E-mail

English






TAK BYŁO - PATRIOTYZM I ZBRODNIA

DWIE TWARZE JEDWABNEGO

ANDRZEJ KACZYŃSKI

Rzeczpospolita, 9 października 2004

Dwie rewelacyjne książki. Jednego gatunku: reportaże historyczne. Z tego samego miejsca: z Jedwabnego, Radziłowa i okolicznych wsi. A jakby z antypodów. Tomasz Strzembosz przedstawił region jako zagłębie patriotyzmu, silny ośrodek konspiracji niepodległościowej i oporu przeciw okupacji sowieckiej. Z książki Anny Bikont wyłonił się matecznik antysemityzmu, który zrodził kolaborancką zbrodnię, a później skrywające ją kłamstwo.

Obie opowieści są prawdziwe. Jak to możliwe? Nie znam odpowiedzi. Zestawiam te książki (jak i historie, które one rekonstruują) nie po to, by między nimi wybierać, lecz by wzajemnie się oświetlały.

W roku 2001 w dyskusji wokół zbrodni w Jedwabnem oboje autorzy ostro się ścierali. Nie tu miejsce, żeby rozsądzać ówczesne spory; jeśli chodzi o rekonstrukcję faktów historycznych, jesteśmy dziś o lata świetlne dalej. Warto jednak uświadomić sobie, że do odkrycia przed opinią publiczną były wówczas dwie tajemnice Jedwabnego (w uproszczeniu: idzie o cały region). Przez sześćdziesiąt lat milczenie skrywało nie tylko haniebne zbrodnie na Żydach w lipcu 1941 roku, ale także chlubną kartę oporu i walki przeciwko okupacji sowieckiej pomiędzy październikiem 1939 roku i czerwcem 1941 roku.

Sprawa, o której opowiada Anna Bikont, zaczyna się w tym punkcie, w którym kończy się narracja Tomasza Strzembosza.

Uroczysko Kobielno

Rozległy kompleks lasów i bagien nad Biebrzą, rozciągający się od Radziłowa po Jedwabne, już we wrześniu 1939 roku dał schronienie żołnierzom Wojska Polskiego, którzy postanowili nie składać broni. W październiku 1939 roku w regionie nadbiebrzańskim, z inicjatywy dwóch księży proboszczów: Stanisława Cudnika z Burzyna i Mariana Szumowskiego z Jedwabnego, rozpoczęto budowanie konspiracyjnej organizacji zbrojnej. W czerwcu 1940 roku, wcielona tymczasem do Związku Walki Zbrojnej, liczyła co najmniej 500 ludzi. Wczesną wiosną 1940 roku na uroczysku Kobielno powstała baza partyzancka.

Historię tej konspiracji i partyzantki antysowieckiej opisał Tomasz Strzembosz.

Wyjątkowe zjawisko. Pod okupacją niemiecką najdłużej utrzymał się oddział partyzancki majora "Hubala" - do końca marca 1940 roku. Do odkrycia, którego dokonał Strzembosz, panowało przekonanie, że konspiracja na obszarach okupowanych przez Sowiety została szybko rozbita i odtworzona dopiero po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, a społeczeństwo polskie było przez NKWD spenetrowane i sparaliżowane.

Partyzantka nad Biebrzą utrzymała się zaś aż do czerwca 1941 roku. Choć budowano ją z pominięciem elementarnych zasad konspiracji. Tadeusz Konopka we wsi Konopki-Tłuste zwołał zebranie mężczyzn od 18 do 50 lat i zapisywał ochotników do tajnego wojska. Gajowy z Kobielna Antoni Wojsławowicz chodził od domu do domu i zbierał ofiary na "chorą matkę", czyli na utrzymanie bazy partyzanckiej.

NKWD nie mogąc rozbić tej "organizacji k-r" (kontrrewolucyjnej), użył sposobu nigdzie indziej w Sowietach nie do pomyślenia: ogłosił lokalną amnestię. Ale i tak - skarżyli się wywiadowcy - w takich wioskach jak Kucze Wielkie lub Burzyn czy Borawskie, gdy tylko na horyzoncie pojawił się jakikolwiek przedstawiciel sowieckiej władzy, wszyscy mężczyźni natychmiast ukrywali się w lesie.

W czerwcu 1940 roku Polak kolaborant zdradził NKWD położenie bazy partyzanckiej. Uroczysko Kobielno po bitwie z przeważającymi siłami sowieckimi padło. W ręce NKWD wpadły spisy konspiratorów. Z wymienionych w nich 425 osób 180 (tylko!) aresztowano. Po dwóch miesiącach miejscowy NKWD napisał raport: "Prowadzimy sprawy agenturalne, które wskazują na to, że działalność partyzancka nie została przerwana, a na odwrót, jeszcze wzrosła". Mimo wywózek i aresztowań Sowietom do końca nie udało się rozbić konspiracji. 9 maja 1941 roku partyzanci zlikwidowali lejtnanta NKWD Szewielowa, zastępcę komendanta rejonowego. Uwzględniając proporcje, był to większy wyczyn - komentuje profesor Strzembosz - niż zamach na Kutscherę w lutym 1944 roku w Warszawie.

