E-mail

English







Hańba Obojętności

Hanna Świda-Ziemba

Gazeta Wyborcza z dnia 17 sierpnia 1998

Od redakcji strony internetowej:

Artykuł 'Hańba obojętności' Hanny Świdy-Ziemby opublikowany był już cztery lala temu (Gazeta Wyborcza, 17 08 1998). Zgodnie z opinią wielu ogólnie szanowanych, wybitnych pisarzy, naukowców i dziennikarzy, z którymi miałam okazje rozmawiać w Polsce, uznawany jest za jeden z najpoważniejszych tekstów na temat sprawy krzyży oświęcimskich; zawiera wyśmienitą analizę społeczeństwa polskiego zaangażowanego w tę kontrowersję i poglądy wybitnego, niezwykle wrażliwego socjologa, jakim jest Autorka tego artykułu. Gdy dowiedziałam się, że tekst ten nie został do tej pory opublikowany w jęz. angielskim, postanowiliśmy go opublikować obecnie na naszej stronie w wersji polskiej z Gazety Wyborczej oraz w części angielskiej, dzięki tłumaczeniu dokonanemu przez Danutę Hiż, członka naszego zespołu redakcyjnego (Patrz: List do Redakcji od Danuty Hiż)

 

Gdyby Polacy zrozumieli i wewnętrznie przeżyli grozę Holocaustu, staliby się boleśnie uczuleni na przejawy antysemityzmu - reagując natychmiast, zdecydowanie i ostro.


Spór o krzyż na żwirowisku w Oświęcimiu w istocie nie ma charakteru religijnego. Dotyczy miejsca, które dla Polaków jest terenem straszliwego obozu koncentracyjnego, a dla Żydów - terenem zbiorowej Zagłady. Jest to zatem spór uwikłany w wydarzenia drugiej wojny światowej i późniejsze losy Żydów na polskiej ziemi.


Oceniając konflikt z tej właśnie perspektywy, chcę uzasadnić tezę, że to Żydom należy przyznać główne prawa do ich symbolu zbiorowej Zagłady - mimo że w tym miejscu zginęło także wielu Polaków.


Zrządzeniem historii Holocaust w poważnym stopniu rozgrywał się na polskiej ziemi. Tu także znajduje się wielkie cmentarzysko żydowskich ofiar. Co najważniejsze jednak, w czasie wojny tragedia polska i żydowska rozgrywały się OBOK SIEBIE i - mimo całej polskiej martyrologii - sytuacja obu narodów była niesymetryczna: to my, Polacy, znajdowaliśmy się w pozycji uprzywilejowanej. Myślę, że ten fakt, będący następstwem polityki Hitlera, stanowił pierwsze zarzewie dzisiejszych nieporozumień polsko-żydowskich, które znalazły też wyraz w sporze oświęcimskim.


Sądzę, że niesłusznie Żydzi, a także niektórzy Polacy rzeczywistą "winę Polaków widzą w ich swoistej obojętności wobec Holocaustu, a także w ich lęku przed udzielaniem pomocy. Takie doświadczenia, jakie były udziałem Polaków w latach drugiej wojny światowej (a może w ogóle doświadczenia wojenne), ogromnie stępiają wrażliwość na zbrodnie, kataklizmy i dramaty innych ludzi. Często nawet na dramaty własne. Źródłem tego stępienia jest stan zagrożenia, poczucie bezsilności i psychiczna samoobrona organizmu. Swoiste zobojętnienie staje się z reguły warunkiem przetrwania w nienormalnej sytuacji.


Trzeba też pamiętać, że to, co określa się dziś mianem "obojętności", obejmowało wówczas nie tylko los Żydów, ale również los Polaków - więzionych, rozstrzeliwanych, wywożonych w głąb Rosji. Obejmowało często los własny i osób najbliższych. Po krótkotrwałym szoku i żalu następował psychologicznie zrozumiały proces wypierania doświadczeń ze świadomości, co umożliwiało zachowanie równowagi psychicznej - choćby fałszywej i chwiejnej - oraz gotowości do walki o osobiste przetrwanie.


