E-mail

English






 


Dzieci Anny z Jedwabnego

Bernadeta Waszkielewicz

Rzeczpospolta 9 marca 2002

 

Antysemityzm to nośna i skuteczna broń, więc posługują się nią nie tylko antysemici.


Przez pół wieku matka ukrywała swą tajemnicę. Pod koniec życia napisała: "nie prostowałam błędnej daty urodzin syna, bo nie uważałam, że będzie to miało jakikolwiek wpływ na jego dalsze życie". Lecz syn chciał błąd naprawić. Po spotkaniu z sędzią teraz on chce ukryć tajemnicę matki - że urodziła się Żydówką.


Jej dzieci boją się ujawnić swoje nazwiska i polską godność matki, pod którą przez lata ukrywała prawdziwą tożsamość. Można więc tylko nadać im nazwiska umowne.

Podwójne życie Piechoty

W 1962 roku wydano jej dowód: Anna Nożykiewicz, nazwisko panieńskie Piechota, urodzona w 1923 roku w Jedwabnem. I od tej pory do urzędu wystąpiła tylko trzykrotnie - o przemeldowanie. Unikała kontaktów z urzędami PRL w obawie, iż wyjdzie na jaw, że tak naprawdę nie istnieje - w "rodzinnym" Jedwabnem są tylko akta innej kobiety, młodszej o dwa lata. Prawdziwej Piechoty. Papiery na jej nazwisko Anna dostała w czasie wojny. Synowi Anny, Władysławowi, ulżyło, gdy w "Sąsiadach" Tomasza Grossa nie znalazł Piechotów w gronie oprawców Żydów z Jedwabnego.


Władysław przez większą część swojego życia był przekonany, że urodził się 15 maja 1945 roku. Kilka lat temu matka wyznała mu jednak, że tak naprawdę stało się to rok wcześniej. Anna była już bardzo schorowana, paraliż ograniczał jej kontakt ze światem. Władysław na wszelki wypadek zebrał potwierdzone notarialnie oświadczenia od matki i świadków jego narodzin, że fakty są inne niż dane urzędowe. Gdy matka zmarła, postanowił przynajmniej "swój" błąd sprostować. Przedstawił oświadczenia sądowi jako dowody pomyłki.


Matka, Anna Piechota, po mężu Nożykiewicz: "Poród nastąpił w Głęboczycy. Ukrywałam się u różnych ludzi, którzy mnie przygarnęli. Akt został sporządzony w 1952 roku w Dobrem. Pracownik zapisał błędny rok urodzenia. Zorientowałam się w tym dużo później i nie prostowałam, bo mieszkałam w odległym mieście Kwidzyn i nie uważałam, że będzie to miało jakikolwiek wpływ na dalsze życie syna".


Świadek L. K.: "Podczas okupacji hitlerowskiej Anna Piechota, która z pochodzenia była Żydówką, urodziła syna. Byłam naocznym świadkiem porodu".


Świadek M. U.: "Piechota otrzymała kenkartę na podstawie sfałszowanego pochodzenia. Ujawnienie jej pochodzenia narodowego groziło jej, jak i rodzinie, u której przebywała, śmiercią. Ukrywała się u moich rodziców. W 1945 roku ja z rodzicami byliśmy przeniesieni na ziemie odzyskane koło Kwidzyna. Anna pozostała z synem w Porębach. Po paru miesiącach odszukała nas".


Pierwsza rozprawa Władysława odbyła się w lutym 2001 roku w Sądzie Rejonowym w Koszalinie. Myślał, że to tylko formalność.

Kto wydał wyrok śmierci

We wniosku do sądu narodowością matki tłumaczono przyczyny późnej rejestracji dziecka, ale błąd w dacie narodzin powstał nie z powodu jej pochodzenia i nie ono było podstawą prośby o jego sprostowanie.


"Czego pańska matka, jako osoba pochodzenia żydowskiego, mogła się bać podczas okupacji niemieckiej?" - relacjonuje rodzina Władysława pytania sędziego Piotra W.


"W getcie zginęła mamy cała rodzina" - odpowiedział sędziemu Władysław Nożykiewicz.


"Ale czego się bała? Czy ktoś wydał na nią wyrok śmierci? Przecież zagrożeni byli także katolicy i prawosławni" - powtórzył sędzia.


"Mam dokumenty z Żydowskiego Instytutu Historycznego, które wyjaśniąÉ" - odrzekł Władysław, wyciągając papiery.


Zaświadczenie z ŻIH: Anna Piechota, z domu Ruhla Ofnagiel, urodzona w 1923 r. w Warszawie z Izaaka i Chaji z domu Węgrowskiej, w latach 1940 - 1945 podlegała ze względu na pochodzenie żydowskie hitlerowskim działaniom eksterminacyjnym, w związku z czym od listopada 1940 do lipca 1942 r. była więziona w getcie warszawskim, od lipca 1942 r. do końca 1943 r. ukrywała się w Mińsku Mazowieckim u rodziny R., a od 1943 r. do wyzwolenia ukrywała się w Porębach Leśnych, powiat Mińsk Mazowiecki, u J.


