E-mail

English






Między pamięcią i historią

JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK

www.dziennik.com/Przeglad

20 sierpnia 2004

After such knowledge, what forgiveness?

(Po takiej wiedzy, jakie wybaczenie?)

T.S. Eliot, Gerontion

W "Lost in Translation", książce, która przyniosła jej sławę i stała się klasykiem literatury emigracyjnej, Ewa Hoffman wspomina pamiętnik swojej poprzedniczki sprzed pół wieku, Mary Antin, której doświadczenia uderzyły ją jako nadzwyczaj podobne do jej własnych, z jedną jednak istotną różnicą. Mary Antin, zgodnie z ówczesną konwencją, przedstawiła swoją drogę do amerykańskiego sukcesu jako pełną cierni, ale niezaznaczoną tęsknotą za krajem dzieciństwa, co mogłoby zakłócić ton optymistycznej baśni o losach europejskich kopciuszków w Nowym świecie. Hoffman, zgodnie z innym duchem czasu, rebeliancką tendencją lat 60., zerwała z tamtym linearnym wzorem, współtworząc nową konwencję emigracyjnej autobiografii: maksymalnie szczerej, wiernej raczej żywym w świadomości fragmentom niż tradycjonalnym wymogom "całości obrazu" i - poniekąd pod wpływem Speak Memory Nabokova, do czego autorka się przyznaje - zawierającej długi, rozświetlony nostalgią rozdział o spędzonych w Krakowie pierwszych trzynastu latach życia. Odważny jest tytuł tego (jednego z trzech) rozdziału: Raj. Jeśli zawiera nutę ironii, Hoffman jej miarę pozostawia czytelnikom.

Głównymi protagonistami Raju są oczywiście rodzice. Oboje Żydzi, oboje z rodzin drobnych kupców, asymilanci w pierwszym pokoleniu, razem przeżyli zagładę w rodzinnej okolicy Zachodniej Ukrainy - dzięki zaradności ojca i pomocy kilku miejscowych rodzin. O tych koszmarnych latach otwarcie rozmawiają w gronie kilkorga innych rodzin osiadłych w Krakowie ocaleńców i nie kryją przed córkami szczegółów śmiertelnych zagrożeń i heroicznych ucieczek. Hoffman przypomina te opowieści w Lost in Translation. Matka mówiła więcej niż ojciec, uważała, że dzieci powinny wiedzieć, kim są i skąd, być dumne ze swego żydowskiego pochodzenia, uszanować ogrom cierpień. Ewa pytała więcej, wiedziała, że jej rodzice są jedynymi uratowanymi z obu rodzin, ale grozy tej bliskiej historii nie odczuwała jako własnej; były dla niej trochę jak sensacyjne przygody Jamesa Bonda - czytamy w Lost in Translation. Tego, że w wieku ośmiu lat przestała jeść i z wielkim trudem została z tego zaburzenia wyleczona, nikt wtedy, ani później ona sama, nie wiązał z częstymi napomknieniami matki o głodzie jako najbardziej dotkliwym z cierpień ukrywających się Żydów. W wyrazistych sylwetkach obojga rodziców nie ma rysów wskazujących na psychiczne okaleczenie. Można by powiedzieć, że reprezentują dość powszechny typ mieszczańskich aspiracji: w osobie ojca - dobrobytu, towarzyskiej i kulturalnej rangi w osobie matki. Emigracja do Kanady w 1957 r. miała znacznie poprawić szanse na osiągnięcie tych celów. Stało się, na długie lata, inaczej. Rozczarowanie i towarzyszące mu upokorzenia (na początku ze strony zamożnych Żydów), prawdziwa bezdomna nędza po względnie dobrych warunkach życia w powojennym Krakowie - złożyły się na głęboko odczuty dramat wchodzącej w okres dojrzewania Ewy, czego literackim wyrazem, triumfalną terapią i biletem wstępu do najbardziej prestiżowego kręgu amerykańskiej elity był jej świetny książkowy debiut w 1989 r. Sam tytuł Lost in Translation wszedł do angielskiej mowy potocznej. Podobnie jak jej uwielbiany Nabokov, Hoffman stała się amerykańską pisarką.

