E-mail

English






SPORY - POLEMIKI :

"NIEPAMIEĆ ZBIOROWA" - cześć I

Tygodnik Powszechny, sierpien 2004

OD REDAKTORA STRONY

Umieszczamy ponizej pierwszą cześć artykułów polemicznych opublikowanych w TYGODNIKU POWSZECHNYM w sierpniu i wrześniu 2004 - dotyczacych tezy Jana Tomasza Grossa w artykule 'Niepamięć zbiorowa - Jeszcze o Jedwabnem: pytanie trudne, czyli ciekawe'. Ponizej jego artykułu publikujemy polemizujące z nim następujące dwa :

'Historyk ahistoryczny
O "Panach", "Żydach" i "Chamach" inaczej'

Pawła Machcewicza i Rafała Wnuka

'Wiedza jako źródło cierpień' Jerzego Jedlickiego

Do części drugiej tej polemiki należy wrócić na stronę zbiorczą NOWYCH PUBLIKACJI, gdzie opublikowana jest zaraz poniżej części pierwszej.
I.B.

Niepamięć zbiorowa:

Jeszcze o Jedwabnem: pytania trudne, czyli ciekawe,

Jan Tomasz Gross

Tygodnik Powszechny, 8 sierpnia 2004

Przywódcy Państwa Podziemnego wiedzieli o zbrodniach dokonywanych przez Polaków na Żydach latem 1941 r. Dlaczego nie bili na alarm? Czy dlatego, że losy "Chamów" i "Żydów" były ówczesnej elicie obojętne?

Od kiedy zasiadłem do pisania "Sąsiadów", zadawałem sobie pytanie, jak to się stało, że zbrodnia w Jedwabnem nie została zarejestrowana w historiografii okresu okupacji. Mnie samemu zajęło parę lat, aby przyjąć do wiadomości relację Szmula Wasersztejna. Czym wytłumaczyć podobną niewiedzę wielu pokoleń historyków, którzy przecież intensywnie zajmowali się wojenną tematyką? Nie w tym rzecz, że ktoś nie umiał od razu odczytać dokumentu, który wpadł mu w ręce, albo że posiadaną wiedzę o jakimś zdarzeniu próbował zataić przed szerszą publicznością. Pomyłki i oszustwa to rzeczy godne pożałowania, ale z punktu widzenia poznania historycznego nie ma w nich żadnej zagadki.

Wiemy, nie powiemy

W przypadku mordu na jedwabieńskich Żydach stajemy wszelako przed arcyciekawą zagadką. Czyż nie jest zdumiewające, że wiedza o tamtej zbrodni była powszechna (ludzie w miasteczku i okolicy o wszystkim wiedzieli), upubliczniona (odbył się proces w Łomży, w którym wyłożono kawę na ławę), zarejestrowana drukiem (w księdze pamiątkowej jedwabieńskich Żydów wydanej w 1980 r. zdarzenie zostało opisane, a i w artykule opublikowanym w 1969 r. Szymon Datner robił do niej przejrzyste aluzje) i równocześnie nieobecna w historiografii epoki? A przecież nie było to zdarzenie drobne, marginesowe, niewiele znaczące - dyskusja, która się wokół tej sprawy wywiązała w Polsce, jest najlepszym tego dowodem.

Jak możemy na coś patrzeć i tego nie widzieć? Jak można coś wiedzieć i równocześnie z tej wiedzy nie zdawać sobie sprawy? Oto pytania, które domagają się odpowiedzi - i to nie zredukowanej do uwag o psychologii percepcji indywidualnej. Po ukazaniu się dwóch tomów "Wokół Jedwabnego" (Warszawa 2002) - rezultatu prawie dwuletnich badań historyków i prawników związanych z Instytutem Pamięci Narodowej - pytania te uderzają w nas ze zwielokrotnioną siłą.

Okazało się bowiem, że w lecie 1941 r. mieszkańcy co najmniej dwóch tuzinów miejscowości w Białostockiem mordowali żydowskich współobywateli (Paweł Machcewicz, "Wokół Jedwabnego", str. 22). Zbrodnie te - a mowa o masowych zabójstwach - miały miejsce na obszarze kilku powiatów i trwały przez wiele tygodni. A więc nie jedno, dwa czy trzy miasteczka położone tuż obok siebie w jednodniowych parkosyzmach gwałtu (od początku było wiadomo, że w Wąsoszy, Radziłowie i Jedwabnem miejscowa ludność wymordowała żydowskich sąsiadów) - ale fala zbrodniczych zachowań, które ani w podręcznikowej, ani w specjalistycznej historii Polski nie zostawiły właściwie śladu. Jak coś takiego było możliwe? Czyżby te zbrodnie nie były nigdzie odnotowane - oprócz, bagatela, pamięci zbiorowej paruset (?) tysięcy mieszkańców okolic Podlasia i Białostocczyzny? Ale w takim razie cóżby to miało znaczyć, że zdarzenia bądź co bądź niebanalne, których świadkami są dziesiątki tysięcy ludzi, nie przenikają do kanonów wiedzy o epoce?

Drugi tom "Wokół Jedwabnego", zestaw dokumentów na tematy nas interesujące, pozwala zorientować się, co (a także - komu i kiedy) było wiadomo o zachowaniu polskiego społeczeństwa latem 1941 r. w Białostockiem. W części III, na niespełna 30 stronach, zebrane są "Dokumenty Polskiego Państwa Podziemnego o sytuacji na Białostocczyźnie po 22 czerwca 1941 r." (str. 123-154). Autorami większości tekstów są pracownicy Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej ZWZ (później AK) - a więc z racji przynależności organizacyjnej i pełnionej funkcji ludzie godni zaufania. Kilku z nich przeżyło okupację. Nie są to postacie anonimowe. Aleksander Gieysztor, jeden ze współredaktorów "Informacji Bieżących", był światowej sławy mediewistą i przez pewien czas prezesem Polskiej Akademii Nauk. Inny z redaktorów, Antoni Szymanowski, z godnością zasłużył się po wojnie polskiej dyplomacji. Profesor Stanisław Płoski, szef Wojskowego Biura Historycznego

Tak więc dokumenty zebrane w tomie IPN-u nie tylko są firmowane przez najpoważniejsze podziemne instytucje, ale powstały w środowisku nietkniętym antysemityzmem (Jan Rzepecki i jego współpracownicy z BiP-u mieli w podziemiu opinie lewicujących demokratów) i wyszły spod pióra ludzi wybitnych. Niektóre z cytowanych dokumentów sygnowane są przez dowódcę Armii Krajowej Stefana Grota-Roweckiego albo przez oficerów inspekcyjnych AK.