"Tego typu dokumenty mnie nie interesują" - odrzekł Piotr W., a Władysław zastanawiał się, jakiego dowodu chce sędzia.


"Wyrok śmierci na moją matkę wydał Hitler" - wykrztusił w końcu. - Sędzia do takich oświadczeń mnie zmuszał. W gardle mi zaschło i wiedziałem już, że to antysemita. Kpił ze mnie i mojej matki. Podważał istnienie holokaustu. Sprofanował zamordowanych, a nas, żyjących, zastraszył - wspomina dzisiaj.


Protokół z posiedzenia sądowego spisuje się pod kierunkiem przewodniczącego, czyli w tym przypadku sędziego Piotra W. Jest skrótowym opisem przebiegu sprawy. Nie ma w nim pytań, które tak wstrząsnęły rodziną Nożykiewicza, ale prezes koszalińskiego Sądu Rejonowego Cezary Stebelski uwierzył Władysławowi i jego rodzeństwu. - Skoro kilka osób składa skargę i pisze to samo, nie mam podstaw, by im nie wierzyć - tłumaczy prezes.


Druga wojna światowa, holokaust i to, że Żydzi musieli się ukrywać, by przeżyć, są faktami powszechnie znanymi. A takie - według kodeksu postępowania cywilnego - nie wymagają dowodu i "sąd bierze je pod uwagę nawet bez powołania się na nie przez strony". Prezes Stebelski zgadza się, ale też nie podejrzewa, by sędzia zadawał pytania z czystej złośliwości. - Mamy do czynienia z oczywistym kontekstem historycznym, jednak każdy rozpatrywany przez sąd przypadek wymaga ustalenia także szczegółowych okoliczności. Kontekst dotyczy osoby. Sędzia nie może napisać, z miejsca uwzględniając wniosek, że podana data jest nieprawdziwa, bo matka była pochodzenia żydowskiego i wszyscy byli zagrożeni - uważa prezes.

Jak na spowiedzi

Anna zawsze się bała, że gdy wyjdzie na jaw, iż jest Żydówką, rodzina będzie gnębiona. Nawet jej dzieci nie wiedziały, że tożsamość matki jest nieprawdziwa. Ojciec milczał o tym aż do śmierci. - Mama zawsze mówiła: historia lubi się powtarzać. Miała rację - sądzi Władysław. Intrygowało go zainteresowanie matki dokumentami z lat wojny i losami Izraela. Po przełomie 1989 roku sprowokował ją do wyjawienia prawdy. Przekonywał, że nie ma się czego bać.


W sprawie urodzin Władysława sąd wezwał na świadków jego rodzeństwo - młodsze, powojenne. Sędzia zapytał, jakie żydowskie obrządki religijne były i są praktykowane przez rodzinę. Czy matka uczęszczała do synagogi. "Pytał, jakiego jesteśmy wyznania, czy byliśmy chrzczeni, czy należymy do gminy żydowskiej" - pisali w swych skargach Nożykiewicz, jego brat i dwie siostry. Wszyscy zadeklarowali, że zostali ochrzczeni.


W protokole wygląda to mniej więcej tak:


Pytanie: "Czego się matka bała w okresie 1945 - 1952, kiedy już Niemcy odeszli z Polski? Co wspólnego ma obawa o pochodzenie z rejestracją dziecka w urzędzie?".


"W 1944 r. ojciec pojechał na front. Rodzice odszukali się w 1949 r., chyba w Kwidzynie, i wzięli ślub. Do tego czasu tak było, jakbym nie istniał" - mówił Władysław.


O istnieniu syna ojciec powiadomił bowiem urząd dopiero osiem lat po jego narodzinach. Anna, zanim wojenny ukochany, ojciec Władysława, ją odszukał, czuła się podwójnie zagrożona - była Żydówką i panną z dzieckiem. Dopiero w 1949 roku wzięli ślub i doczekali się jeszcze trójki dzieci.


"Matka była skryta, dusiła coś w sobie. Na początku lat 90. wspomniała, że w czasie wojny ukrywała się przed Niemcami z dzieckiem, znaczy bratem" - zeznawał brat Władysława, Józef.


Pytanie: "Kiedy matka uznała, że okupacja się skończyła?".


Józef: "Nie rozumiem pytania".


"Kiedy przestała się ukrywać?".


"Uważam, że całe życie się ukrywała, czuła się niepewnie. (É) Długo nie wiedzieliśmy, że była Żydówką. Jestem ochrzczony w kościele katolickim, urodzony w 1949 r. Krótko przed śmiercią matka mówiła mi o urodzeniu brata w 1944 roku".