Mogłaby więc, tak jak Nabokov, pisać powieści i rozprawy krytycznoliterackie, ale inaczej niż autor Lolity miała teraz nie dwie, a trzy tożsamości - w tymże 1989 r. historia znów skierowała reflektor na jej polsko-żydowski rodowód. Wraz z krachem sowieckiego systemu w Europie środkowowschodniej ostatecznie runęła pełna już szczelin tama uniemożliwiająca otwarty dyskurs na temat stosunków polsko-żydowskich, od Piastów po katastrofalny koniec wspólnych dziejów. Wiemy, jak ten dyskurs się toczy, znamy niezmienne arsenały argumentów na tyłach i forpocztach obu stron, wiemy też, że dzięki wysiłkom świadomych wagi porozumienia rozjemców sytuacja powoli ulega zmianie na lepsze. Dla Ewy Hoffman rola rozjemcy i mediatora stanowiła wyzwanie, którego podjęciu sprzyjało jej usposobienie, szkoła doświadczeń domowych, a przede wszystkim wrażliwa i skrupulatna w krytycznym czytaniu "tekstów" inteligencja. W esejach zebranych w tomie Exit into History i z bardziej bezpośrednim zaangażowaniem emocjonalnym w książce Sztetl (zadedykowanej rodzicom), o polsko-żydowskich dziejach Brańska, Hoffman daje nam lekcję, jak można i trzeba słuchać wzajemnych skarg i oskarżeń, a następnie interpretować wszystkie wersje wydarzeń w ich kontekście historycznym, kontekście rzeczywistości wojennej demoralizacji, "w której zwykłe cechy przyzwoitości, współczucia i dobrych chęci, ulegają kryminalizacji, a brutalność i sadyzm stają się nagradzaną normą". Recenzenci czołowych pism chwalili Sztetl za klarowność narracji i głęboko poruszające przesłanie, ale na niższych poziomach oceny brzmiały mniej pochlebnie, łącznie z zarzutami, że w wiadomym sporze Hoffman zdradza albo jedną, albo drugą stronę.

Najnowsza książka Hoffman, After such Knowledge, zawiera propozycję innej, nieangażującej skłóconych stron mediacji: pomiędzy pamięcią i historią. Motywem przewodnim w tym bogatym tematycznie, wielowarstwowym studium jest sytuacja i rola tzw. drugiego pokolenia, czyli dorosłych dzieci Żydów, którzy przeżyli zagładę. Należy do nich Ewa Hoffman i ta przynależność, ta tożsamość jest i jednoznaczna, i niekontrowersyjna - co zwalnia ją od wewnętrznego nakazu obiektywizmu wobec uwikłań polsko-żydowskiego, z domieszką amerykańską, dialogu. Ale droga wolna nie jest drogą łatwą i muszę przyznać, że z pewnym trudem brnęłam poprzez wnikliwe teoretyczne wywody autorki, problematyczne - dla niej samej - generalizacje, dość oględnie ilustrowane przykładami z doświadczeń własnych i nielicznych (nakaz dyskrecji) rówieśników. Co odróżnia, a co łączy dzieci ofiar holocaustu od dzieci, których rodzice przeżyli inne kataklizmy XX wieku? Być może te pierwsze mają, w szerokiej perspektywie, łatwiejszy dostęp do wiedzy o rodzinnym koszmarze, ale z wielu względów, psychologicznych, politycznych, nawet geograficznych (większość ocalonych Żydów opuściła po wojnie rodzinne strony), jest to wiedza opóźniona, w wieku dorastania przekazywana nie tyle werbalnie, co poprzez transmisję rozmaitych symptomów będących konsekwencją przeżytego koszmaru. Hoffman próbuje porównać sytuację emocjonalną dzieci holocaustu i dzieci ofiar stalinizmu, które według cytowanych przez nią wyników badań nie czują się psychicznie obciążone traumatycznymi przejściami rodziców. Czy ma rację suponując, że prześladowania w Rosji sowieckiej nie były dla ich ofiar upokorzeniem, że ich cierpieniom, w odróżnieniu od cierpień masakrowanych Żydów, towarzyszył szacunek? Nie wiem. Natomiast jej hipoteza, że w Rosji powszechnym panaceum na psychiczne rany jest ucieczka w alkoholizm, wydaje mi się powierzchownym stereotypem. Statystyczny Niemiec czy Anglik pije znacznie więcej niż Rosjanin, ale jest ogólnie zdrowszy. Hoffman w końcu przyznaje, że każdy indywidualny przypadek, w każdej historycznie i narodowo odrębnej grupie, ma odmienny charakter, mimo pewnych wspólnych cech - które z kolei dzieci ocaleńców być może dzielą z dziećmi z dysfunkcjonalnych rodzin.