Depesza Roweckiego z początku lipca 1941: "Pierwsze wiadomości z terenów zdobytych wskazują na odruchowe sympatie do wybawców spod ucisku bolszewickiego, w którym duży udział brali Żydzi. W Brześciu pogrom Żydów przez wypuszczonych z więzień Polaków" (str. 130). Lipiec 1941, Wojskowe Biuro Historyczne, "Aneks o terrorze": "W szeregu miast (Brześć n. Bugiem, Łomża, Białystok, Grodno) dokonała pogromów czy nawet rzezi Żydów ludność miejscowa polska, niestety, wespół z żołnierzami niemieckimi" (str. 132). Wrzesień 1941, meldunek oficera ZWZ: "Polacy na terenie widzą w Niemcach swoich zbawców, wszędzie przyjęli wojska niemieckie prawie entuzjastycznie, z kwiatami, niekiedy bramami triumfalnymi, i zaofiarowali im swoją współpracę. Dotyczy to wszystkich, bez względu na stopień socjalny. Niemcy chętnie z tych usług korzystają... Wrogość Polaków w stosunku do Żydów jest tak wielka, że tamtejsza ludność nie wyobraża sobie, aby w przyszłości mógł nastąpić normalny stosunek do Żydów" (str. 138). Wrzesień 1941, meldunek sieci wywiadowczej ZWZ: "...w mniejszych miasteczkach jest tylko Hilfspolizei złożona z dawnych polskich policjantów oraz miejscowych Polaków i Białorusinów... W magistratach urzędują przeważnie Polacy" (str. 139). Październik 1941, "Aneks o terrorze": "Wkroczenie wojsk niemieckich rozpętało w stosunku do Żydów potwornych wręcz rozmiarów terror, uprawiany przez wojsko ze znacznym udziałem ludności miejscowej" (str. 143). Raport sytuacyjny Delegatury Rządu RP na Kraj za okres od 15 sierpnia do 15 listopada 1941: "W początkach okupacji umiejętna propaganda niemiecka wywołała przyjazne dla siebie nastroje. Twierdzono stale, że Niemcy przyszli, by uwolnić kraj od bolszewików i Żydów, co łatwe było do uwierzenia, gdy podszepnięto myśl urządzenia pogromów żydowskich, które też miały miejsce na większą skalę w powiatach szczuczyńskim, łomżyńskim, augustowskim i białostockim... W chwili obecnej prawie wszystkie posterunki administracyjne z wyjątkiem kierowniczych, obsadzonych przez Niemców, znalazły się w ręku Polaków... część młodzieży o przekonaniach faszystowskich, a nawet szereg dawnych członków organizacji niepodległościowych, poszło na służbę niemiecką tworząc oddziały milicji" (str. 147). "Aneks o terrorze" , listopad 1941: "Prowokowane są pogromy z udziałem ludności miejscowej" (str. 148).

Co każe przyzwoitość?

Tak więc nie tylko miejscowa ludność wiedziała o pogromach Żydow dokonywanych przez współmieszkańców. Jak widać z cytowanych dokumentów, również centralne władze Państwa Podziemnego informowane były o wydarzeniach na bieżąco. Z przytoczonych zapisów - a jest to zapewne w miarę kompletny zestaw podziemnych dokumentów na ten temat ("Aneks o terrorze" z lipca 1941 zapowiada, że ściślejsze wiadomości zostaną podane "następnym razem" , ale, jak redaktorzy tomu informują w przypisie, żadnych innych raportów ZWZ na temat udziału ludności polskiej w wystąpieniach antyżydowskich nie znaleziono) - wynika, że zjawisko nie wywołało specjalnego zainteresowania. Nic nie wskazuje na to, aby skądkolwiek domagano się dodatkowej dokumentacji, bardziej szczegółowych sprawozdań i pogłębionych studiów.

Dlaczego? Ostatecznie jednym z głównych zadań, które sobie stawiało Państwo Podziemne (niezależnie od ideologicznego zróżnicowania organizacji, które wchodziły w jego skład) była troska o imponderabilia, ochrona substancji narodowej przed dezintegracją, przeciwdziałanie zbiorowej demoralizacji grożącej na skutek podporządkowania się zarządzeniom władz okupacyjnych, kultywowanie honoru, godności ludzkiej, zwykłej przyzwoitości, cnót obywatelskich i patriotyzmu - które to właściwości, wszystkie razem i każdą z osobna, okupant pragnął wytępić. Jak można więc było nie zwrócić uwagi na sytuację, w której jedna grupa obywateli bierze udział w wymordowaniu innej grupy obywateli z poduszczenia najeźdźcy? - bo zbrodnie na Żydach popełniono przecież w kolaboracji z hitlerowcami (który to temat również do tej pory nie znalazł się w polu zainteresowania historyków).

Czy można sobie w ogóle wyobrazić równie szkodliwe działania zbiorowe z punktu widzenia celów Podziemia? Czy kiedykolwiek jeszcze w czasie okupacji ujawniły się z równą siłą demoralizacja, zatracenie cnót obywatelskich, wręcz dehumanizacja całych grup polskiej ludności? Dlaczego to pogwałcenie imperatywu, aby nie dać się wykorzystać okupantowi przeciw współobywatelom (zrealizowane tu w najgorszym z możliwych wariantów, gdy ludzie dali się popchnąć do współudziału w morderstwie), nie wywołało paniki, przerażenia i potrzeby przeciwdziałania? Dlaczego nawet ci mili, mądrzy i przyzwoici ludzie - mówię o wymienionych wcześniej pracownikach BiP-u, których znałem, bo bywali gośćmi w mieszkaniu moich rodziców po wojnie, jako że Matka była łączniczką BiP-u, gdzie jej pierwszy mąż, rozstrzelany w czasie okupacji Stanisław Wertheim, wraz z Gieysztorem i Szymanowskim współredagował "Informacje Bieżące" - na wieść o tych potwornych zbrodniach nie podnieśli larum pod niebiosa, nie rwali sobie włosów z głowy, choć to przecież była katastrofa, na którą prasa podziemna i władze powinny natychmiast zareagować?

Wychodzi na to, że tylko Jan Karski rozumiał od pierwszej chwili niebezpieczeństwo, jakie niósł ze sobą antysemityzm "szerszych mas społeczeństwa polskiego". "Stosunek ich do Żydów - pisał w raporcie doręczonym premierowi Sikorskiemu w Angers zimą 1940 r. - jest przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. Korzystają w dużej części z uprawnień, jakie nowa władza im daje. Wykorzystują wielokroć te uprawnienia, często nadużywają ich nawet. Zbliża ich to w pewnym stopniu do Niemców... ťRozwiązywanie kwestii żydowskiejŤ przez Niemców - muszę to stwierdzić z całym poczuciem odpowiedzialności za to, co mówię - jest poważnym i dosyć niebezpiecznym narzędziem w rękach Niemców do ťmoralnego pacyfikowaniaŤ szerokich warstw spoleczeństwa polskiego... ta kwestia stwarza jednak coś w rodzaju wąskiej kładki, na której przecież spotykają się zgodnie [podkr. autora] Niemcy i duża część polskiego społeczeństwa... ten stan grozi demoralizacją szerokich warstw społeczeństwa, demoralizacją, która może spowodować wiele kłopotów przyszłym władzom z trudem odbudowującego się Państwa Polskiego".

Karski kończył tę część raportu następującą konkluzją: "Zajęcie biernej postawy wobec obecnego stanu rzeczy grozi i demoralizacją społeczeństwa polskiego (przeważnie niższych jego warstw), i wszystkimi niebezpieczeństwami wynikającymi z tej - choćby częściowej, ale w wielu wypadkach szczerej ťzgodnościŤ [podkr. autora] - znacznej części Polaków z zaborcą" ("Mówią Wieki" , listopad 1992, str. 3-8). Niestety - jak to już dziś wiemy - choć miał rację, mówił na wiatr. Kazano mu zresztą już wówczas ten i parę innych fragmentów raportu usunąć, aby alianci przypadkiem nie dowiedzieli się o antysemickich nastrojach panujących w okupowanej Polsce.

Kuchenne schody

Skoro więc przejścia do porządku nad masowymi mordami Żydów przez ich polskich sąsiadów nie da się wytłumaczyć ani ignorancją, ani złą wolą podziemnych władz, jak to "przeoczenie" powinniśmy rozumieć? Czemu należy przypisać nieprzyjęcie do wiadomości zjawisk, co tu dużo mówić, monstrualnych?

Po wyeliminowaniu hipotez alternatywnych (że nic o tych zbrodniach nie było wiadomo i że ludzie ze złej woli wiedzę na ich temat ukrywali) dochodzimy do punktu, w którym trzeba wykonać krok w nieznane. Wedle mojej intuicji przyczyny tej wybiórczej ślepoty należy upatrywać w zhierarchizowanej, postfeudalnej strukturze polskiego społeczeństwa.

