E-mail

English






Lista Szparkowskiego

Marcin Urynowicz

WPROST, Czwartek, 16 maja 2002


Dzięki Zdzisławowi Szparkowskiemu Holocaust przeżyło w Polsce co najmniej kilkudziesięciu Żydów


Już w 1939 r. Zdzisław Szparkowski, urodzony we Włocławku w 1914 r., żołnierz września 1939 r. (uciekł z niewoli), zorganizował grupę zajmującą się przerzutem Żydów na tereny okupowane przez ZSRR. Pomagali mu w tym Marian Dzierdziecki i Feliks Klimczak. Po napaści Hitlera na ZSRR Szparkowski ratował Żydów z warszawskiego getta. W tę działalność była zaangażowana cała jego rodzina. Dzięki Szparkowskiemu przeżyło kilkudziesięciu Żydów.


Na "aryjskich" papierach


Na przełomie kwietnia i maja 1943 r. kilkuset słabo uzbrojonych cywilów stawiło w warszawskim getcie zbrojny opór hitlerowskiej potędze. Płonęły resztki getta: większość jego mieszkańców (około 300 tys.) wywieziono i zagazowano w Treblince jeszcze latem 1942 r. Wkrótce "żydowska dzielnica mieszkaniowa" - jak Niemcy nazywali getto - przestała istnieć. Od tej chwili pobyt Żydów w Warszawie stał się nielegalny i karany śmiercią. Jedyną szansą na przetrwanie było ukrycie się w "aryjskiej" części miasta zaopatrzenie w "aryjskie" dokumenty.
Historycy szacują, że w Warszawie dzięki pomocy organizacji żydowskich i stworzonej przez polskie podziemie Rady Pomocy Żydom (Żegocie) ukrywało się około 12 tys. osób. Liczba ta nie obejmuje jednak wszystkich ukrywających się. Pomoc Żydom nieśli bowiem również Polacy nie związani z żadnymi organizacjami, działający samotnie lub w niewielkim kręgu najbliższych. Wielu z nich nie zostało nigdy zauważonych ani odznaczonych medalem "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata". Medalem tym wyróżniono troje z siedmiu członków rodziny Zdzisława Szparkowskiego.


Wiślany skarb


W rodzinnym Włocławku Szparkowski wychowywał się w polsko-żydowskim otoczeniu. Gdy po ucieczce z niewoli wrócił do Włocławka i zobaczył, w jaki sposób traktowani są Żydzi, zajął się ich przerzutem na Wschód. Pod koniec listopada 1939 r. zainteresowało się nim gestapo i musiał uciekać do Warszawy, gdzie mieszkał jego brat Józef. W Warszawie Szparkowski spotkał starego przyjaciela Ezrę Zakrzewskiego, z którym kontynuował akcję przerzutu Żydów na Wschód. Dzięki znajomemu lekarzowi udało im się nawiązać kontakt z kolejarzami jeżdżącymi do ZSRR. Kolejarze za pieniądze pomagali przewozić kolejne osoby. Zakrzewski był Żydem, ale dzięki "aryjskiemu" wyglądowi i "mocnym" dokumentom pracował - jako nurek - dla niemieckiej firmy. Z dna Wisły wydobył dużą ilość srebrnego bilonu zatopionego przez polskie władze (niemiecka firma, w której pracował, poszukiwała tych pieniędzy). Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej, kiedy nie były już możliwe przerzuty do ZSRR, Szparkowski i Zakrzewski mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by pomagać znajomym zamkniętym w warszawskim getcie.


Początkowo pomoc ograniczała się do przyjaciół z Włocławka, potem objęła inne osoby. Ze względu na szybki wzrost liczby ukrywających się Szparkowski wynajął mieszkanie przy ulicy Smolnej, gdzie przechowywano kilka osób, głównie kobiety i dzieci. Z czasem wciągnął do współpracy całą najbliższą rodzinę: brata, dwie ciotki i dwóch braci stryjecznych. Ze względów bezpieczeństwa żona i córka brata Szparkowskiego wyjechały do rodziny. W tym czasie w mieszkaniu brata ukrywało się pięć osób.


Ratować przyjaciół!


W maju 1943 r., tuż przed przeprowadzką ukrywających się Żydów do nowego lokalu przy ulicy Mariańskiej, do gestapo przyszedł donos na brata Zdzisława Szparkowskiego. - W nocy przyjechało gestapo. Poszli po dozorcę, kazali mu zapukać do brata i powiedzieć, że jest do niego depesza. Brat otworzył drzwi. Pobitych i zakrwawionych Żydów wyprowadzono do samochodu. Wszyscy zginęli. 23 maja brata rozstrzelali na Pawiaku.
Odnaleźli też jego żonę, która trafiła do Oświęcimia. Na szczęście przeżyła - wspomina Zdzisław Szparkowski.


