E-mail

English







Święta Bożego Narodzenia nadchodzą

Witold Liliental

Grudzień 2001

(autor jest członkiem Polish-Jewish Heritage Foundation - obecnie mieszka w Toronto)

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Chciałoby się pisać wyłącznie o sprawach przyjemnych, świątecznych. Takich, co to na Święta wprawiają w dobry nastrój No cóż. Niestety, data w kalendarzu nie pozwala mi pominąć milczeniem tego, co wydarzyło się 16 grudnia 1922 roku.


Tego to dnia, w gmachu galerii "Zachęta" w Warszawie zebrała się śmietanka towarzyska na uroczystość otwarcia wernisażu. W otwarciu tym uczestniczyły najwyższe władze państwowe. W pewnej chwili, w samym środku skupiska ludzi padł strzał. Gdy krzyki przerażonych ucichły i ludzie się rozstąpili, na podłodze leżał bez życia Gabriel Narutowicz, pierwszy Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Zdążył piastować swój urząd przez niecały tydzień.


Jak doszło do tego tragicznego wydarzenia? Cofnijmy się do 9 grudnia tegoż roku. W Warszawie Sejm zebrał się w celu dokonania wyboru pierwszego prezydenta, na konstytucyjna kadencje siedmiu lat. Żadna partia polityczna nie miała wyraźnej przewagi Umiarkowane skrzydło, zrzeszone w grupie "Wyzwolenie", w sojuszu z ludowcami Witosa, wystawiło kandydaturę Stanisława Wojciechowskiego. Prawica, z endecją na czele, chciała wysunąć kandydaturę Romana Dmowskiego, zasłużonego, z jednej strony, dla sprawy polskiej z okresu Pierwszej Wojny Światowej, ale też czołowego antysemity, który w Żydach upatrywał największe zagrożenie dla Polski i Polaków. Dmowski kandydatury jednak nie przyjął. W tej sytuacji, prawica poparła Maurycego hr. Zamoyskiego, bogatego magnata i zagorzałego rzecznika endecji. Lewica zareagowała na to demonstracyjnym poparciem niemniej zagorzałego liberała, Polaka o dźwięcznym nazwisku francuskim, Jana Beadoin de Courtenay. Jak było do przewidzenia, poparły go owacyjnie wszystkie grupy mniejszości narodowych. Była to jednak bardziej demonstracja, niż poważny wybór, bowiem jasne było, iż człowiek o tak postępowych poglądach nie miał najmniejszych szans na wybór. Gdy w kolejnych turach głosowania stało się jasne, że Wojciechowski nie dostanie wystarczającej liczby głosów, żeby przejść, a nie chcąc dopuścić do wyboru Zamoyskiego, grupa "Wyzwolenie", dodajmy, że zbliżona do kręgów Piłsudskiego, poparła kandydaturę całkiem nową, nie braną przedtem w ogóle pod uwagę. Tym nowym człowiekiem był Gabriel Narutowicz, minister spraw zagranicznych. Z zawodu inżynier, Narutowicz był politycznie umiarkowany i powszechnie szanowany, jako człowiek wielkiej prawości. Ponadto, był on do przyjęcia zarówno przez blok centrowy oraz lewicę, jak również przez przedstawicieli mniejszości narodowych. Hrabia Zamoyski, nie przewidując nowej kandydatury, był już prawie pewny swojego zwycięstwa nad Wojciechowskim. Kiedy jednak pojawił się nowy konkurent i gdy po szóstej turze głosowania podliczono wyniki, Gabriel Narutowicz otrzymał 289 głosów, natomiast Zamoyski tylko 227.


Wściekła i rozgoryczona endecja natychmiast przystąpiła do nie przebierającej w środkach ani słowach kampanii oszczerstw. Ponieważ Gabriela Narutowicza poparli również posłowie reprezentujący mniejszości narodowe, w tym Żydów, co przechyliło szalę na jego korzyść, prasa endecka obrzuciła Prezydenta-elekta wyzwiskami. Wśród nich, "żydowski pachołek" i "zdrajca" należały do najłagodniejszych epitetów.


