E-mail

English







PORTRETY - HANNAH ARENDT

Publiczna przestrzeń wolności

 

Plus Minus, Rzeczpospolita, 16 listopada 2002

Adolf Eichmann w izraelskim więzieniu, 1961 r.

 

(c) AP

 

PIOTR BURAS

Jej dzieło uczy, że cywilizacja, oparta dziś na szczęśliwie odzyskanej po mrokach totalitaryzmu przestrzeni publicznej, jest krucha i nie dana na zawsze. Na początku XXI wieku o aktualności tej myśli nie trzeba przekonywać.


(c) FREE

Odkąd 40 lat temu Hannah Arendt uczyniła Adolfa Eichmanna bohaterem swojego słynnego "raportu", okazji do przypomnienia tej książki dostarcza nie tylko jej nieprzemijająca aktualność, lecz także... kolejne afery. Nie tak dawno hamburski historyk, Michael Wildt, w opublikowanej w Niemczech książce o kadrze dowódczej SS ustalił, że wieloletni opiekun wydawniczy dzieł Hanny Arendt w niemieckim Piper Verlag, był w przeszłości obersturmbannfuhrerem SS i autorem pracy doktorskiej o "Zażydzeniu niemieckiego życia duchowego". Niewykluczone nawet, że w berlińskiej kantynie oficerskiej spotykał się z Eichmannem. W swoim drugim wcieleniu słał Arendt listy pełne uznania i zachęty do dalszej pracy. Nigdy nie wzbudził żadnych podejrzeń co do swoich - niegdyś "brunatnych" - poglądów, ale próbował po śmierci Arendt wstrzymać kolejne wydanie "Eichmanna w Jerozolimie". Czy robił to ze względów marketingowych, czy też...? Już to pytanie ma posmaczek sensacji.


W ostatnich dniach Arendt i jej "Eichmann w Jerozolimie" pojawili się znowu - też na kartach książki. Chodzi o oskarżycielską pod adresem Kościoła katolickiego pracę, której autor, tyleż słynny, co kontrowersyjny amerykański historyk Daniel J. Goldhagen, zarzuca całemu Kościołowi odwieczny antysemityzm i będący jego konsekwencją współudział w holokauście. Przy okazji dostaje się tam wielu, a Arendt idzie na pierwszy ogień. Konkluzje jej najsłynniejszej książki Goldhagen określa krótko jako wytwór "historycznej fikcji". I powątpiewa, czy ktoś "mógłby poważnie twierdzić", że jej spostrzeżenia są w stanie cokolwiek wyjaśnić. W tym przypadku (jak i w całej książce, mówią krytycy) Goldhagen niczego nowego nie odkrywa. Staje tylko w długim szeregu adwersarzy Arendt, czyli aktorów niekończącej się kontrowersji, która w latach sześćdziesiątych określana była jednym słowem: "spór".


Paskudne oblicze XX wieku

Gdyby w naukach humanistycznych - wzorem niektórych nauk ścisłych - stworzyć rejestr autorów najczęściej cytowanych, Hannah Arendt zajęłaby w nim z pewnością jedną z czołowych lokat. Choć erupcję zainteresowania jej twórczością - głęboko osadzoną w doświadczeniu totalitaryzmu i holokaustu - mamy już raczej za sobą, to jej trwała obecność na współczesnym "rynku" myśli i poglądów nie podlega dyskusji.


Nie mogłoby być zresztą inaczej, skoro przez okrągłe ćwierć wieku (od początku lat 50. ubiegłego stulecia) myślicielka ta, skromnie określająca się mianem teoretyka polityki, odcisnęła swoje piętno wszędzie tam, gdzie XX wiek zmierzyć musiał się ze swoim paskudnym obliczem. Już kilka lat po wojnie wydała "Korzenie totalitaryzmu", imponującą analizę nazizmu i stalinizmu, o której wybitny francuski historyk Francois Furet powiedział, że została napisana "po diabelsku". To tym dziełem 45-letnia wówczas żydowska emigrantka z Niemiec, uczennica Heideggera i Jaspersa, zwróciła na siebie uwagę akademickiego świata po drugiej stronie Atlantyku.


