E-mail

English






Literatura czasu zagłady

Kustosze pamięci

Reportaż historyczny

JERZY GIZELLA

www.dziennik.com/przeglad

Hanna Krall, pisarka szczególnie wyczulona na trudne problemy wielowiekowego sąsiedztwa Polaków i Żydów, asymilacji i ortodoksji, czasu próby dla jednych i zagłady dla drugich, z której nie można praktycznie było wyjść zwycięsko - obrała tym razem za temat swojego literackiego reportażu1) dzieje starego lubelskiego domu położonego in circulo civitatis. Co powinno znaczyć "w centrum świata", a znaczy zaledwie - "w obrębie miasta". wiat Żydów lubelskich jest światem tak starym, jak dzieje otaczających kamienicę zabytkowych budowli-instytucji: klasztoru Dominikanów, katedry i Trybunału Koronnego. Każda z tych instytucji ma w relacji autorki osobne i szczególne miejsce, w każdej działy się rzeczy historycznie i kulturowo doniosłe, przełomowe, mające konsekwencje aż do czasów obecnych. Niepoślednią rolę w tej opowieści gra także historia lubelskiego Zamku, zamienionego w więzienie w czasach carskich i pełniącego tę rolę z bezwzględnym okrucieństwem aż do czasów PRL-u: kaci i śledczy zmieniali języki, mundury i ideologie, a ofiary - niezależnie od historycznego momentu - niewielkie miały szanse na przetrwanie pobytu w celach i kazamatach osławionej lubelskiej katowni.

Kamienica, jak w klasycznej XIX-wiecznej fabule, pełni rolę "narratora" akcji, w niej splatają się skomplikowane losy ludzkie. Należała w XVI wieku do kupca korzennego Jana Aromaniusa, w XIX "przeszła na własność małżeństwa Arnsztajnów - Franciszki i Marka. Ona była poetką, on doktorem medycyny". To para głównych bohaterów "reportażu z przeszłości". Z Franciszką przyjaźnił się Józef Czechowicz, utalentowany katastrofista i awangardowy poeta, związany potem z warszawską bohemą. Czechowicz bywał w mieszkaniu doktorostwa Arnsztajnów, wydał w 1934 roku z Franciszką wspólny tom wierszy pt. Stare kamienie. W poetyckim dialogu ważną rolę odgrywał motyw linii życia. Czechowicz uważał, że jego linia jest "wyjątkowo długa". Początek września tragicznie zaprzeczył astrologicznym przesądom - żywot młodszego od Franciszki Józefa skończyła przypadkowa bomba: w zakładzie fryzjerskim, do którego poszedł się ogolić, zginął jeden tylko mężczyzna. W kieszeni miał słownik polsko-niemiecki, "własność Józefa Czechowicza". Franciszka, z którą dzielił się swoimi obsesjami ("pani bierze je na siebie") - śmiercią i samotnością - przeniosła się przed wojną, już jako wdowa, do Warszawy, tu dobrowolnie poszła do getta. Wcześniej, mając ponad 70 lat, przyjęła chrzest ("nie wiadomo dlaczego"). Do wybuchu wojny tragedie nie oszczędzały jej - gruźlica pozbawiła ją słuchu, syn Jan, lekarz i legionista odznaczony Krzyżem Polonia Restituta, zaraził się gruźlicą i zmarł w sile wieku, narzeczona popełniła samobójstwo na jego grobie. W Warszawie mieszkała tylko z wnuczką, wnuczka też zaraziła się gruźlicą, ale wyleczyła się z niej rąbiąc syberyjską tajgę. Franciszkę przypuszczalnie zastrzelono w ostatnim czynnym w warszawskim getcie szpitalu, zlikwidowanym w styczniu 1943 roku. Choć (nie przeżył żaden świadek) mogło być zupełnie inaczej. Jedynym właściwym słowem jest słowo "podobno", "prawdopodobnie", "być może" - pojawiają się one najczęściej w opowieści Hanny Krall. Życie mieszkańców tej kamienicy jest odtwarzane z okruchów, z dokumentalnych zapisów, aktów zgonu, listów, spisów lokatorów. Bardzo niewiele, a jednak w kilku obrazach i w kilku dialogach odradza się ich egzystencja i psychika, stają przed nami żywi, jedyni, niepowtarzalni ludzie. Mistrzostwo w opanowaniu materiału i formy sprawiają, że lektura działa na naszą wyobraźnię, przynosi nadzieję, szansę na prawdziwy dialog sumień. Złe duchy, które pilnują ludzkiego nieszczęścia, jak głowa diabła wyrzeźbiona na drewnianej lasce podarowanej przez Czechowicza Janowi Arnsztajnowi, odchodzą wraz z Duchem Czasu, który z jednych czynił tchórzy i kanalie, z innych, znacznie mniej licznych, bohaterów i samarytan. Każde imię ocalone z zagłady i przywrócone pamięci jest bezcennym aktem zadośćuczynienia i pojednania, ważniejszym niż zapalanie zniczy i inne piękne, symboliczne i szlachetne, gesty.

