E-mail

English






Antysemityzm bez Żydów

Andrzej Mencwel

Gazeta Wyborcza, 14 czerwca 2002

Lekceważyłem polski antysemityzm. Sądziłem, że to nawet nie marginesy, lecz marginałki. Dziś sądzę, że antysemityzm w Polsce nie tylko istnieje, ale w podziemnych swoich złożach pozostał nietknięty - pisze Andrzej Mencwel.
(Pierwsza część artykułu)

Proszę sobie wyobrazić taki rodzimy pejzażyk: na skraju wsi, pod sosnowym borem, wśród łanu żyta, drewniana chałupa ze sczerniałych bali, w podwórzu krzepkie chlewy i stodoła, studnia z okazałym żurawiem, dorodne owocowe drzewa i krzewy, a pod białymi oknami kwieciste, rzecz jasna, malwy. Tak było jeszcze kilka lat temu, póki żyli wiekowi już gospodarze, z którymi letnim wieczorem można było przysiąść na ławeczce pod lipą i pogawędzić o życiu. Potem jednak zeszli z tego świata, jak to często bywa, jedno po drugim niepostrzeżenie i chałupa została opuszczona, bo wszystkie ich dzieci już dawno w odległym mieście. Przejeżdżam lub przechodzę obok niej często, latem, kiedy sam mieszkam na wsi i zasmucony teraz patrzę, jak podupada sama chałupa i jej otoczenie: stodoła się chyli, żuraw padł, płot skruszał, a drzewa i krzewy dziczeją. Sam sobie tłumaczę, że to nie tyle nieszczęście, ile prawidłowość, ale zawsze jednak żal. Na moich oczach czy też w mojej przytomności wymarło tutaj całe pokolenie ludzi urodzonych przed pierwszą wojną, a dojrzewających w międzywojniu, ostatnie być może u nas pokolenie chłopów: w pracy, sposobie życia, obyczaju i moralności, wierzeniach i wyobrażeniach. Pozostali nieliczni już rolnicy oraz mieszkający na wsi robotnicy: murarze, kierowcy, elektrycy, a także urzędnicy i sklepikarze. Łatwiej zapewne zaznajomić się z nimi, wypić piwo pod sklepem i ponarzekać na to wszystko, ale dowiedzieć się niczego od nich nie można, bo wiedzą tyle, ile zapamiętają z telewizji, i popaprani też jak telewizja. Z tamtych wymarłych prawie każdy był jak prawdziwek: samorodny, zwarty, swoje wiedział i stanowił. Więc ilekroć mijam tę chałupę skąpaną w rodzimym pejzażu, tylekroć przypominam sobie nie tylko jej gospodarzy, ale i całą wymarłą generację prawdziwków. I pewnie pogrążyłbym się w tym chłopomańskim sentymencie, gdyby nie ten znak. Ostro nakreślona sprejem między szprosami karykaturalna gwiazda Davida.


Co to jest? Skąd się wzięło? Co znaczy? - pytałem siebie w zaskoczeniu, ale żadne dorzeczne wyjaśnienie się nie nasuwało. Wymarli mieszkańcy tej chałupy ani ich potomkowie czy sąsiedzi nie byli Żydami, od czasów wojny w tej wsi oraz w całej chyba okolicy żaden Żyd się nie osiedlił, a też prawdopodobnie od dziesiątków lat nie pojawił. Wyjąwszy tych, którzy dawno temu odwiedzili zamieszkałą na drugim końcu wsi Krystynę K., zasłużenie obdarzoną tytułem "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata". Gdyby tę gwiazdę naszprycowano na jej chacie, można by sądzić, że to znak tępej mściwości jakiegoś sąsiada wyobrażającego sobie, że z tytułem tym związane są sute apanaże. Jakkolwiek niskie to motywy, wyjaśnienie byłoby jakoś racjonalne - nie tylko w tej wsi, ale i w świecie całym miłościwie nam panującego kapitalizmu ludzie przede wszystkim rozumują w kategoriach zysku, a zysk cudzy biorą za swoją stratę. Więc ten, który naznaczyłby domostwo Kryśki K., w swoim przynajmniej mniemaniu postąpiłby racjonalnie, wyrównując rachunki: żydowski znak za żydowskie pieniądze. Ale nie miało to miejsca, nikogo takiego w sąsiedztwie nie było, przeciwnie, sąsiedzi musieli być jakoś z Kryśką solidarni, bo inaczej jej opieka nad żydowską rodziną podczas wojny na pewno skończyłaby się śmiercią dla niej, a być może i dla nich. Ponad pół wieku potem natomiast, na przeciwnym końcu wsi, ktoś naszprycował karykaturę żydowskiej gwiazdy w oknie opuszczonej chałupy, bez żadnych widomych powodów, bez żadnych rozumowych racji, bez żadnego nawet adresata. Absurd!


