E-mail

English






Krakowianie

Andrzej Kozioł

DZIENNIK POLSKI, dodatek niedzielny "Pejzaż"

Kraków, 11 kwietnia 2003

Klezmer: Z opowieści Leopolda Kozłowskiego można złożyć wielotomową powieść, napisać kilka filmowych scenariuszy…

Miasteczko Bełz,
Kochany mój Bełz!
Maleńka mieścina,
Gdzie moja rodzina
I dom mój jest.
(fragment ciągle popularnej żydowskiej piosenki)

Klezmer - jeszcze czterdzieści, pięćdziesiąt lat temu było to określenie pejoratywne. Klezmerami nazywano knajpianych grajków, pijaczków rodem z Pragi, z Powiśla, z opowiadań Marka Nowakowskiego, fałszywie grających do kotleta. W stołecznym półświatku ocalało sporo żydowskich słów, które egzotycznie inkrustowały warszawską mowę. Złodziejski żargon Odessy, język Beni Krzyka, czyli Miszki Japońca, jeszcze za cara przywędrował nad Wisłę, upolszczył się i nikomu do głowy nie wpadło, że swojsko brzmiące słowa odbyły daleką drogę - z hebrajskiego matecznika.

 

A przecież kiedyś, w szczęśliwych czasach, kiedy w polskich miastach na tysięcznych stołach płonęły szabasowe świece, kiedy piątkowe wieczory pachniały faszerowaną rybą - klezmerzy cieszyli się ludzką miłością i ludzkim szacunkiem. Radowali muzyką serce biednych i bogatych, Żydów i gojów. Grali Kol Nidre i weselne chasene szkikłech, grali Mozarta i Straussa, towarzyszyli ludziom w smutkach i rozpraszali je, tak jak o to prosił Mordechaj Gebirtig:

Hej klezmerzy, drodzy bracia,
Dziś ja stawiam wszystkim wino.
Zagrajcie mi pieśń wesołą,
Niechaj moje smutki miną.
Smutek gości w moim sercu.
Coś mi serce ssie i zżera,
Za czymś tęskni moja dusza,
Nie wiem, co mi tak doskwiera.
Swoją pieśnią ukołyszcie
W sercu moim wielki smutek,
Tak ma matka kołysała
Moje smutki, pieśni nucąc.
Zagrajcie mi pieśń wesołą,
Bo mi gracie smutno raczej,
Flet wasz szlocha, jęczą skrzypki,
Wokół słyszę tylko płacze.
Hej, klezmerzy, dobrzy bracia,
Dziś postawię wszystkim wino,
Grajcie, grajcie pieśń wesołą,
Niechaj moje smutki miną.
(tłumaczył Zew Szeps)

I trzeba było wielu lat, aby określenie „klezmer” odzyskało dawną godność, dawny szacunek, aby na jego dźwięk znów radowały się ludzkie serca. Sprawił to jeden człowiek, często zwany ostatnim klezmerem Rzeczypospolitej, ostatnim klezmerem Galicji - Leopold Kozłowski.

Jeżeli chcecie poznać pana Leopolda, wpadnijcie na Kazimierz do restauracji i hotelu o nazwie Klezmer Hois, Dom Klezmera.

