiano materiał szkoły średniej. Były również kursy specjalistyczne, np. chemiczne. Działały konspiracyjne studia medyczne stanowiące część tajnego Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładał na nich Ludwik Hirszfeld. Jego wykłady cieszyły się tak wielkim zainteresowaniem, że oprócz studentów przychodziły ich słuchać osoby z zewnątrz - nie studenci. Wykładali też chemicy - profesorowie Lachs i Centnerszwer oraz wielu innych. I smutne, ale prawdziwe: na jednym z oddziałów szpitalnych prowadzono obserwacje nad chorobą głodową.
Moje koleżanki, koledzy i ja należeliśmy prawie wszyscy do rodzin zasymilowanej inteligencji żydowskiej. Pod względem obyczajowym mieliśmy bardzo mało wspólnego ze światem świec szabasowych. W naszych domach mówiło się wyłącznie po polsku, a kultura z jaką byliśmy związani była kulturą polską. Byliśmy Polakami żydowskiego pochodzenia tylko że takie określenie nie miało dla hitlerowców żadnego znaczenia, oni już nas i tak zaklasyfikowali.
Najsilniejszą indywidualnością spośród nas - dziewczynek - była Wanda. Mieszkanie, w którym mieszkała z rodzicami i starszą o dwa lata siostrą było trochę większe niż u innych i było ono ośrodkiem życia towarzyskiego dla nas i wielu naszych rówieśników. Siostry miały energicznego ojca i łagodną, bladą i chorowitą matkę, która prawie nie wychodziła z domu. Wanda miała duże poczucie humoru i wyraźne poglądy w wielu sprawach. My - jej koleżanki - byłyśmy mniej zdecydowane i wciąż zmieniałyśmy zdanie. A często po prostu przejmowałyśmy od Wandy jej zapatrywania i gusty.
Zosia była ruda jak Ania z Zielonego Wzgórza, przy czym jej rudość nie była wcale koloru marchewki tylko ciemniejsza. Miała wprawdzie dość dużo piegów ale i tak wszystkie znawczynie urody mówiły, że będzie piękną kobietą. Ona zresztą też tak uważała i poświęcała swojej powierzchowności bardzo dużo uwagi. Zazdrościłyśmy jej powodzenia.
Alinka miała trochę trudności z nauką. Była bardzo dobrą koleżanką. Znałam ją od najwcześniejszego dzieciństwa.
Celina straciła ojca. Kilka naszych rodzin zostało rozłączonych z powodu wojny i niektóre z nas żyły w tym okresie tylko z matkami. Bardzo tęskniłyśmy za naszymi ojcami i liczyłyśmy na to, że niedługo się z nimi spotkamy. A ojciec Celiny umarł w Warszawie z powodu jakiejś ciężkiej choroby.
Jasia miała zamiłowanie do pisania. Układała bardzo zręczne wierszyki o koleżankach i kolegach. Potem zaczęła pisać pamiętnik a jeszcze później książki.. Bardzo dobrze snuło się z nią plany na przyszłość. Trochę trudno było sobie tę przyszłość wyobrazić. Poza zatłoczonym gettem? W wolnym świecie? A planów miałyśmy bardzo dużo.
Wiele osób z kręgu znajomej młodzieży zapisało się do "Toporolu" czyli Towarzystwa Popierania Rolnictwa. Instytucja ta powstała w celu zagospodarowania bardzo nielicznych terenów - wszystkich choćby najmniejszych kawałeczków ziemi, na których można było coś uprawiać. Te maleńkie ogródki musiały zastąpić las, pole i całą przyrodę. Chłopcy pracowali tam głównie dlatego, żeby zaliczyć w ten sposób obowiązujący ich kontyngent pracy. Części młodzieży getta zależało na tym, żeby nauczyć się ogrodnictwa i rolnictwa, prawdopodobnie planowali po wojnie wyjazd do Palestyny. My pracowałyśmy dla przyjemności. Formowałyśmy grządki, sadziłyśmy jarzyny i pieliłyśmy, ale jeszcze bardziej lubiłyśmy grę w siatkówkę, którą można było uprawiać w wolnych chwilach na sąsiednim placu.
Chlubą Towarzystwa była nowoczesna hodowla kurcząt - w inkubatorach. Wanda poświęcała kurczakom bardzo dużo czasu. Podobnie jej sympatia - Tadeusz. Rodzice Wandy zaczęli podejrzewać, że chodziło jej bardziej o niego niż o pisklęta. Niezbyt to im się podobało. Uważali, że z chłopcem powinna się spotykać w domu. Wanda irytowała się. Zupełnie nie odpowiadała jej rola panienki z dobrego domu. Nie wiadomo co było naprawdę ważniejsze dla Wandy, w każdym razie na pewno była do kurcząt niezmiernie przywiązana. Nie miały one jednak szczęścia. Wkrótce wdała się jakaś kurza zaraza i pomimo ogromnych wysiłków wezwanego na ratunek weterynarza zdziesiątkowała hodowlę.
Najgorzej getto wyglądało wczesną wiosną. Wtedy brud i nędza tej dzielnicy ujawniały się w całej swojej brzydocie. Późną wiosną wyglądało to już trochę lepiej. Ale zieleni było niezmiernie mało.
Na północ od ulicy Pawiej, na której mieszkałam znajdowała się ulica Gęsia z więzieniem t.zw. Gęsiówką. Następna równoległa ulica znajdowała się naprzeciwko bramy cmentarza żydowskiego. Na to, żeby się na nim znaleźć trzeba było jeszcze przekroczyć Okopową, która nie należała do getta. Było to miejsce dosyć niebezpieczne, bo z "wachy". która się w tym miejscu znajdowała padały czasem strzały. Chodziłyśmy tam jednak od czasu do czasu, ponieważ obok cmentarza znajdował się mały kawałek uprawianej ziemi, który należał do Toporolu.
Na lekcje, jak również do głównego terenu Toporolu, który mieścił się na ulicy Elektoralnej miałam dosyć daleko. Żeby tam dojść musiałam przemierzyć dużą część getta. Szłam często z koleżanką i chociaż byłyśmy zatopione w rozmowie spostrzegałyśmy jednak co działo się dookoła. Po okrążeniu Pawiaka ulicą Więzienną i Dzielną dochodziło się do Karmelickiej. Była ona bardzo ruchliwa i zatłoczona, czasem z trudem można się było przebić przez tłum zaaferowanych ludzi spieszących w różne strony. Dalej - na Elektoralnej i na Lesznie było już trochę luźniej.
Leszno było najładniejszą ulicą. Stanowiło miejsce spacerów. Tam można było zobaczyć najładniejsze i najbardziej eleganckie dziewczyny. Niektóre przechadzały się z chłopcami w mundurach - policjantami. Mundur dodawał im oczywiście uroku. Dopiero później okazało się jak fatalnym błędem było wstąpienie do takiej policji.
W pierwszym okresie istnienia getta składało się ono z dwu części - od południowej strony było t.zw. małe getto, do którego przechodziło się przez most nad ulicą nienależącą do dzielnicy żydowskiej. Po pewnym czasie jednak to małe getto zlikwidowano zagęszczając jeszcze bardziej dzielnicę zamieszkałą przez Żydów.
Na zatłoczonej powierzchni getta kipiało życie. Wszystko można było tam spotkać: od tragicznej nędzy do bogactwa. Niemcy bardzo lubili fotografować te kontrasty, które miały świadczyc o tym jak podły jest naród, który zamknęli za murami.
Kursowała komunikacja - riksze czyli ławeczki na kołach , których siłą napędową był pedałujący człowiek. Oczekujący rikszarze reklamowali głośno swoje pojazdy: "Leszno, Solna, riksza wolna!". Był też tramwaj t.zw. "konhellerka" od nazwisk przedsiębiorców czerpiących z niego zyski, mówiono, że byli to kolaboranci. O ile pamiętam w czasie całego mojego pobytu w getcie nie skorzystałam ani razu z żadnego pojazdu. Na Lesznie było parę kawiarni, był również kabaret. Od czasu do czasu wystawy malarskie, na których prezentowano dzieła uczniów znajdującej się w getcie szkoły plastycznej.
Urządzano spotkania towarzyskie i potańcówki. Przeważnie brała w nich udział młodzież ale i dorośli spotykali się od czasu do czasu - zwykle na terenie jednego domu za względu na obowiązującą godzinę policyjną.
Na placu Grzybowskim znajdował się kościół Odprawiano w nim nabożeństwa, na które przychodziło dużo wiernych - katolików żydowskiego pochodzenia.
Już nie pamiętam dlaczego zaczęłam uprawiać z koleżankami seanse spirytystyczne, nie mogę sobie przypomnieć co nas do tego nakłoniło. To był taki rodzaj seansów z talerzykiem i kartką papieru z wyrysowanymi na niej literami. I talerzyk o dziwo chodził!- nie było wątpliwości. I pokazywał coraz to inne litery, z których układały się odpowiedzi na nasze pytania, a czasem brzydkie słowa. Było to bardzo dziwne - zupełnie niezrozumiałe. I w końcu to ja stwierdziłam co się naprawdę działo. Kiedyś pokonałam opór talerzyka, zaczęłam ciągnąć go w drugą stronę i w ten sposób odkryłam ducha. Była nim mała siostrzyczka mojej przyjaciółki, która brała z nami udział w seansach. Tak sobie z nas - starszych od niej - zakpiła. Nigdy już więcej w życiu nie wzięłam udziału w żadnym seansie spirytystycznym.
Większość naszych nauczycieli rekrutowała się z przedwojennego gimnazjum i liceum Spójnia w Warszawie. Nauczyciel łaciny i historii był niski i śniady. Nadałyśmy mu przezwisko "mały czarny". Jego dewizą jako pedagoga było: nie wymagać uczenia się niczego na pamięć - miało to taki skutek, że łaciny nie nauczyłyśmy się zbyt dobrze a w datach wydarzeń historycznych myliłyśmy się nie tylko o lata ale o całe wieki. Mały czarny był jakiś zagadkowy i często o nim rozmawiałyśmy. Był kawalerem, grał dobrze na skrzypcach i razem ze swoim bratem brał udział w amatorskich koncertach w jednym z prywatnych domów. To mu nadawało bardziej ludzkie cechy.
Nasz nauczyciel "polskiego" lubił cytaty. "Dwie są bowiem melancholie - często deklamował Słowackiego - jedna jest z mocy, druga ze słabości; jedna jest skrzydłami ludzi wysokich, druga kamieniem ludzi tonących" - a może brzmiało to troszeczkę inaczej, ale i tak pozostało we wspomnieniach jako bardzo piękne. Nie wszystkie z nas miały cierpliwość do czytania Słowackiego, ale każda chciała zobaczyć go na scenie. W getcie był teatr, byłam w nim tylko jeden raz i nie zostawił mi wyraźnych wspomnień, chociaż uważano, że był bardzo dobry. Nie wystawiano w nim Słowackiego.
Nauczyciel fizyki i nauczyciel matematyki byli świetnymi pedagogami i zadawali bardzo dużo lekcji do domu, na pewno za dużo jak na nasze życzenia, właściwie nie było czasu, żeby to wszystko odrobić. Bo właśnie zaczęłyśmy czytać książki "dla dorosłych". W różnych domach było sporo książek. Można je też było wypożyczać w lotnych wypożyczalniach. Taka obsługiwana przez jedną lub dwie osoby czytelnia wędrowała po domach z walizką książek i dostarczała poprzednio zamówioną literaturę lub doradzała niezdecydowanym.
Niektóre książki miały w tym okresie szczególne powodzenie. Były to m. i. "Przeminęło z wiatrem" i "Czterdzieści dni Musa Dag" Werfla (o prześladowaniach Ormian przez Turków). W ich treści dopatrywano się analogii z obecną wojną - w rzeczywistości niewiele miały z nią wspólnego. I jeszcze książka z okresu pierwszej wojny światowej p.t. "Catherine zostaje żołnierzem"- nazwiska autora czy autorki nie pamiętam - ta książka bardzo podobała się młodzieży a szczególnie dziewczynom. Nie wspomniałam jeszcze o "Na zachodzie bez zmian Remarque'a i o wielotomowej "Rodzinie Thibault" Ta pierwsza książka i ostatni tom drugiej, który kończył się potężnym akcentem pacyfistycznym, były bardzo antywojenne i dlatego cieszyły się wtedy dużym zainteresowaniem. Ja próbowałam czytać też różne znane książki, które były dla mnie jeszcze za trudne jak np. "Czarodziejska Góra" Manna - niewiele z niej rozumiałam.
Był to również czas pierwszych spotkań z muzyką - można jej było słuchać albo z płyt albo na koncertach w miejscu dzisiejszego kina Femina, sala koncertowa miała tę samą nazwę. Orkiestra symfoniczna pod dyrekcją dyrygenta Pullmanna grała bardzo dużo różnych utworów muzyki klasycznej do chwili wydania niemieckiego zarządzenia ograniczającego znacznie repertuar. Żydzi nie mogli przecież bezcześcić aryjskich kompozytorów słuchaniem skomponowanej przez nich muzyki. Wolno im było odtąd słuchać tylko muzyki skomponowanej przez kompozytorów żydowskich. Rodowodu niektórych kompozytorów można się było już przedtem dość łatwo domyśleć jak w przypadku Mendelsona ale kto wiedział o żydowskim pochodzeniu na przykład Ravela? No i nawet dobrze, że miał takie pochodzenie, bo jego utwory były często grywane.
Duże powodzenie miała młoda śpiewaczka nazywana słowikiem getta - Marysia Ajzensztadt. Miała bardzo ładny, ciepły głos. Poznałam w jej wykonaniu trochę znanych arii operowych. Całych oper oczywiście nie wystawiano, nie było na to warunków.
Beethovena mogliśmy słuchać z płyt. Jeden z naszych kolegów miał znajomego - posiadacza dużej kolekcji płyt z muzyka klasyczną, który zgodził mu się je wypożyczać do kolejnego przesłuchiwania. Zdobyliśmy też adapter i znaleźliśmy mieszkanie gdzie pozwolono nam puszczać płyty. Co prawda było tam okropnie zimno i trzeba było siedzieć w paltach. Pierwszy pożyczony komplet płyt to była piąta symfonia Beethovena w jakimś bardzo dobrym wykonaniu. Niestety wkrótce przytrafiło się nieszczęście - ułamał się kawałek jednej z płyt. Nasz kolega nie miał odwagi przyznać się do tego znajomemu kolekcjonerowi. Słuchaliśmy więc bez końca tej piątej. Przejadła się nam już na zawsze. Początkowy wstrząsający motyw gdy "przeznaczenie puka do losu człowieka" przestał robić jakiekolwiek wrażenie, stał się tak banalny i nudny jak refren nie lubianej piosenki,.
Dwa lata nauki - trzecia i czwarta klasa gimnazjum - doprowadziły nas do t. zw. małej matury. Ale już trochę wcześniej pojawiły się groźne zapowiedzi tego co miało nastąpić.
Kiedyś Wanda przyszła na lekcje okropnie zdenerwowana. "Zabili Pejtra (było to przezwisko mało nam znanego trochę starszego od nas chłopaka, chyba ucznia tej samej co my szkoły). Przyszli po niego do domu, zaprowadzili go na tyły jakichś ruin i tam go zastrzelili. Dlaczego? nic nie wiadomo".
Powiało grozą.
W lecie 1942 podobne wydarzenia zaczęły się powtarzać. Atmosfera zagęściła się i czuło się, że nad wszystkimi wisi coś bardzo złego. Szerzyły się pogłoski o tym , że w getcie pozostaną jedynie pracujący a pozostali zostaną wysiedleni.
Część spośród nas - koleżanek i kolegów z kompletów - próbowała się już wtedy ratować ucieczką z getta, - natychmiast, albo trochę później, jeżeli udało im się przetrwać pierwsze wywózki, - na t.zw. aryjską stronę. Jako należącym do grupy inteligencji ucieczka była dla nas trochę łatwiejsza niż dla ogromnej większości mieszkańców getta. Sposób zachowania ani mowa nie zdradzały naszego pochodzenia. Niektórych zdradzał co prawda typ urody zwany wtedy "złym wyglądem" - bardzo utrudniał on ocalenie - no, ale można było próbować. Mieliśmy często różnych znajomych nie - Żydów, którzy mogli i chcieli nam pomóc. Ale niebezpieczeństwo wywiezienia przyszło nagle i wiele osób, nawet tych, którzy mieli szanse uratowania się, nie zdążyło nic przedsięwziąć.
Przeważająca ilość mieszkańców zatłoczonej dzielnicy żydowskiej nie miała w ogóle realnej możliwości ratowania się ucieczką - zostaliby bardzo szybko rozpoznani z powodu wyglądu, ubioru i mowy. Inni bali się izolacji. Na to, żeby się oderwać od dotychczasowego otoczenia potrzebna była duża determinacja i sporo odwagi. Panowało błędne przekonanie, że lepiej być ze swoimi. "Co będzie z innymi to i ze mną " - takie zdania słyszało się bardzo często. Ludzie liczyli zresztą na to, że po wywiezieniu będą gdzieś pracować i że jakoś to będzie. Na początku nie przychodziło przecież nikomu do głowy, że wywiezienie oznacza bardzo rychłą śmierć.
Te spośród nas, które uciekły z getta żyły same lub z rodziną w bardzo dużym zagrożeniu - tropienie Żydów po "aryjskiej stronie" nie ustawało.
Niektóre z nas ocalały. Znacznie mniej uratowało się chłopców. Z naszych nauczycieli wojnę przeżyli nauczyciel "polskiego" i pani od biologii. Po pozostałych ślad zaginął.