Zrozumieć absurd


Absurdu nie odrzucam, absurd staram się pojąć. Na scenach polskich królował teatr absurdu, gdy uczyłem się świat pojmować, a "Czekając na Godota" było manifestem czasu: "Ludzie to barany", orzekał Estragon, a widzowie nie wiedzieli, czy śmiać się, czy płakać. Kiedy więc natykam się na taki znak absurdu, też nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, ale proces wyjaśniania rozgrywa się sam. Zacznijmy detektywistycznie: kto by to mógł być i w czyim działał interesie? Na pewno nie był to nikt przyjezdny, gdyby bowiem chciał w ten sposób dać wyraz swoim złym uczuciom, znalazłby bliżej wokół siebie dostatecznie dużo opuszczonych chałup lub gospodarstw, a nawet całych przysiółków. W tej stronie kraju, na wschodnim Mazowszu i Podlasiu, wszędzie ich aż nadto, śmierć klasy chłopskiej widać tu w pejzażu, nie na cmentarzu. Z miejscowych natomiast nie mógł to być nikt z dorosłych, na tym skraju wsi znam wszystkich, byłem w każdym domu, a w niektórych, można powiedzieć, jestem zasiedziały. Różnych tam oczywiście można nasłuchać się rzeczy, bo i w tych głowach to samo pomieszanie z poplątaniem, co w głowach całej naszej nacji, ale nikogo z tych statecznych gospodarzy czy ojców rodzin nie sposób sobie wyobrazić skradającego się nocą, aby prysnąć sprejem żydowską gwiazdę na opuszczonym domu zmarłego sąsiada. Pozostają więc młodzi, których spora tu gromadka, znam ich najlepiej, bo wzrastali z moim młodszym synem, robiliśmy razem wycieczki, paliliśmy ogniska, grywaliśmy w piłkę nożną i wodną, pływając zawzięcie w krystalicznej wodzie naszych pożwirowych stawów. Były takie lata, które spędzałem w cieniu zakwitających dziewcząt i chłopców.


Teraz to wszystko już minęło, chłopcy dorośli, poszli do wojska lub je ominęli, dziewczęta wyszły lub mają wyjść za mąż. Oni tutaj jakoś szybciej mężnieją, one szybciej stają się kobietami, co oznacza tylko to, że opuszcza ich młodzieńcza smukłość i chyżość, przysadzistość zmienia figury, a chód zyskuje na powadze. Przejście od dzieciństwa do dorosłości jest tu nagłe, czasem jak koniec ostatniego roku szkolnego albo letnich wakacji - jeszcze tylko parę dzwonków lub skoków do wody i już - rynek pracy. Gdzie indziej, gdzieś tam w wielkich miastach, to przejście jest wydłużone i prawie niedostrzegalne - studia, urlopy dziekańskie, wyjazdy zagraniczne, prace sezonowe prolongują je i zmiękczają. Tu nic takiego, żadnych zmiękczeń i prolongat - skacze się od razu na twarde. I trzeba przyznać, że nie jest tu tak źle jak gdzie indziej, nawet w sąsiedniej wsi, gdzie sprzedano państwowe gospodarstwo, i bezrobocie jest dramatem. Nasi niedawni koledzy i koleżanki natomiast radzą sobie nieźle, większość pracuje, i to na stałe. Rzecz więc nie tyle w bezrobociu, też odczuwalnym, choć głównie wśród starszych, rzecz w dramacie marnej pracy i płacy. Warunki zatrudnienia są tu zazwyczaj takie jak w epoce poprzedzającej powstanie partii Proletaryat. W telewizji, kolorowych gazetkach, reklamach i sklepach otacza tych młodych świat cudownych czasów i komfortowych przestrzeni, czasem wydaje się bliski na odległość dotyku - w limuzynie przedsiębiorcy, willi aptekarza, lenistwie letnika. Ale między tą pracą i tą płacą a tamtymi czasami i przestrzeniami nie ma żadnego przejścia, nawet jeśli ocierają się o siebie. Można dodawać nieustannie wszystkie dniówki, tygodniówki i pensje miesięczne, a i tak nic się nie ułoży, tamten świat tak dotkliwie obecny w oczach i wyobrażeniach nie przybliży się ani o krok. Rozgoryczenie więc narasta, przechodzi w trwałą frustrację, a ta w głuchą nienawiść. I to ona którejś nocy trysnęła sprejem w okno opuszczonej chałupy, czyniąc swoim znakiem gwiazdę Dawida. Domyślam się nawet, czyja to nienawiść. Domyślam się też, w jaki sposób rodzinnie ją przekazywano. Ale nic mi od tego nie lepiej.