Wzniecając antyżydowską histerię, która w pewnych kręgach znajdowała podatny grunt, prawica usiłowała nie dopuścić do zaprzysiężenia Prezydenta. W dniu 11 grudnia, w drodze na ceremonię złożenia przysięgi, orszak prezydencki był atakowany, obrzucony błotem, śniegiem i wyzwiskami przez bojówki endeckie. Władze nie dopuściły jednak, by sztucznie podburzana ulica dyktowała politykę Państwa. Ceremonia zaprzysiężenia odbyła się, chociaż w iście grobowej atmosferze


Prawica jeszcze raz nie dała za wygraną. W jej imieniu, poseł Stanisław Głąbiński posunął się do zażądania... abdykacji Prezydenta i do wyboru następnego, głosami "wyłącznie polskimi". Żądanie to było tyle bezczelne, co naiwne. W końcu, Polska była państwem prawa i większość posłów w Sejmie była praworządna.


W dniu 16 grudnia, Prezydent, po złożeniu kurtuazyjnej wizyty u kardynała Kakowskiego, w południe zajechał przed gmach "Zachęty" na otwarcie wystawy. W momencie, gdy zatrzymał się przed jednym z obrazów, został zamordowany. Zamachowca ujęto natychmiast. Okazał się nim być Eligiusz Niewiadomski, malarz, historyk sztuki i fanatyczny antysemita. Jak sam stwierdził podczas procesu, morderstwa dokonał z pobudek ideologicznych. Do Gabriela Narutowicza osobistej urazy nie czuł. Ale nie mógł pogodzić się z tym, że Prezydent został wybrany przy poparciu głosów żydowskich. Niewiadomskiego skazano na śmierć i stracono. Endecja usiłowała kreować go na męczennika i bohatera narodowego.


I tak, nienawiść doprowadziła do tragicznego aktu w początkach państwowości nowo odrodzonego kraju. Nie przyniosło to Polsce ani chluby, ani jakiejkolwiek korzyści. Przeciwnie, stanęła ona wówczas na krawędzi niemalże wojny domowej, do której nie doszło tylko dzięki rozwadze przywódców strony poszkodowanej. Bo, dodajmy, oburzeni haniebnym czynem robotnicy, jak również wielu krewkich piłsudsczyków już szykowało się do zemsty na wszystkich endekach.


Od tamtego ponurego dnia mija właśnie 79 lat. A Polska ponownie odbudowuje swoją demokrację i życie w stabilnym ustroju po zawierusze wojennej i narzuconym siłą ustroju poddanym Kremlowi. Podobnie jak wówczas, nie ma jakiejś jednej wyraźnej siły politycznej i Sejm musi operować w ramach kompromisów i koalicji partii, którym razem nie zawsze po drodze, ale które w pojedynkę nie są w stanie rządzić. Wydawałoby się, że wraz z otwarciem Polski na Zachód i z wymiana kulturową z wolnymi, demokratycznymi i bardziej tolerancyjnymi społeczeństwami, jakie ukształtowały się tam po wojnie, już nie powinny pojawiać się nienawiści rasowe, etniczne i religijne. Że czas już na więcej tolerancji, na większe zrozumienie.


A tymczasem widoczne jest z całą ostrością, jak wysoką rolę w codziennym życiu publicznym i politycznym Polski odgrywa zacietrzewienie. Jeśli ktoś się komuś nie podoba politycznie, to często okrzyczany jest Żydem, nawet bez względu na to, czy jest to prawda, czy nie. W tym wypadku, słowo "Żyd" ma wydźwięk wyraźnie pejoratywny. W Stanach Zjednoczonych, czy Kanadzie, słowo to nie budzi żadnych emocji. Ot, po prostu człowiek należący do pewnej wspólnoty etnicznej, bądź religijnej, jak każdy inny. W Polsce pochodzenia żydowskiego często trzeba się "wstydzić". Co można sądzić o kulturze politycznej w Polsce, jeśli nasz kilkudniowy marszałek Sejmu rodem z komiksów Andrzej Lepper w jednym z wywiadów stwierdził wielkodusznie, że "... z tym antysemityzmem, to już przesada, bo przecież Geremek przyznał się, że jest Żydem, wiec jeśli ktoś teraz jest zły, to niech się wstydzi sam, że na niego głosował". Przyznać się można do winy. Natomiast jak już o wstydzie mowa, to posłowie tacy jak Maciej Giertych NIE wstydzą się otwarcie wychwalać i kontynuować niechlubne idee swoich dziadków - sztandarowych ideologów endecji. Przywódcy związkowi, jak Zygmunt Wrzodak, znani z krzykliwych antysemickich wypowiedzi, zostają wybrani posłami i nie wstydzi się mieć ich w swoim gronie partia najbliżej związana z Kościołem. Na murach miast często można przeczytać grafitti z hasłem: "Polska dla Polaków". Mógłbym się z tym ostatnim nawet zgodzić. Pod warunkiem, że Polakiem jest każdy, kto się nim czuje, a nie tylko ten, kto przejdzie test pochodzenia i wyznania. Julian Tuwim niegdyś powiedział: "Jestem Polakiem, bo mi się tak podoba".