Opowieść alegoryczna

Życiorys autora tej prozy, Aharona Appelfelda, sam w sobie wystarczyłby za kanwę trzymającej w napięciu od początku do końca powieści. Ale z autobiografią 19-letniego uciekiniera z getta, potem żołnierza Armii Czerwonej i armii izraelskiej Badenheim 19392) niewiele ma wspólnego. Czytelnicy natomiast powinni bezbłędnie rozpoznać tradycyjny literacki podkład tej narracji - mityczną koncepcję środkowej Europy - krainy ciężkiej melancholii i nostalgii, tak dokładnie i barwnie opisanej w literaturze niemieckiej, polskiej, czeskiej i węgierskiej, związanej z rozpadem monarchii austro-węgierskiej i nadciągającą kolejną wojną światową. Do motywów przeczuwalnej i nieprzeczuwalnej katastrofy nawiązywali w swojej prozie Andrzej Kuśniewicz i Julian Stryjkowski, z młodszych - m.in. Piotr Szewc (Zagłada).

Wczesną wiosną 1939 roku do podwiedeńskiego kurortu Badenheim zaczynają napływać pierwsi goście i wczasowicze. Większość z nich to wierni bywalcy, ludzie znający się od lat i znający sekrety stałych mieszkańców tego uroczego miejsca. Mieszkańcy i kuracjusze stanowią szeroką reprezentację wszystkich warstw austriackiej społeczności żydowskiej: lekarze, wykładowcy uniwersyteccy, kupcy, rzemieślnicy, artyści, głównie muzycy, choć nie brakuje zakochanych w Rilkem recytatorów i ich wiernych słuchaczy. Kulturalne życie stanowi w Badenheim esencję pobytu i największą coroczną atrakcję, choć występy i koncerty miewają mankamenty - kapryśni artyści zawsze droczą się ze swoim chytrym impresariem dr. Pappenheimem, żądają podwyżki honorariów i lepszych standardów bytowo-mieszkaniowych. Nigdy nie wiadomo, czy w ostatniej chwili nie zbuntują się i zerwą kontrakt. Ale o tych przepychankach i groźbach większość kuracjuszy nie ma pojęcia. Zajęci są miejscowymi plotkami, grą w tenisa, pływaniem i opalaniem się, spacerami po lesie i objadaniem się smakołykami w miejscowej cukierni. Na początku, wczesną wiosną, przyjeżdżają najzamożniejsi, ludzie wolnych zawodów i plutokracja. Dopiero tuż przed sezonem zjawiają się artyści. Mimo że jest to już rok 1939, a może właśnie dlatego, kuracjusze dyskutują wyłącznie o sprawach osobistych, błahych, lekkich i banalnych. Nie dyskutuje się jedynie o polityce i tzw. sytuacji międzynarodowej. Nawet jednej wzmianki o napięciu na granicy polsko-niemieckiej. Uzdrowisko żyje wyłącznie swoimi lokalnymi i wczasowymi sprawami. Skądinąd wiemy, że jest to bardzo mało prawdopodobne. Nawet pierwsze, rutynowe inspekcje i rozporządzenia wydziału sanitarnego nie wzbudzają w nikim, oprócz miejscowego drogisty, żadnych, najmniejszych podejrzeń.