Natura anielska, natura diabelska


Muszę przyznać, że lekceważyłem polski antysemityzm. Sądziłem, że to nawet nie marginesy, lecz marginałki. Obelżywe okrzyki kiboli na meczach, nikczemne napisy na murach, pokątne listy proskrypcyjne, nędzne umysłowo broszurki. Podkultura kiboli jest obrzydliwa nie tylko z powodu tych okrzyków, podobnie jak nasze mury są nikczemne nie tylko przez te napisy. Pokątnych list proskrypcyjnych, przeważnie sporządzanych prowokacyjnie, widziałem w swoim życiu dosyć. Nędzne umysłowo broszurki zaś pisze się na wszelkie tematy, a nędzy tej raczej przybywa, niż ubywa. Istnieje dostatecznie dużo teorii uzasadniających takie lekceważenie, jedna z nich, najbardziej może rozpowszechniona, mówi, że taka jest cena wolności. Wolność słowa jest niepodzielna, a historia nie zna cenzur uprawiających samoograniczenie. Niech więc rozkwitają wszystkie kwiaty, nawet jeśli niektóre z nich są trujące. Inna z tych teorii mówi, że taka jest cena demokracji. Demokracja, między innymi, polega na zniesieniu barier, a co za tym idzie, na osłabieniu zakazów kulturowych. Wyrostki zawsze wyrażały się obelżywie, hołota żywiła nikczemnością, a nędzy umysłowej nigdy nie brakowało. Demokracja z wyrostków czyni kibiców, hołotę, uczy pisać, kształci umysłową nędzę. Ale nie cofniemy się przecież do barier stanowych i zakazów kastowych, więc musimy płacić cenę demokracji. Cena ta polega i na tym, że będą krzyczeć, skrobać i pisać także ci, którzy dawniej nie mieliby prawa publicznego głosu. I będą to czynić bez żadnego skrępowania. Ponieważ korzystają z praw, zanim przyswoili sobie zakazy.


Antysemityzm poza tym bywa tematem zastępczym. Tak jak dawniej bywali nim Żydzi. Kiedy piętrzyły się problemy gospodarcze, społeczne, polityczne, którym władze nie były w stanie zaradzić, wtedy wskazywano Żydów jako ich pośrednią lub bezpośrednią przyczynę, co odwracało uwagę, a emocje skupiało na koźle ofiarnym. W Rosji carskiej organizowano wtedy pogromy, w Polsce międzywojennej zdarzały się rozruchy studenckie, a w Polsce Ludowej urządzano "protesty robotnicze". Wszystko to mamy, na szczęście za sobą i żadna władza nie zamierza organizować nie tylko antyżydowskich pogromów i rozruchów, ale nawet protestów. I to wcale nie dlatego, że nie ma już gett oraz znacznych wspólnot żydowskich, a także tych polskich inteligentów żydowskiego pochodzenia, którzy przez cały wiek XX skupiali na sobie uwagę specjalistów od "zażydzenia" albo chociaż "nadreprezentacji". Tych, którzy jeszcze pozostali, przeważnie znam osobiście. Nie zamierza się podsycać żadnych takich wydarzeń dlatego, że wypaliły się już te negatywne emocje zbiorowe, jakie dawniej przeciw Żydom były skierowane. Antysemityzm u nas jest zjawiskiem szczątkowym, rezydującym wśród kiboli, dresiarzy, ideologicznych maniaków i politycznych bankrutów, a wszystkie ich wyczyny razem oraz cała piśmiennicza produkcja spotykają się z milczącą obojętnością przytłaczającej większości społeczeństwa. Społeczeństwo to bowiem zajęte jest swoimi prawdziwymi problemami wynikającymi z cywilizacyjnej modernizacji, europejskiej integracji i społecznej dyferencjacji. Antysemityzm w tym kontekście jest etnologicznym przeżytkiem, jak topienie Marzanny czy guziki przy połach fraka. Nikt naprawdę nie wierzy w prasłowiańskie boginki, zwłaszcza wymyślone, i nikt też nie jeździ we fraku konno. Nie warto więc zajmować się starymi guzikami wtedy, kiedy nowy strój trzeba skroić.



Jest to zapewne uproszczenie tych argumentów, jakie lekceważenie polskiego antysemityzmu wydają się uzasadniać, ale nie jest to ich karykatura. Przyznam, że i w moim pojęciu układały się one w podobną wiązkę, a należę do tych, którzy na pewno nie są antysemitami, a nierzadko bywają filosemitami. Jak to pisała Maria Dąbrowska? - jakież przaśne i czerstwe to rodzime towarzystwo, kiedy pozbawić je tego błysku i ognia, jaki wnosili tutaj inteligenci zasymilowani. Proszę sobie, dla przykładu, wyobrazić życie umysłowe składane przez samych naszych marszałków Senatu! Najgłośniejsza dyskusja ostatnich lat wywołana książką Jana Tomasza Grossa mogła, paradoksalnie, podtrzymywać to lekceważenie współczesnego antysemityzmu. Nie mówię o zbrodni w Jedwabnem - jej oczywistość jest niewątpliwa, a ciężar moralny nie zmniejsza się wraz z weryfikacją liczby ofiar. Zbrodnia wymaga nie tylko ujawnienia, ale i przyznania się do niej, przyznanie winno wiązać się z ekspiacją i należało tych aktów dokonać. "Stradnije priniat' i iskupit' siebia im, wot szto nada" [Cierpienie trzeba przyjąć i odkupić się nim. Oto, co należy] - mówi Sonia do Raskolnikowa po jego wyznaniu i niczego mądrzejszego nie da się powiedzieć. Ale wcale nie są pewne przyszłe skutki aktów symbolicznych, jeśli na nich samych się poprzestanie. Nie mówię też o poszczególnych wystąpieniach, spośród których wypowiedzi Leona Kieresa, eseje Adama Michnika i Aleksandra Smolara oraz mowa Aleksandra Kwaśniewskiego miały znaczenie wyjątkowe. Wychodziły bowiem z utartych mentalnych kolein i otwierały możliwość ich przekroczenia. Kwestia nie w tym, że dyskusja dotyczyła przeszłości, lecz w tym, że mogła powodować cofnięcie w przeszłość, czyli regres.