WYWOŻENIE ŻYDÓW

Pierwsze bardzo groźne sygnały zaczęły docierać do getta latem 1942 roku.
Nocą wyciągnięto z domów grupę ludzi, którzy zostali natychmiast rozstrzelani. Szerzyły się wieści, że mieszkańcy getta zostaną wysiedleni - wywiezieni "na wschód" do niejasnej pracy w niesprecyzowanych obozach. Zatrudnienie w istniejących już w tym momencie oraz nowopowstających firmach przedsiębiorców niemieckich t. zw "szopach" (krawieckich, futrzarskich, meblarskich i t. p.) miało chronić przed wywiezieniem. Oczywiście wiele osób chciało się w nich jak najszybciej zatrudnić, ale miejsc było mało. Rozpoczęły się swojego rodzaju wyścigi, szukanie znajomości, przekupstwa, ofiarowywanie maszyn do szycia i innych.
Pogłoski okazały się prawdą. Prezes gminy żydowskiej - Czerniakow - nie chcąc podpisać rozporządzenia o wywożeniu ludności popełnił samobójstwo. Inni podpisali ten dekret i enigmatyczne "przesiedlenie na wschód" stało się faktem.
Pierwsze masowe wywożenie ludzi z getta warszawskiego uderzyło w społeczeństwo zupełnie nieprzygotowane do stawienia jakiegokolwiek oporu. Przede wszystkim ludzie nie myśleli, że mają ich zamiar zabić. Komu przyszłoby coś takiego do głowy? Ogromna większość ludzi zginęła nie uświadamiając sobie prawdy prawie do samego końca.
Specjalne ekipy przeprowadzały blokady domów. W ich skład wchodzili Niemcy z SS i zwerbowani specjalnie do tej działalności Ukraińcy i Łotysze - nazywani szaulisami. Nie było w nich Polaków. Rozlegały się krzyki po niemiecku: wychodzić na podwórze, kto nie wyjdzie zostanie zabity! Potem odbywało się przeszukiwanie mieszkań i zabijanie tych co pozostali - ukrywających się lub chorych.
W naszym domu, który stał naprzeciwko Pawiaka, mieściła się wcześniej fabryka a później został założony "szop" czyli przedsiębiorstwo niemieckie. Poza tym było tam tylko kilka mieszkań i pozostały one dość długo niezauważone przez przeprowadzających blokady. Było oczywiste, że pewnego dnia wreszcie je zauważą i dlatego nie wiedzieliśmy nigdy czy jutrzejszy dzień zastanie nas jeszcze w domu.
Niektórzy mieszkańcy getta zgłaszali się dobrowolnie na wyjazd, ponieważ Niemcy wydawali każdemu z takich "ochotników" chleb i marmoladę. Głód robił swoje, a otrzymywanie jedzenia utwierdzało ludzi w przekonaniu, że pojadą do pracy.
Widok z okna zmienił się bardzo szybko nie do poznania. Na ulicy nie było już żadnego ruchu. Z okna widać było wchodzących na wozy - dużo było wśród nich ubranych w czarne chałaty. Wozy jechały na plac przeładunkowy (Umschlagplatz). Stamtąd odjeżdżały wagony na ten niejasny wschód. Oczywiście już wtedy można było odgadnąć prawdę co dzieje się z wywożonymi ale ludzie wciąż trzymali się uporczywie wersji o obozach pracy.
Stopniowo zaczęły przenikać do getta złe wiadomości pochodzące od kolejarzy i przekazywane z ust do ust. Ktoś mówił: "Wagony jadą do Treblinki, są pełne ludzi, ale nikt stamtąd nigdzie nie wyjeżdża a wagony wracają puste. Co to oznacza?" Uciszano go: "Może to nieprawda. Zawsze znajdą się panikarze"
Wreszcie dotarło świadectwo na piśmie. Zaczęła krążyć broszura o tym co dzieje się w Treblince. "Drogi czytelniku - pisał jej autor - nazywał się Jankiel Wiernik - dla Ciebie tylko przedłużam swój marny żywot". Stracił całą swoją rodzinę. Pisał o komorach gazowych i paleniu zwłok. Załogę Treblinki stanowiła bardzo mała ilość osób - Niemców. Poza nimi zatrudniano tam niewielką grupę mężczyzn - Żydów, którzy byli wykorzystywani do usuwania zwłok. Po pewnym czasie zabijano ich również, ale jednej z grup w krańcowo trudnej sytuacji udało się zorganizować napad na straż i przebić się do lasu - wśród nich był autor książeczki, który wszystko opisał.
Po przeczytaniu broszury właściwie nie można się już było łudzić. Ale dalej nie wszyscy wierzyli. Za bardzo chcieli żyć. I tak dla większości ludzi możliwości przeciwstawienia się losowi były bardzo ograniczone. Ucieczka z getta na teren dużego miasta jak Warszawa była dla nich niemożliwa do zrealizowania.
Wiele lat po wojnie chciałam pojechać do Treblinki i zobaczyć miejsce, które było mi kiedyś przeznaczone. Ale bałam się. Nie duchów pomordowanych, ale żywych. Bałam się, że mnie ktoś może napaść, bo pewnie poza dniami wycieczek i szczególnych uroczystości było tam bardzo pusto. Ale jeszcze bardziej bałam się, że zobaczę tam antysemickie napisy w rodzaju "Żydzi do gazu" lub coś podobnego. I dlatego nie pojechałam do Treblinki.
Na początku wydawało się, że funkcja policjanta żydowskiego nie była niczym złym. Policjanci podlegali gminie żydowskiej i przyczyniali się do utrzymywania porządku w getcie. Do policji wstąpiła część młodzieży z braku innego zajęcia a również pewnie trochę z chęci chodzenia w mundurze. Okazało się jednak, że nie można bezkarnie wstępować w służbę do okupanta, nawet jeżeli mu się bezpośrednio nie podlega. Policjanci zostali zmuszeni do udziału w akcji wysiedleńczej - mieli dostarczać codziennie określoną ilość osób do wywiezienia. W taki sposób zanim sami zostali zabici zdążyli w fatalny sposób zapisać się w historii.
Po pierwszej masowej akcji wywożenia ludzi nastąpił chwilowy okres spokoju, w czasie którego getto zamieniło się w coś w rodzaju obozu pracy. Funkcjonowały przedsiębiorstwa niemieckie. Ich właściciele dobrze zarabiali korzystając z prawie darmowej siły roboczej i życzyli sobie bardzo, żeby taka sytuacja trwała jaknajdłużej.
Akcje wywożenia powtarzały się w rytmie trudnym do przewidzenia przetrzebiając coraz bardziej liczbę pracujących. Numerki takie i owakie a kto ich nie dostał ten nie miał już prawa do pracy. Ktoś przypomniał starożytne proroctwo, które teraz właśnie się sprawdzało, a które brzmiało jakoś tak: "Będziecie błagali o pracę, ale nie będą Was chcieli"
Z okna widać było długi szereg wyeliminowanych przez selekcję, którym kazano siedzieć na jezdni a następnie przepędzano ich na Umschlagplatz.
Przeciwstawieniem się przemocy była próba ucieczki z pociągu. Nadeszły czasy gdy wielu mężczyzn nie rozstawało się z kompletem narzędzi a gdy znaleźli się w wagonach to od chwili odjazdu rozpoczynali ślusarsko-mechaniczną działalność. Kto chciał mógł potem z takiego rozprutego wagonu wyskoczyć, ale nie wszyscy mieli odpowiednią siłę fizyczną jak również siłę decyzji, bo ogromna większość uciekających ginęła natychmiast zastrzelona przez konwojentów pociągu.
Jakąś formą oporu było samobójstwo, chociaż nie zdarzało się ono często. Czasem odbierały sobie życie całe rodziny we własnym mieszkaniu jeszcze zanim ich schwytano. Taki los spotkał mojego kuzyna - rówieśnika i towarzysza zabaw od najwcześniejszego dzieciństwa - i jego rodziców, popełnili oni zbiorowe samobójstwo. Inni, liczący do ostatniej chwili na to, że się nie dadzą złapać, zażywali truciznę dopiero na Umschlagplatzu albo w wagonach. Oczywiście jeżeli udało się im ją w ogóle zdobyć.
Wkrótce opór zaczął przyjmować inną postać a mianowicie przygotowywania do działań zbrojnych. A mentalność ludzi też zaczęła się zmieniać w widoczny sposób, choćby tylko w sensie stawiania biernego oporu.
Z żyjących jeszcze w getcie na początku 1943 roku liczni podejmowali próby przetrwania pod ziemią. Budowano schrony, gromadzono żywność i wodę. Niektóre takie schrony były podobno bardzo dobrze wyposażone. Nie słyszałam jednak o nikim komu udałoby się w ten sposób przetrwać w Warszawie. Spowodowały to działania wojenne i pożary. Hitlerowcy spalili doszczętnie całą dzielnicę - pozostały już nawet nie ruiny, ale pole gruzów. Źródła historyczne podają, że walka o życie w niektórych schronach trwała jeszcze przez dobrych kilka miesięcy po ostatecznym upadku powstania w getcie warszawskim.
Niedługo ma wyjść książka o warszawskim getcie dwojga autorów - młodych i nie znających osobiście czasów, w których istniało getto. Zbierali materiał do książki przez długie lata. Sporządzili również mapę całej dzielnicy. Gdy ich spotkałam dopytywali się o takie szczegóły, których nigdy nie zauważyłam albo dawno zapomniałam. Spytałam co nakłoniło ich do zainteresowania się takim tematem. Jeden z autorów - historyk z Instytutu Badań Literackich opowiedział mi: " Ja się urodziłem i mieszkałem przez całe dzieciństwo tutaj, na Nowolipkach. Bawiłem się tu z rówieśnikami, biegaliśmy, jeździliśmy na sankach. I dopiero po wielu latach dowiedziałem się po czym właściwie my biegaliśmy. To zadecydowało o moim zainteresowaniu się tymi sprawami".