Odwołam się tu do własnych wspomnień. Gdy wybuchła wojna, miałam niepełne dziewięć lat, gdy się skończyła - zaledwie 14. Ale doświadczenia wojenne przyspieszają dojrzewanie i bardzo wyostrzają zmysł obserwacji. W Wilnie, gdzie się urodziłam i przeżyłam całą niemal wojnę, Zagłada dokonała się niemal na naszych oczach. Getto likwidowano tuż za miastem, w lasach ponarskich. Dla ludzi, z którymi się wtedy zetknęłam, był to szok - a nie sprawa obojętna. Wiele się na ten temat mówiło, niektóre kobiety płakały. Ale szok nie przeszkadzał, by życie codzienne toczyło się dalej. Nie przeszkadzał nawet w urządzaniu zabawowych imienin. Po paru tygodniach wrażenia swoiście zatarły się; już się do tematu nie wracało. Ale podobnie reagowano w tamtym czasie na polskie dramaty, nawet zbiorowe - na wielki transport ludzi wywożonych do Rosji, rozstrzeliwania zakładników, masowe aresztowania.


Wojna wyzwala niekiedy odruchy zdumiewającej solidarności - gdy pomoc jest możliwa, a zwłaszcza gdy nie zagraża osobistej egzystencji. Ale w chwilach rzeczywistego zagrożenia lub bezsilności wojna neutralizuje wrażliwość, kreuje postawy psychiczne wewnętrznej, twardej bezwzględności.


Nie należy się zatem dziwić, że relatywnie niewielu Polaków (w stosunku do liczby ludności) brało udział w bezpośrednim ratowaniu Żydów. Interweniował wszak w ludzkie zachowania i postawy naturalny lęk o życie własne i rodziny. Tak to jest w zbiorowościach ludzkich, że heroizm i bohaterstwo cechują raczej zdecydowaną mniejszość osób. Taką wyjątkową postawę przejawiali ci Polacy, którzy bezinteresownie, z narażeniem życia ratowali Żydów. I znów - jeśli wziąć poprawkę na to, o czym już pisałam - tych ludzi nie było tak mało.


Myślę, że właśnie świadomość tych realiów powoduje, że Polacy traktują zarzuty niektórych kręgów żydowskich o "współodpowiedzialność" w Zagładzie jako krzywdząco nieprawdziwe, wręcz jak potwarz - co daje nowy impuls postawom antysemickim.


Jednakże antypolonizm, a także żal niektórych Żydów do Polaków nie biorą się wyłącznie z polskich zachowań "niezawinionych". W czasie wojny pojawiły się również zachowania głęboko zawinione - np. żerowanie przez niektórych Polaków na żydowskiej tragedii, poprzez traktowanie jej jako okazji do wzbogacenia się. Nie chodzi mi o szmalcowników; takie hieny funkcjonują w każdej zbiorowości i w sytuacjach granicznych wypływają na wierzch. Polscy szmalcownicy dla zysku wydawali zresztą Niemcom nie tylko Żydów, lecz także konspirację polską.



Mam natomiast na myśli przeciętnych obywateli, którzy ciągnęli zyski z pomocy Żydom. Myślę również o niektórych prawicowych środowiskach konspiracyjnych, wśród których nawet Holocaust nie wygasił postaw antysemickich, oraz o Narodowych Siłach Zbrojnych, o których w czasie wojny w kręgu moich rodziców - nie jest to więc tylko propaganda komunistyczna - opowiadano ze zgrozą, że mordują Żydów ukrywających się w lasach.