Stanisław Mikołajczyk powiedział kiedyś, że jego koledzy z rządu na emigracji nigdy mu nie darowali tego, że był chłopem. Dystans klasowy, pogarda dla tego, kto stał niżej w hierarchii społecznej, to w przedwojennej Polsce był nie tylko "Gombrowicz" , ale samo życie. Idąc tym tropem możemy sobie wyobrazić, że wymordowanie Żydów przez ludność chłopską i mieszkańców małych miasteczek - zdarzenie rozgrywające się pośród tzw. dołów społecznych - umknęło z pola widzenia wyższych warstw ziemiańsko-urzędniczych i inteligencji, które najprzód robiły podziemie, a potem pisały historię. To były przecież "kuchenne schody" , podczas gdy wojna w nurcie mitotwórczo-patriotycznym rozgrywała się na głównej scenie narodowego dramatu.

Kraj pozbawiony niepodległości przez państwa ościenne, działania okupantów zmierzające do wyniszczenia elit, heroiczny opór zakończony powstaniem skazanym z góry na przegraną, gest złożenia w nierównej walce ofiary z najlepszych, obrona imponderabiliów wbrew pragmatyce sugerującej kompromis - oto rzeczywista materia wojennego doświadczenia, ostatniej odsłony romantycznego misterium. Łatwo było głównym bohaterom dramatu ulec złudzeniu, że doły społeczne nie miały w tej sprawie żadnej roli do odegrania. Ktoś od czasu do czasu ich losy odnotował, choć nie posiadały większego znaczenia. Tam, gdzie szło o honor, imponderabilia, rację stanu, Ojczyznę wreszcie, "Chamy i Żydy" nie miały nic do dodania.

Snującemu te rozważania nieoczekiwanie przyszła w sukurs książka znakomitej autorki, prof. Hanny Świdy-Ziemby. Wydawnictwo Literackie opublikowało w 2003 r. jej "Urwany lot" - studium o pokoleniu "inteligenckiej młodzieży powojennej w świetle listów i pamiętników z lat 1945-1948". Autorka zdała maturę w Łodzi w 1948 r. i ofiarowała nam teraz (auto)biografię zbiorową swojego pokolenia. Książka roi się od cytatów z 91. zebranych przez nią "pełnych dokumentów osobistych" , wśród których są pamiętniki, kolekcje listów czy wreszcie wyjątkowe, jak sądzę, źródła w historii pamiętnikarstwa, a mianowicie korespondencje w czasie lekcji między uczniami - "dysponuję siedmioma takimi ťzeszytami korespondencjiŤ z różnych miast" , pisze Świda-Ziemba (str. 17).

W "Urwanym locie" słowami bohaterów książki przedstawiony jest stan świadomości młodzieży inteligenckiej tuż po wojnie. Mieli z grubsza biorąc dziesięć lat jak wybuchła, chodzili na tajne komplety w czasie okupacji, pochodzili z rodzin inteligenckich - młodsi bracia i siostry opisanego w "Kamieniach na szaniec" pokolenia Szarych Szeregów.

“Wojna nie przeszkadza temu, że świat znaczeń przedwojennego światopoglądu przekazywany jest nadal dzieciom (a potem młodzieży) w domu rodzinnym, w gronie przyjaciół, w kościołach, na kompletach, w partyzantce, w podziemnych gazetkach, w codziennych kontaktach między ludźmi - tłumaczy mechanizm socjalizacji pokolenia swoich rówieśników Hanna Świda-Ziemba. - Co więcej, ów światopogląd jest przekazywany i utwierdzany w szczególnie silnej atmosferze emocjonalnej... Wszystko, co przed wojną dla dzieci i młodzieży istniało jako idea, obraz literacki lub przyszłościowa droga ťdorosłego życiaŤ, nabiera teraz realistycznego - pełnego grozy - wyrazu. Groza ta jest przy tym włączona w siatkę romantyzmu... Tak więc nastolatki tego pokolenia są zarówno ťświadomościowoŤ, jak i czynnie zanurzone w mistykę ťpolskiej ofiaryŤ zmierzającej do zwycięstwa..." (str. 58). Autorka wyjaśnia, że jej pokolenie jako "ostatnie w szeregu" zachowało ciągłość tradycyjnych wzorów. "Gdy byłam młoda - pisze - odnosiłam wrażenie, że w odbiorze świata jestem bardziej podobna do moich rodziców niż do moich uczniów i młodszej o blisko 9 lat siostry" (str. 7).

Szukałem w książce Świdy-Ziemby informacji, jak "ostatnie w szeregu" pokolenie polskiej inteligencji zarejestrowało katastrofę polskiego żydostwa i znalazłem krótki akapit mówiący o tym, że młodzi wynieśli z wojny swoiste zobojętnienie "na najbardziej choćby traumatyczne doświadczenia ťinnychŤ spoza własnej wspólnoty" i że "brak było też poważniejszych refleksji na temat Holokaustu" w materiałach, które autorka przestudiowała (str. 56-57). Autorka pisze, że Holokaust "nie stał się przedmiotem refleksji... problem żydowski ujmowano tak, jakby świat cofnął się do czasów przedwojennych, a Holokaust nigdy nie miał miejsca... Antysemici operowali przedwojennymi zarzutami... sam Holokaust natomiast, jako wstrząs, jako istotny argument, nie był w tych dyskusjach obecny... dlaczego świadomość i doświadczenie Holokaustu nie zablokowały u młodzieży możliwości ujawnienia się postaw antysemickich, a przez polemistów antysemitów nie jest to przywoływane jako argument?... Mogę to odnotować jako zdumiewający dziś fakt, którego do końca nie rozumiem, ale który miał naprawdę miejsce" (str. 92-94).

Oczywiście, o Holokauście po wojnie mało kto w Europie rozmawiał, a Żydzi byli "spoza własnej wspólnoty". Również i dlatego, że "młodzież inteligencka szybko dowiadywała się, że żyje w społeczeństwie hierarchicznym... Na szczycie tej hierarchii mieli być usytuowani ťludzie dobrze wychowaniŤ, czyli inaczej - inteligencja" (str. 42).

Jak wyglądał wpajany młodzieży ideał polskiego inteligenta? Otóż "człowiek ťdobrze wychowanyŤ - pisze Świda-Ziemba - to przede wszystkim osoba o określonych manierach..., a także człowiek wykształcony..., wreszcie ktoś o określonych walorach charakteru, świadczących o tym, iż nie jest ťchamemŤ... Przekazywano nam również i to, że w społeczeństwie do misji inteligencji należy przechowywanie najwyższych wartości... Jeśli obraz Polski, Boga, Chrystusa zawarty był głównie w szerszych przekazach..., to wzór człowieka dobrze wychowanego wpajano dzieciom na co dzień w formie różnych, na ogół lakonicznych uwag. Oto ich przykłady: ťnie zachowuj się jak chamŤ, ťto nie jest towarzystwo dla ciebieŤ, ťpamiętaj, że jesteś dzieckiem z dobrego domuŤ. Świat ťpozainteligenckiŤ ujmowany był za pomocą innej kategorii pojęciowej. Taką kategorią był ťludŤ. Pojęcie ťluduŤ obejmowało wszystkich, którzy nie zaliczali się do ludzi ťdobrze wychowanychŤ. Lud to byli: chłopi biedni, bogaci, bezrolni; robotnicy wykwalifikowani, niewykwalifikowani, analfabeci, lumpenproletariat; ale także niewykształceni (czy nie znający inteligenckich manier i wartości) rzemieślnicy i kupcy. Innymi słowy, w przekazywanym światopoglądzie świat społeczny w Polsce dzielił się na inteligencję i lud... Lud był ťciemnyŤ, nieuświadomiony (także w sensie przynależności narodowej). Lud należało więc po swojemu szanować, ale jednocześnie jego istnienie stanowiło dla inteligencji wyzwanie. Należało w miarę możliwości nieść ludowi pomoc, lecz nade wszystko ťkrzewićŤ wiedzę. Lud był jak niezaorany grunt, który trzeba uprawiać. Przynależność do warstwy inteligencji - warstwy wyższej, znacznie mądrzejszej, dobrze wychowanej - zobowiązywała. Tym obowiazkiem była dobroczynność, ale przede wszystkim ťwychowanie luduŤ, jego uświadomienie - higieniczne, oświatowe, patriotyczne" (43-45).