DZIECI


Dużo dzieci w getcie żebrało, zajmowało się handlem, przedostawało się na drugą stronę murów w celu zdobycia pożywienia czasem dla całej rodziny. Wiele z nich poniosło przy tej okazji śmierć.
Były też dzieci urodzone przed wojną albo już w czasie wojny, które żyły i mieszkały w niezłych warunkach otoczone opieką rodziny. Dopiero gdy rozpoczęło się wywożenie Żydów z Warszawy każde bez wyjątku dziecko znalazło się w niezmiernie trudnej sytuacji. Dorosły mężczyzna lub kobieta mogli jeszcze liczyć na jakieś zatrudnienie, które chwilowo ratowało życie. Dziecko było nieproduktywne. Dlatego w czasie wszystkich łapanek i blokad przede wszystkim ukrywano dzieci. W różnych kryjówkach gdy spodziewano się, że prześladowcy znajdą się w pobliżu podawano dzieciom środki nasenne, żeby nie zdradziły swojej obecności.
Ukryć siebie lub dziecko można jako tako we własnym domu. I prawdopodobnie żeby to właśnie udaremnić w pewnym momencie w bardzo już przetrzebionym getcie został zarządzony przemarsz części mieszkańców na teren obramowany dookoła paroma ulicami. Największa z nich to ulica Miła. Nikt nie wiedział co będzie dalej, może nie będzie już w ogóle można wrócić do swoich domów, więc poszli prawie wszyscy. Wkrótce okazało się, że była to pułapka - chodziło o jeszcze jedną kontrolę zaświadczeń o zatrudnieniu w przedsiębiorstwach niemieckich istniejących na terenie getta. Masz odpowiedni numerek to przejdziesz przez selekcję, nie masz - to jesteś skierowany na Umschlagplatz i dalej czyli do Treblinki. A przede wszystkim było to polowanie na dzieci. Razem z dzieckiem zabierano oczywiście osobę opiekującą się nim, również wtedy gdy nie była to matka, chodziło o porządek. "Nie płacz - mówi ktoś do cztero, może pięcioletniej dziewczynki. Tak, dobrze Pani mówić - odpowiada dziecko - jak Pani jest dorosła".
Jakaś kobieta wybiegła z szeregu, prawdopodobnie po to, żeby znaleźć się obok swoich bliskich. Reakcja SSmana była błyskawiczna - natychmiastowy strzał w głowę. Może było to nawet dla niej lepiej.
Co robić gdy ma się zaświadczenie o pracy, ale również dziecko, które w takiej sytuacji bardzo trudno ukryć? Matki chowają małe dzieci do plecaków. Byle tylko przejść przez kontrolę! A Niemcy chodzą między szeregami i kłują plecaki bagnetami, żeby sprawdzić czy nie ma tam dziecka. Jest to bardzo mało, prawie nic w porównaniu z setkami tysięcy, które giną w komorach gazowych, ale powoduje, że stojący obok zapominają na chwilę o swoim własnym losie i powtarzają gorączkowo w myśli: "Boże, spraw, żeby w tym plecaku nie było dziecka. I w tym następnym też nie!" W taki jeszcze jeden sposób ulica Miła przechodzi do historii.

***



Mariusz urodził się przed samą wojną a jego cioteczna siostra Erna na początku wojny. Żadne z nich nie miało pojęcia o tym, że przyszło na świat w tak fatalnych czasach. Mieszkali w jednym mieszkaniu i razem chodzili na spacery na bardzo małe kawałeczki zieleni w getcie. Dziś właśnie gdy wrócili ze spaceru okazało się, że przyszła ciocia (moja matka chodziła w getcie na kursy trykotarskie) i przyniosła prezenty - ubranka zrobione na drutach. Mariuszowi jest zupełnie wszystko jedno co ma na sobie. Biega tam i z powrotem z pokoju do kuchni w jakichś swoich bardzo ważnych sprawach i nie ma czasu na stroje. Ale Erna, jak każda kobieta, lubi się ubrać. Sukienka leży na niej doskonale. Zapomniała nawet na chwilę o ukochanym misiu. Gdzie on się podział? Jest! Znalazł się w kuchni wśród zabawek Mariusza.
I już zupełnie nic więcej poza tym tak bardzo odległym wspomnieniem nie pozostało po nikim z rodziny. Rodzice nie zdążyli nawet próbować ratować choćby tylko dzieci. Jedynym ich przywilejem był zawód. Byli farmaceutami i w zakresie ich możliwości leżało zdobycie w ostatniej chwili odpowiedniej ilości trucizny. Tak zaopatrzeni wsiedli do wagonów i według wszelkiego prawdopodobieństwa nikt z nich nie dojechał już żywy do Treblinki. Myśląc o tym odczuwało się pewną ulgę.

***

Opowiadanie młodej matki: "Chodziłam wtedy z Januszkiem, to był piąty miesiąc, kiedy wszystko się zaczęło. Urodziłam go w domu, potem wdały się jakieś komplikacje, długo trwało zanim wróciłam do siebie.
Bardzo się zastanawialiśmy co mamy teraz zrobić. My już nie mamy nadziei, że uda się nam uratować. Ale on powinien żyć! To wielkie szczęście, że ten mężczyzna zgodził się go wynieść z getta i podrzucić. W tamtym domu na dole jest sierociniec. A on go zostawi na schodach na najwyższym piętrze. Muszą się przecież nim zaopiekować.
Jest jeszcze jedno. Znajoma Pani Doktór próbuje uciekać z getta. Dałam jej adres i obiecała, że jeżeli uda jej się przeżyć to pójdzie po wojnie do tego sierocińca i zobaczy co dzieje się z moim synkiem. Jak pozna które to dziecko? On ma takie znamię na szyjce. To straszne, że ja sama już go nigdy nie zobaczę. Ale tak musimy postąpić".
Matka dziecka płacze, ale i tak młodzi rodzice sa opanowani i spokojni jeżeli wziąć pod uwagę sprawę, która właśnie się rozgrywa. Widocznie daje im ten spokój poczucie spełnionego obowiązku.

***

"Co to za sztuka grać na pianinie, przecież wiadomo gdzie jest jaka nuta - mówił Oleś - Trudno to jest dopiero na skrzypcach gdzie nic nie jest zaznaczone i trzeba trafić we właściwe miejsce". Oleś miał wprawdzie absolutny słuch, ale trafiania w odpowiednie miejsce mu to nie zapewniało i miał z tym sporo kłopotu. W domu, w którym mieszkał z rodzicami i z babcią odbywało się dość często muzykowanie - rodzinne oraz z udziałem dochodzących muzyków amatorów. Oleś nie brał w nim jeszcze udziału, ale słuchał, był też parę razy z ojcem na koncercie.
Babcia nie była muzykalna, ale lubiła wszystkich - i tych co grali i tych co nie grali. Nosiła czarną wełnianą chustkę na plecach, uśmiechała się i mówiła z radością: " Jak dobrze, że jesteście, siadajcie, siadajcie"- promieniowała ciepłem. I dlatego tak dużo osób chętnie przychodziło do tego domu, nie tylko z powodu muzyki.
Na samym początku ekipy przeprowadzające blokady złożone z Niemców SS i innych myślały, że w całym domu byli sami pracujący. Wtedy Olesia chcieli jeszcze wysłać na aryjską stronę, słyszeli, że klasztory ratowały dzieci - on był zupełnie niepodobny do Żyda. Ale nie mieli kontaktu ani telefonu i nie zdążyli nic zrobić. Wkrótce cała rodzina została wywieziona.

***

Niektóre żydowskie dzieci, o których czasem nie wiadomo było jeszcze czy są sierotami znajdowały "aryjskich" opiekunów. Na tym tle rozgrywały się swoiste konflikty i tragedie. Problem powstawał wtedy gdy dziecko przywiązywało się do swoich przybranych rodziców a oni do niego a po zakończeniu wojny odbierała je prawdziwa matka. Mogła to nawet nie być matka, tylko ktoś z dalszej rodziny kto miał prawo do dziecka. ."Ja już nie chcę jej komplikować życia i dlatego nie próbuję się z nią spotykać - mówiła taka wojenna opiekunka dziecka - jej matka mnie nie rozumie, jest chyba zazdrosna. Ale ja tak tęsknię! Tak bardzo chciałabym się o niej więcej dowiedzieć, jak wygląda, jak jest ubrana, czy jest wesoła. Myślę, że i ona za mną tęskni" - płakała wojenna opiekunka.