Możliwość tę dostrzegam w biegunowo przeciwnych typach stanowisk, wzmocnionych w tym sporze. Kwestie faktyczne, stylistyczne i historyczne, jeśli nie były w nim użytkowane instrumentalnie, to miały zazwyczaj wtórne znaczenie. Pierwszorzędne natomiast, choć skrywane, było pytanie, czy Polacy do okrutnej, bezzasadnej zbrodni są zdolni i ono to wzmacniało polaryzację stanowisk. Odpowiedzi na to pytanie zostały właściwie z góry założone, wywody natomiast dobierano do założeń. Jeśli przyjęło się, że Polacy do zbrodni są zdolni, a tylko przyznać tego nie chcą, należało oskarżać "społeczeństwo", podkreślać jego żywiołowe okrucieństwo, maksymalizować liczbę ofiar i minimalizować udział Niemców. Bezpośrednio lub pośrednio chodziło o to, aby winnymi uznać Polaków JAKO TAKICH. Brakło tylko frazesu, znanego z dawnych antykatolickich polemik, mówiącego, "że Rzymskiego to Antykrysta fortele". Jeśli natomiast wierzyło się, że Polacy do zbrodni nie są zdolni, to, ponieważ nie sposób jej zaprzeczyć - należało wskazywać jej incydentalny charakter, niemieckie sprawcze kierownictwo, udział nielicznych wykolejeńców oraz pomniejszać liczbę ofiar. I - analogicznie - chodziło o to, aby Polaków JAKO TAKICH z udziału w zbrodni wyłączyć, współodpowiedzialnymi czyniąc ofiary, co "forytują haniebne łotrostwo". W niektórych epizodach tej dyskusji wydawały się ścierać dwie koncepcje natury nie tyle ludzkiej, ile polskiej - diabelska i anielska. W tej pierwszej zło jest wrośnięte w naturę polską z przyrodzenia, a jej nosiciele są okrutni i zaślepieni. W tej drugiej Polacy są z natury dobrzy, do zła właściwie niezdolni, a jeśli już się ono im przytrafi, obcy przymus jest pewny. I tak ocena przeszłości cofała nas w umysłową przeszłość.



Ponieważ nie uznaję tak pojmowanej natury zarówno ludzkiej, jak i polskiej, więc ten rozkład stanowisk poddawałem obserwacji. Wiem natomiast, a jest to wiedza dziś pospolita, że narody są tworami historycznymi. Co elementarnie oznacza tylko tyle, że one się w dziejach kształtują, na dobre i na złe wokół siebie, z dobrem i złem w sobie. O historyczności narodów przez dwa ostatnie stulecia napisano całą bibliotekę książek, a niektóre z nich należą do dzieł fundamentalnych. Całkiem niedawno dwa z takich dzieł napisali uczeni polscy, nieżyjąca już, niestety, Antonina Kłoskowska ("Kultury narodowe u korzeni", Warszawa 1996, s. 470) i Tomasz Kizwalter ("O nowoczesności narodu. Przypadek Polski", Warszawa 1999, s. 332). Spór o Jedwabne jednak, w swoich biegunowych stanowiskach rozkładał się tak, jakby naród był kreacją demiurga, a wiedza o jego historyczności nie docierała do polemistów albo była przez nich pomijana. Naród polski, jak wszystkie inne, jest narodem historycznym, tworzącym się w realnym czasie i ziemskiej przestrzeni. Oznacza to między innymi - że jak zawsze w tym czasie i przestrzeni - dobro ze złem się splata, a nierzadko warunkują się one wzajemnie. Hetman Żółkiewski, zanim legendarnie padł na szańcach Cecory, zasłynął z morderczego okrucieństwa wobec ukraińskich kobiet i dzieci; inny okrutnik z kolei, Jeremi Wiśniowiecki mieczem wycinał "czerń", ogniem wypalał chutory, ale ratował Żydów przed kozackimi pogromami. Ziemianie polscy na tejże Ukrainie stworzyli oazy wysokiej kultury, z upodobaniem jednak do połowy XIX wieku chłostali swoich poddanych. Poddani ci z kolei za parę wieków chłosty parokroć wyrzynali ziemian. Uprawianie historii jako nauki jest racjonalnym sposobem poznawania takich splotów, ich należytego szacowania i prawowitego oceniania własnej przeszłości. Żaden naród, mocą żadnej nadprzyrodzonej władzy z ocen takich nie jest wyłączony, a jeśli popada w taką zbiorową iluzję, trzeba się go obawiać. Ponieważ z iluzji narodu wybranego wynikało zawsze więcej zła niż dobra. Było też tak, że wynikło z niej zło radykalne, czyli Zagłada. Pamiętam jeszcze literniczy kształt tego hasła: GOTT MIT UNS.