O holokauście - więcej, o naturze zła i zdolności człowieka do jego czynienia - pisała w "raporcie o banalności zła", czyli książce "Eichmann w Jerozolimie". Studia nad wolnością i ludzkim działaniem, jakich podjęła się w pracach "O rewolucji" i "Kondycja ludzka", to osobny, może najważniejszy wątek jej zainteresowań polityką, który nie wziąłby swego początku bez doświadczenia kataklizmów pierwszej połowy XX wieku. Marcin Król pisze, że "w jej książkach napotykamy nie tylko na wszystkie istotne pytania, jakie stawiali sobie dziewiętnasto- i dwudziestowieczni myśliciele polityczni, ale przede wszystkim ciekawą próbę odnalezienia rozwiązania, które pozwoliłoby przezwyciężyć ostatni kryzys nowoczesności" (związany z pojawieniem się kultury i społeczeństwa masowego).


Spór o Eichmanna

To właśnie "Eichmann w Jerozolimie" przyniósł Arendt największy rozgłos, choć jego skutki potrafiły być dla niej niezwykle bolesne. Zerwane przyjaźnie, prasowa nagonka, odżegnywanie od czci i wiary - saldo jej prywatnego bilansu "sporu o Eichmanna" obfituje w takie pozycje. Sporu, którego gwałtowny płomień przyćmił w połowie lat sześćdziesiątych inne dysputy intelektualne do tego stopnia, że jego niemiecka dokumentacja mogła nosić tytuł "Spór" - nie potrzebując żadnych innych dookreśleń. Na pozór to paradoks, że jedna z najwybitniejszych myślicielek politycznych XX wieku słynie głównie z tekstu będącego zaledwie reportażem sądowym - z procesu nazistowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna. W przypadku Arendt nie powinno to jednak dziwić. Większość jej prac powstawała jako produkt intensywnego namysłu nad tym, co przynosił bieg historii. Najchętniej wypowiadała się nie w formie traktatów filozoficznych, lecz esejów i artykułów. Nawet opasłe "Korzenie totalitaryzmu" to dzieło posklejane z różnej proweniencji fragmentów - wyraz tyleż intelektualnej swobody, co nonszalancji dla wymogów metodologii, za którą nieraz dostało się jej od krytyków.


W 1961 roku nurt historii pochłonął Arendt bez reszty. Po tym jak izraelskie służby specjalne pochwyciły w Argentynie ukrywającego się tam Adolfa Eichmanna, wysokiego urzędnika Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, który odpowiadał za organizację transportu Żydów do obozów koncentracyjnych, i postawiły przed sądem w Jerozolimie, Arendt na własne życzenie udała się tam jako korespondentka "New Yorkera". Czy przeczuwała wówczas, że proces ten stanie się punktem zwrotnym w refleksji nad holokaustem, wzburzy sumienia Niemców, otworzy śluzę zalewając umysły ludzi mnóstwem nowych pytań i problemów? Można mieć wątpliwości, czy stałoby się tak, gdyby nie Hannah Arendt właśnie i jej raport, którego mieszanka emocjonalnego żaru i analitycznego chłodu doprowadziła do gwałtownego wybuchu. Sama Arendt jechała do Jerozolimy pochłonięta rozmyślaniami nad tajnikami ludzkiego myślenia. Czy można sobie wyobrazić lepszy materiał do analizy tej funkcji niż osoba współczesnego kata? Jak i co myślał Eichmann, jednym pociągnięciem pióra wysyłając tysiące ludzi na śmierć? - nie tylko dla analizy rzeczywistości totalitaryzmu, którą Arendt zapoczątkowała "Korzeniami... ", pytanie to wydawało jej się pasjonujące.


Czy ona jest nazistką?

Mary McCarthy, przyjaciółka Hanny Arendt, nazwała ją kiedyś "samotną podróżną na szlaku swych myśli". Przypadek Eichmanna najlepiej ukazuje słuszność tej metafory. Spór między Arendt a jej adwersarzami miał swoje korzenie w odmiennym stosunku do idei i funkcji procesu hitlerowskiego zbrodniarza. Obie strony - każda na swój sposób - postrzegały osobę Eichmanna symbolicznie. Jeden z komentatorów lapidarnie wyjaśnił tę różnicę: "Dla Izraelczyków (a także dla wielu Żydów w diasporze - przyp. P.B.) Eichmann był symbolem antysemity, dla Arendt zaś symbolem totalitaryzmu w człowieku". Co się za tym kryło?