"Gdy wybuchła wojna, mama miała 16 lat. Była w getcie, udało się jej uciec dzięki pewnej organizacji. Ukrywała się, dostała nową tożsamość i tak już było do końca życia" - uzupełniała siostra Bożena.


"Czy wie uczestnik z opowiadań matki, kiedy urodził się brat?".


"Wiem, że w wojnę. Jestem ochrzczona w 1951 r. w kościele rzymskokatolickim".


"Urodziłam się w 1955 r. i chrzczona byłam w szpitalu. O tym, że brat ma inną datę urodzenia, dowiedziałam się, jak wysłałam mu życzenia na 50. urodziny. Powiedział, że miał je rok temu. Przeszłość w rodzinie była tematem tabu" - zeznała druga siostra, Marzena.


Dziś żałuje, że mówiła o chrzcie. - Byłam zszokowana, więc odpowiadałam. To nie miało nic wspólnego z sednem sprawy. Sędzia miał taką pozę, że wydawał się tym bawić - mówi. - Czułam się jak na spowiedzi. Byliśmy zażenowani i przerażeni, a on wyglądał, jakby triumfował, że kogoś upokorzył - dodaje.


Sędzia Piotr W. odmawia spotkania. Podniesionym tonem zakazuje wymieniania swojego nazwiska w prasie i - choć to niezgodne z prawem - opisania przebiegu naszej rozmowy telefonicznej. Ma wątpliwości i chce je rozwiać na korzyść Nożykiewicza - zaznacza - więc nie zadaje zbędnych pytań.


- Do istoty sprawy należało stosunkowo wnikliwe zbadanie sytuacji, w jakiej znalazła się rodzina Nożykiewicza - tłumaczy za niego prezes sądu Cezary Stebelski. Podkreśla, że trzeba to robić, choć ludziom czasem wydaje się, iż nie ma powodu, by poruszać jakąś kwestię. Ale powinno się mieć zaufanie do sędziego. - Nie każdy musiał podawać fałszywą datę, by siebie czy dziecko ratować. Ważne jest otoczenie, w jakim się żyło, czy było się postrzeganym na zewnątrz jako Polak, co zwiększało szanse przeżycia. Sędzia musi ustalić fakty: nazwisko, religia, którą trzeba było demonstrować, by nie budzić podejrzeń. Stąd pytanie, czy ktoś był ochrzczony i kiedy, miało sens - mówi prezes. - Pytanie, dlaczego matka nie sprostowała wcześniej sama złej daty? Sędzia powinien napisać: po wojnie nie zrobiono tego, gdyżÉ Ten upływ czasu, pięćdziesiąt lat, wymaga wzięcia pod rozwagę - dodaje.


Jednak doktor Alina Cała, etnograf z Żydowskiego Instytutu Historycznego, jest zszokowana: - Sędzia na pewno nie jest takim ignorantem, by nie wiedzieć, że po wojnie czasem rejestrowało się dzieci niewłaściwie albo z opóźnieniem, albo w ogóle nie. Widać tutaj jego złą wolę.

Przestać być Żydówką

Nie tylko dla sędziego zachowanie matki Władysława i oburzenie jego rodziny jest niezrozumiałe. - Jeśli dziś dla kogoś jest niewiarygodne, że matka sama nie sprostowała wcześniej błędnej daty urodzenia dziecka albo że przez tyle lat ukrywała swoją tożsamość, jest to argument na rzecz sędziego, iż winien nie jest antysemityzm, ale totalna niewiedza, co to był holokaust - dziwi się doktor Cała.


I przypomina: holokaust dla Żydów nie skończył się w 1945 roku. Wielu wciąż miało poczucie zagrożenia. Zginęło wtedy ponad tysiąc osób narodowości żydowskiej, czasem także z rąk "sąsiadów". Pogrom w Kielcach nie był jedyny, a natężenie antysemityzmu było duże. W latach czterdziestych przez Polskę przechodziła psychoza mordów rytualnych. Ludzie wierzyli, że ta resztka ocalonych Żydów porywa i morduje polskie dzieci. Wielu ocalonych dalej chciało się więc ukrywać. A wtedy fałszywa informacja o dacie urodzin dziecka stawała się częścią kamuflażu - im więcej nieporządku w dokumentach, tym lepiej.


W kolejnych falach emigracyjnych wyjechali z Polski ci, którzy mieli zdecydowanie żydowską tożsamość. Pozostali woleli pozostać przy fałszywej, okupacyjnej.


- Opisywana kobieta wyszła za mąż za Polaka i to już nawet nie było ukrywanie się. Chciała porzucić całą swoją poprzednią tożsamość. Chciała przestać być Żydówką - mówi doktor Cała. - W związku z tym nie było w jej interesie, żeby iść sprostować fałszywą datę do sądu. Chciała sama od tego uciec i zapomnieć. Dla mnie to jasne, że takie zaniedbania w jej przypadku były naturalne i odruchowe.


