E-mail

English







ZAMYŚLENIA

Cogito osiemdziesięcioletni

ABP JÓZEF ŻYCIŃSKI

Rzeczpospolita, 16 lutego 2002

"Władku, pamiętaj, że życie zaczyna się po osiemdziesiątce" - napisał Jan Nowak-Jeziorański z racji 80-lecia urodzin Władysława Bartoszewskiego. Uroczystość ta wypadnie 19 lutego, ale już trzy dni przed nią, w sobotni wieczór, zbiorą się przyjaciele Jubilata, aby - najpierw w kościele Środowisk Twórczych, później zaś na Zamku Królewskim - wyrazić swą wdzięczność za czytelne świadectwo optymizmu, wierności i nadziei, które pisze swym życiem nasz Cogito osiemdziesięcioletni. Sam Jubilat - przyzwyczajony do innego stylu - może się czuć skonsternowany, że tak ważny jubileusz życiowy wypada mu przeżywać na wolności. Nie takie to bywały jubileusze w warunkach budowy najpiękniejszego z ustrojów. Wystarczy wspomnieć, że swe 25. urodziny obchodził pan Władysław w więzieniu na Rakowieckiej. Trafił tam znowu na 30. urodziny i ludowa sprawiedliwość kazała mu wtedy pozostać w celi przez 8 lat za "szpiegostwo". Pięćdziesięciolecie mógł za to obchodzić w prawie komfortowych warunkach. Rok wcześniej umorzono prowadzone przeciw niemu śledztwo w sprawie współpracy z Wolną Europą. Jak przystało na warunki budowania socjalizmu z ludzką twarzą, wyrok był już znacznie bardziej liberalny - w praktyce okazało się, że "tylko" trzy lata pozbawienia możliwości publikacji. Jego uzupełnieniem była rozesłana w Warszawie fałszywka MSW, w której Bartoszewski, wówczas sekretarz polskiego PEN Clubu, miał oskarżać o wyimaginowane winy zarówno samego siebie, jak i emigracyjnych działaczy AK.


W 1982 r. swe sześćdziesiąte urodziny obchodził nasz Jubilat przy akompaniamencie komunikatów o dobrodziejstwach stanu wojennego. Znajdował się wtedy wśród internowanych w Jaworzu, gdzie trafił z Białołęki. Jeśli ktoś w przyszłości będzie usiłował rozwijać poetykę humanizmu socjalistycznego, wystarczy, aby przytoczył biografię Bartoszewskiego, by przypomnieć, jak "humanistycznie" traktowano w schyłkowej PRL więźniów Oświęcimia i obrońców Żydów w czasie holokaustu. Na groteskę może zakrawać fakt, iż Bartoszewski został zwolniony z internowania dzięki interwencji społeczności żydowskiej. W kwietniu 1982 r. prezes Międzynarodowej Federacji Stowarzyszeń Kombatantów Żydowskich, p. Stefan Grajek, poinformował gen. Kiszczaka, że weźmie udział w obchodach rocznicy powstania w getcie warszawskim pod warunkiem, że zostanie uwolniony Bartoszewski. By złagodzić wymowę tej interwencji, ówczesne kierownictwo MSW usiłowało najpierw udzielić urlopu z internowania "na własną prośbę" internowanego. Kiedy ten ostatni wyjaśnił, iż nie upominał się o urlop, lecz o zwolnienie i że na swój list nie otrzymał żadnej odpowiedzi w ciągu 4 miesięcy, władze zaczęły nerwowo poszukiwać kompromisowego rozwiązania, które pozwalałoby połączyć cynizm z patriotyzmem.


Powracając do tamtych lat, zdobionych pseudopatriotyczną retoryką najprawdziwszych Polaków, można odczytywać z gorzką zadumą zapiski Bartoszewskiego, w których stwierdza: "Żydzi mnie nie przesłuchiwali. Żydzi mnie nie bili. Żydzi mnie nie torturowali. A tego nie mogą powiedzieć o sobie wszyscy moi rodacy". Jako znamienne zachowanie rodaków z PZPR z rocznika 1986, który uważa się zwykle za czas dominacji partyjnych liberałów-reformatorów, można przytoczyć reakcję władz PRL na przyznanie Nagrody Pokojowej Księgarstwa Niemieckiego, nazywanej także "pół-Noblem". Kiedy nagrodę tę wręczał Bartoszewskiemu prezydent Republiki Federalnej Niemiec, dyplomaci z wielu krajów przez swą obecność wyrażali solidarność z laureatem. Reakcja ze strony władz PRL wyraziła się jedynie w tym, że gdy usiłowano wydrukować w "Tygodniku Powszechnym" tekst wygłoszonego wówczas przemówienia, cenzura skonfiskowała cały artykuł, jako uderzający w interesy ludowego państwa.


Z perspektywy działań wykraczających poza najdalsze Rubikony absurdu można by oczekiwać, iż twórcy tamtych absurdów zdobędą się z racji jubileuszu na zwyczajne ludzkie "przepraszam" i na odrobinę komentarza, który racjonalizowałby prymitywizm ich żałosnych działań. Obawiam się jednak, że po raz kolejny zabraknie odważnych i że ponoszący odpowiedzialność miłośnicy humanistycznej retoryki nie zauważą tego jubileuszu. Można optymistycznie przypuszczać, iż przy następnych jubileuszach, mimo wszystko, pan Władysław nie będzie już jednak musiał ponownie kontemplować uroków pomieszczeń na Rakowieckiej. Wyrazem konsekwentnego traktowania jego dorobku przez obecne władze byłoby natomiast kolejne zwolnienie kilku ambasadorów mianowanych w okresie, gdy kierował on MSZ-em. W tym właśnie kierunku zmierzały przeprowadzone ostatnio działania wyrażające klasowe podejście w kulturze i dyplomacji. Wicie, rozumicie, po co nam tam jakiś pan Cogito, kiedy w naszej historii sprawdził się tyle razy tow. Szmaciak?