E-mail

English






Debata o tolerancji

Ryszard Legutko - Wojciech Sadurski

Plus Minus, Rzeczpospolita, 18 maja 2002

RYSZARD LEGUTKO

Profesor filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim, zajmuje się starożytną i nowożytną myślą polityczną

Przed dziesięciu laty opublikowałem tomik felietonów pod tytułem "Nie lubię tolerancji". Wypominano mi tytuł książki, poglądy, a nawet okładkę przedstawiającą proroczy obraz bratania się byłego superdysydenta z byłym superszefem komunistycznej bezpieki. Od tamtego czasu przeczytałem ogromną ilość tekstów na temat tolerancji, napisałem o niej dysertację naukową, i podtrzymuję dawne stanowisko. Ciągle nie lubię tolerancji.


Znany czytelnikom "Rzeczpospolitej" Wojciech Sadurski, filozof liberalny, opublikował w "Res Publice Nowej" esej w obronie tolerancji, uwzględniający jednocześnie ważne obiekcje. Wypada mi więc wyjaśnić powody niechętnego stosunku do tolerancji.


Trzeci rząd ważności


Moje zastrzeżenia dadzą się wyrazić w trzech punktach.


Tolerancja jest kategorią drugiego czy trzeciego rzędu ważności. Ma sens tylko w stosunku do wcześniej uznanych podstawowych zasad ładu moralnego czy politycznego; sama takich zasad nie tworzy. Z tego powodu mierziła mnie wrzawa wokół niej w pierwszych latach niepodległości. Uznałem, że potrzeba refleksji nad podstawowymi zasadami ustrojowymi i moralnymi, a nie czymś, co w najlepszym razie ma funkcję drugorzędną.


Drugie zastrzeżenie bierze się z upraszczającego charakteru tolerancji. Ci, którzy lubią się na nią powoływać, stracili zdolność rozróżnienia między zdolnościami moralnymi i zachowaniami ludzkimi. Tolerancja zabiła takie pojęcia jak wyrozumiałość, otwartość, pojednawczość, pobłażliwość, życzliwość, poczucie sprawiedliwości, dobre wychowanie oraz wiele innych cnót i postaw, które różnią się od siebie, wynikają z różnych motywacji i dotyczą różnych zachowań czy czynów.


Tolerancja nie tylko spustoszyła nasz język etyczny, ale także zniosła granice między tym co prywatne, społeczne i polityczne, wytwarzając przekonanie, iż jest kluczem do wszystkich tych sfer. Pozwala się równie apodyktycznie wypowiadać o stosunkach między sąsiadami, rodzicami i dziećmi, narodami, rasami czy religiami, wymądrzać się na temat wojny, społecznych obyczajów, rozrywki czy metod wychowawczych w przedszkolu.


Trzecia przyczyna niechęci to znikomość pozytywnych skutków praktycznych dzisiejszej idei tolerancji. Ludzie najgłośniej powołujący się na nią sprawiają wrażenie osób dogmatycznych, zainteresowanych reglamentacją życia społecznego, a w każdym razie flirtujący z pomysłem zasadniczej reedukacji społecznej. Nigdzie nie spotkałem takiego schematyzmu umysłowego i równie wielkiej niechęci do poważnej wymiany zdań.


Dlaczego? Jedną z przyczyn jest głębokie, lecz naiwne przekonanie, że świat pełen tolerancji będzie dobry, będzie czymś w rodzaju zeświecczonej i zliberalizowanej wspólnoty pierwszych chrześcijan, a kto o tym wątpi, ma złą wolę. Tolerancja przekształciła się w wygodny środek arbitralnych potępień i pochwał rozmaitych form życia zbiorowego i indywidualnego, ocen których nie da się uzasadnić, ale od których nie ma odwołania. Apodyktyczność przybiera formy szalenie niepokojące: tolerancja i ład liberalny jawią się jak wielki buldożer, który ma przeorać naszą świadomość.