W świetle tych okoliczności bardziej zrozumiały psychologicznie staje się fakt, że z perspektywy Żydów - tak bezwzględnie zgładzanych - również te naturalne i "niezawinione" polskie postawy jawić się mogły jako bezwzględność i okrucieństwo. W przejmującej książce "Zagłada i pamięć" pisze Barbara Engelking: "Ze strony Niemców nie spodziewali się Żydzi niczego prócz prześladowań, szykan, terroru. Natomiast w Polakach chcieli widzieć współtowarzyszy czy współobywateli zjednoczonych wobec wspólnej opresji. Myśleli, że znajdują się po tej samej co Polacy stronie barykady; oczekiwali z ich strony empatii i solidarności". Zderzenie takich oczekiwań z realną rzeczywistością musiało przynieść uczucia żalu, zawodu, gniewu, nawet agresji - co mogło stać się źródłem dzisiejszego antypolonizmu, występującego w niektórych środowiskach żydowskich.


Jednakże sądzę, że podstawowym źródłem obecnych konfliktów i niezrozumień jest to, że większość Polaków do dziś dnia nie przyswoiła w swej świadomości istoty Holocaustu, że zjawisko to nie stało się traumatycznym wstrząsem skłaniającym do refleksji, kształtującym postawy i zachowania.


W swoim czasie byłam tym boleśnie zaskoczona. Dziś sądzę, że istnieją przyczyny, które ten fakt jakoś tłumaczą. Otóż Polacy mieli za sobą tragiczne doświadczenia własnej martyrologii, która objęła wiele rodzin. Było też traumatyczne doświadczenie finału wojny, który w świadomości wielu osób mógł zostać zdefiniowany jako nieodwołalna klęska na skutek "opuszczenia" przez potężnych sojuszników, klęska - mimo tak wielu ofiar. Co więcej, dla wielu ludzi w latach 1944-55 nie skończył się czas zagrożenia i martyrologii.


Społeczności zaprzątnięte własnymi, realnymi tragediami zwykle nie są skłonne od refleksji na temat losu i sytuacji "innych", nie uwikłanych akurat bezpośrednio w los danej grupy - choćby ci "inni" byli obywatelami tego samego kraju, znajomymi, sąsiadami. Nakładały się na to przedwojenne konflikty polsko-żydowskie o charakterze ekonomicznym, kulturowym, religijnym i przedwojenny polski antysemityzm, któremu powojenna polityka Stalina dostarczyła nowych argumentów. Choć trzeba zdawać sobie sprawę, że Żydzi odgrywali w powojennej Polsce podobną rolę jak Turcy w Bułgarii czy właśnie Polacy w Republice Litewskiej.


Niezależnie od tego wszystkiego, dziś - po tylu latach, w wolnym kraju - nic nie usprawiedliwia postawy wielu Polaków wobec Żydów. Nic nie usprawiedliwia owej zadufanej, egocentrycznej ślepoty wobec Holocaustu, z którą zetknęliśmy się także w trakcie konfliktu oświęcimskiego.


I dlatego chciałabym skłonić choć niektórych do refleksji, która pozwoli inaczej spojrzeć zarówno na problem żydowski, jak i na konflikt w sprawie krzyża. Czym był Holocaust? Otóż bezspornie - mimo że w ludzkim świecie popełniono wiele straszliwych i masowych zbrodni - był jednak zbrodnią wyjątkową, wręcz niewiarygodną. Był skandalem Europy XX wieku. Charakteru tej zbrodni nie da się z niczym porównać.


I nie mam tu na myśli tylko liczby ofiar (być może ta liczba jest z czymś porównywalna), lecz ZASADĘ, wedle której dokonano zbrodni. Zasadę, która ważyła na doświadczeniach tych, którzy zginęli, a także na świadomości tych, którzy ocaleli, oraz innych ludzi narodowości czy pochodzenia żydowskiego, których z racji miejsca zamieszkania czy czasu urodzenia Holocaust nie objął.