Rekonstrukcja wirtualna

Książka Anny Bikont - przeszło 400 stron dużego rozmiaru gęsto zadrukowanych - ma kilka wątków. Bardzo ważną jej częścią jest "wirtualna rekonstrukcja" dwóch sztetł, w Jedwabnem i Radziłowie. Fotografie, imiona i nazwiska, życiorysy, zajęcia, adresy. Historia obu wspólnot. Najpiękniejszy pomnik, jaki można dzisiaj postawić zmarłym i pomordowanym oraz ocalałym i rozproszonym po całym świecie ich bliskim.

Gdy chodzi o zbrodnie i ich okoliczności, Bikont pełniej niż ktokolwiek odtworzyła tragedię Radziłowa. To ważne; trwa śledztwo IPN w tej sprawie. Dodała wiele szczegółów do historii najmniej dotychczas poznanej zagłady Żydów w Wąsoszu i Wiźnie. Zdobyła (lub przyswoiła polszczyźnie istniejące, a nieznane u nas) świadectwa ocalonych. Przede wszystkim pamiętnik Chai Finkelsztejn z Radziłowa, źródło pierwszorzędnej wartości, nie tylko historycznej, ale i obyczajowej, etnograficznej, humanistycznej, a także - choć tu nie wiem: za sprawą autorki czy może reporterki, która jej relację opracowała - literackiej. Avigdor Kochav (Wiktor Nieławicki), świadek często cytowany przez media zagraniczne, np. niemieckie, nie okazał się wiarygodny. Pod piórem Anny Bikont opowieść o jego życiu zyskała niepomiernie.

Drugą grupą wspaniale sportretowanych osób są Sprawiedliwi - ci, którym ocaleni zawdzięczają przeżycie, i ci, którzy bronią prawdy. Państwo Ramotowscy: Stanisław i Marianna (Rachela Finkelsztejn). Antonina Wyrzykowska. Ojciec i syn - Leon i Leszek Dziedzicowie. Krzysztof Godlewski. Jan Skrodzki. Radosław Ignatiew.

Książka Anny Bikont jest również historią dochodzenia do prawdy, a także powstawania i rozkrzewiania się "kłamstwa jedwabieńskiego". Ważny dokument naszego czasu. Prawda, że czasem neurotyczny, często oskarżycielski, gorzej, że niekiedy niesprawiedliwy. Część osądów - dotyczy to zwłaszcza dziennika - autorka prostuje lub inaczej formułuje w dalszych partiach książki, innych nie rewiduje, choćby fakty świadczyły inaczej. A nie każda wątpliwość w dyskusji to matactwo, nie każdy, kto wzbraniał się przed przyjęciem prawdy, to kłamca. Kto śledzi literaturę przedmiotu, poradzi sobie, czytelnik przygodny nie. Autorka postawiła na autentyczność autoportretu - osoby, którą tragedie z 1941 roku boleśnie zraniły, a kłamstwa do żywego poruszają. I z nią nie obchodzono się łagodnie. Podczas pracy nad tą książką - wyznała Anna Bikont - "doświadczyłam wyobcowania z racji pochodzenia".

Pisane na piechotę

Strzemboszowi zbieranie materiałów zajęło dwadzieścia lat. Bikont - cztery lata. Przy wielu różnicach między warsztatami historyka (Strzembosz) i reportera (Bikont) pokaźną część źródeł zdobyli w taki sam sposób: chodząc od człowieka do człowieka, poszukując świadków, wypytując i zapisując odpowiedzi. Wychodzili te książki, wydreptali.

Gdy profesor Strzembosz natknął się na zupełnie nieznane zjawisko licznej i niezwykle rozbudowanej w latach 1939 - 1941 konspiracji i partyzantki antysowieckiej nad Biebrzą, od Radziłowa po Jedwabne, był rok 1982. Wyznał kiedyś, że zajęcie się tym tematem stanowiło jego odpowiedź na "wojnę polsko-jaruzelską". Ale stan wojenny był niezbyt sprzyjającą oklicznością do rozpytywania o antysowiecką działalność, nawet czterdzieści lat wcześniejszą. Nieprawdopodobne wydawało się jednak wtedy, że otworzą się kiedyś archiwa kryjące tajemnice NKWD. Nie pozostało więc nic innego, jak uwiarygodnić się przed świadkami, pozyskać ich zaufanie i nakłonić do mówienia. A to kosztowało wiele zachodu, w dosłownym sensie.

