E-mail

English






Pół wieku życia w teczkach opisane

Tygodnik Powszechny, 17 lutego 2002

9 lutego Władysław Bartoszewski kończy 80 lat

Pierwszy dokument w moich teczkach pochodzi z września 1945 r. Ostatni: z końca roku 1989. Przez 44 lata byłem więc obiektem rozpracować komunistycznych służb specjalnych. Najpierw Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a potem różnych departamentów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych: II, czyli zajmującego się wywiadem, III - od opozycji i IV - od Kościoła. Albo wymiennie, albo naraz. I przez te wszystkie dziesięciolecia - aż do upadku systemu w 1989 r. - byłem wrogiem najwyższej kategorii.

OPOWIEŚĆ PROF. WŁADYSŁAWA BARTOSZEWSKIEGO

Jak dotąd Instytut Pamięci Narodowej zdołał zgromadzić 15 metrów bieżących - czyli na sztorc ustawionych teczek - akt sygnowanych "Bartoszewski". Z tego zasobu prezes Instytutu Pamięci Narodowej prof. Leon Kieres przekazał mi na razie metr. Dziesiątki miejsc w kserokopiach jest - zgodnie z wymogami ustawy - zamazanych. Zaczernione SA nazwiska osób, które przewijały się w prowadzonych przeciwko mnie sprawach, oficerów bezpieki, którzy je prowadzili, tych, którzy na mnie donosili, sędziów, którzy mnie skazali. Naturalnie, w wielu przypadkach bez trudu można je odtworzyć.


Na udostępnianie teczek, czyli materiałów dotyczących inwigilacji, prowokacji i terroru wobec tych, których komunistyczna władza uznała za wrogów, patrzę jako jeden ze świadków i zarazem jedna z licznych ofiar tego systemu. Nie jestem pod żadnym względem ofiara wyjątkowa. Wielu ludzi straciło życie - to oczywiście ofiary szczególne.


Inni wskutek bicia czy terroru psychicznego stracili zdrowie. Od wielu ofiar różni mnie po pierwsze to, że czas komunizmu przetrwałem w niezłej formie fizycznej i psychicznej. Po drugie, przez wszystkie te lata wiedziałem, że jestem konsekwentnie ścigany przez władze. Ta świadomość była niewielkim, ale jednak pewnym atutem w pojedynku z tymi, którzy mnie ścigali. inaczej przecież zachowuje się człowiek, który ma pojęcie o zagrożeniu, niż ten, który się go nie spodziewa. Po trzecie, przez dziesiątki lat zawodowo zajmowałem się historia
najnowsza Polski. Dawało to specyficzne nastawienie: mogłem profesjonalnie rejestrować fakty, oceniać je i wyciągać wnioski. I to dawało mi przewagę nad inwigilującymi mnie funkcjonariuszami.


Pomocna oczywiście okazała się i formacja, w jakiej dojrzewałem, i ludzie, których miałem szczęście spotkać. Byliśmy wychowywani w przywiązaniu do państwa polskiego, które było wilką wartością, w poczuciu interesu społecznego, aczkolwiek w oderwaniu od jakiegoś tokowania o ojczyźnie. Nie przypominam sobie na przykład, żebym w latach szkolnych w rozmowie z jakimś kolega użył słowa "ojczyzna". Stuknąłby się w czoło. O czymś takim się nie mówiło, to było oczywistością. Darem losu było, że moimi nauczycielami w gimnazjum byli tacy księża, jak Roman Archutowski czy Julian Chruścicki, a potem nauczycielem w innym sensie, pozaszkolnym - Jan Zieja. Bo nie tylko nauczyli mnie, co jest w życiu cenne, ale pomogli i w taki sposób, że w trudnych momentach do podjęcia właściwej decyzji wystarczyło zastanowić się, co oni by zrobili w tej sytuacji. I wreszcie, co najważniejsze, miałem doświadczenie okresu wojennego. Siedem miesięcy byłem w obozie w Oświęcimiu, gdzie tylko trzeźwe zachowanie dawało choćby minimalna szansę na przeżycie. Potem zaś poszedłem do konspiracji. I wiedziałem, że jeżeli wpadnę w ręce Niemców, to mnie ze skóry obedrąą. A jedynym sposobem na uratowanie tej skóry było zachowanie wszystkich reguł gry. Podczas wojny służyłem bowiem w dość elitarnej formacji - w Wydziale Informacji Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK. Zajmował się on m.in. tzw. Białym wywiadem, a więc działalnością do dziś nieoceniona w pracy wywiadowczej. Naturalnie struktury AK miały też pion tradycyjnego wywiadu - Oddział II Sztabu; pracowali w nim zawodowcy z przedwojennej "Dwójki". W przeciwieństwie do nich nasz pion nie zbierał jednak informacji wojskowych, lecz polityczne. Analizowaliśmy nastroje społeczne, poglądy poszczególnych - tak lewicowych, jak prawicowych - podziemnych ugrupowań politycznych, ich stosunek do AK i dowództwa w Londynie, ruchy frakcyjne, publicystykę prasy podziemnej itd.


