E-mail

English







80-LECIE WŁADYSŁAWA BARTOSZEWSKIEGO

Życie prawdziwe, życie ponumerowane

JERZY MORAWSKI

Rzeczpospolita, 16 lutego 2002

Los wiódł Władysława Bartoszewskiego przez scenariusz pełen punktów zwrotnych, zaskoczeń i sytuacji zgoła nieprawdopodobnych. Bohatera takiej opowieści na ogół tylko w filmach spotyka happy end. W rzeczywistości minionego stulecia miał sporo szans na życiorys nagle i dramatycznie zakończony. A jednak nie. W książce "Warto być przyzwoitym" napisał: "Życie nauczyło mnie dzielić się nadzieją na przyszłość". Gdzie Władysław Bartoszewski szukał nadziei, gdy znajdował się w sytuacjach krańcowych, ostatecznych, bez wyjścia?


Oto najczarniejsze dni PRL w latach osiemdziesiątych. Trzecia noc stanu wojennego. Po dwóch dniach uwięzienia w Białołęce grupę wybranych internowanych wywieziono dwoma helikopterami. Nie wiedzieli, dokąd lecą. Był z nimi nadzorca od generała Kiszczaka, pułkownik Romanowski. Naprzeciw Władysława Bartoszewskiego siedziała Halina Mikołajska. Zastanawiali się, dokąd ich wiozą. Noc była gwiaździsta i mroźna. Helikoptery kierowały się na północ.


Halina Mikołajska zapytała: - Panie pułkowniku, czy pan nie może nam ujawnić, dokąd lecimy?


- Proszę pani, kiedy nie wiem - odpowiedział człowiek Kiszczaka.


Do rozmowy włączył się Bartoszewski: - A pilot wie?


- Pilot ma punkt na mapie - wyjaśnił płk Romanowski.


- A, to dobrze - powiedzieli jednocześnie Mikołajska i Bartoszewski.


Po chwili milczenia płk Romanowski wtrącił: - W każdym razie mogę państwa zapewnić, że znajdujemy się w obszarze powietrznym Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.


- A gdzież moglibyśmy być? - zapytał Bartoszewski.


Żartować w takiej sytuacji - mało kto by się na to zdobył. Sam Bartoszewski w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku, gdy funkcjonariusze przyszli go zabrać z domu, pierwsze, co pomyślał: "To Rosjanie". Nie przypuszczał, że na coś takiego stać będzie władze PRL. "Nie sądziłem, że są takimi..." - tu pada mocne sformułowanie. Gdy zabierali go z domu, obrócił się na progu i powiedział do stojącej w przedpokoju żony: - Pamiętaj, nikogo o nic nie proś.


W ciasnym gabinecie profesora w domku na warszawskim Mokotowie białe teczki od Leona Kieresa dopełniły wyładowane regały z książkami i własnym archiwum. To jednak zaledwie metr bieżący akt, które skompletowała na niego komunistyczna bezpieka. W IPN odnaleziono 14,5 metra (metry bieżące teczek ustawionych na sztorc) raportów, przesłuchań, donosów, podsłuchów, planów zadań operacyjnych, zdjęć zrobionych z ukrycia. Wszystko dotyczy Władysława Bartoszewskiego. Profesor niedawno przejrzał pierwszy metr tej "twórczości".


- Nic mnie nie zaskoczyło. Znalazłem kilka rzeczy godnych uwagi raczej ze względów modelowych. Na przykład ciągłość działań. Bezpieka interesowała się mną od początku września 1945 roku do przełomu w 1989 roku. 45 lat! Ani roku przerwy.


I żeby było klarownie - teczki bezpieki nie uzupełniają jego archiwum, nie dopełniają osobistych zbiorów. Są tylko świadectwem obłędu czasów. Niczym więcej.