Kiedy "wybuchła" sprawa zagłady Żydów w Jedwabnem, archiwalna baza źródłowa wydawała się nader skąpa. Mieszkańcy miasteczka, którzy przed ujawnieniem (opinii publicznej, bo sami doskonale to wiedzieli), że sprawcami mordu byli polscy sąsiedzi, nie bez oporu, zgadzali się w końcu mówić (doświadczyłem tego). Po nagłośnieniu - zamilkli. Anna Bikont opisała długie, mozolne, nierzadko przykre i często nieskuteczne "podchody", żeby zdobyć świadectwo.

Relacje jako źródło

Dla reportera jest to chleb powszedni. W przypadku historyka jest to metoda nowatorska.

W toku wielkiej dyskusji o Jedwabnem, pod koniec 2000 i w połowie 2001 roku, stosunkowo niewielu dziennikarzy zajmowało się pomnażaniem faktografii, chciało ustalić, co naprawdę zdarzyło się 10 lipca 1941 roku. Większość szukała argumentów na poparcie z góry przyjętej, przeważnie z pobudek ideologicznych, tezy. A i te materiały, które zdobyli metodami reporterskimi, czyli współczesne relacje, bywały dezawuowane przez historyków - nie po dokonaniu metodycznej krytyki źródłowej, tylko "dla zasady".

I oto w książce profesora Strzembosza znajdujemy pochwałę relacji jako źródła historycznego. "Walorem relacji, często niedocenianym przez historyków, jest to, iż odpowiadają one na pytania zadawane przez badacza, mówią [więc] o sprawach oczywistych dla świadka i uczestnika, które nigdy nie znalazłyby się we wspomnieniach. I to, że są weryfikowane przez rozmówcę, który może zadać dodatkowe pytania, [aby] podać nazwiska i nazwy geograficzne w poprawnym brzmieniu".

To ważne stwierdzenie; w historii Polski, a tym bardziej lokalnych wspólnot, wsi, miast i regionów, jest jeszcze wiele "białych plam", którymi nieprędko będą w stanie zająć się profesjonalni historycy. Otwiera się tu pole dla dziennikarzy, a także bujnie rozkwitającego ruchu amatorskich badań historycznych, animowanych m.in. przez Ośrodek "KARTA". Świadkowie odchodzą, relacje zostają.

Oczywiście, są one obarczone różnymi wadami. Jednej doświadczył na własnej skórze sam profesor Strzembosz. Otóż kiedy wybuchła "sprawa Jedwabnego", dysponował pokaźnym już plikiem relacji z tego miasteczka, oraz z Radziłowa i okolicznych wiosek, o losach regionu za okupacji sowieckiej, zakończonej w czerwcu 1941 roku. Nie było w nich mowy o tragediach z lipca 1941 roku. Usposobiło go to sceptycznie. Zwrócił się powtórnie do relacjonistów. Mieszkańcy przyjęli tymczasem postawę obronną. I spotkało go to samo co Annę Bikont: zmowa milczenia lub dawanie fałszywych świadectw. Zabrał głos w dyskusji. Cytował relacje, według których na rynku w Jedwabnem 10 lipca 1941 było jakoby "aż zielono" (lub "czarno") od niemieckich mundurów. Relacjonistów, o których wiarygodności przekonał się w innych sprawach. Zawierzył im też, kiedy twierdzili, że Szmul Wasersztejn (pierwszy zeznał, że Polacy dokonali mordu na żydowskich sąsiadach) po wojnie zmienił nazwisko na "Całka", był funkcjonariusze! m UB i prześladował polskich patriotów.

Dziś profesor pisze jednoznacznie o polskich sprawcach okrutnych mordów na Żydach. Błędy co do osoby Wasersztejna sprostował w 2001 roku w liście do "Gazety Wyborczej".

Porównując indeksy

Anna Bikont bardzo krytycznie i nieufnie zareagowała na publikację w "Rzeczpospolitej" dokumentów mówiących, że Jerzy Laudański, jeden ze sprawców mordu w Jedwabnem, wstąpił później do AK i był więźniem KL Auschwitz.

Podobnie - czyli zakładając złe intencje autora i gazety - kwituje publikacje Tomasza Strzembosza w "Rzeczpospolitej" z początku 2001 roku o faktach kolaboracji Żydów z okupantami sowieckimi. Mniejsza o to, choć warto tu napomknąć, że profesor Strzembosz, w "Gazecie Wyborczej" szyderczo nazwany wówczas kustoszem Polski niewinnej, był na swoim seminarium inicjatorem pionierskich badań (zrelacjonowanych później w jedynej na ten temat publikacji książkowej) nad zjawiskiem bandytyzmu w Polsce podczas wojny, w tym także w formacjach konspiracji niepodległościowej, włącznie z AK.