PRACA W NIEMIECKIM SZOPIE

Po pierwszej wielkiej czystce na terenie getta warszawskiego oficjalnie nie było już niezatrudnionych. Były tylko przedsiębiorstwa niemieckie: Toebbensa, Schultza i inne rozproszone po dawnej dzielnicy. Dość daleko od naszego miejsca pracy znajdowało się t.zw. getto centralne z szopem "Szczotkarzy" - tam znajdował się późniejszy sztab powstania w getcie.
Schultz zatrudniał kuśnierzy, którzy szyli czapki i rękawiczki dla żołnierzy niemieckich na wschodnim froncie. Futro pochodziło ze zbiórki w Niemczech. Przesiębiorca zatrudniał więc również niefachowców, których zadaniem było prucie t zn. odłączanie podszewki, watoliny i tp. od tych obiektów ze zbiórki po to, żeby kuśnierze mogli z nich uszyć nowe rzeczy. Schultz zarabiał na tym niemało pieniędzy a poza tym dzięki prowadzeniu swojego przedsiębiorstwa znajdował się daleko od frontu. W jego interesie leżało, żeby robotnicy żyli i pracowali jak najdłużej, odgrywał więc rolę "dobrego opiekuna". Miał nawet swojego żydowskiego namiestnika, któremu "odbiło", bo zaczęły mu sprawiać dużą satysfakcję okruchy władzy, które na niego spadły.
Ci, którym pozwolono pracować starali się nie za bardzo wspierać niemieckie działania na wschodnim froncie i nie pracować zbyt szybko. Chociaż i tak wszystko wskazywało na to, że czapki i rękawiczki nie uratują już armii niemieckiej, zaczęła bowiem wyraźnie przegrywać. W komunikatach wojennych coraz częściej powtarzały się zwroty o wycofywaniu się na z góry upatrzone pozycje i o ogromnych stratach nieprzyjaciela jakie ponosi on przy posuwaniu się do przodu.
Tylko, że te wydarzenia rozgrywały się jeszcze bardzo daleko od Polski. I było niezmiernie wątpliwe, żeby udało się wygrać wyścig z czasem. Hitler właśnie zapowiedział w swoim ostatnim przemówieniu, że wkrótce już Żydów zostanie w Europie tyle ile jest śmieci w dobrze wysprzątanym śmietniku. I można mu chyba było wierzyć.
Już nie mieszkaliśmy na Pawiej obok szopu, ale na Nowolipiu i codziennie w kolumnach przemierzaliśmy drogę do pracy i z powrotem. Po drodze, na Smoczej mijaliśmy nieduży szop Hallmana - produkowano tam meble. Przy bramie zawsze czekał Marian - mój dobry kolega i znajomy. Mieliśmy tylko czas, żeby do siebie pomachać i uśmiechnąć się, więcej możliwości nie było.
Porządku pilnowali t. zw. "Werkschutze"- byli to zatrudnieni specjalnie w tym celu młodzi mężczyźni odznaczający się energią i pewnym stopniem brutalności, chociaż nikomu właściwie krzywdy nie robili. Byli dosyć prymitywni. Zatrudniony był też taki "Werkschutz", który okazał się zupełnym niewypałem. Był to ni mniej ni więcej ale muzyk, ściśle biorąc: początkujący dyrygent orkiestry symfonicznej. W dodatku miał cichy głos i był dobrze wychowany. Warto było zobaczyć jak wyglądały jego usiłowania zaprowadzenia porządku w szeregach! Pozostali "Werkschutze" oczywiście radzili sobie znacznie lepiej.
W "pruwalni " wśród niefachowych robotników życie toczyło się po swojemu. Była tu wyjątkowa zbieranina przeróżnych osób - ludzie wielu zawodów, trochę inteligencji, dołączono również Żydów z Niemiec. To nie to co szacowna branża kuśnierska.
Może się to komuś wydać dziwne, ale było wesoło. Ułożono nawet całkiem dowcipną szopkę. Bo też było dużo śmieszności w tym dziwacznym życiu wśród starej odzieży ze zbiórki niemieckiej. Praca była paskudna, ale lekka. Można było porozmawiać, można było również pośpiewać. Najwięcej życia wnosiła Ada. Miała wspaniały głos. Pamiętała bardzo dużo piosenek z operetek, kabaretów i innych. "Skąd Ty to umiesz? Przecież nie chodziłaś na takie przedstawienia, byłaś dzieckiem". "Moja mama mnie nauczyła. Zawsze jak wracali z teatru to mama w domu śpiewała". Co jakiś czas Ada nagle siada i zaczyna płakać. Rodzice jej zostali wywiezieni prawie na samym początku.
W pruwalni ważną rolę odgrywała Pani Doktorowa - wdowa po znanym lekarzu - męża jej zabrano niedawno w czasie jego wyprawy do innej części getta - do t. zw. getta centralnego, gdzie musiał coś niezbędnego załatwić. Pani doktorowa odznaczała się łagodnością i rozumiała dużo problemów innych osób, które przychodziły do niej po radę z różnymi kłopotami. Pracowały z nami również jej dwie dorosłe córki - starsza była żoną Werkschutza - dyrygenta. Młodsza była energiczna i wesoła - jej jednej z całej rodziny udało się przeżyć wojnę.
Starsze małżeństwo zabrało się do gotowania zup, które sprzedawali "na talerze" zarabiając w ten sposób na utrzymanie. Byli wiecznie zaaferowani, usiłując pogodzić wszystkie obowiązki, do których dochodziły jeszcze praktyki religijne, byli bowiem pobożni. Mąż codziennie popołudniu biegał po wszystkich pomieszczeniach, żeby zebrać dziesięciu mężczyzn koniecznych do odprawienia modlitwy. W końcu mu się to udawało, chociaż wśród pracujących w pruwalni chętnych nie było wielu.
Od czasu do czasu następowało jakieś szczęśliwe wydarzenie. Ktoś znalazł się już na Umschlagplatzu, ale udało mu się stamtąd wrócić. Mały chłopiec przeszedł przez selekcję bez żadnego ukrywania - po prostu SSman spojrzał na niego i go przepuścił, nawet jakby się uśmiechnął. Ktoś przeprowadził się do innego mieszkania i jest mu teraz o wiele lżej, bo nie musi nosić wody. A matka była z małą córeczką u lekarza i okazało się, że dziecko nie ma już nalotów w gardle.
Roma straciła całą rodzinę i sama nie umiała sobie poradzić. Siedziała osowiała i jadła tylko wtedy gdy ją ktoś poczęstował. Ostatnio "ci od zupy" zaproponowali jej, żeby im trochę pomagała i jadła za to przynajmniej regularnie tę zupę. Roma ożywiała się tylko gdy opowiadała o swojej przyjaciółce, która wyszła niedawno za mąż i są tacy zakochani.
Wiele razy można było zauważyć następującą prawidłowość: jeżeli rozpacz po stracie kogoś bliskiego wybuchała bardzo gwałtownie to taka osoba stosunkowo prędko wracała do równowagi. Znacznie gorzej było gdy ktoś zdusił wszystko w sobie, wtedy pozostawał załamany bardzo długo.
Marysia szlochała bez przerwy opowiadając jak na Miłej zgubili się, ona była z ciocią i z wujkiem a mama została z małym braciszkiem Marysi i z ich Mareczkiem. I zabrali ją i obu chłopców. Już po dwu dniach jednak potrafi się cieszyć, że ocalał jej starszy brat, z którym może się od czasu do czasu widywać.
Pani Chawa była jak nieprzytomna, ledwie mogła wykrztusić, że rozłączyli ją z córką - bladą i chorowitą Halinką, powtarzała w kółko: "zabrali mi Halinę, zabrali mi Halinę". Ale pocieszyła się po pewnym czasie, że się jeszcze zobaczą. Może w jakimś obozie pracy?.
Doktór przeżył bardzo szczególną tragedię. Postanowili popełnić zbiorowe samobójstwo. Zażyli truciznę wszyscy: on, żona, dwaj synowie i siostra żony. I wszyscy umarli, a on jeden ocalał, widocznie dawka była dla niego zbyt mała. Siedzi i pruje futra. Od czasu do czasu opowiada nawet jakiś dowcip.
Jedynym językiem grupy Żydów z Niemiec był niemiecki. Nie zawsze rozumieli co się dookoła nich dzieje. "Im to dobrze - mówił ktoś - mniej się denerwują".
Hertha pochodziła z Duesseldorfu. Odkąd znalazła się w "pruwalni" pracowała bardzo systematycznie. Czasem wzdychała "Przecież ja nawet nie wiem czy moja matka jeszcze żyje!" Futra przeznaczone do prucia przywożono ciężarówkami, konwojowali je żołnierze niemieccy. Hertha wdała się kiedyś w rozmowę z jednym z nich. Był też z Duesseldorfu!. "Oboje tak tęsknimy za naszym miastem "- mówiła ze łzami w oczach.
Frau Mueller zupełnie nie pojmowała biegu historii. Wciąż mówiła z szacunkiem "Unser Fuehrer" - można sądzić, że zginęła z jego imieniem na ustach.
Frau Wolff była żoną lekarza. Męża aresztowano już dawno, jeszcze w Niemczech. Rzadko się odzywała, czasem prosiła o pozwolenie odgrzania w którymś z pobliskich mieszkań jedzenia dla siebie i dla dziesięcioletniej córki Rity. "Coś bardzo, bardzo dobrego - Kartoffelsalat" - objaśniała Rita.
Herr Israel wyglądał tak bardzo po niemiecku, że nikomu nie przyszłoby do głowy, że miał złe pochodzenie. W istocie był mieszańcem i widocznie ta babka ze strony ojca przesądziła o jego losie. Próbował się ratować, miał znajomych, którzy pomogli mu wydostać się z getta i zdobyli mu polskie dokumenty, chociaż niezmiernie trudno było mu grać rolę Polaka, bo mówił tylko po niemiecku. Nawiązał kontakt z całkowicie aryjskim mężem swojej siostry, ale niewiele mu to pomogło. Był przeznaczony do likwidacji i został w końcu zlikwidowany.
Pani Szewczykowa była dozorczynią . Przychodziła czasem do getta, żeby załatwić jakieś sprawy w domu sąsiadującym z szopem Schultza. Wstępowała do "pruwalni ", żeby porozmawiać i również kupić coś z ubrania - ludzie sprzedawali swoje rzeczy, bo z pracy w przedsiębiorstwie niemieckim nie można było się przecież utrzymać. Pani Szewczykowa stała i opowiadała co dzieje się w Warszawie "po tamtej stronie". "Sprawdzali zaciemnienie - boją się nalotów. Od sąsiada wywieźli obu synów na roboty do Niemiec. A wczoraj zastrzelili jednego mężczyznę na naszej ulicy. I to za nic, zupełnie za nic!" Pani Szewczykowa prawie płakała. Jej zdenerwowanie było zupełnie zrozumiałe, ale trafiła chyba na niewłaściwych słuchaczy. Pani Bronka powiedziała coś o tym, że już tylu z nas wywieźli i dalej wywożą i zabijają, i też za nic. "No tak -powiedziała pani Szewczykowa - ale to już tak w ogóle cały naród" i wróciła do swojego opowiadania.
Lilka była bardzo ładna i miała duże powodzenie. "Nie możemy uciekać z getta - mówiła - mój braciszek ma przecież taki semicki wygląd. Już chyba lepiej zostać ze swoimi". Inni - w podobnej sytuacji - nie czując się na siłach, żeby przedsięwziąć samodzielnie ucieczkę - szukali oparcia i planowali połączyć wysiłki to znaczy uciekać w więcej osób. Na ogół odkładali to na później i nic z tego nie wychodziło.
Już parę razy miały miejsce różne akcje odbierające niemieckiemu przedsiębiorcy część jego siły roboczej. Kiedyś ekipa do zadań specjalnych czyli Sonderkommando przyjechała z psami. Miały one szukać ludzi, którzy schowali się pod futrami. Ale psy nikogo nie znalazły, bo zapach futer okazał się zbyt silny, były zupełnie ogłupiałe.
Pewnego dnia Schultz kazał zgromadzić się wszystkim swoim pracownikom na podwórzu. Wyszedł na balkon i wygłosił przemówienie: " Musi przenieść swoją fabrykę w inne miejsce. Będziecie dalej u mnie pracować, ale nie tutaj. Jutro przeprowadzamy się do Trawnik - jest to miejscowość w lubelskim" Schultz przemawiał po niemiecku, ale nie był potrzebny tłomacz - Żydzi go i tak zrozumieli. Byli przerażeni. Niektórzy uważali, że było to jeszcze jedno z kłamstw niemieckich i że w rzeczywistości wywiozą ich prosto do komór gazowych. Inni nawet wierzyli, że będą dalej pracować, ale słusznie sądzili, że wyjazd oznacza całkowite oddanie się w ręce niemieckie.
U jeszcze innych - dotychczas niezupełnie zdecydowanych - wiadomość o przeprowadzce przyspieszyła decyzję ucieczki.
W tym samym czasie inna firma - Toebbensa została przeniesiona do Poniatowa - również do lubelskiego. Przedsiębiorstwa te zatrudniały ludzi jeszcze przez cały rok, były tam podobno niezłe warunki. Nieliczne osoby uciekły z tych obozów do lasu. Po roku wszyscy pozostali pracujący zostali w ciągu jednego dnia rozstrzelani przez przybyłą w tym celu ekipę.

UCIECZKA Z GETTA


W miarę postępowania akcji wywożenia Żydów coraz bardziej dojrzewało we mnie postanowienie, żeby się nie poddać i nie dać się zaprowadzić jak owca na rzeź. Nie chodziło tylko o ratowanie życia, ale godności osobistej. Żeby przynajmniej spróbować.
Getto warszawskie było skazane na zagładę. Możliwością ratunku była ucieczka i "zadekowanie się" po t.zw aryjskiej stronie na fałszywych papierach. Była to jednak bardzo trudna decyzja, a większa część społeczeństwa żydowskiego nie miała w ogóle takich możliwości. Pod tym względem trochę łatwiejsza sytuacja istniała na wsi - ludzie kryli się w lasach, różnych schowkach, stodołach i piwnicach znajomych chłopów. Ale ryzyko było ogromne i większość tych ludzi zginęła.
W ostatniej prawie chwili przed ucieczką z getta odwiedził mnie mój dawny kolega szkolny - Paweł. Podniecona, podzieliłam się z nim wiadomością, że właśnie zaraz uciekamy. Paweł był smutny. "Będziemy się starali tak jak dotąd jak najbardziej oszczędzać matkę" - powiedział.
W okresach względnego spokoju ucieczka odbywała się w zorganizowany sposób, trzeba było tylko za to zapłacić - były to zresztą sumy umiarkowane. Pieniędzmi dzielili się strażnicy: policja żydowska, granatowi policjanci polscy i chyba również żandarmi niemieccy za to, że nie będą nic widzieli. Do murów przystawiano w nocy drabinę i po paru chwilach było się po drugiej stronie. Trzeba było jeszcze we współpracującej ze spółką przemytników pobliskiej stróżówce poczekać aż skończy się godzina policyjna i zacznie się dzień. Od tej chwili radź sobie sam jak możesz.
Pierwsze bardzo silne wrażenie wywierała pozorna normalność życia warszawskiej ulicy podczas gdy tam, tuż obok, za murami nic tej normalności nie przypominało. Żoliborz, na który się udałyśmy, był piękną dzielnicą Warszawy również w czasie wojny. Ale naprawdę była przecież i tu okupacja, terror i działy się straszne rzeczy.
Łatwo można sobie wyobrazić jakie wrażenie sprawiało ukazanie się w biały dzień w drzwiach dwu takich postaci jak my - moja matka i ja - zjaw z getta. W dodatku niespodziewanie, bo poza zgłoszoną wcześniej chęcią pomocy nie miałyśmy kontaktu z rodziną, do której przybyłyśmy - porozumienie telefoniczne w ostatniej chwili - bezpośrednio przed ucieczką - nas zawiodło. Błysk przerażenia w oczach - trudno go do końca życia zapomnieć - ale trwał on tylko ułamek sekundy. I zaraz potem radość - jak to dobrze, że udało się Wam uciec!
W taki sposób wkraczało się w bez mała dwuletni okres nielegalnego życia "na aryjskich papierach" z towarzyszącą temu życiu nieustanną niepewnością.