Wtedy to zostałem gruntownie przeszkolony nie tylko odnośnie do reguł obowiązujących w konspiracji: nauczono mnie też interpretowania faktów oraz myślenia w kategoriach politycznych i historycznych. Moimi szefami byli tam Kazimierz Ostrowski, doświadczony działacz społeczny i polityczny jeszcze z II RP, a po wojnie znany krakowski adwokat, Aleksander Gieysztor, potem znakomity historyk, czy Eugeniusz Czarnowski, jeden z twórców Wydziału, po wojnie, jako działacz Rady Jedności Narodowej, sadzony w procesie "16" w Moskwie. Miałem wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat i traktowałem ich wszystkich jako wielkie autorytety. Wtedy bowiem ludzie młodzi nie zakładali z góry, że jeśli ktoś jest starszy, to nie może mieć racji. Przeciwnie: zakładano, że jak jest stary, może jest i uciążliwy, może jest i dziwakiem, może czasem irytuje, ale pewnie ma trochę cennego doświadczenia, które warto wykorzystać. Gieysztor był tylko 6 lat starszy ode mnie, ale dla mnie był kolosalnym autorytetem. Ostrowski był starszy o 15 lat - to już prawie pokolenie, ale nie uważałem go za zwapniał ego dziadka, lecz starszego kolegę i szefa, od którego można się wiele nauczyć. Co więcej, od zimy 1942/43 zajmowałem się równocześnie w departamencie spraw wewnętrznych Delegatury Rządu na Kraj inna specjalna dziedzina: kwestia eksterminacji Żydów i terroru stosowanego przez okupanta wobec Polaków. I w tych sprawach byłem szkolony, miałem dostęp do relacji świadków i ofiar. Znałem więc dobrze chwyty stosowane podczas śledztw oraz zachowania w więzieniach i obozach. Przydało mi się to, kiedy podobnych metod zaczęła używać inna wroga władza - bo tak traktowałem ekipę reprezentują interes sowiecki w Polsce. Mnie nie dziwiło, że można bez powodu robić rewizje, bić podczas przesłuchań, stosować prowokacje. Ani, że ktoś, kto przypadkowo wejdzie do podejrzanego mieszkania, może trafić na miesiące do więzienia i być obwiniany o nie wiadomo co. Oczywiście, czym innym jest o czymś wiedzieć, a czym innym to przeżyć. Los jednak chciał, że sam bardzo wcześnie stałem się obiektem takich praktyk.


