E-mail

English







AGNIESZKA MAGDZIAK-MISZEWSKA
Najpoważniejszy egzamin

Więź, kwiecień 2001

Dla większości ludzi urodzonych i wychowanych w PRL zawsze było oczywiste, że jedną z cech charakterystycznych dla rzeczywistości tego państwa było fałszowanie historii, przede wszystkim tej najnowszej i przede wszystkim polskiej. Z wyniesioną z rodzinnego domu wiedzą nieufnie podchodziliśmy do narzucanych nam interpretacji dziejów II Rzeczypospolitej, okresu wojny i okupacji i - oczywiście - "wyzwolenia" przez Armię Czerwoną. Dla mojego pokolenia prawdziwymi bohaterami byli - w szkole spychani raczej na margines - żołnierze Armii Krajowej, żołnierze generała Andersa, warszawscy powstańcy, zamordowani przez NKWD polscy oficerowie, o których w ogóle nie wolno było mówić. Wszyscy ci wspaniali ludzie wychowani zostali w II Rzeczypospolitej - w państwie, które usiłowano nam przedstawić jako nieudolnie rządzone, słabe, biedne, prześladujące swoje mniejszości narodowe i bez żadnej racjonalnej przyczyny wrogo nastawione do Związku Radzieckiego.

 

Kontestując wyniesioną ze szkoły wiedzę, dotyczącą polskiej historii XX wieku, jednocześnie bez specjalnych oporów przyjmowaliśmy - wyniesioną z tej samej szkoły - historię polskiej świetności i polskiego bohaterstwa, szczycąc się tradycją demokracji szlacheckiej i tolerancji z jednej strony oraz rozpamiętując ogrom spadających na nas w ciągu wieków niezasłużonych nieszczęść. Jednym słowem, nasz stosunek do własnej historii, tej szkolnej i tej wyniesionej z domu, był przede wszystkim afirmujący i często - ze względu na osobisty stosunek do panującego reżimu - głęboko emocjonalny. Apogeum tej afirmacji przypadło na lata osiemdziesiąte - powstanie "Solidarności", a potem opór wobec stanu wojennego stanowiły przecież potwierdzenie ukształtowanego w nas wizerunku Polski i Polaków: kochających wolność patriotów, zdolnych do wielkich czynów i wielkich poświęceń, zawsze, oczywiście, "za waszą wolność i naszą".

 

Przywracanie pamięci

 

Odzyskanie niepodległości nieoczekiwanie zmąciło nasze dobre samopoczucie. Po pierwsze ze względu na zbyt szybko następujące konflikty i podziały w samej "Solidarności", noszące coraz częściej charakter personalny i ambicjonalny, a coraz mniej merytoryczny i ideowy, po drugie zaś - ze względu na pojawienie się na polskiej scenie publicznej mniejszości narodowych, w PRL spychanych na folklorystyczny margines.

 

Pojawienie się w Polsce Białorusinów, Litwinów, Niemców, Romów, Ukraińców i Żydów, akcentujących swoją odrębność językową, kulturową lub religijną, stało się ogromnym zaskoczeniem dla wielu Polaków, tak chętnie wcześniej przyznających się do jagiellońskiej tradycji wielokulturowej Rzeczypospolitej. Konflikty i urazy, zamrożone przez dziesięciolecia komunistycznego reżimu, nagle ujrzały światło dzienne, powodując konsternację, tam gdzie - ze względu na brak mniejszości - wydawały się one czymś niezrozumiałym lub dawno zapomnianym, i odradzanie się dawnych konfliktów na pograniczach, gdzie mniejszości było najwięcej. Nagle okazało się, że odrzucana przez nas komunistyczna wersja historii zakorzeniła się w naszej świadomości przynajmniej w jednym aspekcie: przyjętym w niej dogmatem, że Polska jest państwem etnicznych Polaków. A także w przekonaniu, że nie ma przyczyny, dla której ktokolwiek miałby na nią patrzeć inaczej niż my sami. A historia, opowiadana przez polskie mniejszości, często różniła się od tej, która uważaliśmy za swoją, a więc jedynie prawdziwą.

 

Upadek Związku Sowieckiego, przynosząc wolność naszym wschodnim sąsiadom, tylko tę asymetrię pogłębił. Konfrontacja z litewską, białoruską czy ukraińską historią wywoływała niepokój, prowadząc z jednej strony do weryfikowania naszych własnych stereotypów (co robiliśmy w "Więzi", wprowadzając cykl "Polacy w oczach sąsiadów"), lub do obrony "własnej" prawdy przed "obcymi". Obie postawy owocowały często skrajnościami - od dążenia do podawania w wątpliwości każdej cnoty i zasługi, po obrzucanie błotem każdego, kto ośmielił się zaatakować najbardziej nawet niedorzeczne przekonanie o wyjątkowości Polaków.