Dwa słowa na "a"


Na prośbę Piotra W. świadek L. K. potwierdziła osobiście: "Urodził się w mojej obecności. Stanowczo stwierdzam, że to było w 1944, a nie 1945 r.". Drugi świadek, M. U., już zmarła.


Sędzia poprosił Urząd Stanu Cywilnego w Dobrem, warszawski Urząd Wojewódzki i stołeczne Archiwum Państwowe o dokumenty, na podstawie których wydano akt urodzenia. Bez skutku. Nie znaleziono ich lub nie szukano, bo akta z tych lat były nieuporządkowane. Piotr W. monitował urzędy ponownie.


W listopadzie 2001 roku, niespodziewanie, sędzia wydał wyrok: dokumentów nie odnaleziono, więc sąd przychyla się do wniosku o sprostowanie daty urodzenia. Nic więcej. Ani słowa uzasadnienia związanego z pochodzeniem i religią rodziny, o które sędzia wypytywał. Wystarczyło milczenie urzędów.


Wyrok wydano w obecności przedstawicieli rzecznika dyscyplinarnego, który bada zarzuty wobec sędziego. Postępowanie wszczęto po tym, jak Nożykiewicz napisał skargę do ministra sprawiedliwości - prokuratora generalnego Barbary Piwnik: "Zachowanie Piotra W. nie licowało z godnością sędziego. Jego pytania i wywody nie pozostawiały wątpliwości. Świadczyły o arogancji i antysemityzmie. To nie były żadne nasze odczucia, lecz brutalne poniżenie nas".


Było to już po skargach rodziny Nożykiewicza do prezesa Stebelskiego i po dwóch oddalonych prośbach Władysława o wyznaczenie innego sędziego - skład sędziowski i potem sąd wyższej instancji, okręgowy, nie znalazły bowiem faktów świadczących o braku obiektywizmu Piotra W., tylko "odczucia skarżącego".


- Sędzia wykazał się brakiem wrażliwości. To nie powinno się zdarzyć - prezes Stebelski ubolewa, że Piotr W. nie potrafił zadawać pytań delikatnie. Już raz złożono skargę na jego zachowanie. Prezes przeprosił rodzeństwo Władysława, ale "zdecydowanie nie zgodził się, by były powody do przypisywania sędziemu postawy antysemickiej": - Najpierw byłem zdruzgotany. Po zbadaniu sprawy uświadomiłem sobie, że tak dalece źle nie było.


Doktor Cała jest innego zdania: - Sposób zadawania pytań przez sędziego można uznać za zachowanie antysemickie. To, że w tym brzmieniu pytania nie zostały zaprotokołowane, świadczy, iż zdawał sobie sprawę, że robią krzywdę tym ludziom. Potraktował ich przy tym jak przestępców, i to jest urzędnicza arogancja.


Brat i siostry Władysława po doświadczeniu z zachowaniem sędziego boją się reakcji "ulicy" na ich pochodzenie bardziej niż przedtem. Wolą, by pozostało rodzinną tajemnicą. -


Moim zdaniem jest to bardziej przypadek nieodpowiedniego stosunku urzędników do obywateli niż antysemityzmu. Kwestia sprostowania złej daty urodzenia jest drobna i według mojego odczucia wystarczyłoby dwóch świadków, którzy stwierdzą, że osoba urodziła się w innym czasie. Pochodzenie, narodowość, wyznanie nie mają tu nic do rzeczy. To, że sędzia wszedł głęboko w te sprawy i zaczął je wykorzystywać, być może nie wynikało z jego uprzedzenia do Żydów, tylko z chęci upokorzenia, a raczej pokazania swojej wyższości w stosunku do obywatela. W tym celu sędzia posłużył się antysemityzmem, i to zdecydowanie można powiedzieć.


Jednak w polskim społeczeństwie antysemityzm jest rozpowszechniony. Liczba antyżydowskich incydentów zwiększa się. Strzępy antysemickiej ideologii żyją sobie własnym życiem i zastępują często wiedzę o Żydach i historii Żydów w Polsce. Są dla różnych ludzi jedyną prawdą, ponieważ odpowiedniej wiedzy nie ma w podręcznikach szkolnych. Jest w nich tylko parę bardzo stereotypowych zdań.


Różni ludzie, w tym politycy i całe ugrupowania, posługują się więc antysemityzmem jako metodą socjotechniczną, bo jest on użyteczną bronią. Nośną i skuteczną. Ugrupowania antysemickie znalazły się w Sejmie. To jest niebezpieczne.


dr ALINA CAŁA, etnograf, Żydowski Instytut Historyczny