E-mail

English






Co wiedzą Żydzi o Polakach, a Polacy o Żydach

Tematy niepolityczne

Beata Kopyt

Rzeczpospolita, 9 kwietnia 2002

Beata Sawicka z Izraela, choć minęło już wiele lat, pamięta polskiego chłopaka, który kochał się w niej na zabój. Kiedyś podczas romantycznej rozmowy wyznał: - Jesteś taka uczciwa i miła. Nie mogę uwierzyć, że jesteś Żydówką.


Ta historia to cały problem. Mówi o stereotypach, uprzedzeniach i przesądach, które żywimy, a o których często nawet nie wiemy. Przecież chłopak kochał dziewczynę i na pewno nie chciał jej zrobić przykrości. Inne przykłady? Niedawno podczas dyskusji w warszawskim liceum uczeń chciał potępić antysemityzm. - Istnieje w Polsce wizerunek złego Żyda, istnieją grupy, które skandują hasła wybitnie antysemickie, rysują w miejscach publicznych gwiazdy Dawida - mówił i szło mu dobrze, ale się zagalopował, bo dodał: - Jest też problem starych kamienic i niestety coraz więcej kamienic przechodzi w ręce żydowskie.


Stereotypami posługują się też młodzi Izraelczycy. Pytani o Polaków, najczęściej mówią: "Gdy Niemcy pytali, gdzie są Żydzi, Polacy ich wydawali. Poza tym pilnowali gett, bo Niemców w nich prawie nie było".


W Izraelu o holokauście dzieci dowiadują się w przedszkolu. Przed uroczystościami rocznicowymi mają pogadanki, słuchają o tym, co stało się w Europie w latach czterdziestych. Potem dalej uczą się o zagładzie w szkole, aż do matury. Na maturze odpowiadają z wiedzy o shoah. Setki lat wspólnej historii Żydów i Polaków, fakt, że na ziemiach polskich znalazła schronienie największa część diaspory żydowskiej, w izraelskiej szkolnej historii nie istnieją.


O holokauście po polsku

W Polsce jest chyba jeszcze gorzej. Historia holokaustu dla młodych Polaków jest tak samo odległa jak wyprawy krzyżowe. A temat szkolny "Żydzi" występuje niezmiernie rzadko, co potwierdzają badania socjologiczne. W 1992 roku tylko 4 procent Polaków swoje wiadomości o Żydach zaczerpnęło ze szkoły. Reszta opierała się na wiedzy potocznej.


Zmienić miała to działająca w latach1993 - 1994 polsko-izraelska komisja podręcznikowa, ale nie zmieniła.


Na prośbę o spotkanie i rozmowę o nauczaniu o holokauście w warszawskim liceum, dwie nauczycielki historii odpowiadają zdecydowanie:


- Nie.

- Ale dlaczego?

- Nie będziemy mieszać się do polityki.

Oczywiście są tacy, którzy nie oglądając się na komisje podręcznikowe, walczą ze stereotypami.

Robert Szuchta, nauczyciel historii w warszawskim liceum im. Witkiewicza, i Piotr Trojański z Akademii Pedagogicznej w Krakowie napisali dopuszczony przez Ministerstwo Edukacji Narodowej do użytku szkolnego program "Holokaust. Program nauczania o historii i zagładzie Żydów na lekcjach przedmiotów humanistycznych w szkołach ponadpodstawowych".


Razem przygotowali też podręcznik o zagładzie, który wkrótce ma się ukazać.


- Przyjeżdżali angielscy nauczyciele, którzy nam pokazywali, jak uczyć o holokauście. A to przecież Polscy historycy powinni mieć więcej do powiedzenia. Robimy to nie za żydowskie pieniądze, tylko z potrzeby serca - mówi Szuchta.

Szuchta uczy o holokauście na konkretnych przykładach, "bo 6 milionów to abstrakcja". Dlatego jego uczniowie znają rozkład dnia w getcie, w którym był Dawid Rubinowicz - chłopak ten zginął, gdy był w ich wieku. Czytają listy Olesia Perelmutera do siedzącego w niewoli taty, oficera Wojska Polskiego. Wiedzą, że Oleś lubił puszczać bańki mydlane, wiedzą, jakie czytał książki, oglądają też jego fotografie. Na końcu dowiadują się, jaką drogą Oleś trafił do Treblinki i którego dnia został zamordowany.

Szuchta podjął ryzykowną grę. Silnie działa na emocje uczniów.


- Czasem mówią, żebym przestał, że na razie mają tego dosyć - mówi nauczyciel. I po co to wszystko? Przecież na maturze nikt ich nie zapyta o Rubinowicza i Perelmutera.


- Ale może właśnie dlatego dziewczyna z liceum jedzie do upośledzonego dziecka i bawi się z nim do wieczora? - zastanawia się profesor.