Atmosfera wraz z rozwojem akcji staje się coraz bardziej kafkowska, ale bohaterowie powieści starają się za wszelką cenę udawać do końca, że wszystko jest tak jak było, to tylko jakieś formalne uciążliwości, które na pewno zostaną wkrótce wyjaśnione. Po wiośnie, delikatnej i nieśmiałej, nadchodzi gorące i parne lato. Cała przyroda i pogoda tworzą niezwykłą symfonię, jakby ułożoną na pochwałę bytu i natury. Losy ludzi przybierają jakby równoległy rytm, burzliwe początki sezonu, potem zestrojenie i letnią harmonię, zgodę ogólną i łagodność nastrojów, a nawet pojawia się duch ogólnej współpracy i przyjaźni. Znikają konflikty, sztuka potrafi zbliżyć do siebie ludzi, którzy do niedawna jeszcze szydzili lub nawet pogardzali innymi. Polska, ta wyśniona i mityczna kolebka Żydów austriackich, staje się krainą rajską, gdzie wszyscy interesują się sztuką, literaturą i muzyką, a życie jest całkowitą sielanką, wzmocnioną niepowtarzalnym i kojącym krajobrazem. Na tych, którzy mają świeże polskie korzenie, już nie mówi się pogardliwie "Ostjude", a wyśmiewany akcent albo jeszcze lepiej - umiejętność posługiwania się jidysz, zapomnianym językiem żydowskim, wręcz nobilituje ludzi, których uważano za kompromitację austriackiej kultury. W miarę zbliżania się jesieni, która staje się wielkim finałem barw, światła i muzyki sfer - z ludźmi dzieje się coś wprost przeciwnego. Zaczynają psychicznie i fizycznie usychać, popadać w apatię i rozdrażnienie. Zapasy środków uspokajających i narkotyków w miejscowej drogerii topnieją błyskawicznie. Właściciel hotelu sięga po zachowane na specjalną okazję, na wyjątkowe uroczystości. Badenheim, coraz bardziej odcinane od świata (kolejne instytucje i prywatne sklepy zamykają podwoje na skutek działalności wydziału sanitarnego), staje się czymś w rodzaju przygnębiającej poczekalni dla zmęczonych i pozbawionych nadziei podróżnych, kwarantanny dla chorych podejrzanych o roznoszenie zarazków groźnej epidemii. Jak to określa cynicznie jeden z bohaterów - przerywając ściśle przestrzegane tabu - "epidemii Żydostwa". Uroczy kurort jest po prostu gettem.

W paszczy lwa

Proza Idy Fink3) ma niezaprzeczalne walory - konsekwentny od początku do końca styl narracji, rozwijającej się niemal jak fabuła sensacyjnego filmu. Z tego niemal gotowego scenariusza skorzystał Pierre Koralnik, reżyser filmu Ostatnia kryjówka, nakręconego w 2002 roku. Pomysł na przetrwanie to dobrowolne zgłoszenie się dwóch sióstr z małego kresowego miasteczka na wyjazd na roboty do Niemiec. Jak zaznacza główna bohaterka i jednocześnie narratorka powieści, Katarzyna - na ten sam pomysł wpadło już wcześniej wiele osób - w czasie, gdy Niemcy jeszcze nie do końca orientowali się, że zdesperowani i zaszczuci ludzie mogą szukać ocalenia w paszczy lwa.

