E-mail

English






Muzeum dla Żydów czy dla Polaków?

Maciej Kozłowski

Rzeczpospolita, 8 grudnia 2003

Jednym ze szczególnie uporczywych stereotypów nękających nasz kraj od dawna jest postrzeganie Polski jako kraju antysemickiego

W najbliższych dniach w Sejmie rozpocznie się debata budżetowa. W tym roku będzie szczególnie gorąca i zawzięta. Mam nadzieję - choć rozum i doświadczenie podpowiadają inaczej - że posłowie raczej szukać będą oszczędności, niż beztrosko mnożyć wydatki. Jest jednak pozycja, która w budżecie znaleźć się musi niezależnie od tego, jak bardzo byłby on napięty i jak bardzo potrzebne są głębokie cięcia.

Chodzi o stosunkowo drobną kwotę, której znaczenia jednak nie można przecenić: przezornie w rezerwie celowej schowane pięć milionów złotych dotacji na budowę Muzeum Historii Żydów Polskich.

Sądząc z dotychczasowych deklaracji, pozycja ta wydaje się niezagrożona. Poparcie dla muzeum i gotowość wsparcia tej inicjatywy publicznymi pieniędzmi zadeklarowali bodaj wszyscy, od których to zależy: prezydent i premier, marszałek Sejmu, szefowie klubów parlamentarnych SLD i Platformy Obywatelskiej, prezydent Warszawy i dziesiątki znanych osobistości z lewa, z prawa, ze środka i skąd tylko można sobie wyobrazić.

Jeśli jednak zabieram głos, to nie tylko z procesowej ostrożności - w Sejmie, jak na wojnie, wydarzyć się może wszystko - ale przede wszystkim dlatego, że - obserwując ideę muzeum od samych jej początków, a sięgają one wczesnych lat dziewięćdziesiątych - nie mogę pozbyć się pewnych niepokojów, którym chciałbym dać wyraz publicznie. Są one dwojakiego rodzaju.

Dwa źródła niepokoju

Pierwszy to ten, że mimo tylu deklaracji i tak wydawałoby się jednoznacznego poparcia polityków, mimo ogromu już wykonanej pracy muzeum jest nadal wciąż tylko projektem, choć działka w samym centrum Warszawy uroczyście przekazana została na ten cel już ponad dziesięć lat temu. Niepokój drugi trudniejszy jest do sprecyzowania, ale bodaj głębszy. Przyglądając się projektowi muzeum z trzech stron: Izraela, Stanów Zjednoczonych i Polski, odnoszę wrażenie, że zaangażowanie i entuzjazm dla tego projektu większe są poza Polską niż u nas.

To prawda, projekt muzeum popierają liczne wybitne i bardzo wybitne osobistości. Gdy spojrzeć na skład Polskiego Komitetu Wspierania Budowy, to jakby czytało się polityczno-biznesowy "Almanach Gotajski" III Rzeczypospolitej. Publiczne wypowiedzi - nie licząc antysemickich pisemek - też są na ogół pozytywne, choć tu i ówdzie pojawiają się głosy krytyczne. Kiedy jednak o muzeum zaczyna rozmawiać się prywatnie, sprawa wygląda znacznie gorzej. Najczęstsza jest oczywiście całkowita ignorancja. Skromny zespół zaangażowany w projekt tak zaabsorbowany jest zdobywaniem pieniędzy, które muszą zabezpieczyć już trwające prace, że na szerszą akcję promocyjno-edukacyjną w Polsce brak jest i sił, i czasu, i środków. Ale i wśród tych, którzy o projekcie słyszeli, obok wielu wątpliwości i zastrzeżeń, niektórych zasadnych, innych wynikających z niedostatecznej wiedzy, często spotkać się można nie tylko z brakiem zainteresowania, lecz wręcz pewną niechęcią. Jeśli już koniecznie Żydzi chcą sobie zbudować w Warszawie muzeum, to proszę bardzo, ale to bardziej jest ich niż nasza sprawa, zwłaszcza że tak wiele jest innych niezaspokojonych potrzeb, także w sferze zachowania i utrwalania przeszłości.

Taka postawa, jeśli nawet nie jest powszechna, jest na tyle znacząca, że trzeba podjąć z nią polemikę. Jestem bowiem głęboko przekonany, że Muzeum Historii Żydów Polskich potrzebne jest przede wszystkim Polsce i Polakom. Że jest to projekt, który nie tylko może odwrócić niepokojące zjawisko nasilania się, a nie kurczenia postaw antysemickich, o czym niedawno pisał na tych łamach Ireneusz Krzemiński, ale przede wszystkim jest to zamysł edukacyjny, który przywrócić nam może niezwykle ważny fragment naszej własnej, prawdziwej, a nie zakłamanej historii.