Otóż trzeba podkreślić, że Żydów nie tylko masowo zgładzono, ale - co najistotniejsze - ograbiono ich z człowieczeństwa. "Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej" zostało potraktowane jako akcja "odszczurzania miasta". Nie było to rozprawianie się z faktycznymi czy domniemanymi wrogami, nie było wynikiem ani wojny, ani rewolucji, ani przejawem zemsty w ramach walk grupowych. Zagłada Żydów (rozumianych "rasowo") dokonała się "na zimno", planowo, z użyciem wszelkich nowoczesnych środków technicznych. Ograbienie Żydów z człowieczeństwa wyrażało się w "zrównaniu" wszystkich, którzy mieli w sobie "kroplę krwi żydowskiej". Nieważne było, jakiej są narodowości, nieważne było ich wyznanie czy stosunek do religii, nie liczyło się, czy są mądrzy czy głupi, źli czy szlachetni, nie był ważny ich światopogląd, postawy, oceny, sposób życia, wiek i płeć. Wszystko to, co stanowi o ludzkim wymiarze człowieka - o jego kondycji biologicznej, uwarunkowaniach kulturowych, wreszcie o swoistym dla istoty człowieczeństwa PODMIOTOWYM WYBORZE - zostało unieważnione.



W tym sensie nie istniała szansa obrony. Tropiono "żydowskość - jak myśliwi tropią zwierzęta w lesie, ale bardziej bezwzględnie. Chodziło wszak o wytępienie "nacji" do ostatniego człowieka noszącego w sobie ową skażoną "kroplę krwi", choćby od najdalszych przodków. Jeśli ktoś został zdefiniowany jako Żyd - stawał się tym samym dla panujących nie człowiekiem, lecz "insektem".


Wszystko to działo się w samym sercu zachodniej cywilizacji, w chrześcijańskiej Europie, przy milczeniu najwyższych hierarchów Kościoła katolickiego.


Jak w tej sytuacji musieli czuć się ludzie, nad którymi zaciążył wyrok i którzy kolejno zostawali zgładzeni? Czy wielu Polaków uruchomiło wyobraźnię, by odtworzyć stan psychiczny zarówno tych, którzy ginęli, jak i tych nielicznych, którzy - dzięki polskiej, przyznaję, pomocy - ocaleli, lecz przez lata wojny przeżywali bezustannie świadomość zagrożenia? Ludzie traktowani jak insekty - obdarzeni świadomością, wrażliwością, refleksyjnością, wyobraźnią, godnością...


Chwila refleksji nad losem naszych współobywateli pozwoliłaby zrozumieć, że w porównaniu z Żydami - mimo całej naszej martyrologii - byliśmy narodem wielce uprzywilejowanym. Byliśmy prześladowani, lecz dalej uznawani za ludzi. Mogliśmy dokonywać wyboru: bohaterstwa w walce z okupantem, starań o fizyczne przetrwanie, a nawet podłości i zdrady. Od naszych wyborów w poważnym stopniu zależał nasz los i stopień naszego zagrożenia.


Tę niesymetryczność sytuacji Polaków i Żydów dobrze oddaje Barbara Engelking: "Polacy prowadzący swoją wojnę z Niemcami nie potrzebowali do niej Żydów. Natomiast Żydzi, chcąc uniknąć niechybnej śmierci ze strony Niemców, nie mogli sobie poradzić bez Polaków. Byli skazani na ich miłość bliźniego, litość, przyzwoitość, nienawiść, obojętność lub chciwość". I dalej: "Czas wojny nie był dla Żydów - generalnie - doświadczeniem pozytywnej wspólnoty. Ich wojna (...) była czasem przeklętym. Żydzi nie ginęli za Ojczyznę. (...) Więc za co? Właściwie nawet nie ginęli - byli zabijani".


Niesymetryczność naszych losów znajdowała wyraz nawet w niesymetryczności sytuacji tych Polaków, którzy ratowali Żydów - i Żydów, którzy byli przez nich ratowani. Polacy byli świadomi, że jeśli narażają się na śmierć, to dlatego że dokonali heroicznego wyboru. Odczuwając lęk, mogli jednocześnie przeżywać satysfakcję moralną z racji pomocy, jaką nieśli drugiemu człowiekowi. Ukrywający się Żyd z konieczności pozostawał w sytuacji "zależnego dłużnika". Jego śmierć - to nie śmierć za moralne zasługi, ale właśnie śmierć wytropionego zwierzęcia, który tylko dlatego, że jest "biologicznie" sobą, ściąga też niebezpieczeństwo na innych. Innymi słowy, możliwość ratowania Żydów - bez względu na to, czy ktoś z niej korzystał - stanowiła jeden ze wskaźników naszego uprzywilejowania.