 

Najwięcej emocji wywoływały jednak, obok sporów wokół najnowszej historii stosunków polsko-ukraińskich, dyskusje dotyczące Niemców - ze względu na zakorzenione w nas przekonanie, że byliśmy zawsze tylko ich ofiarami - oraz Żydów, dla których, jak sądziliśmy, Polska była zawsze tolerancyjną ojczyzną, a Polacy zawsze współczującymi lub niosącymi pomoc sąsiadami. Trwająca od kilku lat dyskusja nad historią wypędzenia Niemców po drugiej wojnie światowej wymagała od nas przyznania faktu, że ich ofiary bywały także okrutnymi katami. Potrzeba było dziesięcioleci, by większość Polaków uznała sens przesłania polskich biskupów do biskupów niemieckich z 1965 roku: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Powoli także zaczynaliśmy przyjmować do wiadomości fakt istnienia antysemickiej propagandy lat trzydziestych, zjawiska szmalcownictwa i obojętności części polskiego społeczeństwa wobec tragedii Żydów w czasie Holokaustu. O tych zjawiskach uczy się już dzisiaj w wielu polskich szkołach. Wiemy już - po tylu latach milczenia i kłamstw - że dziewięćdziesiąt procent ofiar Auschwitz-Birkenau stanowili Żydzi. Zainteresowanie historią i kulturą polskich Żydów jest dziś na tyle powszechne, że można je nazwać swego rodzaju modą (co oczywiście nie znaczy, że w Polsce zaniknął antysemityzm).

 

Duma i wstyd

 

"Sąsiedzi" Jana Tomasza Grossa, niewielka książeczka wydana w połowie roku przez wydawnictwo "Pogranicze", wywołała jednak w Polsce prawdziwy szok. Nawet dla tych, którzy nigdy nie kwestionowali bolesnych sądów o postawie Polaków wobec Żydów w okresie okupacji i tuż po jej zakończeniu, którzy doskonale wiedzieli, że czasami chętnie pomagali Niemcom grabić, a nawet mordować poszczególnych Żydów - prawda o Jedwabnem była trudna do przyjęcia.

 

Nie zgadzam się z Janem Tomaszem Grossem w wielu szczegółowych kwestiach, zwłaszcza zaś nie podoba mi się użyte przez niego słowo "społeczeństwo" w zakończeniu tej przerażającej książki, ale jestem przekonana, że nie można jej było nie napisać i że jest ona potrzebna. Zmierzenie się z bolesną prawdą Jedwabnego to w moim przekonaniu najpoważniejszy egzamin, przed jakim stanęliśmy, jako Polacy, w ostatnim dziesięcioleciu. Od tego, jak go zdamy i w jakim stylu, zależeć będzie - nie waham się użyć tych wielkich słów - nasze miejsce w rodzinie wolnych, demokratycznych narodów. Każdy z nich miał w swojej historii ciemne lub czasem nawet czarne karty, ale każdy z nich, prędzej czy później, potrafił się z nimi uporać.

 

Ten egzamin jest tak trudny dlatego, że jego standardy zostały już wyznaczone - Jan Paweł II, wyznając winy Kościoła katolickiego wobec Żydów, przypomniał nam jedyny możliwy kanon rzeczywistego rachunku sumienia, prosząc o wybaczenie bez żadnych warunków i usprawiedliwień. "Wybaczcie, jak i my wybaczamy". Rzeczywisty sens tej prośby wymaga niesłychanego, podwójnego wysiłku - poproszenia o wybaczenie i wybaczenia innym samemu.

 

Taki wysiłek stoi dzisiaj przed nami wszystkimi, niezależnie od tego, czy ktokolwiek z nas ponosi jakąkolwiek osobistą odpowiedzialność za to, co stało się sześćdziesiąt lat temu w kilku polskich miasteczkach. Najbardziej ludzką rzeczą jest poszukiwanie usprawiedliwień i symetrii dla własnych win. Najtrudniej jest wyznać winę, mówiąc po prostu: tak było. Zwłaszcza gdy towarzyszy temu wyznaniu uzasadniona przecież obawa, że zostanie ono zinstrumentalizowane i wykorzystane dla potwierdzenia dawno już przyjętej tezy o zbiorowej współodpowiedzialności Polaków za Holokaust.

 

Z tą, rozpowszechnioną niestety - zwłaszcza wśród amerykańskich Żydów - tezą nigdy się nie pogodzę, podobnie jak z pojęciem "polskie obozy koncentracyjne", czy "polski antysemityzm". Tak, niektórzy Polacy mordowali Żydów. Tak było. Wielu Polaków Żydom pomagało; byli tacy, którzy ratując ich, sami zginęli. Jeśli chcę mieć moralne prawo do uzasadnionej dumy z tych drugich, muszę także ze wstydem przyznać się do tych, którzy zabijali.

 

Wielkie narody mają prawo być dumne z wielkich kart swojej historii i jednocześnie potrafią przyznawać się do jej ciemnych stron. Egzamin, który dzisiaj stoi przed nami, potwierdzi, czy rzeczywiście jesteśmy wielkim narodem.

 

Agnieszka Magdziak-Miszewska


luty 2001

 

Agnieszka Magdziak-Miszewska - ur. 1957. Od 1984 w redakcji miesięcznika "Więź", 1995-2000 jako zastępca redaktora naczelnego. W latach 1991-1995 radca minister pełnomocny w polskiej ambasadzie w Moskwie, 1997-1999 doradca premiera Jerzego Buzka ds. polsko-żydowskich, 2000-2001 dyrektor Centrum Stosunków Międzynarodowych. Od kwietnia 2001 - konsul generalny w Nowym Jorku.