Siła zbiorowych wyobrażeń


W sporze o zbrodnię w Jedwabnem uczestniczyli głównie historycy, ale jego ideologizacja była oczywista. Przywoływanym niemal wyłącznie kontekstem był okres okupacji radzieckiej (1939-41) i zachowanie Żydów, a raczej obywateli polskich narodowości żydowskiej, w tym czasie. Czy byli oni chętnymi sowieckimi kolaborantami i przyczynili się szczególnie do represji wobec etnicznych Polaków? Odpowiedzi na to pytanie były również biegunowo przeciwne, a miały uzasadniać założone z góry preferencje. Rzecznicy odpowiedzi twierdzącej, wśród których byli też hierarchowie Kościoła, zdawali się sądzić, że ewentualna kolaboracja z obcą władzą może usprawiedliwiać okrutny samosąd, którego ofiarami były bezbronne kobiety i dzieci. Pojawiały się też propozycje transakcji rzekomo moralnej: przeprosiny za przeprosiny. My przeprosimy ich za te zbrodnie, jeśli oni przeproszą nas za stalinowskie represje.


Wstyd słuchać takich moralistów, nie sposób czytać, trudno zapomnieć. W stanowisku przeciwnym zaprzeczano żydowskiej współpracy, eksponowano natomiast polską, dodając niekiedy listę rodzimych kolaborantów. Wychodziło na to, że etniczni Polacy równie ochoczo współpracowali z NKWD jak z Gestapo. Demonizacja mieszkańców tych okolic, a właściwie Polski, bo część występowała tu za całość, była porażająca. Z niskich pobudek są oni gotowi współdziałać z każdym diabłem i dla każdego zła. Nic więc dziwnego, że ci sami hierarchowie Kościoła i niektórzy publicyści czuli się w obowiązku bronić "społeczeństwa" przed takim moralnym osądem. Obie strony sporu nie były w stanie wyjść poza stanowiska, których absurdy biły w oczy. W jaki to sposób wyznawcy judaizmu mieliby odpowiadać za stalinizm? Dlaczego to akurat chrześcijanie mieliby być pomiotem diabła? Naprawdę nic tu nie miała do rzeczy żadna religia, wszystko przesłaniała ideologia. Cała historia Polski i cała historia świata poniekąd zostały sprowadzone do Stalina i Hitlera oraz kolaboracji z tymi demonami przeszłości. Była to nie tylko historia ideologiczna, była to także historia płytka.


Można, a nawet należy ją pogłębiać. Jeśli przyjąć, że Żydzi -, w jakiejś części witali z sympatią reżim sowiecki, co zresztą ma wiele potwierdzeń w innych źródłach i okolicach - to i tak trzeba postawić pytanie, co się na to złożyło? Czym międzywojenna Polska, której przecież nie opuścili i której byli obywatelami, tak im dopiekła, że przyjmowali z ulgą obcą okupację? Wiarygodne w pełni orzeczenie musiałoby być złożone, ale jeden jego składnik jest pewny i w niektórych publikacjach był wskazywany - antysemityzm radykalny, rozpowszechniany nie tylko w nacjonalistycznej propagandzie i w Kościele, ale działający także jako system prześladowczy w życiu codziennym. Pogromy okupacyjne poprzedzone są pogromami przedwojennymi, narastającymi u schyłku lat 30. Jeśli przyjąć z kolei, że i pewna część Polaków kolaborowała ochoczo z NKWD, aby potem skorzystać z przyzwoleń Gestapo, to nie uniknie się pytania o źródła takiej demoralizacji? Zapewne, wbrew patriotycznym frazesom, trzeba będzie przyznać, że mieli oni luźny co najmniej związek z państwem polskim i zasadami moralności publicznej. Nie wystarczy bowiem być Polakiem etnicznym, aby być Polakiem politycznym - na przekształcenia takie składają się złożone procesy uświadomienia narodowego, emancypacji społecznej i edukacji powszechnej, a te w Polsce międzywojennej dopiero się rozwijały. Choć minęło potem kilkadziesiąt burzliwych raczej lat, nadal mamy, niestety, więcej Polaków etnicznych niż politycznych.