Otóż w zamyśle izraelskich inicjatorów (premiera Dawida Ben Guriona) porwania Eichmanna i postawienia go przed sądem, jego proces miał się różnić od innych. Nie chodziło w pierwszym rzędzie o osądzenie Eichmanna, którego zbrodnie nie ulegały przecież najmniejszej wątpliwości od samego początku, lecz o cel znacznie bardziej doniosły: uświadomienie opinii publicznej na całym świecie, a w szczególności młodszemu pokoleniu obywateli Izraela, ogromu tragedii narodu żydowskiego w czasie II wojny światowej. Proces Eichmanna miał być więc dramatycznym aktem wskrzeszenia pamięci o szoah, pamięci, która w latach powojennych nie znalazła należytego miejsca w świadomości ludzi. Także młode państwo izraelskie potrzebowało wzmocnienia swoich duchowych fundamentów - holokaust był najbardziej oczywistym wspólnym mianownikiem poszarpanych biografii jego obywateli.


"Po raz pierwszy - pisze francuska badaczka holokaustu Annette Wieviorka - za cel procesu postawiono zadanie udzielenia historycznej lekcji. Po raz pierwszy pojawił się temat pedagogiki i przekazu - temat z przyszłością, który dziś obecny jest w wielu krajach w najrozmaitszych formach: obecności szoah w programach szkolnych; muzeach i miejscach pamięci itd.". Nie ulega wątpliwości, pisze wybitny amerykański publicysta Tony Judt w eseju zamieszczonym w "Przeglądzie Politycznym", że proces Eichmanna był "procesem pokazowym". Eichmann był potrzebny jako symbol okrutnego reżimu hitlerowskiego, wcielenie zła i demoniczny antysemita. Zdaniem oskarżyciela, Gideona Hausnera, to właśnie Eichmann był mózgiem "ostatecznego rozwiązania" i jego bezwzględnym wykonawcą.


Proces miał mieć wagę nie mniejszą od norymberskiego - tym bardziej, że podczas tego ostatniego tragedia narodu żydowskiego nie została należycie uwzględniona: podsądnych oskarżono o zbrodnie "przeciwko obywatelom różnych krajów". Proces norymberski zajmował się głównie odpowiedzialnością nazistowskich Niemiec za wywołanie wojny. Proces jerozolimski miał inne zadanie: poruszyć ludzkimi sercami, pokazać krew i łzy. Jego inscenizacja służyła osiągnięciu tego celu - demoniczna postać oskarżonego ważna była tylko jako kontrastujące tło dla postaci świadków, czyli tych, którzy przeżyli holokaust. Ich zeznania w jerozolimskim Domu Sprawiedliwości układały się w autentyczną historię Zagłady, która za pomocą mediów transmitowana była na cały świat.


Nietrudno w tej sytuacji zrozumieć oburzenie Żydów tak w Izraelu, jak w Ameryce i innych częściach świata po lekturze - napisanego przecież przez Żydówkę! - "raportu" z procesu Eichmanna. "Banalność zła"? Eichmann jako jedynie "trybik w machinie Ostatecznego Rozwiązania"? "Nawet przy najlepszej woli nie sposób odkryć u Eichmanna żadnej diabelskiej czy demonicznej głębi"? "Ludzi takich jak on było bardzo wielu, a nie byli oni sadystami ani osobnikami perwersyjnymi, byli natomiast - i wciąż są - okropnie i przerażająco normalni"? Te i inne cytaty z książki Arendt, która za sprawą publikacji w "New Yorkerze" na długo przed pierwszym pełnym wydaniem w 1963 wywołała burzę, były jak policzek wymierzony tym, którzy aktywnie lub duchowo wspierali zainicjowane przez proces jerozolimski dzieło. Do tego doszły zbyt lekko rzucone na papier oskarżenia rad żydowskich (judenratów) o współudział w holokauście i kpiarsko-szyderczy ton, w jakim Arendt w licznych miejscach relacjonowała działania władz izraelskich i prokuratury, niechętnego stosunku do których nawet nie starała się ukryć. Często cytowana opinia historyka Waltera Laquera, że "krytykę i sprzeciw budzi nie tyle to, co Arendt chce powiedzieć, ile sposób w jaki to robi" trafia zapewne w sedno. Ale były też inne, znacznie bardziej bolesne (np. Gershoma Scholema o niedostatku "miłości do narodu żydowskiego"), aż po tę najbardziej niesprawiedliwą: "Czy ona jest nazistką?".