Po nalocie gestapo Szparkowski nie zrezygnował - do mieszkania przy Mariańskiej wprowadziła się kolejna grupa Żydów. Wszystkich sam utrzymywał. Żywność dla ukrywających się pochodziła często z restauracji mieszczącej się w tym samym budynku. Na pytanie, czy los brata nie był wystarczającym ostrzeżeniem, Szparkowski odpowiada: - Bać to ja się cały czas bałem, ale trzeba było ratować przyjaciół. Ludzi trzeba było ratować. No bo jak się wycofać? Zostawić ich na pastwę losu, na śmierć?


Szmalcownicy i konfidenci


Przy pomocy zaprzyjaźnionego urzędnika magistratu Zbyszka Sikorskiego Szparkowski wyrabiał wielu osobom dokumenty. Bela Fuks otrzymała na przykład dokumenty na nazwisko Izabela Szparkowska - uchodziła za siostrę Zdzisława i pod jego nazwiskiem została w 1964 r. pochowana w Izraelu. Bela Fuks fatalnie znosiła izolację. - Którejś nocy obudził mnie krzyk. Wbiegam do pokoju, a w otwartym oknie stoi Bela i krzyczy: "Ludzie! Jestem Żydówką! Zabijcie mnie!" Skoczyłem do niej, przewróciłem na łóżko, zakryłem usta poduszką i mówię: "Idiotko, co robisz? Chcesz nas zabić"? Na to ona: "Już nie mogę tego wytrzymać. Nie mogę tak żyć!" - wspomina Zdzisław Szparkowski.


W tym czasie w Warszawie rosła liczba tzw. szmalcowników, szantażujących rodziny ukrywające Żydów. - Któregoś dnia odebrałem Żydówkę z sądów na Lesznie. Szliśmy ulicą Białą, raptem podchodzi do nas młody, dobrze ubrany mężczyzna i mówi: "Żydówkę prowadzisz". Zaprzeczyłem, ale zaczął grozić, że wezwie policję. Zrozumiałem, że nie da się go pozbyć, bo był zbyt pewny swego. Żądał pieniędzy, więc w końcu poszliśmy do bramy, by mu zapłacić. W kieszeni nosiłem kilogramową kłódkę owiniętą w chustkę. I tą kłódką mu zapłaciłem. Facet się przewrócił, a my poszliśmy dalej - opowiada Szparkowski.


Obowiązek pomocy


Jeszcze we Włocławku - przez Ezrę Zakrzewskiego - Szparkowski poznał Mordechaja Anielewicza, późniejszego przywódcę powstania w warszawskim getcie. Gdy wybuchło powstanie, wraz z Ezrą dostarczali broń do getta. Zakrzewski brał zresztą sam udział w walkach i zginął w getcie. Szparkowski nie kontaktował się z polskim podziemiem, gdyż - jak twierdzi - "to byli w większości prawicowcy, narodowcy, a ja jako lewicowiec prawicy nie wierzyłem".


Osoby, którym pomógł Zdzisław Szparkowski i członkowie jego rodziny, podkreślają jego bezinteresowność. Chana Zajdenwerg, której rodzina otrzymała od Szparkowskiego dokumenty i pomoc w podróży z Włocławka do Warszawy, oświadczyła: "W pewnej chwili zorganizował obywatel Szparkowski ucieczkę naszą z Włocławka do Warszawy. Na skutek denuncjacji woźnicy zostaliśmy wszyscy aresztowani, łącznie z nim.
Pozostaliśmy wiele dni w areszcie w Dobrzyniu nad Wisłą, po czym skierowano nas do Włocławka.


Szparkowskiego zmasakrowali Niemcy przy tym nieludzko. Niemniej jednak po powrocie do Włocławka nie ustawał, póki znów nie zorganizował nam ucieczki do Warszawy i to w ten sposób, że każdy z nas został przez niego przewieziony z osobna. Stwierdzam (...), że obywatel Szparkowski nie tylko nie pobrał grosza od nas za wysiłki, starania i poświęcenie swoje, ale udzielał nam jeszcze wydatnej pomocy materialnej".


Dzięki pomocy Szparkowskiego i jego rodziny Holocaust przeżyło kilkadziesiąt osób. To, co robił, zawsze uważał za swój obowiązek. Inaczej niż wielu jego sąsiadów. Kilka lat temu odwiedził Szparkowskiego - wraz z dziećmi i wnukami - jeden z uratowanych przez niego Żydów. Niedługo potem na bramie domu, w którym mieszkał Zdzisław Szparkowski, pojawił się napis "Żydzi do gazu".


Marcin Urynowicz