Należy się domyślać, że w ocenie ludzi dobrze wychowanych Żydzi pod względem higienicznym, oświatowym i patriotycznym pozostawiali równie wiele do życzenia, co sam lud. O zbrodni popełnionej na Żydach przez "lud" nie wiedzieliśmy najprawdopodobniej dlatego, że rozróby wśród "chamstwa" nie są dla ludzi z "lepszego towarzystwa" nazbyt interesujące. Nikt na ten temat nie kłamał ani niczego specjalnie nie ukrywał, bo nie było po co. Miejmy nadzieję, że to nastawienie uległo zmianie i dzisiejsze społeczeństwo domagać się będzie od historyków spojrzenia na własną przeszłość przez pryzmat etosu rewindykującego wiedzę, która zakłada, że wszyscy ludzie są równi.

Tekst przygotowany do publikacji w książce "Świat niepożegnany. Żydzi na dawnych ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej w XVI-XX wieku" (praca zbiorowa pod redakcją Krzysztofa Jasiewicza, która ukaże się nakładem Oficyny Wydawniczej RYTM i Instytutu Studiów Politycznych PAN).

Historyk ahistoryczny
O "Panach", "Żydach" i "Chamach" inaczej
Paweł Machcewicz, Rafał Wnuk, 8 sierpnia 2004

Konkluzja tekstu Jana Tomasza Grossa ("TP" nr 32/04) jest szokująca: "O zbrodni popełnionej na Żydach przez ťludŤ nie wiedzieliśmy najprawdopodobniej dlatego, że rozróby wśród ťchamstwaŤ nie są dla ludzi z lepszego towarzystwa nazbyt interesujące". Stosując takie uproszczenia można udowodnić, że o zbrodniach na Wołyniu nie pisano do początku lat 90., bo ukraińskie "Chamy" wymordowały tam polskich "Chamów", a milczenie na temat walk na Nowogródczyźnie wyjaśnić tym, że ruskie i białoruskie "Chamy" rżnęły "Chamów" polskich.

Autor "Sąsiadów" zarzuca kilku czołowym postaciom ze środowiska Biura Informacji i Propagandy KG ZWZ-AK obojętność wobec mordów dokonanych przez Polaków na Żydach w lipcu i sierpniu 1941 r. na terenie Białostocczyzny. Jest to zarazem oskarżenie instytucji Polskiego Państwa Podziemnego o przemilczanie arcyważnego aspektu stosunków pomiędzy polskimi obywatelami różnych narodowości. Jeśli dobrze rozumiemy, Gross uważa, że Jan Rzepecki, Aleksander Gieysztor, Antoni Szymanowski, Stanisław Płoski i Jerzy Makowiecki zamiast alarmować zwierzchników i podziemną prasę, domagać się podjęcia jakichś bliżej niesprecyzowanych kroków ("nie podnieśli larum pod niebiosa, nie rwali sobie włosów z głowy" ) dla wyjaśnienia tych bulwersujących, ale ogólnikowych, zagadkowych wręcz doniesień, ograniczali się do sporządzania rzetelnych, obiektywnych meldunków informacyjnych na użytek KG ZWZ.

Informacja, nie propaganda
Gross zapomina, że raport ma z definicji charakter informacyjny, nie publicystyczny czy propagandowy, nie może sugerować podjęcia jakichkolwiek działań czy wyciągania określonych wniosków. Autor "Niepamięci zbiorowej" nie bierze też pod uwagę, iż pracownicy BiP przez cały okres wojny dostarczyli wiele materiałów na temat stosunków narodowościowych na terenach, które znalazły się w 1939 r. pod okupacją sowiecką. W ich raportach wielokrotnie odnotowywano gwałtowny wzrost antysemityzmu wśród poszczególnych grup narodowościowych II RP, zwłaszcza Polaków i Ukraińców. Ta gwałtowna radykalizacja postaw miała być - zdaniem autorów meldunków - skutkiem poparcia Sowietów przez znaczną część ludności żydowskiej, która znalazła się pod okupacją wschodniego sąsiada. Zjawisko to odnotowują nie tylko dokumenty ZWZ, ale też podziemna prasa różnych nurtów. Nie ma sensu w tym miejscu rozpoczynać dyskusji, w jakim stopniu oceny te były krzywdzącymi uogólnieniami opartymi na zachowaniach tylko części Żydów, a w jakim odzwierciedlały stan faktyczny. Ważne, że taki sposób myślenia był charakterystyczny dla większej części Podziemia, o czym należy pamiętać, gdy czytamy meldunki z 1941 r. Ich autorzy wyraźnie łączyli informacje o pogromach ze stosunkiem polskiej ludności do Żydów, ukształtowanym podczas prawie dwóch lat sowieckiej okupacji.

W 1941 r. BiP informowało o przypadkach mordów na Żydach dokonywanych przez obywateli polskich (Ukraińców i Polaków) i o masowych mordach popełnionych przez Niemców i Litwinów. Potem - także o niemieckiej polityce wobec Żydów, a następnie o tragedii Holokaustu. Także dzięki wysiłkom BiP możliwe było przekazywanie tych informacji rządowi RP w Londynie, a przez ten ostatni - aliantom i światowej opinii publicznej.

Pracownicy kierowanej przez Rzepeckiego komórki nie stosowali autocenzury. Informacjom mówiącym o haniebnym zachowaniu się jakiejś grupy ludzi z reguły towarzyszyła jednoznacznie negatywna ocena moralna. Warto dodać, że wywodzący się z tego środowiska Antoni Szymanowski w grudniu 1942 opublikował książkę "Likwidacja getta warszawskiego" - wybitny, poruszający tekst o niezaprzeczalnych walorach edukacyjnych. Podstawowym celem tej pracy było uświadomienie opinii społecznej rozmiaru rozgrywającej się tragedii Żydów i poruszenie sumień.

Nieporozumieniem jest też budowanie przeciwstawienia: "rozumiejący niebezpieczeństwo, jakie niósł ze sobą antysemityzm" Jan Karski, a z drugiej strony nieświadomi zagrożeń inni członkowie podziemnych elit. Karski nigdy nie żył pod sowiecką okupacją, wiedzę swą czerpał od ludzi i z materiałów, do których dostęp uzyskał ze względu na powierzoną mu kurierską misję. Przekazywał informacje i opinie KG ZWZ, a nie swoje prywatne poglądy.

Czas bez państwa
Kluczowe pytanie brzmi: jaki był latem 1941 r. stan wiedzy kręgów dowódczych ZWZ o sytuacji na obszarach dwa miesiące wcześniej okupowanych przez Sowietów? Odpowiedź jest prosta - minimalny. Wbrew założeniu poczynionemu przez Jana Tomasza Grossa, w połowie 1941 r. Polskie Państwo Podziemne na tamtych terenach praktycznie nie istniało. Obszar Lwowski ZWZ (a właściwie to, co z niego zostało) był kontrolowany przez NKWD, Obszar Białostocki został sparaliżowany wiosną 1941 r. przez kolejne fale aresztowań. W rezultacie w drugiej połowie 1941 r. kresową konspirację trzeba było odbudowywać niemal od zera. Robiły to specjalne "ekipy" wysłane tam przez KG ZWZ. Tworzone przez nie siatki zaczęły funkcjonować dopiero w 1942 r. Wtedy też poprawiła się jakość informacji napływających ze wschodnich terenów II RP, co można zauważyć także w przytaczanych przez autora "Sąsiadów" "Informacjach Bieżących".