Tutaj z głośników płynie żydowska muzyka, słodko pachnie ciastem. Tutaj - we wnętrzu przypominającym stare mieszkanie - turyści z całego świata usiłują znaleźć coś, co przepadło bezpowrotnie. Tutaj przyjezdni starzy Żydzi chcą rozgrzać swoje serca wspomnieniami. Tutaj bywa ostatni klezmer Rzeczypospolitej, przyjaciel właściciela restauracji, Wojtka Ornata, przyjaciel całego świata - pan Leopold Pan Leopold - puszyste siwe bokobrody, siwy wąs, łysina, przykryta jarmułką tylko podczas koncertów w Tempel. Pan Leopold - ciemne, mądre i młode oczy. Pan Lepold - akcent, który natychmiast zdradza, skąd pochodzi, a urodził się czterdzieści kilometrów od Lwowa, w Przemyślanach, kiedyś najcudowniejszym miasteczku w Galicji, w Polsce, w austro-węgierskim imperium, we wszechświecie. W miasteczku. gdzie zgodnie żyli Polacy, Żydzi, Ukraińcy i Cyganie. W miasteczku, w którym powstała najsławniejsza w Galicji klezmerska kapela - Orkiestra Braci Brandweinów.
Rodzina od niepamiętnych czasów żyła muzyką i z muzyki. Pejsach Brandwein - dziadek pana Leopolda - doczekał się dwunastu synów, których Bóg szczodrze obdarzył talentem, grali więc wszędzie i wszystko. Bar micwy, wesela, pełne radości, z nieśmiałą, zapłonioną panną młodą stojącą pod hupą i panem młodym miażdżącym obcasem kieliszek, korporacyjne i miejskie bale, święta państwowe, sylwestry - żadne uroczystości w Przemyślanach nie mogły obyć się bez muzyki Brandweinów. Ale co tam Przemyślany! Pejsach Brandwein wraz z synami grał w Wiedniu, i to nie przed byle kim, nie przed jakimś poślednim arcyksięciem, ale przed samym cesarzem! Nikt już dzisiaj nie wie, gdzie odbył się koncert, nikt nie pamięta repertuaru, ale jedno nie ulega wątpliwości - Brandweinów słuchał Franciszek Józef I. Słuchał ich też - ale oczywiście już po pierwszej wojnie - marszałek Józef Piłsudski, którego starzy polscy Żydzi, rozproszeni od Tel Awiwu po Nowy Jork, do dzisiaj chowają w dobrej pamięci.

 

Ojciec pana Leopolda, Herman, najmłodszy z tuzina braci, z czasem założył własną kapelę, w której zadebiutował kilkuletni Poldek, grając na instrumencie dzięki Mickiewiczowi uznawanemu w Polsce za najbardziej żydowski - na cymbałach. Herman do odziedziczonego po przodkach talentu dodał studia w konserwatorium.

 

Z czasem bracia zaczęli rozbiegać się po świecie. Stryj Naftali, wspaniały klarnecista, wyjechał do Stanów, dokąd powiózł żydowską, galicyjską muzykę i gdzie współczesne czasopismo „Klezmer” do dzisiaj tytułuje go „królem klezmerów całego świata”. Ojciec, jak tysiące mieszkańców dawnej Galicji, też wyemigrował za chlebem. Do dalekiej Argentyny, gdzie grał w orkiestrze symfonicznej miasta Buenos Aires. Do kraju wrócił w 1936 roku. Już wkrótce miał się rozszaleć pożar, który strawi wszystko - synagogi, stare księgi, skrzypce i ludzi.

 

Do nich, mieszkańców wschodniej części dawnej Galicji, Zagłada miała nadejść później - po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. W czerwcu 1941 roku niedawni sojusznicy zwarli się w walce, a już 5 listopada, jeszcze przed zamknięciem za murami getta, w rodzinę po raz pierwszy uderzył grom. Ojciec, świetny muzyk, stworzony do gry pod kryształowymi żyrandolami koncertowych sal, został rozstrzelany w lesie pod Przemyślanami. Wraz z nim zginęło czterystu żydowskich mieszkańców miasta. Po wielu latach pan Leopold będzie uczestniczył w ekumenicznym nabożeństwie w przemyślańskim lesie - nad mogiłą stanie lwowski rabin, staną katoliccy księża, a Fania Lacher przyprowadzi prawosławnych duchownych, przywiedzie mniszki z pobliskiego monasteru. Kiedyś znalazła w nim schronienie, później przyjęła chrzest, aby z czasem stanąć na czele zgromadzenia. To będzie jednak o wiele, wiele później...