Był czerwiec 1945 r. Parę tygodni wcześniej - pod koniec lutego - wróciłem do Warszawy z Krakowa, gdzie przeżyłem zmianę władzy z hitlerowskiej na sowiecka i ludowo-polska. W Krakowie pracowałem w centralnym organie prasowym AK - "Biuletynie Informacyjnym", wznowionym tutaj po Powstaniu Warszawskim. Byłem sekretarzem redakcji, najbliższym współpracownikiem redaktora naczelnego, którym w miejsce Aleksandra Kamińskiego został znany później uczony Kazimierz Kumaniecki. Po przyjeździe do Warszawy zacząłem pracować w założonej na pocztu kwietnia Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj. Moim przełożonym był wtedy Kazimierz Moczarski. Ale pętla zaczęła się już zaciskać. Właśnie w końcu czerwca wpadłem po raz pierwszy: wszedłem w "kocioł" założony na Mickiewicza 27, w jednym z dużych żoliborskich bloków. W tzw. kołchozie gnieździło się kilka rodzin - oraz ja. Ubecja szukała kogoś innego i wprawdzie przetrzymali mnie kilka dni, ale udało mi się wyprowadzić ich w pole. Kiedy zapytali o życiorys, powiedziałem, że byłem w czasie wojny w Warszawie. - A nie byliście w AK? - Nie. - Dlaczego? - Bo się bałem. - To wy jesteście tchórz, a nie patriota. - Pewnie tak.


Puścili mnie. Kiedy jednak 11 sierpnia 1945 r. aresztowali Moczarskiego, środowisko musiało być już w dużej części rozpracowane. We wrześniu przyszli ponownie - tym razem już po mnie. Na szczęście byłem wtedy u ojca w Łodzi, wracałem właśnie i na podwórku jakaś nieznana mi kobieta szepnęła, że coś się dzieje na klatce schodowej, w której mieszkam. Zawróciłem na pięcie. Czekali na mnie kilka dni, po czym zarekwirowali biurko, szafę bibliotecznaą, fortepian (nota bene nie moje meble, tylko właścicielki mieszkania, sam przecież nic wtedy nie miałem), a także stolik, kredens, stół i wieszak. Znaleźli też skrytkę w podłodze pod tapczanem, a w niej materiały świadczące o mojej działalności w AK - tak podczas wojny, jak i już w 1945 r. Była tam m.in. bibułka z moim awansem i odznaczeniem.

 

Właśnie protokół z tej rewizji z 5 września 1945 r. jest pierwszym dokumentem w moich teczkach. Jako że wszystko stało się jasne, a pojawiła się właśnie możliwość tzw. ujawnienia, więc postanowiłem użyć tego fortelu, zwłaszcza że zgłoszenie się do Komisji Likwidacyjnej AK pozwalało wedle prawa na odmowę zeznań. 10 października 1945 r. poszedłem więc do gmachu BGK, gdzie urzędowała Komisja i zarejestrowałem się jako były AK-owiec.


Władze jednak nie popuściły: parę dni później, 21 października, wezwano mnie na świadka do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w nieokreślonej bliżej sprawie. Nie miałem doświadczenia prawniczego i nie wiedziałem, że mogę odmówić odpowiedzi na pytania. Zeznaj starałem się jednak nikomu nie zaszkodzić: jeżeli wymieniałem jakieś nazwiska, to osób i tak już im znanych, które już siedziały. Spośród swoich dawnych szefów wymieniłem więc jedynie Rzepeckiego i Moczarskiego.


W styczniu 1946 r. zaczem pracować w PSL-owskiej "Gazecie Ludowej". Moimi zwierzchnikami byli: redaktor Witold Giełżyński, przed wojna rektor Wyższej Szkoły Dziennikarskiej w Warszawie, oraz naczelny pisma Zygmunt Augustyński. W lutym 1946 roku wstąpiłem do PSL. Choć dotąd nie miałem związków z Ruchem Ludowym, to mój ojciec był synem chłopskim, a w PSL miałem wielu znajomych. Ponadto PSL traktowałem jako jedyne miejsce, w którym można spróbować zrobić coś sensownego dla Polski - zwłaszcza, że Stronnictwo miało masowe poparcie i pewnego rodzaju autoryzację ówczesnego brytyjskiego premiera Winstona Churchilla. Ludowcy z PSL Witosa i Mikołajczyka stali bowiem na stanowisku demokratycznym, antytotalitarnym, ale realistycznym - co było zawsze cecha chłopów polskich. Byli przeciwnikami działań konspiracyjnych, lecz zwolennikami organicznego budowania samorządnego społeczeństwa, wyznawcami tradycji pracy społecznej, ideowej, dokształcania się, uniwersytetów ludowych itd. Wiedziałem, że w PSL spotkam ludzi, którzy nie chcą podlegać marksistowsko-leninowskiej władzy przysłanej z Moskwy. Przynależność ta dawała się też pogodzić z moim światopoglądem katolickim.