Problem z nauczaniem o holokauście to nie tylko sprawa braku podręczników czy brak pomocy dydaktycznych. To się właśnie zmienia, ale nie wiadomo, kiedy zmieni się niechęć uczniów i nauczycieli do tematu.

O holokauście po izraelsku

Kiedy w 1948 roku powstało państwo Izrael, jego mieszkańcy zajęci byli budowaniem i obroną. Nie chcieli słuchać o traumatycznych przeżyciach ocalonych z zagłady, którzy przybyli z Polski czy Rosji. A oni chcieli opowiadać, chcieli pocieszenia. Nie znaleźli go.


- Dopiero w ciągu ostatnich lat temat holokaustu wdarł się niemal siłą do świadomości młodych - mówi Michał Sobelman, rzecznik Ambasady Izraela.

Częścią programu nauczania o shoah są przyjazdy do Polski. Nauczyciele chcieliby, żeby każdy młody Izraelczyk przyjechał tutaj, ale nie każdego rodzica na to stać. Co prawda pomaga Ministerstwo Edukacji, są różne stypendia, ale osiem dni w Polsce to około 1000 dolarów. Choćby dlatego do przyjazdu przygotowują się długo: mają dużo odczytów i wykładów. Są specjalne podręczniki, w jednym z nich znajduje się uwaga: "Nikomu nie wolno otwierać drzwi w hotelu. Przewodnik będzie pukał w umówiony sposób. Samemu z hotelu wyjść nie wolno".

Przykładem takiego nastawienia jest też dzisiejszy Marsz Żywych w Auschwitz. Najpierw pójdą Żydzi, za nimi Polacy. Podczas ustalania szczegółów proszono, by młodzież zachowała jedynie kontakt wzrokowy z tymi z drugiego kraju. Proporcje też muszą być właściwe:


1700 Żydów, 400 Polaków. Polacy nie powinni dominować.


- Czy możecie iść razem z Polakami, przemieszać się? - zapytałam żydowską młodzież, która przyjechała na tegoroczny marsz.

Odpowiedzi szesnastolatków były różne:

- Tak, powinni iść z nami, żeby razem to przeżyć.

- Nie przeszkadzałoby mi to, żeby wszyscy szli razem.

- To są nasze sprawy i mamy prawo sami to przeżyć.

- To jest młodzież polska. Tu jest ich ojczyzna, my im nie możemy powiedzieć: róbcie tak czy tak.

Żydzi do Polski przyjeżdżają jak na cmentarz. Termin przyjazdów tłumaczy się cyklem nauki szkolnej, ale niektórzy wolą, by młodzież przyjechała do Polski, kiedy jest ciemno, zimno i pada deszcz. To pomaga nadać emocjom mroczną barwę, pamiętać o celu wyprawy.

Izraelczycy podczas pobytu w Polsce mówili mi: - Wszystko tu przypomina przeszłość. Nie można przyjechać, żeby używać życia i siedzieć w jakimś pensjonacie. To jest nie do pomyślenia. Zawsze pamięta się o tym, co było.


- Nie chciałabym tu przyjechać. Nie mogłabym tego zrobić, ot tak, z otwartą głową, żeby spędzić tu radosne chwile. Ze względu na wspomnienia nie można się cieszyć.


- Wychowawcy zastanawiają się, czy w ogóle te wyjazdy są potrzebne.


Mówię to jako człowiek, który mieszka w Izraelu, ma polskie korzenie, jest historykiem, a nie jako pracownik ambasady. Nie jestem pewny, czy to jest właściwa droga - zastanawia się Michał Sobelman.


W Izraelu i w Polsce są ludzie, którzy chcą, żeby przyjazdy do Polski i Marsze Żywych wyglądały trochę inaczej. Należy do nich dr Beata Sawicka (ta, w której kochał się polski chłopak). Przeżyła wojnę, getto warszawskie, do Izraela wyjechała w 1957 roku z mamą. Tacie udało się uciec z Treblinki, ale zaraz potem zabił go na ulicy Polak.


Od czwartku jest w Polsce z młodzieżą izraelską, opowiada im o swoich przeżyciach.


- Udało mi się przeżyć dzięki pomocy polskich przyjaciół. Wszyscy, którzy się uratowali, przetrwali tylko dzięki Polakom - mówi młodym ludziom.


- Świadkowie, tacy jak pani Sawicka, przyjeżdżają z każdą grupą. To, co myślą o Polsce, najczęściej wiąże się z ich ostatnim wrażeniem, wspomnieniem z Polski - tłumaczy Sobelman.

Sawicka nie poprzestaje na przyjazdach z młodzieżą szkolną, bywa w Polsce prywatnie, ma tu przyjaciółki z gimnazjum. Niebawem przywiezie wnuki.