Pionek w grze

Arendt myślała o procesie Eichmanna zupełnie innymi kategoriami. Odległa jej była jego edukacyjna funkcja, a nacjonalistyczny podtekst budził jej odrazę - nienawidziła nacjonalizmu, nawet w żydowskim wydaniu. Sprzeciwiała się stawianiu w centrum ofiar, życzyła sobie, by był to rzetelny proces Eichmanna, a nie lekcja pokazowa, choćby i w najbardziej szczytnym celu. Polityczno-wychowawcze zadania, jakie postawili przed sądem Ben Gurion i izraelska prokuratura, uznała za nadużycie wymiaru sprawiedliwości. Uważała też, że Eichmanna sądzić należało nie za "zbrodnie przeciwko narodowi żydowskiemu", lecz "przeciwko ludzkości" - przecież uczestniczył on w zabijaniu także przedstawicieli innych narodów. Krytykowała proces za to, że poprzez koncentrację na krzywdach narodu żydowskiego zaprzepaścił szansę zmierzenia się z problemami uniwersalnymi: definicją "zbrodni przeciw ludzkości" czy też "wyraźnym określeniem nowego rodzaju przestępcy dopuszczającego się owej zbrodni". Osoba oskarżonego interesowała ją najbardziej - i wnioski, do jakich doszła, stały się głównym (obok krytyki postawy Żydów w czasie wojny) przedmiotem kontrowersji wokół "Eichmanna w Jerozolimie".


Arendt nie zamierzała - choć wielu krytyków inaczej traktowało jej wywody - tworzyć teorii holokaustu czy jakiejkolwiek innej. W Eichmannie, jak wspomniano, interesowały ją problemy moralności i myślenia. To tym tropem dotarła do sformułowania pojęcia "banalności zła", które przyniosło jej ogromną sławę i niewiele mniej krytyki. To brzmiące jak oksymoron wyrażenie wielu odczytało jako niewybaczalną próbę zdjęcia odpowiedzialności z Eichmanna i lekceważenie grozy dokonanych przez niego zbrodni. Tym bardziej, że Arendt - w przeciwieństwie do kierujących się politycznymi motywami oskarżycieli - z całą mocą podkreślała, że Eichmann był zaledwie pionkiem w grze. Jak pisała, "rolę, jaką odegrał on w Ostatecznym Rozwiązaniu, szalenie wyolbrzymiono - częściowo z powodu jego własnych przechwałek, a po części dlatego, że oskarżeni w procesie norymberskim i w innych procesach usiłowali oczyścić się z zarzutów jego kosztem, a głównie dlatego, że pozostawał w bliskim kontakcie z działaczami żydowskimi, ponieważ był jedynym funkcjonariuszem niemieckim uchodzącym za Čeksperta w sprawach żydowskichÇ i niczym więcej. Oskarżyciele, którzy oparli swą argumentację na cierpieniach ani odrobinę nie wyolbrzymionych, zupełnie niepotrzebnie wyolbrzymili ową i tak wyolbrzymioną rolę".


Predyspozycje "czystej bezmyślności"

Ale nie to było w gruncie rzeczy dla niej najważniejsze. Udział Eichmanna w eksterminacji Żydów, w roli administratora wysokiego szczebla i posłusznego realizatora zbrodniczych planów, a tym samym niewątpliwie winnego zbrodni ludobójstwa, nie podlegał dyskusji. Podczas gdy oskarżyciele widzieli w czynach Eichmanna rezultat jego skrajnego antysemityzmu i obłąkanej nienawiści do ofiar, w nim samym zaś potwora i urodzonego mordercę, wyjaśnienie Arendt było radykalnie odmienne i w swojej prostocie szokujące. Już na początku procesu, obserwując umieszczonego w szklanej klatce Eichmanna zauważyła, że "nawet nie budzi on grozy". Kilkumiesięczne obserwacje i analizy, jakie poczyniła w trakcie procesu, tylko potwierdziły to pierwsze wrażenie. Eichmann nie był demonem zbrodni ani perwersyjnym sadystą. Był przeraźliwie normalny. "Nie był Jagonem ani Makbetem i nigdy nie postało mu w głowie, by - w ślad za Ryszardem III - postanowić, że Čokaże się łajdakiemÇ".