Szalony pomysł podróży do Niemiec - bo gestapowcy już dobrze wiedzą o desperacji i do pewnego stopnia bezczelności Żydów (z ich punktu widzenia) - nie ma szans powodzenia. Trzeba się zarejestrować w Arbeitstamcie, przejść przez sito weryfikacji dokonywanej przez specjalistów od wyszukiwania Żydów ukrywających się na fałszywych aryjskich papierach. Pośredniczka Kasińska ostrzega: - Jeśli każą wam pokazać metryki, to znaczy, że już jest źle. Same papiery, nawet najlepiej podrobione, nie wystarczą. Trzeba umieć się modlić, śpiewać kolędy. Perfidne towarzyszki - Polki i Ukrainki - potrafią przerwać zgodne śpiewanie: a teraz wy śpiewajcie, Żydówki, same. Nie można było popełnić pomyłki, ale jak się nie popełniło - to też było podejrzane! Tych, którzy są mili, współczujący, troskliwi - trzeba się wystrzegać jak ognia. Ci, którzy szantażują, krzyczą i straszą doniesieniem do gestapo - na końcu okazują się porządnymi ludźmi i pomagają w ucieczce. Okazuje się też, że lepiej nie mieć żadnych papierów, bo zawsze można powiedzieć, że się uciekło z przymusowych robót, wiadomo: tęsknota za domem. Tylko trzeba wiedzieć wcześniej, w jakim dużym mieście niemieckim amerykańskie bomby trafiły w Arbeitsamt. Taka wiadomość jest lepsza niż najlepsze zaświadczenie czy kenkarta. W kasie biletowej trzeba zamawiać bilet w perfekcyjnej niemczyźnie, w fabryce czy u bauera udawać głupią dziewczynę ze wsi, która rozumie kilka słów, kalecząc je w mowie z tępym uporem. Raz jest Katarzyną, raz Zosią, raz Marysią. Pociągiem najlepiej jechać wcześniejszą porą, kiedy wszyscy normalni obywatele pracują na chwałę Rzeszy.

Takich przepisów na przetrwanie w całej powieści znajdziemy bez liku. Ale najważniejsze jest udawanie beztroski i swobody, nie wolno okazać strachu. To sytuacja permanentnego stresu, stresu, który w pewnym momencie jest tak silny, że na uwagi jakichś inżynierów o podkulturze niewolników ze wschodu chce się zagrać Chopina i omal nie wsypać. Drobne zbiegi okoliczności i łut szczęścia, czasem decyzja, która wygląda samobójczo, przynoszą niezwykłe i pomyślne zakończenie. Bohaterskie siostry, Katarzyna i Elżbieta, pokonując strach, choroby, szpiclów i brak pieniędzy, znajdują schronienie, w którym udaje im się doczekać wyzwolenia. Pomagają w tym znajomi i ludzie przypadkowi, bez ich odwagi i bezinteresowności cała wyprawa po życie skończyłaby się na samym początku. Ida Fink odtwarza ten łańcuch ludzi dobrej woli, którzy wywodzili się z różnych warstw i środowisk, i nie było ich dużo. Akurat jej bohaterki na nich trafiły. Wśród odważnych i bezinteresownych Polaków i Polek trafiali się i Niemcy, przypadek bohatera Pianisty, Władysława Szpilmana, ma w Podróży kolejne, choć nie tak wyraźnie spektakularne, potwierdzenie.

Dziś o holocauście modne jest często pisanie w nowej konwencji - zabawnej i zacierającej absolutną grozę tamtego czasu, łagodzącej koszmar sytuacji ludzi skazanych na zagładę. Ida Fink nie idzie za modą - w jej książce niemal do samego końca narracja i kolejne zwroty losu bohaterek trzymają w napięciu. Wierzymy, że musi się udać. Myśleć trzeba szybko i mieć na uwadze główny cel. Nawet lepiej, kiedy się odpowiada za kogoś bardziej niż za siebie, kiedy walczy się jeszcze o inne życie. Psychika ludzka potrafi się wtedy zmobilizować, w pojedynkę łatwiej skapitulować. To bardzo piękne przesłanie tej powieści. I wciąż bardzo aktualne.

------------------------

1) Hanna Krall, Wyjątkowo długa linia, Wydawnictwo a5, Kraków 2004, s. 131.

2) Aharon Appelfeld, Badenheim 1939, WAB, Warszawa 2004, s. 164.

3) Ida Fink, Podróż, wyd. II, seria Archipelagi, WAB, Warszawa, 2004, s. 269.