Rychło zostałem członkiem Zarządu Powiatowego PSL Warszawa-Śródmieście. Pracowałem w Wydziale Prasy i Propagandy Stronnictwa. Moimi partyjnymi szefami byli: prezes Zarządu Stołecznego PSL Stefan Kor boński oraz kierownik Wydziału Prasy Naczelnego Komitetu Wykonawczego Kazimierz Babiński, skądinąd też oskarżony w procesie "16" w Moskwie.


Pomimo jednak, że byłem działaczem legalnej partii, do której należał m.in. wicepremier rządu, 15 listopada 1946 r. zostałem aresztowany i to na półtora roku. Cały ten czas usiłowano znaleźć na mnie taki paragraf, który by nie dotyczył mojej pracy w PSL - bo sytuacja była niezręczna - ale jednak pozwalał trzymać mnie za kratami. To się nie udało, bo byłem na tyle dobrze wychowany politycznie, że powściągałem się zawsze w mówieniu rzeczy niepotrzebnych. Na dodatek pewna umiejętność analizy faktów sprawiła, że liczyłem na długofalowaą konspirację.


Jednak - jak wynika m.in. z przekazanych mi aktów Ministerstwa Bezpieczeństwa - władze były zainteresowane właśnie móją działalnością partyjnaą. W teczkach SA bowiem nie tylko dokumenty na temat mojej wojennej działalności w KG AK, ale też pracy dziennikarza "Gazety Ludowej" oraz roli w aparacie PSL. Tego dotyczyły pytania podczas przesłuchań - a odnalazły się protokoły wszystkich moich zeznań z tego czasu oraz protokoły różnych zeznań o mnie; tu są już braki, bo wiem o paru innych osobach indagowanych.


Zabawne zresztą, że jeśli już pytali o AK, to usiłowali omijać temat mojego zaangażowania w pracę Żegoty, czyli Rady Pomocy Żydom. To była niewygodna karta. Także dlatego, że w chwili aresztowania byłem członkiem zarządu Ogólnopolskiej Ligi do Walki z Rasizmem, utworzonej w marcu 1946 roku, w której władzach zasiadało też kilku polityków z różnych stronnictw obozu lubelskiego, tak Polaków, jak Żydów. Jednym z działaczy Ligi był nadto Adolf Berman, rodzony brat Jakuba, ówczesnego nadzorcy bezpieki z ramienia partii.


Po półtora roku śledztwo umorzono i w kwietniu 1948 r. wyszedłem na wolność. Wręczono mi jedynie "Kartę zwolnienia więźnia śledczego", do końca nie precyzując na piśmie zarzutów i nie daj żadnego końcowego dokumentu do przeczytania czy podpisania.


Historia ta jest kolejnym argumentem przeciwko stereotypowemu przekonaniu, że tzw. stalinizm zaczął się w Polsce dopiero ok. 1949 r. Totalitarnych, stalinowskich metod używano od momentu wkroczenia Sowietów i ich polskich popleczników na ziemie polskie. Rzutuje to też na ocenę ówczesnego I sekretarza PPR Władysława Gomółki: to za jego rządów władza krwawo porachowała się z AK, Batalionami Chłopskimi, niezależnie myślącymi ludowcami i wolnościowymi socjalistami z WRN
oraz ograniczyła prawa Kościoła. Późniejsze perturbacje wokół Gomółki i jego ocena z punktu widzenia doktryny marksistowsko-leninowskiej nie mszą nas interesować. Z punktu widzenia historii narodu polskiego ważne jest, że terror w Polsce zaprowadzono już w 1945 r., kiedy to zlikwidowano wszelkie próby działania niezależnego: zarówno politycznego - w postaci PSL czy Stronnictwa Pracy, jak akademickiego, samorządowego itd. Nie było tak, że stalinizm zaczął się dopiero w 1949 r., a wcześniej było "nienajgorzej". Narodziny systemu władzy nastąpiły już wtedy.