Jeśli postawiona tutaj teza wyda się komuś obrazoburcza i trudna do pojęcia, powinien przeczytać niedawno wydaną książkę Michała Głowińskiego "Czarne sezony". Jej autor - profesor Instytutu Badań Literackich PAN, człowiek rzadkiej mądrości, skromności, dystansu i obiektywizmu - dopiero po latach zdobył się na napisanie książki, w której przedstawia swoje wojenne losy: żydowskiego dziecka. Odtwarza tę historię we fragmentach, tak jak została zachowana w jego pamięci. Czyni to w sposób obiektywny, oszczędny, pięknym językiem pozbawionym afektacji.


Poznajemy doświadczenie jednego z dzieci żydowskich, i to - zwróćmy uwagę - dziecka uprzywilejowanego w stosunku do całej nacji. Rodzinie Głowińskiego udało się bowiem przedrzeć na aryjską stronę i ocaleć. On sam został ostatecznie uratowany przez siostry z zakonu służebniczek Najświętszej Marii Panny w Turkowicach, które przechowały i uratowały ponad 30 dzieci żydowskich.


Polecam tę książkę przede wszystkim tym, którzy wojnę i okupację przeżyli jako dzieci. Ja sama dzięki niej - raz jeszcze i może bardziej wyraziście niż w czasie wojny - mogłam doświadczyć owej NIESYMETRYCZNOŚCI losów Polaków i Żydów. Starsza o cztery lata od autora książki należałam do tych dzieci polskich, których nie dotknęły największe kataklizmy. Cała moja najbliższa rodzina ocalała, nikt nie był aresztowany ani wywieziony, stale znajdowałam się pod opieką matki.


Z drugiej wszakże strony - byłam naturalną uczestniczką polskiego losu. Przeżyłam bombardowania, walki uliczne, śmierć przyjaciół i dalszej rodziny. Doświadczyłam wyrzucenia z mieszkania w straszne warunki, niepokój o ojca, który po wojnie 1939 r. zaginął, a potem musiał się ukrywać (brał udział w ruchu oporu). Poznałam głód, zapadłam na śmiertelną chorobę z niedożywienia. Dom, w którym mieszkaliśmy, spłonął wraz z całym dobytkiem. Na koniec musiałam - jak cała wileńska inteligencja, która nie chciała zostać w ZSRR - opuścić rodzinne miasto. Poznałam smak zagrożenia życia, lęk przed aresztowaniem własnym i ojca, niedolę, upokorzenie i głód.


A przecież przy lekturze Czarnych sezonów" raz jeszcze doświadczyłam, jak bardzo - w porównaniu z żydowskimi dziećmi - byłam uprzywilejowana. Przez całą wojnę chodziłam z podniesionym czołem. Bawiłam się beztrosko jak inne dzieci, nie musiałam drżeć, że z racji swego pochodzenia będę wytropiona i zgładzona, nie musiałam wypierać się własnej tożsamości. Mogłam marzyć o walce z wrogiem i ją, na miarę mego wieku, realizować. Mogłam, też na swoją miarę, pomagać Żydom.


Konflikty polsko-żydowskie można ujmować wielorako. Jednak drastyczna różnica naszych losów rozgrywających się OBOK, na tej samej ziemi - różnica o wymiarze egzystencjalnym - każe ująć ten problem w perspektywie aksjologicznej.


Jeśli nawet uznaję, że z reguły ponad siły człowieka było unieść świadomość dramatyzmu wojny - w tym tragicznego, pełnego grozy wymiaru Holocaustu - to zarazem sądzę, że po wojnie obowiązkiem moralnym Polaków było wynagrodzić ocalałym Żydom życzliwością i pomocą fakt, że ich sytuacja w czasie wojny była tak odmienna. Że, zaprzątnięci własnym zagrożeniem i martyrologią, nie byliśmy w stanie pomóc tym, którzy zginęli. Że wreszcie zdarzały się wśród naszych rodaków czyny karygodne.