Wszystko, co powiedziano tutaj, są to pytania, nie zaś orzeczenia, za żadną sugestią nie obstaję stanowczo, a układam je tak, aby pokazać, że każde orzeczenie historyczne rodzi pytanie, które argument obciążający może zamienić w wyjaśniający i odwrotnie. Dotykam tutaj kwestii stosunkowo prostych, można je nazwać czysto faktycznymi, statystyka wydaje się kwestie takie rozstrzygać. Ostatecznie bowiem, jeśli pozwolą na to źródła, można odpowiedzieć dość jednoznacznie na pytanie, ilu było sowieckich kolaborantów wśród mieszkańców polskich i żydowskich, ustalić ich reprezentatywność dla swoich wspólnot, porównać je ze sobą, odnieść do innych okolic i do całych populacji. Postępowanie takie, stanowiące instrument kontrolny poznania naukowego, nie wyjaśni nam jednak tego, co we współczesnym i pełniejszym niewątpliwie rozumieniu dziejów bardzo ważne: jaki był udział wyobrażeń społecznych w tych działaniach zbiorowych, które przybrały tak drastyczną postać? Czy Żydzi naprawdę mogli wierzyć i wierzyli w to, że armia sowiecka i reżim Stalina (w którym antysemityzm się odradzał) przyniosą im wyzwolenie? Nie komunistyczni agitatorzy czy zwyczajni agenci, ale Żydzi religijni, tradycyjni, w przytłaczającej większości zamieszkujący takie sztetl, czyli mieściny jak Jedwabne, Tykocin, Radziłów. Czy Polacy tam mieszkający wierzyli naprawdę, że ci ich religijni i tradycyjni sąsiedzi reprezentują demoniczną, ateistyczną "żydokomunę", którą przy pierwszej okazji trzeba zetrzeć z powierzchni ziemi? Jeśli tak, a nie da się pojąć tej erupcji nienawiści bez współudziału takich wyobrażeń, to kto, kiedy i jakimi środkami je wytworzył i sąsiadom wpoił? Czy dość dobrze już wiemy, jak działał społecznie oficjalny antysemityzm władz przedwrześniowych i w jakiej mierze był on popierany przez Kościół katolicki? Na takie pytania nie ma prostych odpowiedzi i nawet żadne badanie jakościowe ich ostatecznie nie rozstrzygnie. Ale nie da się rozumieć przeszłości, jeśli pytania takie się pominie. Co gorsza - nie da się stworzyć lepszej przyszłości, kiedy się o nich zapomni. Może już bowiem nie być Żydów, a pozostaną skierowane przeciw nim wyobrażenia.


W cieniu carskiego urzędu


Nie koniec przecież na tych pytaniach sięgających tylko bezpośredniego kontekstu wydarzeń. Tysiącletnie prawie współbycie Polaków i Żydów na tych ziemiach musi być pełne dramatycznych splotów, ponieważ nie odbywało się w zaświatach. Odpowiedzialne badanie historyczne powinno w kolejnych ogniwach poznawczych odsyłać do całego tego tysiąclecia, a także do starszego jeszcze konfliktu religijnego katolicyzmu z judaizmem. Wspólnymi, choć zanadto rozproszonymi, wysiłkami badania takie są podejmowane i jego elementy stopniowo składają się na obraz całościowy, choć brakuje nam ciągle dzieł tak syntetycznych i analitycznych zarazem jak "Żydzi w kulturze polskiej" Aleksandra Hertza. Nie mam ani sił, ani kompetencji, aby samemu taki obraz złożyć, pytania jednak stawiam, aby do jego stworzenia się przyczyniać. Dlaczego właśnie tam, w tym północno-wschodnim pasie pogranicznym, w sąsiednich miejscowościach udało się sprowokować takie pogromy? Nie udało się to ani nawet tego nie próbowano w dawnej Galicji Wschodniej, gdzie przecież, statystycznie przynajmniej, relacje polsko-żydowskie były podobne i gdzie również okupacja niemiecka nastąpiła po sowieckiej. Tragedia rozegrała się na tych ziemiach, które przez ponad sto lat były pod zaborem rosyjskim, a na ich składzie etnicznym i stosunkach społecznych odcisnęła się polityka caratu. Przedwojenne pogromy również w byłej Kongresówce głównie znalazły sobie miejsce (najgłośniejszy w Przytyku, 1936). Cesarstwo Rosyjskie, przypomnijmy, było tym państwem XIX- wiecznym, w którym antysemityzm był oficjalną doktryną polityczną, a przesiedlenia i manipulacje stosunkami etnicznymi - stałą praktyką. Otóż ta przeszłość, moim zdaniem, była czynna w tych wydarzeniach, tylko nie wiemy, w jaki sposób, ponieważ nie zadawano w ogóle takich pytań. Co więcej - w mentalności wielu mieszkańców jest ona ciągle czynna, choć oczywiście nie jest tak widoczna jak w przestrzeni. W której wybija się ciągle koszarowa, carska architektura wielu gmachów urzędowych w tych stronach. Karykatura gwiazdy Dawida na opuszczonej chałupie ją dopełnia.



Można sobie wierzyć, jak powiedział pewien izraelski polityk, że Polacy wysysają antysemityzm z mlekiem matki, ale i wówczas trzeba pytać, kto, kiedy i czym zatruł ten pokarm? Można też uważać, jak prawdziwi polscy antysemici, że Żydzi szczególnie nienawidzą Polaków i szczególnie przeciw nim są zwróceni, ale i wówczas nie uniknie się pytania, czym Polacy sobie na tę szczególność zasłużyli? Nie da się nie tylko niczego zrozumieć, ale i niczego poprawić, jeśli będzie się sobie przyzwalać na rasizm - w jakiejkolwiek pozornie dogodnej postaci. Osobiście nie tylko takie orzeczenia, ale i pytania do nich uważam za mylące, bo zbyt ogólne. Stosunki polsko-żydowskie i żydowsko-polskie właśnie dlatego, że tak bliskie i tak długotrwałe trzeba natomiast badać szczegółowo - zawsze przez pryzmat określonego czasu i konkretnej przestrzeni. Innym sposobem nie dojdzie się do nowych, wolnych od liczmanów poznawczych orzeczeń. Co oznacza, że trzeba zawsze zważać na specyfikę okresu historycznego i regionu geograficznego wraz z jego kształtem społecznym i sytuacją polityczną. W odniesieniu do różnych faz dziejów I Rzeczypospolitej, zaborów zwłaszcza, ale i XX wieku również. Polityka polska wobec mniejszości żydowskiej, w okresie międzywojennym, na przykład, inna jest za życia Piłsudskiego, a inna po jego śmierci, kiedy sanacja dąży do sojuszu z endecją. "Walka o stragany", numerus clausus i getto ławkowe na uczelniach, "paragraf aryjski" wprowadzany przez stowarzyszenia zawodowe - wszystko to działa zwłaszcza w latach 1936-38. Dopiero przed samą wojną następuje otrzeźwienie, ale wewnętrzna wrogość, korzystna dla hitlerowców i przez nich inspirowana, pozostaje. Zwracał na to uwagę Emanuel Ringenblum w swym eseju pisanym pod ekstremalnym ciśnieniem przeżywanej bezpośrednio Zagłady: "Stosunki polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej". Ciśnienie doprawdy nie jest już ekstremalne, więc konkretność poznawcza musi być zasadą. "Sztetl - świat Żydów polskich" Evy Hoffman jest tu utworem wzorowym.