PO ARYJSKIEJ STRONIE

NIEBEZPIECZEŃSTWO I POMOC


FRAGMENTY OŚWIADCZENIA złożonego do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce - Departament Sprawiedliwych wśród Narodów Świata \

Od jesieni 1940 roku znajdowałam się razem z moja matką w getcie warszawskim. W czasie akcji wysiedleńczych w lecie 1942 roku udało nam się ocaleć dzięki chwilowemu zatrudnieniu w fabryce kuśnierskiej Schultza przy ulicy Pawiej. W zimie 1943 roku po zapowiedzi, że Żydzi zatrudnieni w tej fabryce zostaną następnego dnia wywiezieni do obozu w Trawnikach na lubelszczyźnie zdecydowałyśmy się na natychmiastową ucieczkę z getta.
Po ucieczce przez mury na ulicy Nowolipki pojechałyśmy tramwajem na Żoliborz i udałyśmy się do domu naszych znajomych - rodziny Sienieńskich przy ulicy Felińskiego. Mieszkały tam: matka Władysława i jej córki - moja rówieśnica Zofia i starsza o parę lat Janina. Władysława S. z trudem utrzymywała rodzinę przywożąc ze wsi olej i sprzedając go w Warszawie. Starsza córka uczyła się w Szkole Pielęgniarskiej, młodsza na tajnych kompletach. Ojciec rodziny - Jan (bliski kolega mojego ojca z okresu studiów) już wtedy nie żył - był jeńcem sowieckim obozu w Starobielsku i został tam zamordowany w kwietniu 1940 roku.
Wiedziałyśmy o tym, że nasze przybycie stanowiło duże niebezpieczeństwo dla rodziny S., zdecydowałyśmy się jednak na próbę ocalenia naszego życia i nie widziałyśmy innego wyjścia. Zostałyśmy przyjęte z radością, że udało się nam wydostać z getta. Jest oczywiste, że matka i córki S. ryzykowały własnym życiem. Inni mieszkańcy domu mogli nas łatwo zauważyć, z wyglądu mojej matki można było domyśleć się, że jest Żydówką. Nie miałyśmy też żadnych dokumentów.
W domu naszych znajomych spędziłyśmy dwa tygodnie potrzebne do zdobycia dokumentów i wynajęcia jakiegoś pokoju. Nie mogłyśmy pozostać w tym domu, bo w mieszkaniu było bardzo mało miejsca - mieszkali tam również inni Żydzi, którzy nie byli w ogóle przedtem w getcie. Władysława S. wynajmowała im mieszkanie wiedząc o ich pochodzeniu i matka oraz córki pomagały im jak mogły. Pomimo bardzo ciężkich warunków materialnych rodziny pomoc ta była całkowicie bezinteresowna.
Żyłyśmy częściowo z oszczędności. Ja zaczęłam wkrótce pracować w firmie krawieckiej, starałam się również trochę uczyć, moja matka głównie przebywała w domu bojąc się wychodzić.
Miejsce zamieszkania zmieniałyśmy dużo razy. Przez okres naszego przebywania po t.zw. aryjskiej stronie rodzina S. jeszcze parę razy użyczała nam schronienia w swoim domu. Raz było to wtedy gdy moja matka była szantażowana przez granatowego policjanta i trzeba było potem natychmiast uciekać z dotychczasowego mieszkania. Drugim razem było to o wiele groźniejsze, ponieważ osoba znająca nasz adres i nazwiska okazała się donosicielem i musiałyśmy zmieniać dokumenty. Było to w dodatku w fatalnym momencie - zaczęło się właśnie powstanie w getcie warszawskim i hitlerowcy wszędzie szukali ukrywających się Żydów. We wszystkich tych trudnych sytuacjach dom rodziny S. był dla nas schronieniem i oparciem.
Zawsze zdawałam sobie sprawę z tego, że matka i obie córki S. odegrały zasadniczą rolę w naszych losach. Przyjęcie mnie i mojej matki do ich mieszkania i późniejsza pomoc umożliwiły nam ocalenie. Żywiłyśmy dla nich zawsze ogromną wdzięczność.
Powinnam jeszcze wyjaśnić dlaczego dopiero po wielu latach występuję o odznaczenie Władysławy, Janiny i Zofii S. o odznaczenie medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Po pobycie ostatniej jesieni w Izraelu zobaczyłam na własne oczy jak pięknym symbolem wdzięczności oraz świadectwem postaw ludzkich w czasie ostatniej wojny są tabliczki z nazwiskami Sprawiedliwych w Yad Vashem. Zrozumiałam, że nie powinno wśród nich zabraknąć rodziny Sienieńskich. Bardzo proszę o uwzględnienie mojej późnej prośby i zaliczenie ich do grona sprawiedliwych.


Rodzinie S. zostało wkrótce przyznane odznaczenie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