Polska piastowska czy jagiellońska

Szczególnie odrażającą zbrodnią komunistyczną, której jednak żaden Instytut Pamięci ścigać nie jest w stanie, było głębokie zafałszowanie całej narodowej historii, a co za tym idzie narodowej świadomości. W tym kontekście wymienia się najczęściej liczne fałszerstwa i przemilczenia dotyczące już to zbrodni katyńskiej, już to wojny 1920 roku czy też - szerzej - stosunków polsko-rosyjskich, a także polsko-niemieckich. Jednak te fałszerstwa i przekłamania były stosunkowo łatwe do naprawienia. Znacznie głębszą i trudniejszą do wykorzenienia szkodę wyrządziło utrwalanie na wszelkie sposoby przekonania, że etniczna jednorodność Polski to wartość szczególnie cenna, a wszystko, co tę jednolitość kiedyś zakłócało, warte jest już to zapomnienia, już to potępienia. Taki obraz przeszłości przekazywany był szczególnie gorliwie w początkowych latach PRL.

Wprawdzie z czasem ta gorliwość nieco zelżała i "Rzeczpospolita Obojga Narodów" Jasienicy po latach leżakowania została w końcu, choć w mikroskopijnym nakładzie, wydana, ale niektóre wątki ukazujące bogactwo wieloetnicznej Polski tępione były z zaciekłością godną lepszej sprawy aż do późnego Jaruzelskiego. Tak było szczególnie w przypadku wszystkiego, co dotyczyło obecności w naszych dziejach i kulturze mniejszości żydowskiej. Oczywiście, jeśli ktoś bardzo chciał, mógł jakieś fakty odnaleźć, ale obraz prezentowany w podręcznikach, przez środki przekazu czy popularną literaturę był jednoznaczny. Pamiętam, że ze wszystkich bojów z cenzurą, jakie prowadziliśmy w "Tygodniku Powszechnym", najtrudniejsze i z góry skazane na przegraną były wszelkie próby przepchnięcia tematów ukraińskich i żydowskich.

Według ówczesnych władców wieloetniczna Polska jagiellońska, a więc trwający ponad trzysta lat okres, który naprawdę ukształtował naszą narodową tożsamość, miał być z narodowej świadomości wyrugowany. Powracano do wizji piastowskiej, choć po prawdzie także w tamtych odległych czasach współżycie na naszych ziemiach różnych grup etnicznych było powszechne. A przecież, jeśli chcemy sami siebie zrozumieć, to do tej właśnie tradycji musimy sięgnąć. I właśnie Muzeum Historii Żydów Polskich stać się może tym miejscem, w którym przynajmniej część owej historii zostanie przywrócona.

Żydzi bowiem, ale także Tatarzy, Ormianie, Rusini, Litwini, Niemcy, tak samo jak rdzenni Polacy, tworzyli naszą kulturę, obyczaj, są częścią naszej historii, której wymazać się nie da.

W walce ze stereotypami

Oprócz przywracania nam własnej, prawdziwej historii Muzeum Historii Żydów Polskich ma też do odegrania inną trudną do przecenienia rolę. Czy chcemy tego, czy nie, obraz jednych narodów w oczach innych opiera się na uproszczeniach i stereotypach. Nie znaczy to oczywiście, że stereotypów tych nie można wykorzeniać. Zawsze wymaga to jednak usilnej, często wieloletniej pracy.
Jednym ze szczególnie uporczywych stereotypów nękających nasz kraj od dawna jest postrzeganie Polski jako kraju antysemickiego. Oczywiście, by stereotyp ten zmienić, trzeba przede wszystkim z przejawami antysemityzmu walczyć. Jak ta walka wygląda, czy podejmowane na tym polu wysiłki są wystarczające, co jeszcze można i co należy zrobić, to temat już nawet nie na kolejny artykuł, a na opasłą książkę. Jedno jest pewne. Stereotyp ten w ogromnej mierze bierze się z ignorancji. Nieraz celowo kultywowanej (słynne "polskie obozy koncentracyjne"), nieraz po prostu z braku dostępu do rzetelnej wiedzy.

Trudno wyobrazić sobie lepszy sposób na przełamywanie tej niewiedzy i na walkę z tym stereotypem niż mające powstać w Warszawie muzeum. Odwołam się do jednego przykładu. Co rok odwiedza Polskę kilkadziesiąt tysięcy młodych Izraelczyków. Przyjeżdżają, by w ramach swego szkolnego curriculum zobaczyć miejsca związane z zagładą. Jako ambasador RP w Izraelu podejmowałem wiele różnych działań, by przyjazdy te nie stawały się kolejnym ogniwem w łańcuchu wzmacniającym złe stereotypy. Prowadziliśmy wykłady i wydawali broszury o polskiej historii i o dobrym współżyciu Polaków i Żydów przez długie stulecia. Przekonywaliśmy do naszych racji kolejnych ministrów edukacji Izraela, pośredniczyliśmy w nawiązywaniu kontaktów między polskimi i izraelskimi szkołami.
O ileż jednak ta praca byłaby łatwiejsza i skuteczniejsza, gdyby w Polsce istniało miejsce, w którym wszystko to można by w sposób przemawiający do wyobrażani zobaczyć. A właśnie tak Muzeum Historii Żydów Polskich ma wyglądać. Odwiedziny w nim mają być poniekąd również lekcją historii Polski, a nawet lekcją dziejów Europy, bo przecież tysiącletnia historia polskich Żydów, ich osiedlania się, wkładu w kulturę, w naukę, a także, niestety, dzieje zagłady to wielka część historii naszego kontynentu. Historii najczęściej zupełnie młodym ludziom nieznanej. Historia ta pokazana ma być właśnie w Warszawie i już sam ten fakt zburzyć może wiele złych stereotypów.