Pierwszy poranek w Oświęcimiu


Władysław Bartoszewski wychował się w rodzinie warszawskiej inteligencji. Należał do pierwszego pokolenia urodzonego w wolnej Polsce. Zainteresowania - może bardziej intelektualne niż kolegów. Najbardziej zajmowała go literatura i historia. Właśnie zdał maturę. Miał zamiar być dziennikarzem, może pisarzem. Wybuch wojny we wrześniu 1939 roku przeciął wszystko.


Migawki z upadającego świata wydobywają się z pamięci jak odpryski jakiejś całości, chociaż wtedy trudno było ogarnąć to, co się działo. Oto Władek z jakimś starszym mężczyzną niósł na noszach ranną w brzuch kobietę. Szli pod murem Filtrów przy ul. Lindleya. Dochodzili do Szpitala Dzieciątka Jezus, gdy nadleciał niemiecki samolot. Ostrzeliwał ulicę z karabinu maszynowego. Położyli nosze z ranną na ziemi i sami do ziemi przywarli, by przeczekać nalot. Gdy przeleciał, okazało się, że ranna nie żyje. Trafiła ją kula z samolotu.


- To był pierwszy człowiek, który zginął przy mnie w odległości metra - wspomina Bartoszewski. - Jeśliby kulka uderzyła 30 cm dalej, zginąłbym ja. Pomyślalem wtedy - niczym jest życie.


Później nastąpiło butne wejście Niemców do Warszawy. Szli w szyku bojowym. Władek ich nie oglądał. W domu przy ul. Belgijskiej było słychać, jak maszerowali po ulicy.


- Oni w moim mieście...


Przed defiladą w Warszawie, odebraną przez Hitlera, Niemcy wyłapywali wśród przechodniów Żydów i kierowali ich do usuwania barykad. Władek był wysoki, chudy, z dużym nosem, w okularach - wzięli i jego. Jeden z zatrzymanych wyciągnął spod koszuli medalik i po niemiecku powiedział do Niemców, że nie jest Żydem.


- Dla mnie szokiem było to, że ktoś wchodzi po upadku Warszawy w dialog z umundurowanym przedstawicielem władzy okupacyjnej i usiłuje uzyskać przywilej na zasadzie rozróżnienia, że jest lepszy od innego współobywatela okupowanego kraju.


22 września 1940 roku, jego pierwszy poranek w Oświęcimiu. Miał 18 i pół roku, stał na placu apelowym w tłumie przywiezionych z łapanek więźniów. Komendant obozu Fritsch oznajmił: "Jedyna droga do wolności prowadzi przez komin krematorium". Widział przed sobą dymiący komin. Pobledli wszyscy, on drżał. A później esesmani zakatowali nauczyciela z Warszawy, który przyjechał z Władysławem w transporcie. Na oczach tłumu. Nikt z pięciu tysięcy więźniów nie drgnął, nie protestował, nie ruszył w obronie zabijanego. Paraliż strachu.


- To był krąg piekieł. W Warszawie nikt nie wiedział jeszcze wtedy o Oświęcimiu. A ja już zrozumiałem, że w systemie totalnym - a to jest nie tylko okupacja niemiecka - nie ma żadnych odniesień do porządku moralnego i prawnego, do hierarchii wartości, w jakiej byłem wychowany.


Pierwszy poranek w Oświęcimiu śnił mu się jeszcze przez wiele lat.


Błogosławieństwo dobrych uczynków


Siedem miesięcy później cudem zwolniono go z Oświęcimia. Wrócił chory do Warszawy. Leżał w łóżku. Skończył 19 lat. Miał już garb psychiczny, doświadczenie i straszną wiedzę, którą nie mógł się dzielić. Nosił ją w sobie.


- Patrzyłem na moich rówieśników, widziałem dzieci szczęśliwe. Czułem się ich dziadkiem.


Z oświęcimskich przejść nie zwierzał się rodzicom. Trochę wyznał spowiednikowi. Nie umiał sobie dać z nimi rady.