Ów nakaz moralny płynie także z faktu, że wszyscy należymy do jednej rodziny ludzkiej, a odebranie atrybutów ludzkich jednej nacji jest pohańbieniem człowieczeństwa jako takiego.


Gdybyśmy wówczas pojęli wewnętrznie istotę Holocaustu, to sądzę, że inaczej ułożyłyby się wzajemne stosunki polsko-żydowskie. Po pierwsze, moglibyśmy trzeźwo ocenić rolę Żydów w czasach stalinowskiego terroru. Zauważylibyśmy, że do aparatu przemocy należeli też liczni Polacy, a dokoła nas było wielu Żydów, ludzi szlachetnych i mądrych, którzy z komunizmem, a tym bardziej z aparatem terroru, nie mieli nic wspólnego. Nie przenieślibyśmy więc - nieracjonalnie i krzywdząco - w pierwszych latach po wojnie postaw wobec aparatu terroru na postawy wobec Żydów.


Po drugie, być może nie ujawniłby się z taką siłą tzw. antysemityzm ludowy. Dał on o sobie znać w pogromie kieleckim (jeśli nawet była to prowokacja, to jest ona możliwa tylko wtedy, gdy istnieją przedtem "potencjalne postawy" u prowokowanych), częściowo w 1956 r., wreszcie w 1968 r. W marcu "68 mieliśmy wprawdzie do czynienia z "urzędowym" antysemityzmem PZPR, który budził potępienie wśród sporej części Polaków - lecz, niestety, spotkał się także z odzewem znaczącej części społeczeństwa.


Załóżmy jednak, że to splot przyczyn zewnętrznych uwikłał Żydów i Polaków w węzeł wzajemnych nieporozumień i konfliktów, że różne powojenne zachowania Polaków wobec Żydów można przypisać dezorientująco-destrukcyjnemu wpływowi komunizmu. Ale przecież dziś żyjemy w wolnym kraju. I skoro dokonujemy różnych rozrachunków, to i w tej sprawie mógłby nadejść czas uczciwej i głębokiej refleksji. Tymczasem to właśnie dziś pojawiają się napisy "Żydzi do gazu", to obecnie niektórzy księża umieszczają w swych homiliach wątki antysemickie (powszechnie znany przykład ks. Henryka Jankowskiego), to obecnie nastąpiło uczczenie NSZ, to dziś na ulicach i w rozmowach prywatnych pojawiają się teksty antysemickie, to obecnie powstają partie o charakterze jawnie antysemickim. Wreszcie, to dziś rozgorzał konflikt w sprawie Oświęcimia.


Jeśli nawet przyjmiemy, że zachowania te dotyczą mniejszości społeczeństwa, to przecież dochodzi do nich w czasach wolności. Jest też znamienne, że spotykają się z obojętnością wielu Polaków - bynajmniej nie antysemitów. Uważa się je za "folklor": niegroźne, nieważne incydenty, na które nie warto zwracać uwagi. Większość hierarchów Kościoła katolickiego, jeśli nawet nie przejawia postaw antysemickich, reaguje na te zjawiska z oporną powściągliwością. Słowem, atmosfera w Polsce jest taka, jakby Holocaust na naszej ziemi nigdy nie miał miejsca.


To właśnie, moim zdaniem, świadczy, że jego nieludzka groza ciągle nie została przez ogromną większość Polaków przyswojona. Nie przychodzi im nawet na myśl, że dla tych, którzy ocaleli, a także dla Żydów i ludzi żydowskiego pochodzenia, których Holocaust bezpośrednio nie dotknął, lecz których psychika jest tą grozą naznaczona - każdy sygnał antysemityzmu przywołuje czas Zagłady.