Biorąc udział w grupowych spotkaniach Drugiego Pokolenia - i oczywiście czytając odpowiednie publikacje - Hoffman z tej nowej perspektywy przygląda się własnej biografii, własnej postholocaustowej edukacji. Pisze teraz o przemilczeniach w relacjach rodziców i ich najbliższych znajomych, niepojętych dla niej płaczach matki i niespokojnych nocach ojca, pisze też o publicznej, ze względów politycznych, pustce informacyjnej na temat odrębnej od nieszczęść Polaków gehenny polskich Żydów. A przecież jej rodzice, jeśli nie mówili wszystkiego (jak w każdej rodzinie z bolesną przeszłością), bardzo wiele opowiedzieli jej o swoich przejściach, a rozmowy dorosłych na ten temat prowadzone były w zasięgu słuchu dzieci. W kwestii przemilczeń publicznych o zagładzie w powojennej Polsce panowała opinia w dużej mierze niezgodna z prawdą. Prawie cała moja wiedza o obozach zagłady, likwidacji gett (powtarzam tamten język), szmalcownikach i kolaborantach gestapo donoszących o kryjówkach zaszczutych skazańców, pochodzi z książek, i filmów, opublikowanych w pierwszej dekadzie po wojnie: książek Adolfa Rudnickiego i Kazimierza Brandysa, opowiadań Tadeusza Borowskiego, z Dymów nad Birkenau Seweryny Szmaglewskiej, filmu Aleksandra Forda Ulica Graniczna. (O "przechowywaniu" Żydów trochę wiedziałam z życia). W żadnym innym kraju takiej literatury wtedy nie było. Trzeba też przypomnieć, że w tym samym okresie o polskich wysiłkach zbrojnych w kraju i zagranicą pisano same kłamstwa, a o straszliwych losach Polaków na terenach zajętych przez Sowietów - nic. Trudno sobie wyobrazić silniejszą pożywkę dla antysemityzmu. Wśród wybitnych autorów literatury holocaustu, których Hoffman wymienia pod koniec After such Knowledge, nie ma ani jednego z tych i późniejszych polskich nazwisk. Albo wie, że są to nazwiska jej czytelnikom nieznane, albo po prostu, po wczesnym wyjeździe z Polski, nie miała do ich utworów dostępu.

Przy całym umysłowym wyrafinowaniu, harwardzko-oksfordzkim intelektualizmie, Hoffman jest nieuleczalną, jak powiedziałby Bolesław Prus, romantyczką, co nie zawsze rozumieją jej amerykańscy recenzenci. Chciałaby, aby Drugie Pokolenie - nie tylko spadkobiercy ofiar, ale też sprawców i świadków - spełniło rolę przekaźnika dla przyszłych pokoleń ich niełatwo, "dożylnie" zdobytej wiedzy; zbioru faktów i zbioru etycznych postulatów, których realizacja stanowi jedyną szansę uniknięcia równie niewyobrażalnych katastrof. Obfitujące w ilustracje tych postulatów rozdziały w drugiej połowie After such Knowledge czytałam już "jednym tchem" i polecam uwadze czytelników wnikliwe rozważania autorki o jej kontaktach z niemieckimi rówieśnikami, a przede wszystkim piękny, mickiewiczowski z ducha, opis pielgrzymki obu sióstr do rodzinnego miasteczka Załoście i ich spotkań z ludźmi, których niezwykłej szlachetności zawdzięczają swoje istnienie.