W 1942 roku został zaprzysiężony jako żołnierz AK. Spotkał Zofię Kossak, która stała się dla niego jednym z mistrzów intelektualnych i moralnych w czasie wojny. Brał udział w początkach akcji pomocy Żydom i zakładał Radę Pomocy Żydom "Żegota". Poznał księdza Jana Zieję. Ksiądz zobaczył w nim młodego człowieka, który znalazł się na zakręcie. Wierzył dalej w Boga, ale po Oświęcimiu nic już nie rozumiał. Pytał, jak to jest możliwe, że ludzie codziennie giną?


- Ksiądz Zieja powiedział: "rób dobro, gdzie tylko możesz. Nie przechodź obojętnie obok ludzi potrzebujących". Dał mi impuls. Zająłem się ratowaniem ludzi zagrożonych, cierpiących. Pomyślałem: do pamięci o tym, co się dzieje, zobowiązany jest ten, kogo Bóg zechciał ocalić. Mnie ocalił.


Pracując w konspiracji akowskiej Bartoszewski dobrze wiedział, jakie śmiertelne zagrożenie sprowadza donosicielstwo, ile osób wylądowało przez to na Pawiaku. Któregoś dnia zapukała do jego mieszkania kobieta. Przyniosła kopertę zaadresowaną po polsku do niemieckiej policji bezpieczeństwa w al. Szucha. W liście była kartka papieru, a na niej anonimowy donos na Bartoszewskiego, że pomaga Żydom. Nieznajoma kobieta wychodząc dodała: "Niech pana Bóg strzeże. Córka pracuje na poczcie i ten list wpadł w jej ręce".


Za tydzień miało wybuchnąć powstanie. Zabrakło czasu, by akowskimi kanałami wytropić autora anonimu. Władek zameldował o donosie przełożonym i wyniósł się z domu.


- Ktoś nieznany uratował mi życie. Jakiś rewanż losu za to, że załatwiałem podrobione dokumenty ludziom ukrywającym się. Wierzę w taki rachunek. Jeśli istnieje klątwa złych uczynków, to może również istnieje błogosławieństwo dobrych uczynków. Mnie to pomagało żyć.


Zły życiorys


W lutym 1945 roku przedostał się z Krakowa, gdzie przebywał po powstaniu warszawskim, pod Warszawę. Włączył się w konspirację w organizacji "Nie", przygotowywanej na czas okupacji sowieckiej. Później pracował w delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj. 5 września funkcjonariusze UB wkroczyli pod jego nieobecność do mieszkania. Zarekwirowali szafę, fortepian, stół i krzesła. Zrabowali książki i rzeczy (protokół tamtej rewizji odnalazł się w teczkach z IPN). Odkryli też skrytkę podłogową z okresu wojny mieszczącą się pod tapczanem. Były tam dokumenty Bartoszewskiego, jego awans oficerski z powstania warszawskiego i materiały wskazujące na powojenną działalność w konspiracji.


Bartoszewski wracał do domu przez podwórze. O rewizji nic nie wiedział. Gdy zbliżył się do klatki schodowej, zaczepiła go jakaś pani. Ostrzegła, by nie szedł do domu. Wiedział, o co chodzi.


- Bardzo pani dziękuję - powiedziałem. Złapałem kobietę pod rękę i wyszedłem na ulicę. Nieznana kobieta mi pomogła, może uratowała życie - opowiada.


Do mieszkania już nie wrócił. Co dalej miał robić? W trzecią wojnę nie wierzył. W Polsce stacjonowała milionowa Armia Czerwona. Ukrywać się na fałszywych papierach nie było sensu. Gdy władze ogłosiły amnestię, zachęcając żołnierzy konspiracji do ujawnienie się, Bartoszewski to zrobił. Wkrótce otrzymał wezwanie do stawienia się w charakterze świadka w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Zofię Rudnicką, dawną sekretarkę Rady Pomocy Żydom, a wówczas ważną osobę w Ministerstwie Sprawiedliwości, poprosił, żeby interweniowała, jeśli nie da znać przez 8 godzin, bo zapewne będzie aresztowany. Tak się też stało, ale interwencja Rudnickiej pomogła. Po 24 godzinach został zwolniony.