Z teczek wynika, że i po zwolnieniu bezpieka nie zaprzestała inwigilacji. Z tego okresu dokumentów jest jednak niewiele: tylko jakieś wyrywkowe obserwacje. Na tzw. Wolności miałem trudności ze zdobyciem pracy: nikt nie chciał ze mną rozmawiać bez jakiegoś poparcia, a poparcia nie miałem, bo nie chciałem iść na ugodę z władzą. A jak już udało mi się znaleźć jakieś zatrudnienie, to szybko je traciłem - bez wątpienia za sprawa interwencji MBP właśnie. Wyrzucili mnie nawet z biura Centralnego Zarządu Przemysłu Drzewnego, choć zajmowałem się tam jedynie produkcjaą desek klozetowych i kijów do szczotek.


14 grudnia 1949 r. zostałem kolejny raz aresztowany: tym razem jednak posiedziałem 5 lat. Z tego okresu dokumentacja jest nadzwyczaj obszerna: tak z dwuipółrocznego śledztwa, jak z więzienia, do którego trafiłem za rzekome szpiegostwo. Żeby było pikantniej, akt oskarżenia przeciw mnie zatwierdziła własnoręcznie 21 maja 1952 r. płk Helena Solińska, stwierdzając - jako czynnik nadzorczy - jego zasadność.


Zarzutem objęto czyny wyłącznie z okresu przed ujawnieniem w 1945 roku, które zakwalifikowano jako szpiegowskie. Głównym sprawca mego nieszczęścia był pan Adam G. z Poznania, wtedy student medycyny, który złożył obszerne, obciążające mnie, a nieprawdziwe, zeznania. Prawdopodobnie chciał w ten sposób uzyskać szansę na zwolnienie z aresztu. Odmówiono mi konfrontacji z nim, ale to głównie na podstawie jego zeznań dostałem 8 lat więzienia za rzekome szpiegostwo. W teczkach SA zapisy tych jego opowieści; część z nich już znałem, bo czytałem je podczas procesu.


Wśród dokumentów jest też doniesienie z 18 listopada 1949r., które stało się podstawa mojego aresztowania. Czyste bzdury: jakieś ubeckie źródło stwierdza, że [pisownia oryginału - KB] "Bartoszewski Władysław, b. zaufany człowiek Mikołajczyka (...) w rozmowach namawiał mnie do wyjazdu za granicę, twierdząc, że sytuacja w kraju będzie coraz ostrzejsza, że dla nas niema tu wyjścia. Mówił mi, że nawiązał jakoby kontakt z Mikołajczykiem zagranica, ma tam zapewniony przez niego byt i warunki materialne, chodzi tylko o to, żeby się tam przedostać. W tej chwili jest w trakcie likwidacji swoich spraw osobistych w kraju i przygotowuje się do ucieczki zdania, że przerzut, który sobie zapewnił jest pewny na 100%. Zamierza wyjechać najdalej w ciągu dwóch, trzech tygodni. Jedzie z żona, prócz nich chce jechać jakaś trzecia osoba, ale nie wyjawił nazwiska. Akcja prowadzona jest raczej z tamtej strony, z zagranicy".


Ubecy opatrzyli donos uwagą: "Doniesienie jest prawdopodobne" i zlecili wzięcie mnie pod obserwację. Tymczasem były to wyssane z palca bzdury: żadnego kontaktu z Mikołajczykiem nie miałem, nie mówiąc już o pomyśle ucieczki z kraju. Nikogo też nie namawiałem do wyjazdu.