Tolerancja dla tolerujących


Ktoś powie, że to nie przyrodzone wady tolerancji, lecz uproszczenia i zafałszowania. Nie ma wszak szlachetnej idei, której nie dałoby się zwulgaryzować. A czy tolerancja w wersji uszlachetnionej da się obronić? Za przykład weźmy wersję Sadurskiego. Autor ten nie popełnia podstawowego błędu: stwierdza, że tolerancja jest wartością drugiego rzędu, a nie pierwszego; nie jest ideałem, lecz postawą obowiązującą w sytuacji, gdy ideały już istnieją. Zgadzam się ochoczo, lecz na moje wnioski profesor Sadurski zapewne by nie przystał.


Jeśli tolerancja jest wartością drugiego rzędu, to nie ma sensu określanie społeczeństw jako tolerancyjnych lub nietolerancyjnych. Określenia te niewiele mówią. Skoro chcemy coś istotnego wiedzieć o zbiorowości, powinniśmy ją identyfikować poprzez cechy i zasady, które są dla niej istotne, a więc wartości pierwszego rzędu.


Jeśli decydujemy się, jak Sadurski, mówić o społeczeństwach tolerancyjnych, to tym samym czynimy założenie, iż tolerancja nie jest zasadą drugiego rzędu, lecz podstawową wartością organizującą ludzkie zachowania, społeczne obyczaje i kryteria ocen. A jeśli tak, to podlega zastrzeżeniom, jakie sformułowałem, a także wielu innym, które pominąłem.


Podstawowy argument Sadurski zilustrował przykładem marszu grupy nazistów przez dzielnicę uciekinierów z hitlerowskich Niemiec. Postawa tolerancji wymaga, abyśmy powstrzymali się od zakazywania tej demonstracji. Dlaczego? Nie chodzi o adwersarzy - mówi Sadurski - ale o nas samych. Wartość tolerancji nie dotyczy osób tolerowanych, w tym przypadku nazistów, lecz tolerujących, owych uciekinierów. Tolerancja przeto jest dobrem nie dla antysemitów, rozpowszechniaczy pornografii, obyczajowych skandalistów, krzewicieli umysłowego i artystycznego prymitywizmu, ale dla ludzi przyjaźnie nastawionych do narodu żydowskiego, znających umiar i mających wyczucie tego, co stosowne, dla ludzi o subtelnych umysłach i wrażliwości.


Argument dziwaczny. Tolerancja w klasycznej formule miała wszak na celu dobro osób tolerowanych, nie tolerujących. Sadurski odwraca tę formułę. Narzuca się pytanie: co zyskują mieszkańcy dzielnicy żydowskiej, zgadzając się na demonstrację nazistów. Sadurski powiedziałby, że żydowska społeczność nie traci możliwości potępienia ideologii i praktyki nazistowskiej. A potępienie w sytuacji tolerancji dla demonstracji nazistowskich nabiera nawet większej mocy, stanowi ważny sygnał dla społeczeństwa. Zakaz prawny nie spełniłby podobnej funkcji równie dobitnie.


Oburzenie pozbawione mocy


Przekonanie, że w wolnym społeczeństwie prawo powinno być wstrzemięźliwe, a tam gdzie ono zawiesza swoją moc represyjną, inne sankcje, na przykład społeczne i obyczajowe, powinny podnosić koszty uzewnętrzniania się zjawisk gorszących, jest mi bliskie. Lecz łatwo stwierdzić, iż rozmija się ono dramatycznie z obecnymi tendencjami, a nawet z dominującymi schematami myślenia liberalnego.


Jedną z cech "społeczeństwa tolerancyjnego" jest unikanie potępień. Oburzenie moralne, a nawet użycie języka pozbawionego neutralizmu bywa traktowane jako forma nietolerancji czy obskurantyzmu. Co więcej, świat nasz cechuje rosnąca liczba uprawnień jednostkowych i grupowych. Oburzenie na czyny i słowa, do których jednostki czy grupy mają uprawnienia, staje się aktem bardziej oburzającym niż pierwotny przedmiot oburzenia.