- Chcę im pokazać ładne rzeczy. I Warszawę i Kraków. Nie obozy.


Chcę, żeby mieli szacunek do kraju, z którego pochodzę - mówi.


Na szczęście taka postawa jest coraz bardziej powszechna. Niedawno spotkania między młodzieżą polską a izraelską trwały pół godziny, teraz próbuje się to zmienić. Polski nauczyciel Robert Szuchta i żydowski historyk Alex Danzig wspólnie walczą, by młodzi Izraelczycy zatrzymywali się nie w hotelach, lecz u polskich rodzin, by swoje przeżycia dzielili z naszą młodzieżą.


Są już pierwsze efekty.


- Przez te trzy dni czasem towarzyszyli nam licealiści z polskiej szkoły.


Było bardzo przyjemnie, wymieniliśmy się adresami, robiliśmy zdjęcia, były to miłe osoby - cieszą się młodzi i pani Sawicka.


Do stałych punktów izraelskich wycieczek należą: Treblinka, Majdanek, Oświęcim, od niedawna dodawane są Tykocin, Kraków, Częstochowa, czasem nawet Zakopane.


Wspólna historia

Jest szansa, że ludzie tacy jak Danzig, Szuchta nie będą walczyli samotnie. Do Polski, m.in. na Marsz Żywych, przyjechała minister edukacji Izraela pani Limor Liwnat. Z pozoru nie jest to nic specjalnego, bo w ciągu ostatnich 12 lat byli u nas wszyscy izraelscy ministrowie edukacji. Jednak tym razem może dojść do przełomu. Pani Liwnat traktuje wizytę bardzo poważnie i chce odnieść sukces. Podobnie jej polska odpowiedniczka Krystyna Łybacka.


- Chcemy pokazać, że mamy wiele wspólnego w naszej historii.


Musimy to robić dla przyszłości młodych ludzi. Może się uda, obie jesteśmy kobietami, może się dogadamy - powiedziała Łybacka w rozmowie z "Rzeczpospolitą".


Efektem wizyty minister Liwnat może być reaktywowanie komisji podręcznikowej, rozszerzenie zakresu jej prac, szkolenie nie tylko nauczycieli, ale i przewodników grup izraelskich, podpisanie nowego porozumienia w sprawie wymiany młodzieży.


Efekty konkretne mają się przełożyć na efekty długoterminowe. Jakie?


Podczas dużego socjologicznego projektu badawczego: "Czy Polacy są antysemitami?" (książka pod redakcją Ireneusza Krzemińskiego, rozdział "Źródła wiedzy Polaków o Żydach" Andrzeja Żbikowskiego) jeden z respondentów dzielił się przekonaniem, że w polskim rządzie jest 20 procent Żydów.


- Skąd ja to wiem? Wiem, że Mazowiecki też Żydem jest, bo zmienił nazwisko - mówił - a Wałęsa, kim jest? Jak pani uważa? A przeszłość pani zna jego? No a Gierek był po mojemu... Kuroń to chyba nie, Kuroń to człowiek.

Każdy Żyd i Polak to po prostu człowiek. Czy chcieć, by wszyscy w to uwierzyli, to za dużo? -

Marsz Żywych przejdzie trasę z Oświęcimia do Brzezinki po raz jedenasty. Organizowany jest przez izraelską organizację pozarządową o tej samej nazwie. Pomysłodawcą i fundatorem przedsięwzięcia jest Abraham Hirchson, wiceprzewodniczący Knesetu, który weźmie udział w uroczystościach. Do Oświęcimia przyjedzie grupa około 1400 młodych Żydów ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Argentyny, Panamy, Szwecji, Niemiec, Grecji, Australii, Wielkiej Brytanii. W tym roku również izraelskie Ministerstwo Edukacji zorganizowało przyjazd około 700-osobowej grupy młodych Izraelczyków. Kancelaria Premiera zapewniła autokary około 350-osobowej grupie młodzieży polskiej. W marszu wezmą udział ministrowie edukacji obu krajów: Limor Liwnat i Krystyna Łybacka.

Ponad tysiąc uczestników Marszu Żywych odwiedzi również Tykocin (Podlaskie). Wczoraj zabytkową synagogę i miejsce straceń w pobliskim Łopuchowie odwiedziło ponad pół tysiąca uczniów z Izraela, uczestników programu edukacyjnego. Grupy młodzieży są kierowane do Tykocina przez Ministerstwo Edukacji Izraela już od kilku tygodni.


W ciągu roku w ramach tego programu miasteczko odwiedza ok. 10 tysięcy młodych Żydów. Tykocin pokazywany im jest jako pozostałość po międzywojennym miasteczku z charakterystycznymi zabudowaniami i brukowanymi ulicami, w którym znaczną część mieszkańców stanowili Żydzi. Żydowska gmina Tykocin istniała od 1522 roku.