Zaczął pracować w ówczesnym Instytucie Pamięci Narodowej. Później trafił do "Gazety Ludowej" wydawanej przez PSL Stanisława Mikołajczyka. Został dziennikarzem.


W listopadzie 1946 roku aresztowano go wraz z innymi pracownikami "Gazety". Według bezpieki miał bardzo zły życiorys - Oświęcim go nie złamał, był w AK, ujawnił się i znowu poszedł do wroga władzy ludowej, do PSL.


Więzienny uniwersytet


Siedem lat spędził w komunistycznych więzieniach. Półtora roku trzymano go w piwnicy na Koszykowej (w gmachu obecnego Ministerstwa Sprawiedliwości) przy zapalonym w dzień i w nocy świetle. Popsuł wzrok. Siedział sam na oddziale Różańskiego i Humera albo w celi z trzema osobami. Zdarzały się też cele 100-osobowe.


- Przebywałem godzinami z profesorami, pułkownikami AK, komendantami okręgów, księżmi, wybitnymi działaczami PPS, działaczami ludowymi, Stronnictwa Narodowego, oficerami NZS, żołnierzami "Ognia". Z tymi wszystkimi, których po wojnie odsiano na zniszczenie. Gdzie znalazłbym na wolności takie towarzystwo? W materiałach z IPN są na mnie donosy z więzienia. Że się interesowałem tym, co się dzieje w pawilonie śledczym, że gromadzę w głowie materiały na przyszłość. Kolega z celi na mnie donosił. Dziennikarz, już nie żyje. Donosił, bo chciał pewnie poprawić sobie sytuację. Zdawałem sobie sprawę, że jest chwiejny. Nie mówiłem więc żadnych tajemnic.


Od strony ludzkiej pobyt w więzieniu Bartoszewski uważa za niezwykle pouczający. Wtrącając go do więzienia wybrano za niego los.


- Siedziałem w kryminale i dzięki temu nie uległem pokusom. Nie byłem zagrożony heglowskim ukąszeniem. Nikt mnie lepiej nie mógł wprowadzić w marksizm niż oficerowie śledczy od Humera i Różańskiego. To byli dla mnie przedstawiciele systemu. Nie wiem - gdybym był na wolności, miał rodzinę, obowiązki, jako dziennikarz gdzieś pracował - czy zdołałbym się oprzeć lawirowaniu, półprawdom, wyborowi mniejszego zła.


2 marca 1955 roku Zgromadzenie Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego PRL uznało, że Władysław Bartoszewski był niesłusznie oskarżony. Uchylono wyrok, anulowano akt oskarżenia. Przywrócono go do stanu niekaralności. Myślał, że nastał spokój. Teraz w teczkach z IPN znalazł dokument z sierpnia 1955 roku, gdzie na Rakowieckiej podjęto decyzję o objęciu Bartoszewskiego stałą akcją obserwacyjno-operacyjną, ponieważ należy do "twardego członu działaczy PSL".


- Mikołajczyk był od ośmiu lat za granicą. PSL jako stronnictwo nie istniało od listopada 1949 r. A uzasadnieniem tej decyzji są wszystkie zarzuty z aktu oskarżenia, który pięć miesięcy wcześniej obalił Sąd Najwyższy. Dostałem odszkodowanie, mieszkanie. A bezpieka podtrzymuje akt oskarżenia i wyznacza funkcjonariuszy, którzy mają mnie śledzić.


Warszawski głos z Monachium


Władysław Bartoszewski po wstępnej lekturze metra teczek, przekazanych mu przez prof. Leona Kieresa, mówi, że nie jest rozczarowany co do postawy osób, z którymi się spotykał.


- Wiedziałem, kto udziela bezpiece informacji. Nie rozczarowały mnie też zawarte w teczkach opinie o mnie jako szpiegu międzynarodowego syjonizmu od 1961 roku.