Dzisiejsza kultura prawna temu sprzyja. Zasada, iż co nie jest prawnie zakazane jest dozwolone, bywa obficie wykorzystywana; obyczaj, który ją mitygował praktycznie przestał istnieć. Wielka liczba bojów sądowych ma na celu prawne usankcjonowanie tego, do czego możemy zgłaszać pozaprawne zastrzeżenia. Ponieważ prawo staje się jedynym sposobem rozstrzygania sporów, moralne oburzenie jest gestem pozbawionym mocy. Nie podnosi ono kosztów demonstrowania poglądów i zachowań uchodzących za oburzające.


Społeczeństwo współczesne jest raczej przyzwalające niż tolerancyjne (w sensie użytym przez Sadurskiego). Podział jest jasny teoretycznie. W praktyce obie kategorie są ściśle łączone: tolerancja nie mająca w sobie silnego elementu przyzwalania jest dzisiaj pojęciem mało intuicyjnym. Oczywiście przyzwolenie nie jest bezwarunkowe i ma ograniczenia wynikające z obowiązującego systemu tabu. W świecie zachodnim lista grzechów głównych jest krótka: faszyzm, rasizm, seksizm i homofobia. Na tym obszarze usankcjonowane jest oburzenie moralne i tylko tu bywa względnie skuteczne. Ale bywa ono często wsparte prawnymi zabezpieczeniami, co zaprzecza użytemu przez Sadurskiego rozumieniu tolerancji.


Coraz bardziej drobiazgowe są regulacje prawne związków między kobietami i mężczyznami, nauczycielami i uczniami, rodzicami i dziećmi; prawne lub quasi-prawne regulacje dotyczące języka, jakiego wolno używać publicznie. Z perspektywy realiów przykład tolerowania demonstracji nazistów w dzielnicy żydowskiej jest więc księżycowy.


Moralność jako dom towarowy


Sadurski ma jeszcze jeden argument na rzecz tolerancji. Na pytanie, dlaczego jest ona dobra dla tolerującego, odpowiada: "powinniśmy przejawiać tolerancję wobec ludzi i poglądów, których moralnie nie aprobujemy, gdyż ingerencja może prowadzić do zaniechania przejawiania owych innych poglądów, a w konsekwencji pozbawić nas samych możliwości racjonalnego wyboru poglądów i wartości, które pragniemy realizować we własnym życiu". Upraszczając: tolerujmy rzeczy moralnie odrażające, ponieważ jeśli nie będziemy ich tolerować, to mogą zniknąć, a gdy znikną, to zmniejszy się możliwość naszego wyboru.


Zniknięcie rzeczy odrażających nie powinno nas kłopotać. Jeśli wyrażamy oburzenie, to nie tylko komunikujemy nasze stanowisko, ale chcemy je zakomunikować na tyle dobitnie, iż mamy nadzieję, że nastąpi zmiana na lepsze. Wyrażać oburzenie, a jednocześnie zakładać, iż nie będzie miało ono żadnych skutków praktycznych, kłóci się z podstawowymi odruchami ludzkimi.


Z cytatu wynika, iż rzeczywistość moralna jawi się Sadurskiemu jak dom towarowy, tym lepszy, im zawiera więcej dóbr do wyboru. Ale w końcu taki pogląd słusznie odrzuca. W takim jednak razie nie należy z powodu ograniczenia wyboru popadać w zasmucenie. Publiczna obecność nazistów czy komunistów nie jest potrzebna do opowiedzenia się przeciw nazizmowi czy komunizmowi. Nasz wybór nie stanie się przez to ani mniej racjonalny, ani mniej świadomy, ani mniej autonomiczny, ani mniej doniosły moralnie. Publiczna obecność zwolenników niewolnictwa nie zmniejszy ani nie zwiększy naszego przekonania o niedopuszczalności takiej instytucji.


Każdy ma sferę świadomych decyzji moralnych. Aby ta sfera przetrwała, winniśmy dbać o wolność dla wszelkich decyzji jednostkowych. Jak szeroka ma być ta sfera, jakie koszty winny być związane z jej przekroczeniem i jak serio traktować zasady moralne, na te pytania - najważniejsze i najciekawsze - tekst Sadurskiego nie daje odpowiedzi, a to dlatego, iż kategoria tolerancji jest nieadekwatna do rozstrzygnięcia problemu.