***

Pomoc była warunkiem ocalenia, bez pomocy ze strony Polaków nie uratowałby się absolutnie nikt. Pomaganie Żydom było bardzo niebezpieczne i udzielający pomocy byli bohaterami - groziła za to śmierć całej rodziny i było to wielokrotnie realizowane. Na każdego uciekiniera przypadała nie jedna ale co najmniej kilka osób i rodzin, które naraziły swoje życie
Każdy kto wypowiada pogląd, że pomoc Żydom była w tych czasach rzeczą oczywistą, obowiązkiem i niczym więcej powinien dobrze się zastanowić jak sam by się zachował w takiej sytuacji. Ja przyznaję, że nie jestem pewna na ile bym się zdobyła w warunkach szalejącego terroru hitlerowskiego.
Aryjskie papiery to była przede wszystkim metryka. Najtańsza jej odmiana była wypisana na fałszywym blankiecie z podrobionymi podpisami i pieczątkami. Znacznie bardziej wartościowe były metryki autentyczne, udostępniane przez parafie kościelne i pochodzące od chrzczonych tam dzieci, które zmarły. Metryka była ważnym dokumentem, ponieważ na jej podstawie wyrabiało się u władz niemieckich Kennkartę, czyli okupacyjny dowód identyfikacyjny zawierający odciski palców.
Życie Żydów po aryjskiej stronie zależało bardzo od tego jaki kto miał "wygląd". Ci z dobrym - to znaczy wyglądający jak Polacy - mogli prowadzić względnie normalny tryb życia, wychodzić z domu, pracować zarobkowo, działać w najrozmaitszych dziedzinach jak: praca społeczna, konspiracja i inne.
Zły wygląd zdradzający żydowskie pochodzenie nakazywał maksymalną ostrożność: nie pokazywanie się publicznie, pozostawanie w domu często w ukrytym pokoju z zamaskowanymi drzwiami - czyli jak się mówiło - "za szafą". Takie osoby musiały być obstawiane przez opiekunów.
Ryzyko obejmowało jednak wszystkich, a może nawet bardziej tych, którzy poruszali się swobodnie po mieście. Mogli oni bowiem w każdej chwili spotkać nieżyczliwie nastawioną znajomą osobę. Mogli znaleźć się w "łapance" - zwykła rzecz w czasie okupacji. Tak było z bratem Krysi: cała rodzina postanowiła nie iść wogóle go getta. A któregoś dnia jej brat w drodze do fryzjera wpadł na ulicy w łapankę i został następnego dnia z cała grupą mężczyzn rozstrzelany - wcale nie jako Żyd - to był odwet za zabitego przez Polaków Niemca. Można było też po prostu popaść w kłopoty związane z legitymowaniem na ulicy i jakimś zająknięciem się przy takiej okazji. Zdarzyło mi się kiedyś, że zostałam wyciągnięta z tramwaju przez kontrolera niemieckiego, ponieważ zauważył on, że oddałam przed wysiadaniem swój bilet konduktorowi - to była taka powszechnie praktykowana, chociaż niedozwolona, przysługa. I przy legitymowaniu i indagacji właściwie pomyliłam swoją datę urodzenia! Wybrnęłam z tego jakoś ale do takiego mojego okropnego gapiostwa wstydziłam się komukolwiek przyznać.
Praktykowano kilka sposobów wynajmowania mieszkania. Jeden polegał na całkowitym zachowaniu tajemnicy o swoim pochodzeniu i normalnym życiu jakby nigdy nic. To był na pewno najlepszy sposób - również dla właścicieli mieszkania, którzy ponosili w tym wypadku najmniejsze ryzyko. Inną metodą było wtajemniczenie w sytuację gospodarzy i płacenie im za to podwyższonej opłaty za mieszkanie. Tacy właściciele mieszkania nie zawsze dobrze się zachowywali. Bywało, że wciąż podnosili stawkę grożąc w przypadku nie spełnienia żądania natychmiastowym wyrzuceniem. George, po bardzo wielu latach na emigracji zapomniał nawet trochę język polski, ponieważ miał nie-polskojęzyczną żonę, ale ten fakt pamiętał doskonale. "Money and money, wciąż tylko żądali od nas coraz więcej pieniędzy" - opowiadał o okresie swojego pobytu z ojcem w czasie okupacji w Warszawie. Zdarzało się również, że odnajmujący mieszkanie wchodzili w spółkę z szantażystami - jeden taki wypadek jest mi dobrze znany: Było to tak: gospodarze mieszkania uprzedzali wielokrotnie, że przychodzący do ich domu znajomy granatowy policjant, może być niebezpieczny i prosili, żeby mu się nie pokazywać na oczy. No i kiedyś granatowy policjant wkroczył do pokoju odnajmowanego osobom z niewłaściwym pochodzeniem a za nim gospodyni z wystraszonym wyrazem twarzy. Nie trzeba było być znakomitym detektywem, żeby domyśleć się, że cała sprawa ukartowana była znacznie wcześniej a później odegrana przez gospodynię i policjanta - nie śmiał on być ujrzany wcześniej, żeby nie zostać potem rozpoznanym. Chodziło o przestraszenie i wyciągnięcie trochę więcej pieniędzy i na szczęście na tym się wszystko skończyło.
Ale było też wiele osób, które traktowały rekompensatę za ponoszenie ryzyka przy wynajmowaniu mieszkania ludziom ze złym pochodzeniem po prostu jako pomoc materialną i starały się potem, żeby wszystko układało się jak najlepiej.
Mało jeszcze napisałam o najważniejszym: o ludziach dobrej woli, nieustraszonych, udzielających bezinteresownej pomocy za wszelką cenę. Były mieszkania, w których stale przebywali Żydzi zarówno tacy, którzy nie wychodzili wcale na ulicę jak i ci, którzy zachowywali pozory normalnego życia. Schronienia całym rodzinom udzielali znani pisarze i działacze kultury. Marian mieszkał z rodzicami i siostrą w takim właśnie mieszkaniu. Niejednokrotnie miało to również miejsce w przypadkach, gdy przedwojenne przekonania udzielających schronienia wcale nie sprzyjały Żydom.
Istniała organizacja pomagająca Żydom stworzona przez grupę polskich działaczy, nazywała się Żegota. Oprócz pomocy materialnej wyszukiwano mieszkania, kryjówki, pośredniczono w umieszczaniu dzieci m.i. w klasztorach. Były też inne zorganizowane grupy niosące pomoc. Niestety w konspiracyjnych warunkach nie było tak zupełnie łatwo na nie trafić. Wiele osób wogóle o niczym takim nie wiedziało.
Przykładem wielkiej odwagi i zaangażowania w udzielaniu pomocy może być "Dom w Zoo" czyli mieszkanie byłego dyrektora Ogrodu Zoologicznego w Warszawie - doktora Żabińskiego i jego żony. Dom ten, ze względu na swoje szczególne położenie ( na terenie dawnego warszawskiego ogrodu zoologicznego) posiadał dobre warunki do spełniania roli kryjówki. Aż roiło się w nim od zwierząt, ludzi i różnych zakazanych spraw. Miał licznych pensjonariuszy - uciekinierów z getta, którym udało się szczęśliwie doczekać końca wojny. Pan Żabiński osobiście zasadził po wojnie jedno z pierwszych drzewek upamiętniających Sprawiedliwych wśród Narodów Świata w Yad Vashem pod Jerozolimą. Towarzyszyła temu wielka uroczystość. Prawdopodobnie czuł się w tej sytuacji niezręcznie i dlatego opowiadał potem, że pojechał do Izraela również z powodu żubrów. "Proponowałem rządowi Izraela zakup kilku egzemplarzy tego gatunku". "Jak to - dziwiłam się - żubry? w takim gorącym klimacie?" Pan Żabiński twierdził, że to im nic nie szkodzi. Ostatnio w Polsce żubry rozmnożyły się w znacznej ilości i trzeba namawiać inne kraje, żeby też hodowały te zwierzęta. Transakcja z Izraelem chyba nie doszła jednak do skutku.
Jednak nie wszędzie i nie zawsze było tak dobrze. Byli tacy Polacy, którzy starali się wykorzystać tragiczne położenie Żydów i wyciągnąć z tego korzyści dla siebie - "szmalcownicy" szantażujący nielegalnie żyjących i odbierający im wszystko co posiadali.. Byli również i prawdziwi wrogowie Żydów - "bezinteresowni" denuncjatorzy.
Życie na fałszywych papierach urozmaicały częste komplikacje, zagrożenia, konieczność zmiany miejsca zamieszkania. Od czasu do czasu aktywność "szmalcowników". Równolegle toczyło się pozornie normalne życie. A na dnie wciąż czaił się grzech złego urodzenia.
Do wpadki mogło dojść bardzo łatwo. Wystarczyło, że ktoś z mieszkających w pobliżu powziął podejrzenie, że tu i tu mieszkają Żydzi. Jeżeli taka wieść się rozeszła, mogła spowodować panikę pod hasłem: "wszystkich nas teraz pozabijają". A gdy już dużo ludzi o tym wiedziało to na pewno trzeba było natychmiast uciekać.
Byliśmy insektami, które należało konsekwentnie tępić do końca. To była sytuacja dla ludzi opanowanych i odważnych, umiejących ze spokojem stawić czoła niepewności i niebezpieczeństwu. Ale na przykład ja wcale do takich wtedy nie należałam. Inaczej niż moja matka, która była wprawdzie osobą mało pewną siebie, nerwową i zawsze szukającą u kogoś oparcia, ale w trudnych chwilach okazywała się bardzo odważna. Ja już w bardzo młodym wieku znacznie lepiej od niej umiałam podjąć decyzję co należy robić, ale miałam za dobrą wyobraźnię i byłam raczej tchórzem. Z powodu tej nieładnej cechy charakteru było mi bardzo ciężko w tych trudnych czasach.
Niepewność i poczucie wielkiego niebezpieczeństwa towarzyszyły nam bez przerwy. Takiej sytuacji było bardzo trudno sprostać co powodowało nawet, że niektóre osoby już jakoś zainstalowane po aryjskiej stronie wolały wrócić do getta (oczywiście w okresie gdy ono jeszcze istniało) nie mogąc wytrzymać takiego napięcia nerwów. Począwszy od pierwszej chwili gdy byliśmy jeszcze bez żadnych dokumentów w domu u znajomych, którzy starali się ukryć swój bardzo przecież uzasadniony lęk jak i później uczucie wielkiego niebezpieczeństwa było zawsze z nami. Na ulicy, w polu, w lesie, wszędzie i w każdej chwili towarzyszyło każdemu krokowi. Najtrudniejsze były chwile przed zaśnięciem, ponieważ w ciszy po godzinie policyjnej wydawało się, że każdy nadjeżdżający samochód przynosi właśnie to najgorsze.
Staliśmy się zabobonni, prawie, że skłonni do uprawiania jakichś czarów. Najlepiej byłoby modlić się. Ale do jakiego Boga? Czy do tego, który wystawia swój wybrany naród na takie straszne próby? Czy do tego poznanego bliżej dopiero niedawno. Było to w końcu wszystko jedno, bo to był ten sam Bóg. Tylko, że nie wszyscy w niego wierzyli..
Na pewno lepiej jest ginąć za coś. Taka śmierć za którą stoi własna decyzja, odwaga, przełamywanie strachu ma inną cenę, znacznie większą wartość. A najlepiej byłoby zginąć w trakcie walki. To zupełnie coś innego niż zostać zamordowanym jak robak czy szczur.
Wśród działających w konspiracji, biorących udział w akcjach zbrojnych a później wśród walczących w powstaniu warszawskim byli niejednokrotnie Żydzi. Część z nich poniosła śmierć w trakcie swojej działalności. " Należałem do formacji PPS, która była podporządkowana AK - opowiadał Władek - dowódca mojej kompanii był żydowskiego pochodzenia. Zginął na samym początku powstania, w czasie pierwszego starcia powstańców na Żoliborzu z Niemcami. Znam wiele innych takich przypadków".
Ja sama w czasie całej swojej bytności po aryjskiej stronie należałam do osób prowadzących mniej więcej normalny tryb życia. Znalazłam dla siebie pracę w firmie krawieckiej produkującej letnie sukienki i płaszcze. Pamiętam jak bardzo chwalił mnie mój stryj, którego często wtedy widywałam, że sobie tak dobrze poradziłam ze znalezieniem pracy. Ponieważ nie byłam fachowcem więc zatrudniono mnie jako siłę pomocniczą - tak zwaną "podręczną". Nawet i temu nie zawsze umiałam sprostać i zbierałam czasem cięgi, ale jakoś mnie nie wyrzucono. A ja zawsze lubiłam szyć i ta praca sprawiała mi przyjemność. Część moich koleżanek z pracowni to były dobrze wykształcone krawcowe, inne trochę gorzej, a niektóre zupełnie bez umiejętności w tej dziedzinie - tak jak ja. Wkrótce okazało się, że dobrze trafiłam, bo firma, w której się zatrudniłam miała ambicje niesienia pomocy osobom znajdującym się w trudnej sytuacji życiowej i nawet byli zadowoleni, jeżeli niektóre z tych osób traktowały pracę jako rzecz chwilową i zajmowały się nie tylko krawiectwem. W tej firmie krawieckiej zetknęłam się ze środowiskiem jakiego przedtem zupełnie nie znałam. Przebywając wśród większości tych młodych dziewczyn oraz trochę starszych kobiet miało się właściwie wrażenie, że wojna nie istniała. Ich problemy to byli narzeczeni, śluby, święta, nowe pantofle - tak jakby nic innego się nie działo. "Trafiłaś w takie bardzo mieszczańskie środowisko" - tłumaczył mój stryj. Ale mogły to też częściowo być dobrze zakonspirowane pozory.
Kiedyś w czasie powrotu z pracy spotkała mnie przygoda. W sztucznym tłoku w tramwaju ukradziono mi torebkę z wszystkimi dokumentami. W pierwszej chwili myślałam, że nadszedł mój koniec - straciłam przecież z takim trudem zdobytą tożsamość! A na to żeby wyrobić sobie nową Kennkartę trzeba było zwrócić się do policji lub władz niemieckich, czyli wszystko co najgorsze. Okazało się jednak niebawem, że załatwienie tych formalności było zupełnie łatwe.
Czasem mieszkałam sama a czasem razem z moją matką. Ale nie mogłyśmy przed innymi być matką i córką, nosiłyśmy przecież inne nazwiska, bo takie były nasze metryki. Byłyśmy więc ciocią i siostrzenicą. Moja matka musiała się przyzwyczaić zwracać się do mnie innym imieniem. A właściwie, biorąc pod uwagę możliwość wpadki, lepiej było mieszkać oddzielnie - łatwiej jest kłamać w pojedynkę, bo nie sposób przecież umówić się na temat wszystkich szczegółów życiorysu, który powinien być znany w takiej samej wersji przez blisko spokrewnione osoby.
Życie po aryjskiej stronie pozostało w moich wspomnieniach jako coś niezmiernie ciężkiego już na zawsze. "Właściwie wciąż dalej się ukrywam" - tak powiedział w audycji telewizyjnej od dawna już nie mieszkający w Polsce (tylko w Ameryce) człowiek, który przeżył holocaust w Warszawie. Sądzę, że dotyczy to nas wszystkich - jemu podobnych.
Któregoś dnia gdy przechodziłam przez plac Wilsona ktoś nagle złapał mnie za rękę - to była Alinka. Znałyśmy się od najwcześniejszych lat życia - nasi rodzice byli zaprzyjaźnieni jeszcze przed naszym urodzeniem. A potem uczyłyśmy się razem na kompletach w getcie. Przed wojną Alinka mieszkała z rodzicami na Żoliborzu i chodziła do szkoły RTPD (Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci) - to była szkoła związana z PPS'em. A potem, gdy uciekły z matką z getta też zamieszkały w tej dzielnicy. Jej ojciec w pierwszym okresie wojny przedostał się przez góry do Słowacji a potem dalej, ale nie zdążył już ściągnąć żony i córki. "Nie wiem czy dobrze robimy, że tu mieszkamy - mówiła Alinka - nie wiadomo kogo możemy w każdej chwili spotkać. Tu nas przecież tyle osób znało!". Ale jakoś zostały. Z PPSem związanych było wiele osób mieszkających w t.zw. "Szklanych Domach" Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej (WSM) na Żoliborzu i to właśnie Alinka wciągnęła mnie w to środowisko. W tych domach było duże zagęszczenie Żydów żyjących na fałszywych papierach. I pomimo tego było tam stosunkowo bezpiecznie. Udzielanie pomocy Żydom w bardzo wielu rodzinach robotniczych i inteligenckich było tam bardzo rozpowszechnione. Przez jakiś czas moja matka wynajmowała pokój w jednym z bloków u rodziny tramwajarza, ja mieszkałam na Grochowie u ich starszej córki , a młodsza ich córka wzięła do swojego domu żydowską dziewczynkę, która straciła rodziców. I ludzie ci wcale nia uważali, że są bohaterami. Moja matka spotykała się ze swoją dawną koleżanką , która była żydowskiego pochodzenia, miała męża Polaka i mieszkała z nim i z córeczką przez wiele lat na jednym z osiedli. Wcześniej, jeszcze przed wojną, umarł w tym mieszkaniu jej ojciec i funkcjonariusze, którzy przybyli, żeby zająć się pogrzebem byli z cmentarza żydowskiego, to było ogólnie widoczne i łatwe do rozpoznania. "Sąsiedzi wiedzą o mnie, powinnam się stąd wyprowadzić" - mówiła w czasie okupacji znajoma mojej matki. Ale się nie wyprowadziła i nic złego się nie stało.
Starałam się przerabiać program liceum - już nie na kompletach, ale na prywatnych lekcjach. Oprócz innych przyczyn było to korzystne dlatego że byłam stale zajęta i nie miałam czasu na rozmyślania. Asia - koleżanka, z którą zaczęłam chodzić na te lekcje jak również nasi nauczyciele - mieszkali w domach WSM. Nauczyciele - byli oni wspaniałymi ludźmi - klepali biedę, udzielanie lekcji trochę ich ratowało, byli poza tym na ogół - oni albo ich dzieci - bardzo zaangażowani w działalności konspiracyjnej.
Zarówno ja jak Alinka mogłyśmy spotykać się z ludźmi i żyć mniejwięcej normalnie, ponieważ los obdarzył nas korzystnymi w naszej sytuacji rysami twarzy. Jak bardzo odmiennie przedstawiało się to w przypadku naszej koleżanki Jasi, z którą wtedy nie miałyśmy kontaktu - opowiedziała nam o swoim życiu w tym okresie znacznie później. Zarówno ona jak i jej młodsza siostra to były bardzo ładne dziewczyny, ale uroda ich była zupełnie nie taka jak trzeba. Może w Gruzji albo w Indiach nie miałyby kłopotu. Ale w Warszawie każda konieczność wyjścia na ulicę - a trafiały się oczywiście takie sytuacje - wiązała się ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, stwarzała potrzebę zasłaniania twarzy np. bandażem i innych zabiegów godnych wykwalifikowanego charakteryzatora teatralnego.
Żydzi po aryjskiej stronie żyli w rozproszeniu i moje kontakty z innymi dawnymi koleżankami były niewielkie lub w ogóle ich nie było. Niektóre wiadomości dotarły do mnie dopiero po wojnie.
Wanda wydostała się dosyć wcześnie z getta razem z rodzicami i siostrą. Tylko jeden raz się z nią spotkałam. Była zaradna i dawała sobie dobrze radę. Pomagała innym i umiała ich podtrzymać na duchu, bo nie straciła spokoju, ani charakterystycznego dla niej swoistego poczucia humoru. Paru osobom pomogła w znalezieniu tymczasowego miejsca pobytu. Między innymi pomogła Celinie, która nie miała już wtedy nikogo z rodziny, znaleźć pracę w jakimś domu jako pomoc domowa - to był dosyć korzystny sposób na przetrwanie.
Jeszcze dziś trudno myśleć o tragedii, która tak bardzo obciążyła Celinę. Jedną z najgorszych rzeczy w czasie ostatniej wojny było, że stawiała ludzi w sytuacjach, do których nie byli przygotowani - w sytuacjach, z których jedynym możliwym do zaakceptowania wyjściem było całkowite bohaterstwo. Nie każdy mógł temu sprostać. Celina była przecież dobrą i dzielną dziewczyną. Znaliśmy ją od dawna i pamiętaliśmy wydarzenie z przed wojny gdy na nas, bawiących się na skwerku, napadła grupa łobuzów. Byli wśród nas chłopcy, ale wszyscy razem uciekaliśmy ile tylko sił w nogach. Jedna Celina nie stchórzyła, zachowała się z honorem i wycofywała się wolnym krokiem. Krzyczeliśmy, żeby uciekała widząc, że jeden z napastników zbliża się z wielką bryłą lodu, ale ona nie słuchała. No i oberwała tą bryłą w głowę.
Rzeczy, które działy się w czasie okupacji były oczywiście na zupełnie inną miarę. Gdy Celina wpadła w ręce gestapo podała adres Wandy. Na pewno ją bili, może obiecywali wolność jej i tym, których wyda, a ona tak bardzo chciała żyć, że w to uwierzyła. Obie zostały rozstrzelane na Pawiaku. Ojciec i siostra Wandy również się nie uratowali, zginęli już po opuszczeniu Warszawy po upadku powstania warszawskiego, niedługo przed zakończeniem wojny.
Były dwie wersje śmierci Zosi, nie wiem, która z nich była prawdziwa. Według jednej poszła (po "aryjskiej stronie") ze swoją matką do mieszkania, w którym była wsypa - właśnie znaleziono tam Żydów i one dwie zostały do nich dołączone. Według drugiej wersji Zosia została zatrzymana na ulicy gdzie zdradziły ją rude włosy. Pokazywanie się publicznie z takimi włosami było dużą nieostrożnością, ponieważ według schematu ruda - to Żydówka.


PRZYJAŹŃ, WROGOŚĆ I OBOJĘTNOŚĆ


Osoby, które tak jak ja żyły pozornie normalnym życiem miały dużo okazji żeby słyszeć różne uwagi na temat Żydów, nawet jeżeli wcale tego nie chciały słuchać.
Przykładów zarówno "złych" jak i "dobrych" wypowiedzi można dać bardzo dużo. Niektóre z tych "złych" czasem zupełnie szokują bezmyślnością i okrucieństwem, nie powinno się ich jednak zatajać, bo świadectwo tamtych czasów wymaga przede wszystkim prawdy.
A oto niektóre głosy i relacje :
Jest wiosna 1943 roku. Na Żoliborzu słychać wybuchy - to odgłosy powstania w getcie warszawskim. Młoda matka wyszła ze swoim synkiem do ogródka. "Był Pan w pobliżu getta? - pyta sąsiada - Kto zwycięża?" I roześmiała się wesoło ze swojego dowcipu.

***

"Przejeżdżałam dziś koło getta - mówiła pani Władysława - łzy same lały mi się po twarzy. Przecież ci ludzie się palą! I tam są dzieci!"