"Opinie" powstały na podstawie podsłuchów rozmów Bartoszewskiego w ambasadzie Izraela w Warszawie. W teczkach jest jego fotografia, gdy wchodzi do ambasady Izraela. Z ambasadorem, który był pisarzem, spotykał się też w domu Antoniego Słonimskiego. Zapis jego rozmów z ambasadorem to kilkaset stron.


Gdy ukazała się książka Bartoszewskiego i Zofii Lewinówny "Ten jest z ojczyzny mojej" o pomocy Żydom w czasie wojny, w materiałach SB zapisano: "Bartoszewski niezależnie od swojej woli posłużył dobrej sprawie, ponieważ przedstawia postawy Polaków, którzy ratowali Żydów".


- Z góry zakładali, że jak coś pożytecznego zrobiłem, to "wbrew swojej woli".


Profesor sięga do kolejnej teczki z IPN. Odczytuje dokument: "Od listopada 1966 wszczęto operacyjne działania z powodu podejrzeń o współpracę z Radiem Wolna Europa". W październiku 1970 roku 18 funkcjonariuszy SB przeprowadziło w jego mieszkaniu rewizję. Nic nie znaleźli.


Przez wiele lat zastanawiał się, jak MSW wpadło na pomysł, że on współpracuje z Wolną Europą. Teraz wyjaśniły mu to dokumenty z IPN. MSW interesowało się adwokatem warszawskim Witoldem Lisem-Olszewskim, obrońcą politycznym, przyjacielem Bartoszewskiego. Adwokat miał w swoim otoczeniu - co wynika z teczek - tajnego współpracownika SB. Agent pisał bardzo szczegółowe raporty o kontaktach Lisa-Olszewskiego, zachowaniach i ocenach. W opinii mecenasa - donosiły raporty - Bartoszewski jest człowiekiem wyjątkowego zaufania, uczynny i energiczny.


- Opinia Lisa-Olszewskiego mnie wzrusza - ich poruszała - mówi profesor.


Tajny współpracownik przekazywał SB, że adwokat Lis-Olszewski interesuje się pewnymi posunięciami personalnymi w sądownictwie i adwokaturze. Na te tematy mówiła Wolna Europa. SB podejrzewało adwokata, że od niego pochodzą informacje. Skojarzyli daty raportów z datami audycji w RWE. SB uznało, że ogniwem przekazującym opinie do monachijskiej rozgłośni jest Bartoszewski. Agent napisał w raportach, że Lis-Olszewski, komentując jakąś sytuację, dodawał: "O tym muszę opowiedzieć Władkowi Bartoszewskiemu".


- Donosił na adwokata, który nie wiedział, że ja mam związek z RWE. Kilka lat pracowali, by na to wpaść. Przesłuchaniami objęto dziesiątki ludzi.


"Po rewizji wielu znajomych już nas nie odwiedzało" - napisał we wspomnieniach profesor. - Bali się. Uruchomiono wtedy przeciwko mnie akcję fałszywek, że ja dogadałem się z bezpieką, że sypię. W teczkach są dowody, że fałszywki rozsyłano do osób, które były przesłuchiwane i represjonowane w związku z podejrzeniami wobec mnie. Dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego niektóre osoby mnie wtedy unikały.


Bohater skryptu MSW


Władysław Bartoszewski dużo wiedział o działaniu tajnych służb. Funkcjonariusze zapisywali w jego aktach, że jest podstępnym wrogiem, dobrze przygotowanym, ucieka na ulicach, urywa się obserwacji. MSW w 1972 r. wydało nawet skrypt szkoleniowy oparty na jego przykładzie z fikcyjnymi nazwiskami. Niekiedy ośmiu oficerów zajmowało się nim nonstop. Nie licząc kierowców, pracujących w nasłuchach, przy kopiowaniu listów itd. - Nie było bezrobocia - śmieje się dzisiaj Bartoszewski.


W teczkach są materiały pokazujące, jak fabrykowano "fałszywki". Na przykład listy, napisane rzekomo przez Bartoszewskiego, zawierające opinie o innych ludziach. Są też instrukcje: "Znaczek pocztowy należy nakleić w Wiedniu, bo Bartoszewski aktualnie tam przebywa. List wysłać do takiej a takiej osoby".