Znów powołam się na książkę Głowińskiego. Autor wspomina powojenną polską szkołę i księdza, który na lekcjach religii powtarzał, że za ukrzyżowanie Chrystusa odpowiedzialni są wszyscy Żydzi bez wyjątku, do ostatniego pokolenia. Pod wpływem tych nauk dwóch chłopców z klasy pobiło Michała. Bardzo charakterystyczna jest reakcja autora:


" Była to jedna z tych sytuacji, w których miałem poczucie, że zawala mi się świat, że staje się coś takiego, co mu odbiera sens i sprawia, iż jest on cały przeciwko mnie skierowany. To był wstrząs (...) w głębszym sensie, bo ten nagły atak pokazywał mi - jak myślałem - że będę zawsze obcy, że (...) nigdzie (...) nie znajdę dla siebie miejsca. Odczułem go jako dalszy ciąg okupacji, którą wciąż nosiłem w sobie".


Ówczesne przeżycia Głowińskiego można uznać za bardzo typowy przykład, jak ludzie, których dotyczył Holocaust, reagują na wszelkie przejawy antysemityzmu, choćby incydentalne. I dlatego sądzę, że gdyby Polacy zrozumieli i wewnętrznie przeżyli grozę żydowskiego losu, staliby się boleśnie uczuleni na takie przejawy - reagując natychmiast, zdecydowanie i ostro. Skoro takich reakcji brak, świadczy to o tym, o czym już pisałam: mimo że nasze losy rozgrywały się obok, na tej samej ziemi, do większości Polaków nigdy nie dotarła groza Holocaustu.


Najwyraźniej i najbardziej drastycznie przejawia się to w konflikcie o krzyż na żwirowisku. Konflikt ten dotyczy wszak obszaru dla Holocaustu newralgicznego - głównego miejsca Zagłady. Co więcej, miejsca w pewnym sensie symbolicznego - bo tu właśnie eksterminacja dokonywała się w sposób "zimny", "czysty", z użyciem nowoczesnych środków technicznych, by najmniejszym kosztem można było szybko zgładzić miliony ludzi, nie pozostawiając śladów. Na tym obszarze wyraziła się najbardziej nieludzka istota Holocaustu.


Obecność w Oświęcimiu polskich ofiar - niewspółmiernie mniej licznych - można przecież akcentować dyskretnie. Tak, by nie naruszyć uczuć narodu, któremu wojna zgotowała tak nieludzki los. To jedyne, co my jako społeczeństwo moglibyśmy dziś uczynić dla Żydów - w imię pamięci Holocaustu.


Dlatego, o ile staram się jakoś tłumaczyć niektóre zachowania Polaków, w tym wypadku nie znajduję już żadnego wytłumaczenia. Nie mam przy tym na myśli prymitywnych uczuciowo i mentalnie fanatyków zajmujących się "obroną krzyża". Ludzie o takich predyspozycjach znaleźć się mogą w każdym społeczeństwie. Jednakże konflikt osiąga dziś wymiar szerszy i bardziej ogólny. Od dłuższego czasu mianowicie rząd konsekwentnie "umywa ręce" - a tym samym nie staje w obronie ofiar Holocaustu. Przez dłuższy czas nie zabierał głosu Kościół. Ostatnio najwyższy polski hierarcha kościelny kard. Józef Glemp oświadczył, że wielki krzyż musi zostać na żwirowisku.


Co więcej, Żydów żądających przeniesienia krzyża w inne miejsce określa się mianem "ekstremistów". Dość powszechnie - i to w kręgach "światłych" - prezentuje się stanowisko, że są tu uwikłane równorzędne racje dwóch stron i trzeba znaleźć "spokojny" kompromis w duchu pojednania i wzajemnego szacunku dla symboli religijnych. A na końcu stawia się "naiwne" w swej ślepocie i egocentryzmie pytanie: co Żydom przeszkadza krzyż, który jest symbolem miłości i pokoju?


W tym właśnie pytaniu streszcza się grupowy egocentryzm, lekceważący wszystkie, prócz własnego, punkty widzenia.