Jednak najpełniej, w moim odczuciu, wszystkie wybitne zalety pisarstwa Ewy Hoffman, jej dociekliwość psychologiczna i moralna, jej głęboko rzetelny obiektywizm, jej wynikająca z jasności myśli jasność stylu dochodzą do głosu w zakończeniu rozdziału Od pamięci do przeszłości, gdzie pisze o Jedwabnem. Przyznaje, że tak wiele już wiedząc o Holokauście, nie była przygotowana na wstrząs rewelacji zawartych w Sąsiadach Jana T. Grossa. Ale nie jest to dla niej wstrząs, który spycha w ciemność, raczej skłania do postawienia pytań, których nie wolno nam uniknąć. Czy masakra w Jedwabnem była spowodowana - czy umożliwiona - przez zadawniony, agresywny lokalny antysemityzm? Czy doszłoby do niej w innych niż specyficzne okoliczności lat wojny? Czy w odczuciu jej sprawców była zemstą na miejscowych Żydach za ich problematyczną kolaborację z sowieckim okupantem? Czy była spontanicznym wybuchem wściekłej nienawiści, czy sterowała nią mała grupa antysemickich prominentów w powiązaniu albo za zgodą Niemców? Czy podnietą do "akcji" i środkiem znieczulającym sumienia była wódka? Hoffman pisze, że zadaje te pytania, ponieważ powinniśmy dążyć do zrozumienia nie tylko zbrodni w Jedwabnem, ale tak wielu innych aktów ludobójstwa, przedtem i później - "epizodów ekstremalnej brutalności, które wybuchają jak dzikie pożary w najróżniejszych krajach i obszarach kulturowych, siejąc śmierć, pozostawiając garstki ocalonych i szerokie fale oburzenia i bezsilnej rozpaczy". Hoffman uczestniczyła w ceremonii - jak to nazwać? upamiętnienia? skruchy? - w Jedwabnem latem 2001 r. i szczegółowo opisuje tu jej przebieg, wagę wypowiedzianych słów (dla prezydenta Kwaśniewskiego publiczne uznanie winy stanowiło niewątpliwe polityczne ryzyko) i własną burzę uczuć, własną katharsis. "A ja, przez cały ten dzień myślę - czuję - jak bardzo moje własne życie trwało w cieniu tej przeszłości, wbrew wszystkim próbom, aby od niego uciec. I ile mi zajęło czasu, aby rozpleść i na powrót zapleść ten sznur, jego skłębione, poszarpane i pocięte nici, aż wreszcie byłam w stanie odróżnić cienie od rzeczywistości, legendę od historii".

Po 10 lipca w Jedwabnem - 11 września w Nowym Jorku. Hoffman oczywiście nie ignoruje antysemickiego elementu w tym ataku "arabskich i muzułmańskich fundamentalistów" (nie bardzo wiemy, jak ich nazwać, co przypomina wahania pomiędzy "Niemcami" i "nazistami") na USA. Jako dziejową ironię dostrzega zarazem podobieństwo obu zasadniczo różnych katastrof w reakcji znacznej części kręgów "oświeconych": że wina jest po stronie zaatakowanego, że skoro jesteśmy aż tak znienawidzeni, to zapewne zasługujemy na nienawiść. Hoffman widzi tu paradoksalnie wykrzywioną postawę identyfikacji z ofiarą, której szkołą były najpierw studia holocaustu, a później wpływowe na amerykańskich i zachodnioeuropejskich uniwersytetach teorie postkolonializmu. W takiej interpretacji ofiarą 11 września nie byli zamordowani Amerykanie, ale reprezentowani przez morderców biedni Arabowie. Nie są to kwestie łatwe, na pewno, zdaniem Hoffman, niejednoznaczne i także dlatego wiedza o holocauście - kompletna w sferze faktów, ale wciąż pełna luk w sferze psychologii okrucieństwa i ludzkiej reakcji na okrucieństwo - stanowi wiedzę niezbędną dla poparcia wiary w przewagę dobra nad złem. Bez tej wiary, jeśli uznamy holocaust i holocausty za normę, a nie aberrację, grozi nam "permanentna melancholia lub nihilistyczna rozpacz". Bardzo nam tu i teraz potrzebne przesłanie tej bardzo ważnej książki.

---------------------

Eva Hoffman, After such Knowledge. Memory, History and the Legacy of The Holocaust, Public Affairs, New York 2004, str. 301.