"Pomijając to, że z niezwykłą pilnością zabiegał o postępy osobistej kariery, nie kierował się żadnymi pobudkami" - pisała Arendt w "Epilogu" swojej książki. Nie był zajadłym antysemitą, nie wykazywał odruchów nienawiści. "W samej jego pilności nie było niczego zbrodniczego, z pewnością nie zamordowałby swego przełożonego, by zająć jego stanowisko. Nazywając rzecz językiem potocznym - on po prostu nie wiedział, co robi". Banalność zła, którego autorem był Eichmann, polegała na tym, że to "czysta bezmyślność predysponowała go do odegrania roli jednego z największych zbrodniarzy tamtego okresu". Jeśli Arendt zadawała sobie z początku pytanie "co i jak myślał Eichmann wysyłając ludzi na rzeź", to odpowiedź brzmiała: "nie myślał w ogóle". Nie myślał, czyli utracił zdolność odróżniania dobra od zła, innymi słowy - dotknięty był całkowitym zanikiem sumienia. Czy w takiej sytuacji - nazwać ją można stanem niepoczytalności - skazanie go na śmierć było właściwym wyrokiem? Arendt nie doprowadziła swojej analizy do końca. Ale jej teza o "banalności zła" otworzyła nowe pola dyskusji - w naukach prawnych, filozofii, politologii.


Korzenie epoki totalitaryzmów

Jednym z najbardziej spektakularnych powrotów tej kontrowersji była w latach dziewięćdziesiątych publikacja książki wspomnianego wcześniej Daniela J. Goldhagena "Gorliwi kaci Hitlera". Oś argumentacji Goldhagena skierowana jest właśnie przeciwko tezie, że sprawcy holokaustu byli ludźmi bezmyślnymi, pozbawionymi motywacji swoich czynów. Goldhagen staje w jednym szeregu z oskarżycielem Eichmanna, głosząc tezę o "eliminacyjnym antysemityzmie" Niemców, niemal genetycznie predysponowanych do holokaustu. Zło w ujęciu Goldhagena - czynione rękami żołnierzy Wehrmachtu lub cynicznie skrywane pod habitami klechów - nie ma w sobie nic banalnego. Jest historyczne w swoim zakorzenieniu i ostateczne w swoich przejawach. Goldhagen jest przekonany, że znalazł pełne i wyczerpujące wyjaśnienie przyczyn Zagłady.


Arendt była znacznie bardziej ostrożna i - jak zauważa znawca jej poglądów, Dana R. Villa - wbrew sugestiom Goldhagena wcale nie szukała klucza do zrozumienia postaw sprawców en masse. Analizowała konkretny przypadek Eichmanna, który pozwalał jej głębiej wniknąć w problematykę zła i moralności. Podczas gdy Goldhagen szukał wytłumaczenia zbrodni holokaustu w specyficznych kulturowych uwarunkowaniach historii Niemiec, dla Arendt problem ten miał kontekst znacznie szerszy - wiązał się z "moralnym załamaniem" społeczeństwa. W najogólniejszym wymiarze dotyczyło ono europejskiej cywilizacji w ogóle, skrajnym przejawem tego kryzysu był zaś najstraszniejszy wynalazek XX wieku - totalitaryzm.


Choć niezdolność do myślenia i wydawania sądów jest problemem filozoficznym niedającym się łatwo zamknąć w konkretnym czasie i przestrzeni, to "banalny" w swojej wiodącej do zła bezmyślności Eichmann był niewątpliwie produktem epoki - ery totalitarnej. Pisząc "Eichmanna w Jerozolimie" miała już Arendt w swoim dorobku dzieło, w którym analizowała - jak głosił tytuł - "Korzenie totalitaryzmu". Opisywała totalitaryzm - w wydaniu hitlerowskim i stalinowskim (w 1951 roku zestawienie tych dwóch reżimów wcale nie było oczywistością) - jako zupełnie nową rzeczywistość polityczną, radykalnie zrywającą z przeszłością i wymagającą spojrzenia nie obciążonego dotychczasowymi doświadczeniami. Postrzeganie Eichmanna - symbolicznego elementu tejże rzeczywistości - w kategoriach odpowiednich dla tradycyjnego świata, musiało - jak w przypadku prokuratora Hausnera - prowadzić na manowce. Sformułowanie "banalność zła" było między innymi odpowiedzią na konieczność znalezienia nowych kategorii opisu nowej rzeczywistości. Co najważniejsze jednak, podobnie jak Eichmann nie był monstrualnym potworem, jak malowali go jego oskarżyciele, tak też totalitaryzm nie był w opinii Arendt "zarazą, która zstąpiła na ludzkość z zaświatów. Był skutkiem ludzkich działań i procesów przez nich zapoczątkowanych" (Margaret Canovan w "Przeglądzie Politycznym"). W "Korzeniach totalitaryzmu" Arendt prześledziła stopniową degradację struktur i instytucji "przedtotalitarnego" świata, padającego pod ciosami zadawanymi mu przez rasizm, imperializm, antysemityzm. To te ruchy bądź ideologie na różne sposoby doprowadziły do pojawienia się zjawiska "niepotrzebności", poczucia wykorzenienia i dezorientacji mas społecznych, które stały się pożywką ruchów totalitarnych. Mówiąc językiem Arendt, doszło w ten sposób do zniszczenia sfery publicznej, sfery polityki.