Nie chodzi tu o wyrównywanie rachunków z dyskusji, która się przetoczyła, nikogo z jej (poważnych) uczestników nie zostawiając nieodmienionym. Problem tkwi w nieprzystawalności obrazów, zarysowanych w obu omawianych tu książkach.

Przy wnikliwej lekturze można zauważyć, że prowadzą one ze sobą dialog, który przybliża nas do prawdy. "Partyzantka na uroczysku Kobielno - domniemywa Bikont - którą Strzembosz przywołuje jako dowód na patriotyzm środowiska szkalowanego przez Grossa, była [być może] dziełem NKWD". Z badań Strzembosza wynikło, że tak nie było. Aleksander Burski, komendant bazy, agentem NKWD nie był; inna rzecz, że nie sprostał obowiązkom, których się podjął. Strzembosz powtarza (za Andrzejem Żbikowskim z IPN) domysł, że akowiec Henryk Rogowski, likwidator lejtnanta NKWD Szewielowa, w 1941 roku ocalił z pogromu w Radziłowie rodzinę Finkelsztejnów, ale należał do uczestników mordu. Bikont ustaliła, że owym mordercą i zarazem dobroczyńcą był Marian Kozikowski, owszem, też członek konspiracji.

Z książki Strzembosza wynika jednoznacznie, że motyw "zemsty" na Żydach za wydanie NKWD patriotycznej konspiracji (podnoszą to m.in. bracia Laudańscy) jest zmyślony. Denuncjatorami Kobielna byli Polacy kolaboranci, decydujące dla dekonspiracji ZWZ w tym regionie okazało się przejęcie przez NKWD archiwum oddziału, wielu ujętych konspiratorów zostało konfidentami.

Skądinąd profesor Strzembosz, skrupulatnie rejestrujący wszelkie przykłady oporu wobec sowieckiej przemocy, nie uwzględnił takich jego przejawów, jak działalność organizacji żydowskich, niewątpliwie opozycyjnych, nielegalnych i zwalczanych przez reżim (potwierdza to jeden z cytowanych w książce dokumentów NKWD): syjonistów i Bundu.

Anna Bikont pisze: "z kart książki Orzechowskiego ČAby pamięć nie zginęłaÇ o polskich patriotach patrzą na mnie twarze morderców" (trzech, z Radziłowa; książka mówi o kilkudziesięciu uczestnikach konspiracji). "W odróżnieniu od Radziłowa, w przypadku Jedwabnego udział morderców w konspiracji i partyzantce to raczej wyjątek niż reguła" - zaznacza gdzie indziej. Jeden z tych wyjątków to według Bikont Jerzy Tarnacki: mordował Żydów, był szucmanem, wstąpił do partyzantki w Kobielnie, był w AK i podziemiu niepodległościowym, po wojnie podpisał współpracę z komunistyczną bezpieką. W książce Strzembosza nie występuje Jerzy Tarnacki; w Kobielnie był Antoni Tarnacki z Jedwabnego, ale nikt go nie wymienia wśród morderców, oraz Jerzy Tarnawski, a więc nie ten, o którym pisze Anna Bikont. Z porównania indeksu nazwisk w obu książkach wynika, że generalnie (bo w pojedynczych przypadkach zachodzi tożsamość) były to dwie różne grupy: patriotyczni konspiratorzy i mordercy Żydów. Według Bikon! t pogromami dowodziły miejscowe elity. Z książki Strzembosza wynika, że elity wówczas były co najmniej mocno zdekompletowane przez represje NKWD.

"Niełatwo przyjąć - pisze Anna Bikont - że gotowość do popełnienia zbrodni i gotowość do poświęcenia życia dla ojczyzny może płynąć z tego samego, tyle że po drodze zatrutego źródła". Nawet jeśli generalizacja zdaje się zbyt pochopna, problem istnieje i domaga się refleksji.

Dyskusja wokół Jedwabnego nie doprowadziła (jeszcze?) do zbliżenia polskiej i żydowskiej wersji wspólnej historii, albo inaczej - pamięci chrześcijan i pamięci Żydów. Ważne, że wykazała, iż są one różne, oraz wskazała na kilka rysów tej różnicy i na kilka źródeł, z których można poznać tę drugą wersję. Obie książki postawiły na tej drodze milowe kroki.

Anna Bikont "My z Jedwabnego". Prószyński i S-ka SA, Warszawa 2004. Tomasz Strzembosz "Antysowiecka partyzantka i konspiracja nad Biebrzą X 1939 - VI 1941". Neriton, Warszawa 2004.