***

"On się nie wstydził pokazywać, że nosi medalik, przecież było od razu widać, że to Żyd. Wskazałam go żandarmowi niemieckiemu. Że to ja go w ten sposób zabiłam? A czy wiadomo jak oni by postępowali z nami?"

***

W czasie powstania warszawskiego młody porucznik o bardzo łagodnym wyrazie twarzy relacjonuje rzeczowo, że oddział partyzancki, w którym służył zabijał napotkanych w lesie Żydów.

***

Na wsi pod Kielcami wieczorami chłopcy z lasu przychodzili do domów. Siedzieli z dziewczynami. Niewiele opowiadali, ale śpiewali ładne piosenki.
- Jesteśmy tu z dala rodziny i bliskich
My polscy żołnierze od gór Świętokrzyskich
Bo chciały niebiosa by krew nam na wrzosach
Usłała kobierzec wolności.
Więc szumcie nam jodły piosenkę
Rodacy podajcie nam rękę
Wśród lasów, wertepów na ostrzach bagnetów
Wolności niesiemy jutrzenkę -
Czy oni też zabijali Żydów?

***

"Przydzielili nas do niemieckiej fabryki broni w kieleckim koło Radomska - opowiada po latach Szymon - nie było trudno stamtąd uciec, ale doszły nas wiadomości, że partyzanci w lesie zabijają Żydów. Mówiono, że czerwoni nie zabijali. Ale jak zrobić, żeby trafić na takie oddziały, które nie zabijały? I musieliśmy zostać w tej fabryce. Część z nas przewieźli potem do Teresina, byłem wśród nich i tam udało mi się doczekać końca wojny".

***

"Spróbuj mi wytłumaczyć dlaczego tak postępowali, ja tego nie rozumiem. Jak mogli zabijać tak bardzo prześladowanych?" "To jest rzeczywiście trudno zrozumieć, ale było tak, że życie Żyda było wtedy bardzo mało warte i że był wydany na niego wyrok. A różne ideologie wywodzące się jeszcze z Średniowiecza wpajały wrogość do Żydów. I w niektórych ludziach niestety tak bardzo łatwo budzi się zamiłowanie do zabijania"

***

"Gdy rozpoczęła się akcja wywożenia Żydów z Otwocka ukryłam moje dwie koleżanki z klasy w śmietniku. Nie mogły tam długo zostać i potem pojechały do Warszawy. To były jasne blondynki. A jednak ktoś je wskazał żandarmowi na ulicy i zginęły".
U wujostwa w mieszkaniu ukrywał się jeden mężczyzna - Żyd. Ktoś z sąsiadów ich zadenuncjował, domyślali się kto to był. Gdy przyjechali Niemcy to ten mężczyzna uciekł przez okno, a jak go nie znaleźli to zastrzelili syna gospodarzy - mojego ciotecznego brata. Kiedy ten mężczyzna wrócił i zobaczył co się stało to powiedział, że jest mu już wszystko jedno i odszedł. Ciotka zdziwiła się gdy po wojnie przyszedł do nich - okazało się, że jakimś cudem przeżył!".

***

Mieszkała w jednej ze starych kamienic na Hożej lub Wilczej. A może była to Wspólna. Nazywała się Halina a na nazwisko chyba Sochacka.
W 1944 roku miała osiemdziesiąt lat. Mieszkało u niej dwu żydowskich chłopców oddanych jej pod opiekę przez rodziców, młodszy miał pewnie trzy lata a starszy - Jaś - około pięć. Dostawała za to jakąś sumę pieniędzy, było to chyba jedyne źródło jej utrzymania.
"Jasiu jesteś niegrzeczny, nie przywitałeś się. Tak teraz ładnie, możesz iść się bawić. Nie, oni nie wychodzą - mówi uspokajająco pani Halina - jak idę po sprawunki to zostawiam ich samych w domu". Młodszy chłopiec, chociaż ciemnowłosy, mógłby z pewnym trudem uchodzić za polskie dziecko. Co do starszego nie ma wątpliwości - jego rysy twarzy wskazują natychmiast na to, że należy do skazanych na śmierć. " Chłopcy możecie już myć ręce, zaraz będzie drugie śniadanie".
Młodszego chłopca rodzice odwiedzali raz w tygodniu a wkrótce zabrali go do siebie. Starszego rodzina przestała nagle odwiedzać. Pani Halina ścisza głos: "Musiało się stać coś złego" i głośniej: "Teraz jego matka i brat wyjechali". Jaś skakał po tapczanie, ale od razu usłyszał i woła: "Aha, to dlatego nie przychodzą!" " Tak, oczywiście, że dlatego - mówi pani Halina - a Ty co myślałeś?"
"Ja się śmierci nie boję. - wyjaśnia pani Halina - Bo ja mam świętego w rodzie. Jak widzę ile protekcja znaczy na ziemi to uważam, że na tamtym świecie jest tak samo i pójdę do nieba".
"Wie Pani wczoraj źle się poczułam, jakoś tak mi się zrobiło słabo. Dlatego zrobiłam sobie lepsze jedzenie - mówi zajadając gotowany groch - muszę bardziej dbać o siebie. Proszę Pani, przecież ja teraz nie mogę umrzeć. Co się z nim stanie? Muszę koniecznie doczekać razem z nim końca wojny".
Niestety od końca wojny dzieliło ich jeszcze powstanie warszawskie i jego upadek, po którym musieli wyjść razem z innymi z Warszawy. Ich losy nie są mi znane.

***

Te wszystkie przykłady zarówno życzliwości jak i wrogości w stosunku do Żydów nie pokazują jednak całej prawdy. Do kompletnego obrazu brakuje jeszcze uwzględnienia bardzo rozpowszechnionej wśród ogółu społeczeństwa postawy a mianowicie obojętności wobec losu Żydów.

DRUGIE OBLICZE WROGOŚCI


W USA i w Kanadzie spotykałam grupy Żydów z Polski. Często osoby pochodzące z tego samego niedużego miasta lub okolicy trzymają się razem. Ze starych fotografii i pamiątek, które się jakoś uchowały zrobili album. Znają historię swojego miasta od kilku pokoleń - mieszkało w nim 70% Żydów.
Historia wojenna tych osób kryje straszne przeżycia.. Stracili najbliższą rodzinę, niektórzy dzieci. Spotkali się również z wrogością części społeczeństwa. Ich tęsknota za miejscem urodzenia i dzieciństwa graniczy z nienawiścią.
"Pani była niedawno w Niewitowie? Czy tam rosną jeszcze te wysokie drzewa na rynku? Ja do Polski już nie pojadę. Czy tęsknię? Nie, nie tęsknię. Nie chcę mieć nic wspólnego z Polską i Polakami".
Dzieci imigrantów nie doświadczają już najczęściej. takiej plątaniny uczuciowej. Gorzej jeżeli rodzicom udało się przekazać im swoje odczucia.
Agresywne nastawienie ludzi, którzy przeżyli chmarę nieszczęść, potem wyjechali na stałe z Polski i, sami nie zdając sobie z tego sprawy, wciąż bardzo za nią tęsknią, można zrozumieć, bo wynika z historii ich życia.
Jest to jednak nie tylko ich osobista sprawa, bo może to prowadzić do zafałszowania obrazu historii. Z tej agresji biorą początek takie określenia jak "polskie obozy śmierci", które sugerują mało zorientowanym, że to Polacy odegrali główną rolę w wymordowaniu Żydów w Polsce a rola w tym hitlerowców niemieckich zostaje umniejszona. I dlatego trzeba sprzeciwiać się tej agresji.

NA WSI


W lecie 1943 roku przebywałam na wsi pod Grójcem u znajomej rodziny Mileckich udając przed sąsiadami ich siostrzenicę. Rodzina M. mieszkała przed wojną w Warszawie a na czas wojny przeprowadziła się na wieś gdzie mieli oni kawałek gruntu. Pomagałam im przy pracy w polu, pasłam krowy, brałam udział w karmieniu inwentarza i w innych czynnościach gospodarskich, chociaż nie zawsze mi to zupełnie dobrze szło. A już w żaden sposób nie mogłam nauczyć się dojenia krowy.
Zaprzyjaźniłam się z Anką - córką sąsiadów, która była w moim wieku. Chodziłam z nią kąpać się w rzece a w niedzielę do kościoła. Nie pójść w tej wsi w niedzielę do kościoła było niepodobieństwem. Taka dziewczyna byłaby natychmiast uznana albo za komunistkę albo za Żydówkę. Muzyka kościelna i zapach kadzideł działały na mnie kojąco. Ale byłam zawsze przerażona obrazami męki Pańskiej, bo to mi się bezpośrednio kojarzyło z obecnymi prześladowaniami Żydów.
Jednemu z sąsiadów, też przybyszowi z Warszawy, wpadłam w oko i wciąż próbował się ze mną umawiać. Od tego właśnie pana usłyszałam któregoś dnia, że za jedno Hitlerowi należy postawić świeczkę, a mianowicie za to, że nas uwolnił od Żydów. W dodatku nie mogłam nic na to odpowiedzieć.
Od czasu do czasu przyjeżdżała do nas ciotka Lucyna. To była wielka przyjaciółka moja i mojej całej rodziny. Była również wielką przyjaciółką Żydów. A w ogóle ideałem dobroci. Wcześnie w życiu została sierotą i pracowała przez długie lata u ludzi. Ledwo zdołała nauczyć się czytać i pisać, ale rozumem przewyższała niejednego bardzo wykształconego człowieka.
W czasie wojny też pracowała w czyimś domu i nie miała własnego mieszkania i dlatego możliwość pomocy Żydom, nad którymi wciąż płakała, była dla niej bardzo ograniczona.
I chociaż tylko trochę uważniejsze spojrzenie i zastanowienie się wskazywało na to, że nie byłam siostrzenicą państwa M. - różniłam się od nich za bardzo (nie chodziło w tym wypadku o wygląd, bo ktoś nawet dopatrzył się podobieństwa rodzinnego). Widocznie jednak byliśmy dobrymi aktorami bo nikt nigdy nie powziął żadnych podejrzeń. Mogłoby to mieć tragiczne skutki dla nas wszystkich.
I dopiero pod sam koniec mojego wielotygodniowego pobytu u rodziny M. wyszło na jaw, że ich córeczka, która miała wtedy siedem lat, od początku wiedziała kim ja jestem.

ZBLIŻA SIĘ KLĘSKA NIEMIEC

To był piękny widok. Przez Warszawę zaczęły przechodzić ze wschodu na zachód bardzo liczne kolumny żołnierzy niemieckich - wycofywano ich z frontu, z trudem szli, wymęczeni i prawie nieuzbrojeni, po prostu niedobitki.
Ale w tym samym czasie innymi ulicami jechały samochody z zachodu na wschód - to nie była jeszcze zupełna klęska wojsk niemieckich - było dobrze widoczne, że umacniali front na Wiśle. Rozpoczęte w takich okolicznościach powstanie warszawskie było straszną tragedią. A pomocy nie było.
Część Żydów - tych, którzy przebywali w ukryciu w Warszawie - wyszła w czasie powstania warszawskiego z kryjówek, niektórzy walczyli w powstaniu
(wśród nich kilkuosobowa grupa uczestników powstania w getcie). Po upadku powstania warszawskiego Żydzi musieli wyjść razem z innymi mieszkańcami z Warszawy. Dla niektórych było to niebezpieczne. Znajomy młody chłopak opowiadał jak stojąc w szeregu z innymi mieszkańcami domu usłyszał (znał dobrze niemiecki), jak jeden Niemiec mówił do drugiego: " zobacz, ten chłopiec wygląda zupełnie jak Żyd". Wtedy naturalnie pomyślał, że właśnie wybiła dla niego ostatnia godzina. Ale nic dalej nie nastąpiło. Niemiec po prostu podzielił się ze swoim kolegą interesującą obserwacją.
Niektórzy (bardzo nieliczni) Żydzi nie wyszli z Warszawy, ale ukryli się w ruinach i piwnicach. Potem Warszawa jako zbuntowane miasto była w większości systematycznie palona i losy tych ukrywających się stały się bardzo skomplikowane i trudne.
Życie na wsi miałam poznać jeszcze raz i to znacznie lepiej, bo u rdzennych chłopów - było to po upadku Powstania Warszawskiego gdy mieszkańców stolicy wywieziono najpierw do Pruszkowa, a potem do dalszych rejonów Polski i "przydzielano" mieszkańcom wsi - nam przypadła kwatera w gospodarstwie wiejskim pod Kielcami. Niestety w domu tym były wszy i to spowodowało naszą szybką wyprowadzkę do miasta oczywiście po pozbyciu się po drodze tych miłych zwierzątek w dobrze funkcjonującej parówce.