 

W Klezmer Hois pan Leopold opowiada o swoim życiu. Pachnie pieczonymi kurczakami, francuski miesza się z polskim i angielskim. Jest przytulnie, ciepło i syto, więc opowieść ostatniego klezmera Rzeczypospolitej, ostatniego klezmera Galicji, tym bardziej wstrząsa. Ponad okrągłym, małym stolikiem patrzymy sobie w oczy. Zawsze to samo - ilekroć rozmawiam z ludźmi, którzy przeżyli Zagładę, nie wiem, co widzą w moich oczach. Mam nadzieję, że nie pustą ciekawość, nie łatwe, tanie współczucie. Może dostrzegają niezrozumienie przemieszane z podziwem, bo to, o czym opowiadają, my z pozoru doskonale znamy, ale nie potrafimy sobie wyobrazić.

 

Pan Leopold opowiada o ucieczce w lecie 1941 roku - aż do dalekiej, podkijowskiej Żmerynki. Kiedy tam dotarli - ojciec, on i brat - okazało się, że Niemcy byli od nich szybsi. Wrócili więc do Przemyślan, żeby być na swoim, żeby być u siebie i razem z matką, która została w rodzinnej miejscowości. Jeszcze panowało wówczas przekonanie, że Niemcy nie krzywdzą kobiet. Że mężczyzn czeka ciężka praca, obóz, może nawet śmierć, ale kobiety z pewnością ocaleją.

 

Wędrowali jak na prawdziwych klezmerów przystało, z instrumentami, które okazywały się paszportami do życia. Leopold niósł akordeon, który miał mu towarzyszyć przez lata. Później, w lesie, będzie jedynym partyzantem obarczonym podwójnym ciężarem, dźwigającym na jednym ramieniu automat, na drugim instrument.

 

Brzmi to banalnie, wręcz nieprawdopodobnie, ale skrzypce brata, akordeon pana Leopolda, klezmerska muzyka zmiękczały najtwardsze serca. Kiedy napotkali Niemców, byli niczym Daniel rzucony do jaskini lwów i jak Daniel ocaleli - dzięki muzyce.

 

Świat oszalał, a w szalonym świecie dzieje się to, co niemożliwe. W czasie wędrówki nocowali na cmentarzach i pan Leopold, który w Przemyślanach po zmroku wielkim łukiem omijał cmentarz, teraz sypiał wtulony pomiędzy dwie trumny. Później w getcie, w czasie kolejnej wybiórki, ukrył się w sławojce. Powyżej szyi zanurzył się w ohydnej cieczy, białe kloaczne robaki usiłowały wpełznąć mu do ust. W szalonym świecie normalni ludzie albo stają się szaleńcami, albo zdolni są do czegoś, czego nigdy sobie nie wyobrażali. Biegł przez miasto, ociekając płynnym gównem, ludzie patrzyli na niego jak na wariata, meszuge. Umył się, zmienił ubranie i dalej żył.

 

Z opowieści Leopolda Kozłowskiego można złożyć wielotomową powieść, napisać kilka filmowych scenariuszy. Byłoby tam getto w Przemyślanach, praca w brygadzie sanitarnej, bunkier, podziemna kryjówka zbudowana razem z sąsiadami, do której wchodziło się podnosząc kuchenną blachę. Ktoś musiał pozostać na zewnątrz, aby wypuścić ukrywających się i tym kimś był on.

 

W powieści byłby SS-man Scholl, bestia obłaskawiona muzyką, byłaby śmierć matki, którą pochowano pod drzewem, nie wiadomo, którym drzewem, więc wybrał jedno, symboliczne, umowne, aby mieć miejsce, w którym można zapalić świecę. Później, już w lesie, zginie brat. Koledzy z oddziału ukrywali przed nim tę śmierć, bojąc się samobójczej rozpaczy, w końcu jednak poznał prawdę, a kiedy po latach chciał odwiedzić grób brata, nie znalazł drzewa, pod którym go pochowano. Zmienił się las, zarosło korą nacięcie na pniu i Leopold Kozłowski znów musiał wybrać symboliczne drzewo.

 

W opowieści byłby obóz w Kurowicach, trzydzieści kilometrów od Lwowa. Janowski obóz, okrutny, przerażający, chociaż mniej znany niż Oświęcim i Sobibór. Tutaj muzyka wydawała się szyderstwem; wraz z kolegami grał marsze, w których rytmie więźniowie wyruszali do pracy, grał sentymentalną niemiecką melodię, której towarzyszyły słowa o majach nieuchronnie nadchodzących po styczniach. Większość z nich miała przed sobą tygodnie życia.