Prześladowani, więc winni


Otóż ta erupcja nienawiści, jaka zdarzyła się w Jedwabnem i jego okolicach, jest dotkliwie upokarzająca nie tylko dlatego, że się zdarzyła, ale i dlatego, że była barbarzyńsko archaiczna. Wcale nie sądzę, że anonimowy nieomal mechanizm industrialnego ludobójstwa, jaki puścili w ruch naziści, miałby być lepszy, zwłaszcza że byli oni majstrami rękodzielnego "organizowania wściekłości". Trzeba jednak odnotować, że nawet pogromy w carskiej Rosji (Odessa, rok 1871; 1881-82 wiele miast, w tym Warszawa; Kiszyniów, rok 1903; 1905-06, wiele miast, w tym ponownie Odessa, ale i Białystok), w których nie brakło, niestety, setek czasem śmiertelnych ofiar, nie przybierały tak archaicznej postaci. Ich sceną były przeważnie wielkie miasta, ich sprawcami - lumpy i męty, ich celem - wypędzenie Żydów. Kolejne wielkie fale żydowskiej emigracji z Rosji następują po kolejnych falach pogromów. Co świadczy o tym, że w ten sposób, kryjąc się za miejskim motłochem, carat osiągał swoje polityczne cele. Jedwabne, Radziłów, Tykocin są to właściwie wiejskie mieściny, na pogrom zbiegają się okoliczni wyrobnicy, a jego celem jest wyniszczenie, które jeszcze nie nazywa się Zagładą. Jest właściwie pewne, że eksperymentowali tutaj Niemcy, którzy dopiero sprawdzali możliwość "ostatecznego rozwiązania". Nie wyklucza to jednak historycznego skojarzenia: dlaczego te pogromy najbardziej przypominają to, co działo się na Ukrainie w roku 1648? Czyli 300 lat wcześniej pod polskim panowaniem magnackim, podczas kozackiej insurekcji Bohdana Chmielnickiego. Podobne półwiejskie mieściny, "czerń", czyli samowolni wiejscy wyrobnicy, eksplozje niszczącej nienawiści, którą podsycał widok bezbronnych kobiet i dzieci. Nienawiść, jak się zdaje, niszczy w ten sposób swoją własną pamięć. Kompetentny historyk uważa, że system arend ówczesnych powodował, iż Żydzi stawali się uosobieniem wyzysków i wyzyskiwaczy. Całe zło społeczne kolonialnego feudalizmu w nich się skupiało, a za nimi bezpiecznie kryli się latyfundyści. Jaki archaizm gospodarczy przyczynił się do takich erupcji nienawiści w roku 1941? I czy był jakiś, czy też działała tylko perfidna antysemicka agitacja, której celem było dokończenie "walki o stragany"? To nie są pytania usprawiedliwiające, to są pytania wyjaśniające. Trwałość skrytych archaizmów mentalnych odsłaniających się niespodziewanie w oknie opuszczonej chałupki.



Należy jednak zapytać - po co dyskusję taką pogłębiać, może lepiej na niej poprzestać? Przy wszystkich swoich ograniczeniach była ona cenna - przerwała kłamliwe milczenie, nazwała zbrodnię po imieniu, określiła zasadnicze stanowiska. Poprzestać na niej - to znaczy przyjąć ją, jaka była, i zgłosić akces do bliższego ze stanowisk. Przyjąć ją, jaka była, to utrwalić zastane przeciwieństwa i nie podejmować krytycznej kontynuacji. Coś takiego już się stało - spór bezpośredni wygasł, a jego uczestnicy wrócili do siebie, zatem do pozycji wyjściowych. Nie zauważyłem, aby ktoś uznał, że w wyniku dyskusji stanowisko swoje musi zmienić. Akces do bliższego ze stanowisk z kolei ma pewne zalety - zmusza do samookreślenia, przeto uświadomienia, wzmacnia środowiskową solidarność. Ale ma też pewne wady - trzeba przyjąć stanowisko z jego granicami, kordonów granicznych strzec, więc pozycje zamrozić. Co w tym złego? - można pytać dalej - określenie zasadniczych stanowisk było zdobyczą tej dyskusji, więc dlaczego je porzucać? Trzeba być albo z Grossem, albo ze Strzemboszem - tertium non datur. Mógłbym przyjąć wyłączność tej alternatywy, mógłbym się nawet w niej określić, gdyby nie to, że nie zależy mi najbardziej na politycznej poprawności stanowisk ani też na wzmocnieniu środowiskowej solidarności. Zależy mi natomiast na dotarciu do tych wyobrażeń społecznych, które w świadomości czy może raczej w nieświadomości jednostkowej się skupiają, a wychodzą na jaw w takich, jak owa gwiazda, lub innych, których przecież nie brakuje, znakach absurdalnej nienawiści. Do wyobrażeń tych docierał przejmujący film Agnieszki Arnold i chciałbym iść tym tropem. Jeśli bowiem wyobrażeń społecznych się nie zmieni, pozostaniemy ciągle we władzy archaizmu.