WYZWOLENIE OD NIEMCÓW

Ostatni okres wojny spędziłam w Kielcach gdzie przeprowadziłyśmy się po krótkim pobycie na wsi i mieszkałyśmy u rodziny, która przyjęła nas - uchodźców z Warszawy - do swojego domu.
Chodziłam na spacerki z córeczką gospodarzy. Tereska była bardzo rozgarniętym dzieckiem, już sporo mówiła, chociaż miała dopiero półtora roku.. "Ziabije Tenia Niemcia, ziabije bosiewika" tak powtarzała chodząc po ulicy. A widząc nadchodzącego żołnierza niemieckiego mówiła: "Niemieć idzie". Odciągałam ją obawiając się, że powie coś niepotrzebnego a kto wie czy ten Niemiec nie zrozumie po polsku. Tymczasem mała rozglądała się i pytała rzeczowo:"Bosiewik dzie jeś?".
Popołudniu grywało się w preferansa. Przychodziło dwu sąsiadów. Jeden z nich - pan Tonik - był synem dozorcy. Grał bardzo dobrze i w skupieniu. Ja też nauczyłam się reguł gry, która przypadła mi do gustu, ale grałam nieuważnie, bo wciąż nasłuchiwałam odgłosów nadchodzącego frontu. Głuche dudnienie słychać było jednego dnia głośniej, następnego ciszej, znów trzy dni głośniej a potem cisza. Ciągnęło się tak bez końca.
Bardzo na ten front czekałam. Ale gdy już w końcu przyszedł i przewalał się przez Kielce miało to przebieg dramatyczny. Od strony Bodzentyna (mieszkaliśmy od tej strony miasta) waliły "katiusze". Część mieszkańców domu schroniła się w t.zw."loszku" czyli małej piwniczce na środku podwórka. Inni w jednym z parterowych mieszkań. Pan Tonik był tam ze swoją siostrą i mówił: "nie wiadomo kto lepiej wybrał my czy rodzice, oni są w loszku". Gdy w pewnej chwili dom zatrząsł się, poleciały szyby a od wzbijającego się pyłu zrobiło się zupełnie ciemno osoby znajdujące się w mieszkaniu na parterze nie zorientowały się, że pocisk trafił właśnie w loszek. Matka i ojciec pana Tonika zginęli na miejscu, ciężko rannego dziesięcioletniego chłopca w ogniu strzałów zaniesiono do szpitala, niestety nie udało się go uratować. Budynki w tej dzielnicy były niskie i nie bardzo było gdzie się schronić. Przerażeni mieszkańcy domu przebiegli na drugą stronę ulicy gdzie stał kościół. Uważano, że w nim będzie bezpiecznie. Huk był tu jeszcze większy, w dodatku zwielokrotniało go echo pod wielką kopułą. W ogłuszającym hałasie gromadka ludzi zeszła jeszcze niżej - do małej krypty pod nawą. Było to nierozważne - miejsce to łatwo mogło stać się zbiorowym grobem - prowadziły do niego tylko wąskie schodki. Byłoby strasznie głupio tak zginąć w ostatniej chwili.
W tej właśnie krypcie, w nagle zaistniałej ciszy usłyszeliśmy w pewnej chwili mowę rosyjską. Młody żołnierz stał na schodkach prowadzących do krypty i mówił, wtrącając sporo polskich słów, że za trzy dni przyjdzie tu wojsko polskie. Tłumaczył również zgromadzonym cywilom na czym polega różnica między poprzednią wojną światową a obecną. Ta ostatnia była, zdaje się, nazwana wojną ojczyźnianą. Nikt tego nie rozumiał, zresztą mało kto słuchał. Ludzie śpieszyli się już do swoich domów.
Po wkroczeniu wojsk sowieckich ludzie wylegli na ulice. W pewnej chwili usłyszałam wypowiedziane przez jakąś kobietę zdanie że "Żydzi wyszli już z dziur". Było to powiedziane zupełnie obojętnym głosem, nie było w nim ani współczucia ani wrogości.

DROGA DO WARSZAWY


Warszawo, Ty moja Warszawo! Tyś treścią mych marzeń, mych snów! Ludzie wzruszali się do łez słuchając tej sentymentalnej okupacyjnej piosenki.
...bez celu się przejść Marszałkowską,
na Wisłę popatrzeć się z mostu
dziewiątką pojechać w Aleje
Krakowskim się wpleść w Nowy Świat
i ujrzeć dziś znów jak za dawnych mych lat
jak do mnie Warszawo się śmiejesz...
Pęd do Warszawy był ogromny. W pewnej chwili szukając okazji do Warszawy moja matka spytała na szosie korpulentną żołnierkę rosyjską, która stała koło samochodu skierowanego na zachód: "Czy będziecie tędy niedługo wracali?" Kobieta odpowiedziała dumnie wypinając pierś: "My posuwamy się zawsze tylko wpieriod". Pytanie było bardzo nietaktowne.
Należało wybrać podróż pociągiem. Pociągi były bardzo zatłoczone a droga okrężna. Jechało się najpierw do Lublina a potem przez Sandomierz w kierunku Warszawy lądując pod koniec podróży na linii otwockiej - już blisko stolicy. Po drodze można było spotkać niektórych uratowanych z zagłady Żydów. W Lublinie był dom noclegowy dla takich osób. Mało znałam środowisko Żydów z małych miasteczek lub ze wsi . Teraz sprawili na mnie bardzo ciężkie wrażenie - na niektórych odcisnęło się - nic dziwnego - piętno życia przez długi czas w lesie, ciągłych ucieczek i ukrywania się - byli trochę jak ludzie z pierwotnych plemion. Większość tych osób sposobiła się do wyjazdu z Polski.
Byłam wtedy dość naiwna i wydawało mi się, że uratowani Żydzi będą przyjmowani z radością. Ale tak jednak nie było. Już w Lublinie można było spotkać się z objawami niechęci.
Szymon wspominał: "Ten znajomy Polak był dla mnie bardzo dobry - Mówił: po wojnie opowiesz wszystkim jak Ci pomagałem. Ja mu to obiecałem, ale po zakończeniu wojny już wcale tego nie chciał, prosił, żebym nikomu nie mówił, że mi pomagał. Nie wszystkim podobało się, że Żydzi wracają i chcą odbierać swoje rzeczy".
W Sandomierzu byłam świadkiem pierwszych spotkań ludzi z tej samej miejscowości. "Guteczko, czy mnie poznajesz? Ja jestem krawcowa Zosia, Twoja ciocia u mnie szyła" Krawcową Zosię uratował miejscowy chłop, przesiedziała u niego dwa lata w kryjówce pod oborą.
W Otwocku byłam w Domu dla ocalonych dzieci żydowskich. Pomagała tam w gospodarstwie młoda dziewczyna - już nie dziecko - imieniem Renia, która przetrwała wojnę jako wiejska służąca. Na wsi opowiadała, że jest córką wysiedlonych bogatych gospodarzy z poznańskiego, którzy posiadają tyle a tyle gruntu. " Nie mogłam wytrzymać bez towarzystwa młodzieży, wciąż spotykałam się z dziewczynami i chłopakami z sąsiedztwa - opowiadała. Poznała wiejskiego chłopca, był wyjątkowo przystojny. - Wyszłabym za niego - mówiła szczerze - tylko, że on mnie bez tych moich morgów nie będzie chciał ". Planowała wyjazd z Polski.
Po pewnym czasie byłam jeszcze raz w tym samym Domu Dziecka w Otwocku. Renia jeszcze tam pracowała. Opowiedziała mi rzecz straszną: jej znajoma, Żydówka, która była córką właścicieli wiejskiego młyna pojechała do swojej wsi i została tam zabita.


W WARSZAWIE


Na początku istniała tylko prawobrzeżna Warszawa. W zatłoczonych mieszkaniach na Pradze, po parę osób w jednym pokoju, jaka to była radość! Ludzie, odnajdywali się, błyskawicznie organizowały się szkoły, uczelnie, teatr, komunikacja. Ożywało też miasto po lewej stronie Wisły. Do udziału w odgruzowaniu nie trzeba było nikogo namawiać. Wojna jeszcze trwała. ale jej bliski koniec był już przesądzony.
Na Pradze, na ulicy Targowej urzędował Komitet Żydowski gdzie można było spotkać wiele osób z tych, którzy ocaleli. Funkcjonowała kartoteka, w której odnajdywano swoich bliskich chociaż częściej ich nie odnajdywano.
Bardzo trudne były spotkania z matkami moich rówieśników, którzy nie przeżyli wojny. Nie lubiłam bardzo takich spotkań, ponieważ w ich trakcie doznawałam uczucia wstydu, że żyję.
Pani Zosia straciła obie córki i męża. Wciąż wracała do opowiadania o okolicznościach śmierci swojej młodszej córki Wandy, która była moją bliską koleżanką.
Pani Helena ocaliła córkę umieszczając ją w szkole i internacie przyklasztornym. Ale jej syn znalazł się na terenach wschodnich, a po zajęciu ich przez Niemców trafił z ojcem do obozu w Stutthofie. Z panią Heleną spotkałam się kilka dni po tym jak bezpośredni świadek przekazał jej informację, że tego i tego dnia o tej i o tej godzinie jej syn - Piotrek - został zaprowadzony z grupą innych Żydów do komory gazowej.
Trzecia ze znajomych matek - pani Wanda - jeszcze kilka lat po zaginięciu jej syna powtarzała uporczywie, że wierzy, że Staś żyje, tylko, że wciąż nie ma od niego wiadomości.


OPOWIEŚĆ O TRZECH BRACIACH


Pierwszego brata - Stacha - dzieliło ponad dwadzieścia lat od młodszych przyrodnich braci - Maksa i Jóźka. Mówił o nich "chłopcy" nawet gdy byli już po czterdziestce. "Chłopcy wyszli" - powiedział, gdy na wezwanie płk. Umiastowskiego mężczyźni zdolni do noszenia broni wyszli tłumnie z Warszawy w przeddzień jej oblężenia przez wojska niemieckie. Tłumy pieszych spowodowały zatory na drogach i okropny bałagan i stanowiły łatwy obiekt do ostrzeliwania przez nisko przelatujące samoloty. Żadnej broni dla tych mężczyzn nie było.
Najstarszy brat pozostał w Warszawie. Mieszkał później w getcie. Był bardzo mądrym i pełnym uroku człowiekiem. Jego dom był miejscem częstych spotkań znajomych, którzy szukali u niego moralnego oparcia. W trakcie wysiedlania Żydów zaskoczyła ich z żoną jedna z akcji, byli wtedy oddzielnie i ją zabrali a jego nie. Po stracie żony płakał - dziwne wrażenie sprawiał ten płacz starego i twardego mężczyzny. Wkrótce potem polscy przyjaciele pomogli mu wyjść z getta. Miał wygląd polskiego szlachcica z ubiegłego wieku i nie miał wielkich kłopotów z przebywaniem po "aryjskiej stronie". Wcale się zresztą nie bał. Zdarzyło się kiedyś, było to pod Warszawą, że nie chcąc się pokazywać obcym, żeby nie sprawić kłopotu gospodarzom ukrył się w ogrodzie i wyciągnęli go stamtąd szmalcownicy podejrzewając, że jest Żydem. Opowiadał o tym ze śmiechem. "No i co, sprawdzili? - Tak, ale u starego mężczyzny to już nie bardzo można poznać. Ale znaleźli u mnie w kieszeni ampułkę z cyjankiem. I po tym poznali, że jednak byłem Żydem. Powiedzieli, że każdy Żyd nosi przy sobie taką buteleczkę."
Nie miał już właściwie ochoty do życia. "Chciałbym tylko zobaczyć jak to się skończy. I zabić przynajmniej jednego Niemca - to bym bardzo chciał". Ale tak się nie stało. Dlaczego po upadku powstania warszawskiego podjął nagle decyzję zażycia trucizny, którą zawsze nosił ze sobą? Nie było innego powodu poza takim, że nie miał już ochoty na sprawianie jakiegokolwiek kłopotu sobie i innym.
Koleje losu drugiego brata - Maksa - były zupełnie odmienne. Ze wschodniej części Polski został wywieziony dalej na wschód. Znalazł się w łagrze i pracował w kopalni. Nie wiadomo w jakich okolicznościach stracił nogę. Zachowały się tylko jego listy do dalszych znajomych, w których opisywał swoją rozpaczliwą sytuację. "Wyjazd Jóźka to dla mnie tragedia" - pisał (Józiek nic wtedy nie wiedział o losach brata). Po zwolnieniu z obozu przebywał w przytułku w Bucharze w nędzy i zupełnym osamotnieniu a brak nogi i jakiejkolwiek pomocy uniemożliwiał mu próbę poprawienia swojego losu. Zmarł na czerwonkę.
Józiek został wywieziony ze Lwowa do wschodniej Syberii. Został tam zatrudniony przy wyrębie lasu. Z drzewa trzeba było najpierw zbudować baraki do zamieszkania. Potem przyszły mrozy, a zesłani nie mieli w ogóle ciepłej odzieży. Po pewnym czasie zaciągnął się do armii Andersa, która wkrótce wyszła na Bliski Wschód. Niestety był słabego zdrowia i wycieńczony i już w drodze do Palestyny ciężko chorował. I tu opowiadanie urywa się nie tylko dlatego, że nie jest ono w tym miejscu związane z wojennymi dziejami Żydów w Polsce. O losach własnego ojca nie jestem w stanie dalej pisać. Jest pochowany w wojskowej części cmentarza w Rehovot pod Tel Avivem.

ZAKOŃCZENIE


Obojętność wobec Holocaustu była rzecza straszną. To prawda, że trudno było uwierzyć, że coś takiego się naprawdę dzieje. Muszę przyznać, że nawet mnie wydaje się to wszystko po upływie przeszło pół wieku wprost nie do uwierzenia.
I chociaż bardzo niemiło jest wracać do strasznych wspomnień, to jednak
wracam do nich, bo wiem, że jest to potrzebne i nieuniknione.