Dobry Polak nie musi być koniecznie rzymskim katolikiem, ani być "czystej krwi" (sam takiego określenia nie cierpię). Wielu wierzących i praktykujących katolików jest wspaniałymi i przyzwoitymi Polakami, ale są też nie mniej wspaniali Polacy, niekoniecznie tego samego wyznania. Znam również księży mądrych, przyzwoitych, wspaniałych ludzi, którzy potrafią przyjaźnić się z ludźmi innych wyznań i szanować ich za to JACY są, a nie KIM są. Kiedy mieszkałem w Montrealu, pamiętam, jak ksiądz podczas mszy św. w kwietniu modlił się "za dusze bohaterów getta warszawskiego, żeby świat pamiętał o ich gehennie". Nie wolno z wyznania robić wyróżnika patriotyzmu. Tymczasem, w kręgach nawet poselskich szermuje się hasłami nacjonalistycznymi


Na Zachodzie żyją dziś miliony Polaków. Nikt im ich polskiego rodowodu nie wypomina, wielu osiąga znaczące pozycje w kraju, który zamieszkują. Kupują tu domy, zakładają firmy. I jakoś to nikomu nie przeszkadza. I w tych krajach są oni takimi samymi Amerykanami, Kanadyjczykami, Australijczykami, czy Francuzami. Są, po prostu, akceptowani i to bez pytań ani przesądów. Tymczasem słyszy się nieraz z ust tych samych ludzi, że "Polskę rozkradają i wykupują Żydzi, Niemcy i inni". A czy w takim razie my nie wykupujemy tych krajów, w których mieszkamy? A może to jest nieuczciwe, podstępne i wręcz podłe z mojej strony?


Tak samo, zresztą, razi mnie, gdy skrajni fanatycy żydowscy oskarżają wszystkich Polaków o antysemityzm, bo z pewnością nie cały Naród na to zasługuje. Fanatyzm jest groźny bez względu na stronę, z jakiej wychodzi. Znamy wszyscy kłamliwe filmy ukazujące Polaków w najgorszym świetle, często wręcz fałszujące fakty historyczne. Polska, jak każdy naród zamieszkujący ten glob, ma swoich antysemitów i innej maści rasistów. Stany Zjednoczone mają Ku Klux Klan, ale nie mówi się powszechnie, że Ameryka jest krajem rasistowskim. Polska ma jedną z najpiękniejszych kart, jeśli chodzi o pomoc Żydom w czasie okupacji hitlerowskiej. W żadnym innym okupowanym kraju nie działała organizacja taka, jak Żegota. Co też nie znaczy, że nie zdarzały się wśród Polaków zwykle kanalie, gotowe wydać Żyda za nagrodę, albo nawet bestialsko zamordować. Był to jednak, w skali całego narodu, margines. Po prostu, chciałbym, żeby kiedyś nastąpiło opamiętanie i umiar w ocenach i stosunkach międzyludzkich. Trzeba pamiętać, że najgorszym, najbardziej nieuczciwym chwytem jest uogólnianie i stereotypowanie całych grup społecznych, czy narodowych.


W 1922 roku omal nie doszło do wielkiej katastrofy u progu odrodzonej państwowości polskiej. Dziś stoimy u progu 2002 roku, w świecie ponownie zdziczałym przez fanatyzm religijny terrorystów, wypaczających sens swojej religii. Czy ci, co w imię polskości powołują się na katolicyzm, a jednocześnie głoszą hasła antysemickie, tak samo nie wypaczają sedna religii chrześcijańskiej?


Boże Narodzenie to czas, który, jak nam wpojono z czasów dzieciństwa, kojarzy się z hasłem : "... a na ziemi pokój ludziom dobrej woli". Chciałbym, żeby ta dobra wola nie przejawiała się tylko w pustych frazesach, ale w autentycznym wyciągnięciu ręki, po ludzku, do innego człowieka.


Wszystkim Czytelnikom tej strony życzę wesołych, udanych Świąt i wiele szczęścia, pomyślności i spokoju W Nowym Roku.