W mieszkaniu Bartoszewskich był podsłuch telefoniczny i przeprowadzony od sąsiadów. Profesor zdawał sobie z tego sprawę. Rozmowy z Janem Józefem Lipskim prowadził w łazience. Puszczał wtedy wodę do wanny, co pewien czas spuszczał wodę w klo. Sami siadali na brzegu wanny i dyskutowali. Zapisu podsłuchu z takiej rozmowy w teczkach nie znalazł.


W zakopiańskiej "Halamie", gdzie jeździł na wczasy, w pokojach nr 11 i 12 też zainstalowano podsłuch. O tym dowiedział się z teczek. Okazało się, że przesłuchiwano personel domu wczasowego, nawet pokojówki. SB wzywało na przesłuchania osoby, z którymi się częściej spotykał. Cztery osoby szantażem zmuszono do współpracy.


- Dwie dziewczyny ze wsi, służące u nas w domu, podpisały zobowiązania do współpracy. Nie miały ukończonych szkół podstawowych. Po dwóch tygodniach odeszły, bo nie chciały na nas donosić. To, co zobaczyłem w ubeckich teczkach, to paranoja, czysty Orwell.


Klamra jednego życia


Teczki Bartoszewskiego odpowiadają na pytanie, czy pracownicy peerelowskiego wywiadu, kontrwywiadu i ich współpracownicy powinni być wyłączeni z lustracji. W latach osiemdziesiątych był przez siedem lat profesorem na uczelniach w Niemczech Zachodnich. Każdego miesiąca uczestniczył w kilku panelach, seminariach, miał odczyty na innych uczelniach, w kościołach. Wszystkie jego wystąpienia wywiad PRL obserwował, nagrywał, tłumaczył na polski i wysyłał do Warszawy na ul. Rakowiecką.


- To robili oficerowie wywiadu, bo chcieli dać mi w dupę. Zapisywali zresztą swoje konkluzje, że na przykład jestem zdrajca Polski, bo powiedziałem na odczycie Breslau, a nie Wrocław. A jak miałem mówić do Niemców?


Życie prawdziwe i życie ponumerowane, upchnięte do teczek przez oficerów bezpieki. Własna pamięć i świadomość tropionej zwierzyny. Po drugiej stronie oni - tajna policja polityczna, agenci. Już odeszli, ale mija się ich na naszych ulicach. Wygrał ten, kto niósł nadzieję.


Po powstaniu warszawskim Władysław Bartoszewski przedostał się do Krakowa. Tam zastało go wkroczenie Armii Czerwonej. O tamtym czasie napisał: "Byłem dość przegrany". Stracił miasto, stracił niepodległość Polski, stracił kilka lat wysiłków w podziemiu. Wszystko na nic - dopadła go myśl. Co może w takiej sytuacji dać nadzieję?


- Nadzieję znalazłem w tym, że my mieliśmy rację. Racja nie musi się opłacać, racja nie musi się od razu sprawdzić. W tym duchu był napisany ostatni rozkaz pożegnalny do żołnierzy AK, wydany przez generała Leopolda Okulickiego "Niedźwiadka". Ja, który czytam ten rozkaz w ostatnim 317. numerze "Biuletynu Informacyjnego" jako 23-letni człowiek w Krakowie. I ja później, po 66 latach, stoję w Moskwie nad grobem generała Okulickiego "Niedźwiadka" jako minister spraw zagranicznych niepodległej Polski. Mówię do otaczających mnie Rosjan i Polaków: "Leży w tej mogile mój przełożony w walce o niepodległość. Tu, w Moskwie, zginął męczeńską śmiercią. Jesteście teraz tu z nami, rosyjscy znajomi i przyjaciele. To jest znak zwycięstwa innych wartości, innych czasów". Tak zdarzyło się w jednym moim życiu. Kto to mógł zaprogramować?


Jerzy Morawski