Wydatek czy inwestycja

Muzeum zaplanowane zostało z rozmachem. Wprawdzie zrezygnowano z pierwotnego pomysłu, by gmach przy ulicy Anielewicza projektował Frank Gehry, który to pomysł dramatycznie opóźnił prace, podniósł koszty, a na dodatek poważnie skłócił grono pomysłodawców ze środowiskiem polskich architektów, ale i tak obecny kosztorys opiewa na 63 miliony dolarów. To właśnie te ogromne koszty inwestycji często podnoszone są jako jeden z argumentów przeciw całemu pomysłowi. Podnoszący te zarzuty krytycy nie zdają sobie jednak sprawy z tego, czym ma być nowe muzeum. W ogóle określenie muzeum nie do końca przystaje do określenia tego typu nowoczesnych placówek. Ma to być bowiem nie tyle miejsce, w którym wystawione będą konkretne eksponaty, choć i tych przecież nie zabraknie, ile cały kompleks edukacyjno-naukowy, w którym dzięki najnowocześniejszym technikom zdobyć będzie można wiedzę i informacje w ogromnie szerokim zakresie. Będące w jakimś sensie analogią Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie ! kosztowało 250 milionów, z tego sam budynek 150 milionów. Podobne koszty pochłonął nowy budynek muzeum w Instytucie Yad Vashem. A przecież muzeum warszawskie obejmować będzie nie jeden okres historii, lecz całą jej bogatą panoramę.

Ponadto, jeśli o pieniądzach mowa, warto na jeszcze jedno zwrócić uwagę. Powstanie muzeum zwielokrotni ruch turystyczny do Warszawy i do Polski. Szacunki i studia, które dotychczas prowadzono, mówią o 250 tysiącach zwiedzających rocznie.

Moje, nieoparte wprawdzie na naukowych studiach, lecz na kilkuletniej obserwacji, przewidywania to liczba dwu-, a nawet trzykrotnie wyższa. Z samego Izraela rocznie za granicę wyjeżdża od miliona do dwu milionów turystów. Do Pragi przyjechało w ubiegłym roku ponad 250 Izraelczyków. Czy muzeum, w którym obejrzeć będzie można własną historię, nie przyciągnie co najmniej takiej samej, jeżeli nie większej, ich liczby?

Polska od dawna przestała być turystyczną pustynią, gdy chodzi o infrastrukturę. Ważne, by coraz więcej ludzi na świecie miało powód przyjechać do naszego kraju. Nowoczesne muzeum w centrum stolicy przedstawiające dzieje, o których niewiele się wie, może stać się magnesem, którego siły nie jesteśmy sobie w pełni uzmysłowić. Patrząc z tego punktu widzenia, powstające muzeum to inwestycja, która zwróci się znacznie szybciej niż wiele, wiele innych.

Ale jak wspomniałem, przede wszystkim chciałbym, żeby Muzeum Historii Żydów Polskich odwiedzały, tak jak Wawel czy Zamek Królewski, polskie wycieczki, by stało się obowiązkową częścią edukacji. I być może młody człowiek po zapoznaniu się choćby z historią jednego z polskich Żydów, Artura Rubinsteina, który - poproszony o koncert mający uświetnić powstanie ONZ, oburzony, że wśród członków założycieli nie ma Polski - odegrał Mazurka Dąbrowskiego, nie będzie już więcej malował na murach wiszącej na szubienicy gwiazdy Dawida. A może nawet z podziemi kościoła Wszystkich Świętych w Warszawie zniknie dziełko zatytułowane "Poznaj Żyda".

Muzeum Żydów Polskich powinno było powstać już kilka lat temu. Byłoby niepowetowaną stratą, gdyby rozpoczęcie prac, a do tego właśnie niezbędna jest budżetowa dotacja, znów miało się odsunąć. Bez prawdziwego bowiem poznania dziejów narodu, który przez wieki żył wśród nas i z nami, nie zrozumiemy w pełni własnej historii i nie będziemy nigdy w stanie pokazać jej innym.

Autor do połowy tego roku pełnił funkcję ambasadora RP w Izraelu; był wiceministrem spraw zagranicznych, gdy resortem kierował Bronisław Geremek, a także wieloletnim członkiem zespołu "Tygodnika Powszechnego"