Na Białostocczyźnie w lipcu i sierpniu 1941 r. nie było więc przedstawicieli PPP, którzy mogliby reagować na wydarzenia. Nie było też siatek Oddziału II ZWZ (wywiad), zdolnych do weryfikacji wiarygodności pierwszych raportów zebranych przez dopiero co wysłanych w teren wywiadowców. Meldunki z lata i wczesnej jesieni 1941 r., sporządzane w warunkach chaosu wywołanego przetaczającym się frontem i przy nieobecności struktur Państwa Podziemnego na Wschodzie, uznawano za mało wiarygodne. I to nie dlatego, że dotyczyły Żydów. Z podobnym sceptycyzmem w Warszawie i Londynie przyjmowano w 1943 r. pierwsze doniesienia o masowych mordach dokonywanych w 1943 r. przez Ukraińców na Polakach. Nie musimy zresztą sięgać do przykładu z Kresów Wschodnich. Zagłada Żydów, dziejąca się w sercu Polski - tam, gdzie struktury polskiej konspiracji były dobrze rozwinięte - początkowo również wydawała się czymś nieprawdopodobnym. Też powątpiewano w jej skalę. Taka niewiara charakteryzowała nie tylko polskie podziemie, ale i rządy zachodnich sojuszników, a nawet żydowską diasporę.

O państwie, z własnymi komórkami administracyjnymi, sądownictwem i ciałami przedstawicielskimi, możemy mówić dopiero od 1943 r. i to jedynie w odniesieniu do niektórych obszarów Generalnego Gubernatorstwa i większych miast wojewódzkich. W tzw. terenie, szczególnie na wschodzie, jedynym przedstawicielem PPP było podziemne wojsko - ZWZ-AK. Wyroki wydawał lokalny dowódca "w imieniu Polski Podziemnej" nie przejmując się specjalnie podstawami prawnymi podejmowanych działań.

Innym zagadnieniem jest problem przyjętych przez podziemie priorytetów. Dla Rządu RP na wychodźstwie, dla KG ZWZ i, rzecz jasna, alianckich przywódców bezwzględne pierwszeństwo miały zagadnienia pozwalające zwyciężyć Niemców. Stąd też informacje dotyczące dyslokacji sił, linii transportowych, zaopatrzenia, produkcji wojskowej czy morale żołnierzy niemieckich miały zdecydowanie większe znaczenie niż lokalne pogromy czy zbrodnie na ludności cywilnej - w oparciu o takie właśnie wiadomości podejmowano strategiczne decyzje. Możemy się oburzać na ten stan rzeczy, ale nie możemy go nie dostrzegać. Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej był momentem przełomowym, tak bogatym w najcięższe gatunkowo wydarzenia, że mordy z Radziłowa czy Jedwabnego nie miały najmniejszych szans przebicia się ani na pierwsze strony podziemnych meldunków, ani do szerszej świadomości społecznej.

Ludzie z misją
Podjęta przez Grossa próba "tłumaczenia" przyczyn "milczenia" pracowników BiP wprawia w osłupienie. Według nowojorskiego historyka płk Jan Rzepecki oraz jego współpracownicy cierpieli na "wybiórczą ślepotę" spowodowaną "zhierarchizowaną, post-feudalną strukturą polskiego społeczeństwa". Ludzie ci mieli funkcjonować w prostym, dychotomicznym świecie, gdzie na jednym biegunie sytuowali się wyniośli, kulturalni, obojętni na problemy innych inteligenci, na drugim zaś "Chamy i Żydy" - czyli wszyscy ci, którzy nie byli inteligencją. Gross podkreśla, że klasowym modelem myślenia posługiwać się miała cała polska elita, niezależnie od poglądów społecznych czy politycznych, a więc także "lewicujący demokraci" w osobach pracowników BiP. Tymczasem to właśnie kilka pokoleń "lewicowych demokratów" pracowało od połowy XIX w. do wybuchu II wojny światowej, by "Żydy" i "Chamy" (ci drudzy nazywani przez "lewicujących demokratów" "ludem" ) stali się społeczeństwem. Można się zastanawiać, na ile skuteczna była to misja, ale założenie, iż "lepsze towarzystwo" z definicji jest obojętne na poczynania "chamstwa" nie jest prawdziwe, a w tym konkretnym przypadku - szczególnie krzywdzące.

Dla udowodnienia swojej tezy Jan Tomasz Gross odwołuje się do książki "Urwany lot" Hanny Świdy-Ziemby. Nie jest to w żaden sposób przekonujące. Nieporozumienie polega na tym, że prof. Świda-Ziemba pisze o świadomości pokolenia dorastającego w okresie II wojny światowej, które nie jest reprezentatywne dla wychowanego w zgoła odmiennych warunkach pokolenia ojców. Dla porządku przypomnijmy, że w 1941 r. Jerzy Makowiecki miał 45 lat, Jan Rzepecki - 42 lata, Aleksander Gieysztor - 25 lat, Stanisław Płoski - 42 lata, a bezpośrednio odpowiadający za sprawy narodowościowe w BiP (niewymieniony przez Grossa) Stanisław Herbst - 34 lata. Byli to więc ludzie dojrzali.

Prof. Świda-Ziemba stwierdza, że młodzież inteligencka wyniosła z wojny swoiste zobojętnienie na losy osób spoza własnej wspólnoty. Zaznacza jednak wyraźnie, że był to odruch nabyty na skutek okupacyjnej rzeczywistości. Wchodzący w okres okupacji, w pełni ukształtowani inteligenci tego zobojętnienia jeszcze nie czuli. Zostało ono "wypracowane" w warunkach okrutnej wojny: ekstremalnie trudne otoczenie zmuszało do rewizji dotychczasowych norm i zachowań. Kto jej nie dokonał, miał niewielkie szanse na przetrwanie. Ten, kto przeżył, mógł myśleć o pomocy innym czy o sposobach reakcji na otaczające go zło. Polskiemu inteligentowi, szczególnie na prowincji, przetrwać nie było łatwo.

Rozkawałkowany świat
Dlaczego zaś nie starano się mordów na Białostocczyźnie wyjaśnić później - w 1942, 1943, 1944 r.? Odpowiedź również wydaje się prosta. Tamte wydarzenia zostały przesłonięte przez kolejne, dokonujące się w znacznie większej skali: zagładę całego narodu żydowskiego, zaostrzenie terroru okupanta wobec polskiej ludności, akcję "Burza" , hekatombę Powstania Warszawskiego, nadejście Sowietów niosących kolejną okupację.

Jak by to szokująco nie zabrzmiało, trzeba powiedzieć, że zbrodnie na Żydach dokonane w 1941 r. na Białostocczyźnie są czymś wyjątkowym w swojej drastyczności przede wszystkim z naszego punktu widzenia: współczesnych, żyjących od kilkudziesięciu lat w warunkach względnej stabilności i pokoju. Dla Polaków przeżywających grozę wojny, także pracowników BiP, to, co się działo na Białostocczyźnie w 1941 r., było tylko fragmentem obrazu składającego się głównie ze zbrodni, często nie mniej okrutnych i drastycznych, a przy tym dokonywanych na większą znacznie skalę niż to, co wydarzyło się w Jedwabnem, Radziłowie, Wąsoszu. Jeżeli zapoznamy się z opisami mordów popełnianych przez Ukraińców na polskiej ludności Wołynia i Galicji Wschodniej, ich drastyczność będzie równie porażająca. Mordowano całe polskie społeczności, z kobietami i dziećmi, palono ich żywcem, zabijano najprymitywniejszymi narzędziami. Działo się to przez długie miesiące na terytorium stanowiącym znaczącą część przedwojennej II RP. Żeby nie mówić tylko o polskich ofiarach, wspomnijmy o akcjach polskiego podziemia wobec Ukraińców, jak zamordowanie 5 marca 1945 r. 365 mieszkańców Pawłokomy (Pogórze Przemyskie) przez oddział AK Józefa Bissa "Wacława" i miejscowe samoobrony, czy też 6 czerwca 1945 r. przez Zgrupowanie NSZ Mieczysława Pazderskiego "Szarego" 194 mieszkańców Wierzchowin (Krasnystawskie). O wszystkich tych wydarzeniach zaczęto mówić na szerszą skalę też dopiero po kilkudziesięciu latach, po 1989 r.