Pomysł, że dla istnienia wyboru moralnego winniśmy tolerować przemarsz nazistów przez dzielnicę żydowską, daje się tylko uzasadnić w przypadku potraktowania rzeczywistości moralnej jako wielkiego domu towarowego. Gdy jednak taki model odrzucimy, nie ma żadnej racji, dla której mielibyśmy dla własnego dobra tolerować podobne zachowania. Nie znajdziemy racji, byśmy dbając o rozwój subtelności zachowań, poczucia umiaru i stosowności mieli bronić publicznej obecności umysłowego i obyczajowego prymitywizmu.


Powtarzam to od dziesięciu lat: jeśli mamy jakikolwiek problem do rozstrzygnięcia, ostatnią rzeczą, jaką należy zrobić, jest wprowadzenie pojęcia tolerancji. Nie czyni ono naszych myśli klarowniejszymi, ani działań lepszymi. -


Nie lubię nietolerancji

Wojciech Sadurski

Wojciech Sadurski

Profesor prawa, wykłada na European University Institute we Florencji, specjalizuje się w filozofii i teorii prawa

Legutko sądzi, że szkodliwym błędem było skupienie się wielu debat publicznych w niepodległej Polsce na problemie tolerancji; ja zaś uważam, że zbyt mało o niej rozmawiano i zbyt zdawkowo ją akceptowano. Legutko uważa tolerancję za przykrą społeczną przypadłość, a ja ubolewam nad niedostatkiem tolerancji.


Z badań socjologicznych (ostatnio zrelacjonowanych w świetnej książce Iwony Jakubowskiej-Branickiej "Czy jesteśmy inni?") wynika, że w porównaniu z wieloma społeczeństwami zachodnimi mamy większą społeczną skłonność do nietolerancji, w czym upatruję źródeł wielu innych bolączek społecznych. Legutko powinien - konsekwentnie z wyrażonymi poglądami filozoficznymi - traktować te wyniki jako źródło satysfakcji.


Wartość drugiego stopnia


Różnice między nami są tak wielkie, że nawet wtedy, gdy Legutko przyznaje mi dobry stopień za prawidłowy - jego zdaniem - pogląd, czyni to, opierając się na nieporozumieniu wypaczającym treść mojego artykułu. Spieszę więc z apelem do profesora Legutki, by wycofał bezpodstawną pochwałę.


Przypisał mi mianowicie pogląd, iż "tolerancja jest wartością drugiego rzędu", a zatem, pisze, "określanie społeczeństw jako tolerancyjnych albo nietolerancyjnych jest niewiele mówiące". Wiele mówiące są - zdaniem Legutki - określenia społeczeństw przy użyciu wartości pierwszego rzędu. Zaszło nieporozumienie. Otóż nie pisałem o tolerancji jako "wartości drugiego rzędu", czyli mniej istotnej od wartości pierwszorzędnych. Pisałem o tolerancji jako wartości "drugiego stopnia", a to fundamentalna różnica. To, że tolerancja jest wartością "drugiego stopnia", oznacza tylko tyle, iż odnosi się do innych wartości. Tak samo jak myślenie o myśleniu jest myśleniem drugiego stopnia, a zarządzanie zarządcami jest zarządzaniem drugiego stopnia, tak samo tolerancja jest ideałem drugiego stopnia - gdyż dotyczy innych ideałów, a konkretnie relacji między konkurującymi ze sobą ideałami społecznymi. W miejsce zwalczania, eliminacji i zakazywania postuluje respekt dla inności i debatę - a nie walkę - między zwolennikami ideałów pierwszego stopnia.


Czy oznacza to, że ideały drugiego stopnia są mniejszej wagi? Wprost przeciwnie. Uważam - i to jest miara mojej niezgody z profesorem Legutką - że ideały drugiego stopnia są w istocie ważniejsze dla życia publicznego niż ideały pierwszego stopnia. Innymi słowy: mniej jest dla mnie ważne, ilu jest w Polsce katolików, a ilu ateistów, jaka jest jakość myślenia socjalistów, a jaka wolnorynkowców, co myślą zwolennicy polityki prowschodniej, a co prozachodniej. Istotniejsze dla życia społecznego jest to, czy zwolennicy odmiennych ideologii wzajemnie się szanują i pragną swych oponentów co najwyżej przekonać, czy też żywią do siebie wzajemnie pogardę i pragną odmieńców nawrócić, więzić lub wyeliminować.