Struktura intelektualna nie decyduje o kształcie takich wyobrażeń społecznych, a na mentalność nie działa logika argumentacji. Czasem najwyżej lekko je trąca, najczęściej spływa jak woda rynną. Mają one bowiem złożoną konfigurację historyczną, na którą cała zbiorowa przeszłość się złożyła. Ale nie są to przejrzyście składane rozdziały podręcznika - są to ławice, warstwice, szczeliny, buły i spągi - cała wielorako i wielokrotnie sczepiona geologia społecznej mentalności, świadomej i nieświadomej. Złoża tej mentalności podobnie jak złoża geologiczne nie są wprost widoczne, lecz tak skryte pod powierzchnią politycznej czy intelektualnej poprawności, że trudno określić ich zasięg, głębię i jakość. Poszukiwacze surowców naturalnych mają teraz niebywale sprawne instrumenty, którymi prześwietlają na wskroś podziemne lub podwodne złoża. Poszukiwacze skrytych wyobrażeń społecznych mają tylko intuicje oraz interpretacje - wszystkie bowiem badania opinii, analityki i statystyki nie wychodzą poza powierzchnię poprawności. Intuicje te oraz interpretacje mówią nam, że antysemityzm w Polsce nie tylko istnieje, ale i w podziemnych swoich złożach pozostał nietknięty. Czego objawami okrzyki kiboli i wyskrobki dresiarzy. Chociaż Żydów musi sobie imaginować, bo nie może ich przecież wskazywać.



Na ten rodzaj imaginacji po raz pierwszy natknąłem się przed blisko dziesięciu laty, kiedy podczas podróży pociągiem mój sąsiad z przedziału, starszy pan o przedwojennej niewątpliwie formacji uraczył mnie tyradą, która, wstyd przyznać, spowodowała, że zaniemówiłem. Było to krótko po zamachu terrorystycznym na izraelski ośrodek kulturalny w Buenos Aires, którego ofiarą padło blisko sto, jeśli dobrze pamiętam, osób. Mój, by tak rzec, towarzysz podróży apodyktycznie orzekał, że Żydzi JAKO TACY są źli, co zamach właśnie potwierdził. "Niewinnych nikt nie atakuje! - stwierdzał tonem wykluczającym sprzeciw i jasnym okiem hipnotyzował słuchaczy. Psychodynamika tej wypowiedzi, jej ferwor, intonacja, retoryka i frazeologia były tak zniewalające i spójne zarazem, że czułem się dosłownie obezwładniony agresją i nie umiałem jej odeprzeć. Wyłączona z możliwości racjonalnej kontroli paranoidalna wyłączność tego wystąpienia (bo nie tylko wypowiedzi) uniemożliwiała dyskusję. Z chorobą się nie polemizuje, chorobę się leczy, ten rodzaj chorób leczy się społecznie, a socjoterapia taka należy do sztuk najtrudniejszych. Wtedy nie podjąłem polemiki (jak polemizować z rozjuszonym ciałem?) ani tym bardziej leczenia (które przydałoby się wszystkim obecnym), ale wstałem i zmieniłem przedział. Stykałem się już wcześniej, oczywiście, z antysemityzmem, ale po raz pierwszy chyba spotkałem się, w całej, że tak powiem, krasie, z antysemityzmem integralnym. Tego ostatniego określenia nie używam ani przypadkowo, ani zwyczajowo, używam go natomiast naukowo, czego dalej dowiodę. Skłonny jestem też sądzić, że antysemityzm ten, w swojej skrytej, geologicznej jakości, nie jest ekonomiczny czy polityczny, lecz jest właśnie integralny. Działa na mnie hipnotycznie, ponieważ wcześniej go nie znałem.


Dokończenie za tydzień


Andrzej Mencwel - krytyk i eseista, wykłada historię i antropologię kultury. Dyrektor Instytutu Kultury Polskiej. Uniwersytetu Warszawskiego. Autor książek: "Widziane z dołu" (1980 ), "Spoiwa : refleksje krytyczne" (1983 ), "Etos lewicy: esej o narodzinach kulturalizmu polskiego" (1990), "Przedwiośnie czy potop : studium postaw polskich w XX wieku" (1997)