Krzyż jest symbolem miłości i pokoju tylko dla religii chrześcijańskich. Dla niewierzących oraz wyznawców innych religii jest on po prostu znakiem sakralnym określonej religii - niczym więcej. Dla Żydów zaś jego dominująca obecność w Oświęcimiu ma natomiast prawo budzić również złe skojarzenia.


I nieważne jest "dociekanie", czy z punktu widzenia chrześcijan (polskich katolików) te skojarzenia są słuszne, w pełni uzasadnione. Szacunek dla żałoby wobec ofiar Holocaustu jest bowiem równoznaczny z uznaniem bez zastrzeżeń takiej interpretacji symboli oświęcimskich, jaką przyjmują sami Żydzi. Jest to wszak wielki pomnik męczeństwa ich narodu i normalna wrażliwość skłaniałaby do tego, by ich uczucia, przekonania i wierzenia uszanować. Czy nawet po latach naprawdę nie rozumiemy, co Żydów - naszych współobywateli - spotkało?


Dochodzi jeszcze jeden ważny czynnik. Po przełomie 1989 r. zachowania niektórych polskich katolików sprawiły, że krzyż nie jest u nas po prostu symbolem religijnym. Stał się znakiem "zawłaszczania" obszaru przez określoną grupę; sygnałem, że na tym terenie wszyscy inni są ludźmi drugiej kategorii - w istocie niepożądanymi intruzami. I właśnie taki sygnał niesie olbrzymi krzyż na żwirowisku, przez swe rozmiary widoczny z daleka i panujący nad całym Oświęcimiem. Jest to obelga wobec ofiar Holocaustu i ludzi, którzy chcą im składać cześć.


Fakt, że spór toczy się właśnie o rozmiar krzyża, jest namacalnym dowodem, że chodzi tu właśnie o sygnał "zawłaszczenia". W znaczeniu religijnym wszak krzyż jest zawsze takim samym symbolem, bez względu na jego rozmiar. Jeśli zatem walka toczy się o to, by krzyż był ogromny - co więcej, by były liczne, ogromne krzyże - to bez wątpienia nie chodzi tu o oddanie czci katolickim pomordowanym ofiarom, lecz o zaznaczenie, że Oświęcim, który znajduje się w Polsce, jest głównie "polskim cmentarzem". Że inne ofiary są nieważne, a uczucia i przekonania tych, którzy chcą im składać hołd, nas nie obchodzą. Obecność krzyża ma świadczyć o tym, że Holocaust dla Polaków to kwestia marginalna, drugoplanowa. Nas on przecież nie dotyczył - dotyczył "obcych".


Jak można w tym kontekście mówić o racjach "obu stron" i wyważonym kompromisie? Można raczej stwierdzić, że obojętność Polaków - co więcej, polskiego rządu i Kościoła katolickiego - na racje Żydów w tym sporze staje się tożsama z nieludzką wręcz obojętnością wobec Holocaustu. I to dopiero oceniam jako naszą hańbę - nie do zmazania.


Artykuł ten pisałam z dużą trudnością. Dotyczy on problemu głęboko mnie poruszającego, stanowiącego źródło wstydu i bólu. Tragedia Holocaustu nie jest do wyrażania w słowach. Właściwe jest raczej milczenie. A jednak sytuacja zmusiła mnie do zabrania głosu. Chciałam dać świadectwo, że po polskiej stronie może istnieć również takie postrzeganie oświęcimskiego konfliktu.


Jestem pewna, że ludzi myślących podobnie jak ja jest znacznie więcej. Dowodem jest stanowisko Krzysztofa Śliwińskiego i wypowiedź ks. Musiała. Inni milczą. Może dlatego, że boją się, że niezręczny zwrot może być potraktowany jako profanacja krzyża? A może dlatego, że tak trudno znaleźć słowa, by wypowiedzieć oczywistą prawdę, przywołującą wydarzenia tak tragiczne, że przekraczające ludzkie rozumienie.

* Prof. Hanna Świda-Ziemba - socjolog, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. W ub. roku [w 1997r] wydała książkę "Człowiek wewnętrznie zniewolony", o doświadczeniu totalizmu w PRL.