Życie w godności


W "Res Publice" rozwijam pogląd, który wydaje się paradoksalny. Tolerancja wartościowa jest nie tylko dla tych, których obdarzamy jej dobrodziejstwem, ale także dla nas samych, a więc dla ludzi znajdujących w sobie kapitał tolerancji dla innych, mimo niechęci, niezgody i nawet oburzenia z powodu poglądów i postaw tych innych. Wyjaśnię to.


Byłoby nonsensem, gdybym twierdził, że tolerancja jest bezwartościowa dla tych, w stronę których jest skierowana. Dla człowieka "innego" niż większość - bo ma inny kolor skóry, inne poglądy polityczne, inną religię, inną orientację seksualną czy inny sposób ubierania (dla uprzedzenia zarzutów podkreślam, że te rozmaite inności nie są równej wagi!) - tolerancja jest powietrzem, które pozwala żyć w godności. "Inni" nie mogą rościć sobie prawa do tego, byśmy się z nimi zgadzali, ale mają prawo domagać się, byśmy respektowali ich jako obywateli tej samej kategorii co my. Tolerancja to niezgoda na poglądy lub postawy (nie ma sensu mówić, że "tolerujemy" coś, co akceptujemy), a niezgoda w wolnym społeczeństwie zakłada prawo do wyrażania braku akceptacji. Ale "nie akceptować" to co innego niż "nie tolerować". Nietolerancja oznacza, że gdybyśmy mogli, chcielibyśmy owe inne poglądy i zachowania wyeliminować - a w praktyce często oznacza to eliminację ich nosicieli. Dlatego tolerancja jest dla "innych" gwarancją życia w godności, a często życia po prostu.


Narażam się zapewne na zarzut histeryzowania: nie każdy przeciwnik tolerancji - a na pewno nie filozof z Krakowa - popiera drastyczne środki wyrażania nietolerancji. Jednak w życiu realnym - w odróżnieniu od uniwersyteckiego - musimy liczyć się z tym, że postawy, które u intelektualisty przybierają formę fundamentalizmu mówionego, trafić mogą - w zwulgaryzowanej formie - do uszu pałkarzy. Musimy z tych konsekwencji zdawać sobie sprawę. Nie oznacza to konieczności autocenzury, ale potrzebę pamiętania, że granice między dyskursem akademickim a dominującymi formami konfliktów między wyznawcami i oponentami "inności" są płynne.


Zagadka tolerancji


Pewna "zagadka tolerancji" stała się punktem wyjścia do mojego eseju w "Res Publice Nowej". Polega - w skrócie - na tym: skoro tolerancja wymaga, byśmy nie karali za poglądy i postawy, z którymi się nie zgadzamy, to dlaczego nie wymaga również, byśmy powstrzymywali się od wyrażania swej dezaprobaty? Wszak ściśle biorąc, zarówno karanie, jak i dezaprobata są różnymi formami podwyższania kosztów wyrażania poglądów, których nie akceptujemy. Często społeczna dezaprobata może być bardziej dolegliwa niż formalna kara, która może być niska lub łatwa do uniknięcia. Myśliciele liberalni podkreślają, że tolerancja nie polega na wstrzymywaniu się od wyrażenia negatywnego sądu.


Rozwiązanie zagadki widzę następujące: tolerancja potrzebna jest nie tylko tym, którym ją okazujemy, ale także nam. Pogląd to nienowy. W klasycznych europejskich debatach nad tolerancją religijną jednym z pierwszych argumentów było wskazanie, że tolerancja potrzebna jest samej religii dominującej, bo wzywanie na pomoc państwa, by utwierdzić monopol religii prawnie ustanowionej, wychodzi jej zawsze na złe.