Jest też w teczkach wiele dokumentów o więźniu Bartoszewskim. Z paru jestem dumny. Oto na przykład w jednej z notatek służbowych z rozmów z więźniem Bartoszewskim, oficer specjalny stwierdza: Bartoszewski bardzo żywo interesuje się X Pawilonem [miejsce w mokotowskim areszcie MBP, w którym przetrzymywano w śledztwie więźniów politycznych - KB] i zbiera wiadomości o aresztowanych i metodach postępowania na tym Pawilonie. Świadczy to o tym, że choć nigdy uwag swych nie zapisuje, lecz z myślą, że gdy warunki się zmienia będzie miał o czym pisać". Albo doniesienie z celi z 17 marca 1953, a więc kilka dni po śmierci Stalina: "Bartoszewski z nienawiścią wyraża się o pracownikach aparatu Bezpieczeństwa publicznego jest chodząca encyklopedia różnych spraw, mówi o szeregu ludzi z którymi siedział. Obszernie mówi o sposobach śledztwa, o tymże nastąpiła zmiana w metodach po ogłoszeniu za granica książki o X-tym pawilonie itd. Interesuje się wszystkimi wydarzeniami (...) w więzieniu (...). Ostatnio usłyszałem fragment jednej z rozmów, w której wyżej wymieniony zastanawiali się nad zmiana polityki radzieckiej po śmierci J.W. Stalina i nad ewentualnościami przyspieszenia wojny, w której widza swe wybawienie. Bartoszewski w rozmowie ze mną powiedział, że liczy na pomoc prezesa Sadu Okręgowego [nazwisko zaczernione - KB], której wyświadczył szereg grzeczności w czasie okupacji i która obiecała żonie Bartoszewskiego, że poprze jej podanie o łaskę. Zarówno Bartoszewski jak i [nazwisko zaczernione - KB] opowiadają o warunkach we Wronkach i Rawiczu jako o potwornym znęcaniu się nad ludźmi, że istnieją tam oddziały wykończalnie, gdzie stale się otwiera okna po to, by ludzi zaziębić itd. Informator [nazwisko zaczernione - KB]"


Więzienie umocniło we mnie przekonanie, że ludzi nie powinno się oceniać wedle ich sympatii politycznych, tylko według ich prawości i oddania sprawie społeczeństwa i państwa. Dziś też nie patrzę w sposób skrajny na takie czy inne błędy i meandry życiorysów. Mnie uchronił Bóg. Osadzono mnie na tyle lat że nie mogłem ulec żadnym pokusom, bo w warunkach więziennych można być albo człowiekiem uczciwym, albo zdrajca. Pośredniej drogi właściwie nie ma. Natomiast w warunkach tzw. wolności człowiekiem mogły różne pokusy owładnąć: choćby częściowego dostosowania się, tak na dwie trzecie albo na trzy czwarte. Tego w więzieniu nie było: kraty polaryzowały.


Mam na myśli politycznych. Nadto tam wcześniejsze podziały przestawały być ważne. Siedziałem z socjalistami, z ludźmi od "Ognia", członkami Narodowych Sił Zbrojnych i Brygady Świętokrzyskiej, z przedwojennymi oficerami wywiadu, sędziami i prokuratorami, z księżmi katolickimi, z harcerzami, z ludowcami, z piłsudczykami, z oficerami rezerwy i zawodowymi, z działaczami politycznymi i społecznymi, z ludźmi przedwojennego aparatu państwowego i z takimi, którzy mac lat 16, 17 powiedzieli w szkole coś z serca ostrego o Stalinie czy o Sowietach. To nauczyło mnie, i to do dziś przy lekturze tych teczek odczuwam, spokojnego osadu, poszukiwania motywacji ludzkiej, rozróżnienia, gdzie była wola zdrady, nikczemność, a gdzie tylko słabość. I, co równie ważne, spotkałem wśród moich politycznych towarzyszy niedoli także pewien procent ludzi mających odchylenia psychiczne. Odtąd wiem, że sam fakt, iż ktoś siedział za politykę, nie dowodzi automatycznie jego szlachetności, prawości i mądrości.

 

CIAG DALSZY NASTAPI...

 

Opowieści prof. Władysława Bartoszewskiego wysłuchał
Krzysztof Burnetko