Względność pamięci
Jan Tomasz Gross stawia pytanie przede wszystkim o powody milczenia podczas okupacji, ale można odnieść wrażenie, że zarzut dotyczy także czasów późniejszych. Niepodjęcie przez Jana Rzepeckiego czy Aleksandra Gieysztora prób wyjaśnienia informacji pochodzących z 1941 r. bezpośrednio po zakończeniu wojny nie wymaga komentarza. Trudno wymagać cofania się do wydarzeń odległych o kilka lat (w tamtych warunkach były to prawdziwe "lata świetlne" ) wobec tego wszystkiego, co nadchodzi w 1944 i 1945 r.: sowietyzacji Polski, zmian granic, odbudowy kraju, podziemia niepodległościowego występującego teraz przeciwko nowemu okupantowi (przypomnijmy, że Jan Rzepecki był autorem koncepcji, współtwórcą i pierwszym prezesem stworzonego we wrześniu 1945 r. Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" , aresztowanym w listopadzie 1945 r., następnie ułaskawionym, w 1949 r. ponownie aresztowanym i uwolnionym dopiero w 1955 r.). Weźmy jeszcze pod uwagę, że BiP--owska przeszłość nie była atutem w nowej rzeczywistości i wracanie do spraw związanych z własną pracą w tej newralgicznej komórce Komendy Głównej AK nie było z pewnością bezpieczne w pierwszym powojennym dziesięcioleciu.

Przyczyny kilkudziesięcioletniego milczenia na temat zbrodni w Jedwabnem czy Radziłowie były częścią dyskusji toczonej po opublikowaniu "Sąsiadów" i wszczęciu śledztwa przez IPN. Mówiono o cenzurze i blokowaniu przez komunistyczne władze podejmowania drażliwych tematów (Gross przypomina eufemizmy, do których zmuszony był w latach 60. Szymon Datner) oraz braku dostępu do dokumentów. Takie zniekształcenia percepcji historycznej rzeczywistości dotyczyły zresztą nie tylko kwestii najbardziej drastycznych, dziejących się w czasach wojennej zawieruchy na stosunkowo niewielkim terytorium. Niekiedy chodziło o wydarzenia stosunkowo nieodległe, obejmujące cały kraj i setki tysięcy ludzi. Po 1989 r. jeden z nas dotarł do niewykorzystywanych wcześniej przez historyków raportów sporządzanych przez terenowe komitety PZPR i Urzędy Bezpieczeństwa na temat społecznych nastrojów i zachowań w 1956 r. Wynika z nich zupełnie inny obraz polskiego Października niż ten wcześniej przyjmowany za oczywisty: był to wielki ruch o wymiarze niepodległościowym, antyradzieckim, antykomunistycznym, o bardzo silnej symbolice religijnej. Dowiadywaliśmy się o wielkich manifestacjach ulicznych, starciach z siłami porządkowymi, burzliwych demonstracjach pod radzieckimi koszarami, gdzie stacjonowała Armia Czerwona. Przez kilkadziesiąt lat o tym nie pisano. To chyba dobra ilustracja względności świadomości historycznej, i to zarówno w odniesieniu do rzeczy naprawdę drastycznych, wyjątkowych, jak i tych, które były przeżyciem masowym, ale nie utrwalonym, nie opisanym.

Chcemy być dobrze zrozumiani. Jesteśmy jak najdalsi od pomniejszania wagi dla polskiej historii mordów na Żydach w Jedwabnem i Radziłowie. Jesteśmy zwolennikami ujawnienia pełnej, nawet najbardziej drastycznej prawdy na ten temat. Staraliśmy się zresztą w ciągu ubiegłych lat przyczynić do tego na miarę naszych możliwości. Ale trzeba to robić w sposób rzetelny i przemyślany, uwzględniający całą złożoność czasów wojny i okupacji; kontekst historyczny, którego tylko częścią były zbrodnie na Białostocczyźnie latem 1941 r. Wszystko było znacznie bardziej skomplikowane niż efektowna publicystycznie, ale odległa od rzeczywistości interpretacja Jana Tomasza Grossa.

Dr hab. Paweł Machcewicz jest historykiem, opublikował m.in. "Polski rok 1956" i "Historię Hiszpanii" (wraz z T. Miłkowskim). Był redaktorem i współautorem wydanych przez Instytut Pamięci Narodowej studiów "Wokół Jedwabnego". Od 2000 r. jest dyrektorem Biura Edukacji Publicznej IPN.

Dr Rafał Wnuk jest historykiem, opublikował m.in.: "Konspirację akowską i poakowską na Zamojszczyźnie od lipca 1944 r. do 1956 r.". Obecnie zajmuje się problematyką polskiej konspiracji pod okupacją sowiecką w latach 1939-1941. Jest naczelnikiem lubelskiego Biura Edukacji Publicznej IPN i adiunktem Instytutu Studiów Politycznych PAN.

Wiedza jako źródło cierpień

Jerzy Jedlicki,

Tygodnik Powszechny, 22 sierpnia 2004

To przecież nie jest tak, że o czymś albo wiem, albo nie wiem, i tyle. Wiedzieć coś można mocno i pewnie, albo tylko tak jakby. Mogę coś wiedzieć dziś, a nie wiedzieć jutro. Umysły nasze bezustannie selekcjonują bombardujące nas wiadomości, a także interpretują je przypisując im większą lub mniejszą wagę i znaczenie, włączając je w ustalony system przekonań albo pozostawiając je na uboczu, jak grudki luźno doczepione do zasobu naszej świadomości, które mogą się okazać w konflikcie z jej utwardzonym rdzeniem. Taki konflikt zwie się dysonansem poznawczym: jest to uczucie nieprzyjemne, które staramy się uśmierzyć tak modyfikując treść i sens nowych wiadomości, aby się w końcu zgodziły z tym wszystkim, w co przywykliśmy wierzyć. Możemy oczywiście, w przypadku konfliktu, zmodyfikować przekonania pod wpływem nowych informacji, wymaga to wszelako większego wysiłku i krytycyzmu.

W przestrzeni społecznej, która powstaje dzięki komunikowaniu się ludzi między sobą, odbywa się to nie inaczej, co najwyżej trochę bardziej radykalnie, gdyż do normalnego procesu organizowania wiedzy prywatnej dołącza się lęk, aby się nie odróżniać od środowiska, w którym wzajemnie zwykliśmy uzgadniać pojmowanie siebie i świata.

Żyd wieczny intrygant

W potocznym obrazie świata w Europie środkowo-wschodniej Żyd był jednocześnie postacią centralną i zupełnie uboczną. Postacią centralną był Żyd wieczny tułacz, zabójca Chrystusa, truciciel, świętokradca, szpieg, spiskowiec, bogacz, lichwiarz, spekulant, komunista, zdrajca, udawany przechrzta, fałszywy patriota, nienawistny i na każdym kroku szkodzący wróg narodu polskiego (lub niemieckiego, rosyjskiego, litewskiego, ukraińskiego, węgierskiego i jakiego jeszcze chcecie). Bez tego mitycznego Żyda, z ukrycia rządzącego światem, nie mógł się i do dziś nie może obyć mentalny krajobraz polskiego narodowca, szczerego oczywiście patrioty i katolika, i każda z nim rozmowa, od czegokolwiek by się nie zaczęła, na Żydzie się skończy. Postacią zaś zgoła uboczną, kiedyś elementem pejzażu, dzisiaj zabarwionego sentymentem wspomnienia, był ten czy ów Żyd prawdziwy, który miał imię, sklepik albo warsztat, żył w dostatku albo w nędzy, święcił szabas albo nie, poza tym mógł być syjonistą, albo socjalistą, albo asymilantem, wielekroć upokarzanym i przeciw upokorzeniom chroniącym się za pancerzem dumy, i był przywiązany do swego miasta, do swego kraju, choć miał z nimi gorzkie swoje rachunki. Ofiarą zniewag, szyderstw, pogromów, morderstw, szantaży padali Żydzi rzeczywiści, ich rodzice, ich dzieci, ich domowe sprzęty, ale zawsze za usprawiedliwienie przemocy służył i do dziś służy Żyd mityczny. Pamięć tych pierwszych jest zamglona i zatarta, za to ten drugi, Żyd wieczny intrygant, jest do dziś w wielu chrześcijańskich umysłach niezastąpiony i zabić go nie można, ponieważ jest nieśmiertelny.