Kształtowanie w sobie umiejętności tolerancji jest istotną cnotą jednostkową. Nie jest to cnota łatwa ani mała: naturalnym odruchem na inność jest nietolerancja (zakazać, odrzucić, wyeliminować). Tolerancja jest reakcją wyuczoną. Ale ta nauka przynosi dobre rezultaty. Pozwala nam eliminować dezaprobatę płynącą z niskich pobudek - z uprzedzeń, agresji, egoizmu. Umożliwia nam życie w społeczeństwie bogatym różnorodnością, w otoczeniu pluralistycznym. Ale my również musimy mieć swobodę w komunikowaniu naszych poglądów innym - w tym także dezaprobaty dla ich postaw. Tolerancja wyklucza karanie, ale nie wyklucza dezaprobaty.


Ani supermarket, ani klasztor


Kluczowa chyba różnica między mną a profesorem Legutką tkwi w odpowiedzi na pytanie, czy różnorodność (gwarantowana przez tolerancję) jest wartością samoistną. Ci, którzy cenią różnorodność jako wartość samoistną - sugeruje Legutko - traktują społeczeństwo jak wielki dom towarowy, a wybór ideału moralnego jak wybór proszku do prania: im więcej rodzajów proszku mamy w supermarkecie, tym lepiej dla konsumenta.


Taka wizja społeczeństwa i moralności byłaby oczywiście niedorzeczna: nie "wybieramy" sobie poglądów moralnych, religii czy stylu życia, w odróżnieniu do dóbr konsumpcyjnych. Moralność i religia są w dużo większym stopniu częścią naszej tożsamości niż dobra konsumpcyjne, które możemy porzucić na rzecz innych bez podważania naszej osobowości. Również "nie wchodzimy w posiadanie" poglądów i stylu życia w sposób analogiczny do kupna produktów w domu towarowym.


Społeczeństwo nie jest domem towarowym i nie jest również klasztorem, w którym poglądy i styl życia przypisane są komuś raz na zawsze. Opinie i style życia są rzeczą poważniejszą niż dobra konsumpcyjne, ale nie są niezmienne. Po części są nam przekazywane bez naszego wyboru, ale po części sami je wybieramy, a także zmieniamy lub całkowicie odrzucamy. Ta możliwość świadomego wyboru w sprawach najważniejszych - ostatecznych - jest dla nas, liberałów, ważnym dobrem.


Konserwatyści mieszają dwa pojęcia: głębię przekonań z ich niezmiennością. Tymczasem wcale nie jest tak, że najważniejsze są te przekonania, style życia, związki międzyludzkie, których człowiek nie może zmienić własną decyzją. Wprost przeciwnie: to właśnie możliwość zmiany, odrzucenia, wyjścia i trzaśnięcia drzwiami zaświadcza o sile przekonań tych, którzy zostają. Możliwość rozwodów przydaje siły, a nie słabości istniejącym małżeństwom, tak samo jak możliwość emigracji wzmacnia rangę patriotycznego przywiązania tych, którzy zostają, a możliwość konwersji podnosi znaczenie religijnej przynależności.


I właśnie dlatego różnorodność - moralna, religijna, stylów życia itp. - jest dobrem samoistnym. Tylko widząc możliwość innych wyborów, możemy utwierdzić się w naszym własnym przekonaniu - albo je odrzucić. Społeczeństwo nie jest domem towarowym, ale powinno dawać ludziom wolność w formowaniu swej tożsamości - w tym także poglądów moralnych. Nie jest to relatywizm - nie oznacza, że każda moralność jest "tak samo dobra, jak każda inna". Tolerancja nie może opierać się na relatywizmie, bo wtedy wartość samej tolerancji byłaby podważona - musiałaby być uznana za postawę "tak samo dobrą, jak każda inna". Ale ludzka wolność jest dobrem wielkiej wagi, wcale nie relatywnym. Bez tolerancji nie ma mowy ani o wolności dla "innych" od nas, ani dla nas samych. -


Kurtuazyjny styl polemiki Ryszarda Legutki nie powinien nikogo zmylić: różnica między nim i mną w kwestii tolerancji jest absolutna i większa być nie może. Legutko uważa tolerancję za ideał pośledniej rangi; ja za ideał naczelny i fundamentalny. Legutko przypisuje tolerancji rozliczne negatywne konsekwencje, ja uważam, że większe nieszczęścia wynikają z jej braku.

<