W myśli Arendt polityka rozumiana jako przestrzeń myślenia i działania zajmuje, jak podkreśla Paweł Śpiewak w rozmowie opublikowanej w "Przeglądzie Politycznym", miejsce szczególne. To jedyny obszar, w którym człowiek korzysta z pełni swoich praw ludzkich i cieszy się wolnością. Tylko kiedy ludzie pozostają w relacjach między sobą i działają wspólnie - twierdzi Arendt - życie ich osiąga swoją pełnię. Sukces totalitaryzmu nie byłby możliwy, gdyby państwa i społeczeństwa otoczyły tę publiczną sferę międzyludzkich relacji większą troską. Nacisk położony przez Arendt na znaczenie polityki rozumianej jako domena wolności jest jednocześnie wezwaniem do strzeżenia jej przed motłochem, przed przemocą, prywatą, konsumpcjonizmem, konformizmem, myśleniem nie w kategoriach dobra wspólnego, lecz celów i środków. Totalitaryzm był skrajnym następstwem całkowitego zniszczenia sfery politycznej oraz oznaczał absolutne podporządkowanie obywateli wymogom jednej ideologii. Zmuszał do niemyślenia, deprecjonował działanie, zrywał międzyludzkie więzy. Stwarzał setki i tysiące Eichmannów - genialne produkty wielkiej pustki po likwidacji sfery wolności.


Krucha przestrzeń publiczna

Czy poza światem totalitarnym Eichmann byłby możliwy? Inaczej mówiąc - czy Eichmann jest w każdym z nas? Idąc tropem myśli Hannah Arendt nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że najlepszą gwarancją tego, by go w nas nie obudzić, jest dbałość o przestrzeń publiczną i zasady nią rządzące. Umożliwianie ludziom działania, zapobieganie zgłupieniu społeczeństwa, edukacja, budowanie świadomości obywatelskiej, słowem - zmuszanie do myślenia, to nie kuracja, lecz nieodzowna profilaktyka zapobiegająca "eichmannizacji".


Totalitaryzm i Eichmann jako egzemplifikacja odczłowieczenia są skrajnym biegunem horyzontu politycznego, którego dokładne przeciwieństwo w filozofii Arendt stanowią greckie polis i republika rad (oczywiście nie w sowiecko-realnym wydaniu). To w nich spełnia się ideał zbudowanej na spontaniczności i ludzkiej inwencji politycznej wspólnoty. Przestrzeń między tymi dwoma biegunami jest rozległa. Powrotu do greckiego polis już nie ma, republikę rad chyba sama Arendt uważała za projekt utopijny. Ale jej dzieło uczy, że cywilizacja, oparta dziś (przynajmniej w naszym europejsko-atlantyckim przypadku) na szczęśliwie odzyskanej po mrokach totalitaryzmu przestrzeni publicznej, jest krucha i nie dana na zawsze. Na początku XXI wieku o aktualności tej myśli nie trzeba przekonywać.


Autor jest pracownikiem Instytutu Studiów Politycznych PAN. Przy pisaniu tego tekstu wykorzystano m.in. poświęcony Hannie Arendt numer "Przeglądu Politycznego" (nr 55/2002); zbiór esejów "Hannah Arendt Revisited: 'Eichmann in Jerusalem' und die Folgen" (Hrsg. von Gary Smith); Frankfurt am Main 2000; biografię Arendt autorstwa Elisabeth Young-Bruehl "Hannah Arendt. Leben, Werk und Zeit", Frankfurt am Main 1991.