Gross ma więc rację: gdy do władz Polski podziemnej dochodziły mętne i niedokładne informacje o tym, że jacyś chłopi i mieszczanie w jakimś powiecie spalili jakichś Żydów, to zapewne były to wiadomości na tyle ważne, że warte umieszczenia w tajnym raporcie, ale nie tego, by im przydawać większe publiczne znaczenie, bo to się wydarzyło gdzieś tam, przy okazji i na uboczu wielkich zmagań narodu z najeźdźcą. Sprawa zaiste nieprzyjemna, gdyż mająca posmak karygodnej współpracy z okupantem, ale co robić, były to czasy trudnych wyborów i zdarzały się przy tym moralne zbłądzenia. Niemniej to socjologiczne wyjaśnienie braku reakcji, jakie proponuje Gross, nie tłumaczy wszystkiego, bo przecież Komendant Główny pisał do Londynu o tym, jakie są nastroje w kraju i przestrzegał, że radiowe przemowy o solidarności z Żydami wywołują złe wrażenie. Rząd nie mógł wybrać sobie innego narodu, więc siłą rzeczy nie był szczególnie zainteresowany w tym, aby z powodu tych niemiłych wydarzeń robić wielki hałas i przysparzać sobie politycznych kłopotów, jakby ich nie dość było w znękanym kraju i w stosunkach z Aliantami.

Lepiej milczeć i zapomnieć

A i któż mógł być później zainteresowany, aby nadać rozgłos temu, co się w lipcu 1941 roku stało w kilku stodołach w dystrykcie szczuczyńskim czy łomżyńskim i w setkach innych miejsc, w których jacyś chłopi albo jacyś partyzanci zabijali jakichś Żydów? Mordercy mogli się przechwalać między sobą w karczmie, jak się który z nich sprawił i wymawiać tym, co się bardziej przy tej okazji obłowili, ale publicznie nie było się znowu czym chwalić, zwłaszcza po wojnie. Gdyby za to dawali ordery - powiada jeden z rozmówców Anny Bikont - to zaraz by się ustawiła kolejka. Orderów jednak nie dawali, tylko wyroki. Niewielkie wprawdzie, ale zawsze. Świadków zbrodni nie brakowało, ale też nie byli zainteresowani tym, żeby zbyt dokładnie świadczyć przed sądem, bo sąd daleko, a miasto blisko i za zbędne gadulstwo można było oberwać. A poza tym świadkowi też mogły się były dostać jakieś sprzęty po Żydach, więc po co kusić licho.
Sąd był jeden, drugi i trzeci, rozprawy przy otwartych drzwiach. Profesor Andrzej Rzepliński, karta po karcie analizując akta procesowe, pokazał dowodnie, że ani oskarżyciele, ani sędziowie, ani oczywiście obrońcy nie mieli specjalnego interesu w tym, żeby się dowiedzieć, jak naprawdę było. Można to zrozumieć. Śledztwa i rozprawy musiały się odbyć, bo takie było prawo, że kolaboracja z niemieckimi okupantami nie może ujść bezkarnie. Ilu tam Żydów kto i jakim sposobem zamordował, to już była materia mniej istotna: w końcu jak nie z rąk tych, to z rąk tamtych by zginęli, co za różnica. Średnio na procesie jedwabieńskim w Łomży w 1949 roku wypadło sześć minut na zeznanie jednego świadka, nikt nie zadawał kłopotliwych pytań, dwa dni wystarczyły na rozprawę. Nie starano się o nadanie sprawie rozgłosu, bo po co ściągać odium na powiat albo miasto. Władze w Warszawie też, jak widać, wolały zakończyć sprawę dyskretnie, bo dość było nieprzyjemności po Kielcach, a w ZSRR zaczynała się już walka z kosmopolityzmem i syjonizmem, więc tematu Zagłady, a cóż dopiero jej pomocników, lepiej było nie rozgrzebywać.

Ci, którym udało się przeżyć, choć mieli obowiązek zginąć, składali zaraz po wojnie relacje o swoich przejściach żydowskiej komisji historycznej, ale rzadko ktokolwiek z nich myślał o ich ogłoszeniu. Przyczyny były złożone. Nie wszyscy przecież chcieli wyjeżdżać, a jeśli się miało dalej żyć pośród Polaków, to lepiej było pamiętać wyświadczone przez nich dobro niż pogardę i okrucieństwo, których Zagłada bynajmniej nie wypaliła. Zresztą najgorsze wspomnienia trzeba było w sobie otorbić i uśpić, bo z nimi w głowie nie sposób było powrócić do normalnego życia. Stąd raz po raz słyszy się albo czyta wyznania ludzi, którzy o wojennych przeżyciach swoich rodziców dowiadywali się po kilku dziesiątkach lat: czasem dlatego, że rodzice nie chcieli dzieciom przekazywać stygmatu zgrozy i wykluczenia, a zresztą nowe życie niosło nowe, absorbujące problemy i pamięć czasu nieludzkiego do niczego nie była przydatna.

Ci, co Żydów ukrywali i ratowali od śmierci, też nie mieli powodu, aby się tym po wojnie chełpić. Jeśli mieszkali na wsi albo w małych miastach, gdzie wszyscy się znają, często zwyczajnie bali się niechęci sąsiadów, rzadko zdolnych uwierzyć w ich bezinteresowność - i ten strach, jak widać z zapisu rozmów Anny Bikont, trwał przez długie lata, czasem przez całe życie. Byli to zresztą w większości cisi bohaterowie, którzy uważali, że zrobili co robić należało i o czym tu mówić.

Kiedy się czyta dwa grube tomy studiów i dokumentów Wokół Jedwabnego, plon pracy zespołu badaczy z Instytutu Pamięci Narodowej, ma się nieodparte wrażenie, że właśnie wokół tego, co się stało w tamtej okolicy, istniała przez sześćdziesiąt lat zmowa milczenia, pieczęć tajemnicy, porozumienie, że nic się nie stało. No bo rzeczywiście - jak pisze Jan Tomasz Gross - cóżby to miało znaczyć, że zdarzenia bądź co bądź niebanalne, których świadkami są dziesiątki tysięcy ludzi, nie przenikają do kanonów wiedzy o epoce?" Jak to w ogóle możliwe? Ale nie było oczywiście żadnej zmowy, żadnego pilnie strzeżonego sekretu. Po prostu nikomu spośród tysięcy wiedzących nie zależało, chociaż z nader różnych powodów, żeby swoją wiedzę prywatną do kanonów wiedzy publicznej wprowadzić. Z pamięcią i wiedzą o Jedwabnem, o Radziłowie, o innych takich miejscach, jest źle i trudno żyć. Lepiej było nie wiedzieć, lepiej było zapomnieć.

Historycy? Historycy mają w końcu prawo wybierać sobie tematy i niechętnie podejmują takie, które mogą im przysporzyć rozterek i kłopotów. Czy nie dość przypomnieć, jaką burzę ściągnęli na siebie w 1968 roku autorzy i wydawcy encyklopedii PWN z powodu hasła o obozach Zagłady? W latach PRL-u obowiązywała szczególna poprawność polityczna i my, historycy, z reguły jej ograniczenia i zakazy respektowaliśmy, aż weszło nam to w krew. Przez długie lata głównym źródłem wiedzy o żydowskich losach czasu wojny była w Polsce literatura: od Borowskiego i Rudnickiego po Wojdowskiego, Grynberga, Hannę Krall, Idę Fink. Historykom się nie spieszyło.

Jak się bronić przed wiedzą

W roku 1963 Władysław Bartoszewski ogłosił w „Tygodniku Powszechnym" oraz w wielu czasopismach w różnych krajach świata apel o nadsyłanie relacji dotyczących polskiej pomocy Żydom w czasie okupacji. Odpowiedź na tę ankietę była wyjątkowo chętna i obfita i z tego materiału - po selekcji - powstały dwa kolejne wydania antologii Ten jest z ojczyzny mojej (Znak 1966, 1969). Oczywiście i autorzy relacji, i redaktorzy tomu (W. Bartoszewski i Zofia Lewinówna) zdawali sobie sprawę z tego, że pełna poświęcenia, męstwa i współczucia pomoc nie wyczerpuje tematu postaw wobec Zagłady Żydów. Uważało się jednak - i słusznie - że obowiązek wdzięcznej pamięci i krzepiącej satysfakcji moralnej nakazuje w pierwszym rzędzie oddać sprawiedliwość Sprawiedliwym. W ślad za tomem Bartoszewskiego i Lewinówny poszły liczne późniejsze monografie i zbiory relacji o zorganizowanych i indywidualnych formach ratowania Żydów. Pozostawało wszelako drugie, mroczne oblicze nieludzkiego czasu - zaprzeczenie ludzkiej solidarności - które w polskim piśmiennictwie zbywało się przeważnie eufemizmami, ażeby nie ranić niczyich uczuć i nie budzić upiorów. W ten sposób Sprawiedliwym przyszło wielekroć osłaniać donosicieli, szantażystów i morderców - misja, do której nie wszyscy zresztą, jeśli żyli, pozwalali się użyć.
W ostatniej dopiero dekadzie wysypały się monografie i rozprawy penetrujące historię nienawistnych stereotypów, dzieje agitacji antysemickiej w Polsce, pogromów, wreszcie formacji ideowych, policyjnych i zbrojnych, mających swój skromny udział w prześladowaniu i wyłapywaniu ginących. Rzecz znamienna, że autorami tych opracowań są z reguły badacze urodzeni po wojnie, nie obciążeni własnymi przeżyciami. Sąsiedzi Agnieszki Arnold i Sąsiedzi Jana Tomasza Grossa to były bezsprzecznie najbardziej przerażające opowieści w tej serii, która definitywnie zamknęła półwiekowy okres wstydliwych przemilczeń i niedomówień.

Opowieści te zadziałały z siłą eksplozji. Zainspirowały wielogłosowy program badawczy, który już zaowocował tomami IPN-u, studiami Andrzeja Żbikowskiego, książką Anny Bikont, i będącymi w toku pracami wielu innych historyków, socjologów i polonistów. Wzbudziły gorączkową, lecz w sumie głęboką i poważną debatę publiczną o problemach winy, ciężaru historycznego dziedzictwa, potencjalności ludzkiej natury i konfliktów narodowego sumienia. Debata ta, której najważniejsze wypowiedzi są utrwalane w antologiach i zbiorach artykułów, pozostanie ważnym świadectwem etycznej dojrzałości polskiej myśli i ona sama stanie się bez wątpienia tematem wielu przyszłych opracowań. Równocześnie debata ta uruchomiła także potężne mechanizmy obronne, mające chronić autorów i czytelników przed porażającym działaniem historycznej prawdy.

Postawa obronna, pomijając skrajne wyjątki, nie wynika oczywiście z poczucia solidarności z mordercami, lecz z przekonania - nie bezzasadnego przecież - że książka Grossa rozszerza społeczny zakres odpowiedzialności ukazując związek między doktryną religijnej, rasowej i narodowej nienawiści a moralnym zdziczeniem morderczego tłumu. W rzeczy samej, związek ten w dalszych źródłowych studiach Dariusza Libionki, Anny Bikont i innych jawi się jako niemożliwy do zaprzeczenia. Rzecznicy endeckiej mentalności, wciąż żywej i odradzającej się, trafnie więc odczuli, że ich świat wartości został objęty oskarżeniem. Najprostszą strategią obronną stało się tedy podważanie wiarygodności źródeł tudzież pleniące się paszkwile na „sto kłamstw" Grossa, działającego - jakżeby inaczej - w finansowych interesach żydowsko-amerykańskiej plutokracji. Proboszcz z Jedwabnego i biskup z Łomży udzielili gorliwego wsparcia tego rodzaju fantazmatom.

Książka Bikont przedstawia zdumiewający katalog sposobów adiustowania własnej pamięci, odpierania najbardziej oczywistych świadectw, zakłamywania świadomości i wiedzy. Kto wie, może w pojedynczych przypadkach operacje takie dokonują się świadomie i cynicznie. Typowe jednak zdaje się raczej bezwiedne przezwyciężanie konfliktu faktów z przekonaniami, w którym fakty z reguły przegrywają. Daremne są wszelkie argumenty: żadne świadectwo ani racjonalna perswazja nie przebije się do nieprzemakalnej świadomości antysemity, który zawsze wie lepiej, z góry i raz na zawsze.

Niemniej wiarygodność Sąsiadów była kwestionowana także z pobudek szlachetniejszych, mianowicie z powodu trudności pogodzenia się z siermiężnym, nie wyidealizowanym obrazem polskiego społeczeństwa, czy choćby tylko pewnych jego segmentów. W tej intencji wielu krytyków Grossa starało się osłabić lub ograniczyć nośność wniosków, jakie można było wysnuć z przedstawionych przez niego świadectw. Spierano się o liczbę Żydów, którzy padli ofiarą rzezi, o liczbę i rolę Niemców, którzy mieli przy niej asystować, o liczbę i kondycję społeczną Polaków, którzy wzięli w niej jakiś udział: czy to byli zwykli ludzie, czy zdemoralizowane męty społeczne. A historyk - często siedzi w rozmaitych szczegółach.
Szczegółów od tego czasu przybyło, czasem aż nadto. Odnalazły się akta sądowe, zeznania, niewykorzystane relacje, stare, nigdy nie rozcięte czasopisma łomżyńskie, wspomniane już dokumenty Polski Podziemnej, nowi świadkowie , i diabeł miał się coraz lepiej, a myślący czytelnicy - bez względu na swoje rodowody -coraz gorzej. Oprócz jednego przypadku nie zdarzyło się także tego w jakiej mierze ofiary same na siebie ściągnęły gniew ludu. Diabeł - przypominał poważny jednak, aby którykolwiek z polemistów, zapalczywych Obrońców Dobrego Imienia Miasta i Narodu, powiedział: przepraszam, myliłem się. Co to, to nie, nie takie są nasze obyczaje.

Wiedzy zakopać z powrotem w archiwach się nie da. Ona pozostanie. Problem polega dziś na tym tylko, co z nią uczynimy. Dobrze to ujął Jan Tomasz Gross we wcześniejszym swoim artykule w "Tygodniku Powszechnym": "Ludobójstwo w Jedwabnem to wyzwanie dla nas na dziś, a nie po prostu zaszłość, która spada nam na głowę. Możemy w tej sprawie zrobić bardzo wiele. I od nas zależy, czy uniesiemy ten ciężar, odzyskując przy okazji zaufanie do siebie i wiarygodność w oczach Zachodu, czy też pogrążymy się w obronnym geście zacukania, głęboko przeświadczeni, że wszyscy i tak są przeciwko nam".

Korzystałem z książek:
Wokół Jedwabnego, pod red. Pawła Machcewicza i Krzysztofa Persaka, tom 1: Studia; tom 2: Dokumenty, Instytut Pamięci Narodowej: Warszawa 2002. Anna Bikont, My z Jedwabnego, Prószyński i S-ka: Warszawa 2004. Jan Tomasz Gross, Wokół "Sąsiadów": polemiki i wyjaśnienia, Pogranicze: Sejny 2003. Marcin Kula, Uparta sprawa: Żydowska? Polska? Ludzka? , Universitas: Kraków 2004.