 

Panu Leopoldowi pisane było wiele, bardzo wiele majów. Wśród nich jeden szczególny, gdy z Wojskiem Polskim doszedł do Łaby, kiedy spotkał Amerykanów. Zanim jednak trafił do armii, walczył w lesie, w 1. kompanii 40. pułku AK, pod dowództwem kapitana Ť Procha ť. Rozkręcał kolejowe tory, wysadzał mosty, pociągi i - jak się rzekło - zawsze na ramieniu nosił akordeon. Wtedy powstała jego pierwsza kompozycja - Ť Marsz partyzantów oddziału kapitana ‘Procha‘ ť.

 

Po wojnie mundur przyrósł mu do grzbietu, podobnie jak przyjacielowi z AK, więcej niż przyjacielowi, bratu, Tadeuszowi Klimce. Powojenne losy rzuciły go najpierw do Chrzanowa, później do Wadowic, wreszcie do Krakowa, w którym miał osiąść na stałe, początkowo pracując w sztabie Krakowskiego Okręgu Wojskowego. Później - pod koniec lat czterdziestych - kiedy przypomniał sobie, że z wykształcenia i rodzinnej tradycji jest muzykiem, munduru wprawdzie nie zrzucił, ale sztabowe dokumenty zmienił na batutę. Jak w książce Ť Muzyka ocalona ť pisał Marian Fuks: Swoją powojenną karierę muzyczną Leopold Kozłowski rozpoczął jako kierownik Zespołu Pieśni i Tańca z siedzibą w Krakowie, przemianowanego później na Zespół Estradowy Warszawskiego Okręgu Wojskowego Ť Desant ť. Stworzył ambitny, sprawny zespół, którego był animatorem. Leopold Kozłowski nie schlebiał prymitywnym gustom. Jego zespół potrafił zadowolić najbardziej wyrobionego miłośnika muzyki, piosenki, tańca.

 

Coraz częściej komponował, coraz częściej zdobywał nagrody. Jego muzyczne sukcesy zajęłyby przynajmniej kilka stron maszynopisu. Było muzyczne kierownictwo zespołu Roma (pan Leopold uchodzi za najwybitniejszego w Polsce znawcę muzyki nie tylko żydowskiej, ale także cygańskiej), gromadzącego na swych występach prawdziwe tłumy. Były piosenki zwyciężające w konkursach i na festiwalach - Ť Nad Warszawą czyste niebo ť i Ť Dziewczyna wopisty ť do słów Tadeusza Śliwiaka. Ť Emmy ť - dyplom honorowy amerykańskiej Akademii Telewizyjnej i Artystycznej. Muzyka do spektakli warszawskiego Teatru Żydowskiego. Muzyka do filmów, polskich, amerykańskich, włosko-angielskiego, między innymi, wymieniając tylko najbardziej znane, do Ť Austerii ť Kawalerowicza i Ť Wichrów wojny ť z Chaimem Topolem, niezapomnianym Tewie Mleczarzem z filmowej wersji Ť Skrzypka na dachu ť i z Ali MacGraw, znanej przede wszystkim z Ť Love Story ť.

 

Rok 1968 oznaczał koniec wojskowej kariery pułkownika Kozłowskiego. Pan Leopold przemyka nad tą sprawą jednym zdaniem: - Okazało się, że mam chory kręgosłup, a z chorym kręgosłupem trudno dyrygować. Przemyka jednym zdaniem, ale wiemy, o co chodzi. Po marcowych niepokojach, po antysemickiej nagonce, tysiące ludzi opuściło Polskę. Pan Leopold nie wyjechał. Nie pytam, dlaczego. Zapewne wszędzie znalazłoby się dla niego miejsce, on jednak wybrał Polskę, wybrał Kraków. Nie pytam, bo zapewne odpowiedź byłaby porażająca w swej prostocie. Po prostu tutaj jest jego miejsce pod słońcem.

 

Z panem Leopoldem świetnie rozmawia się o klezmerskiej muzyce, ale czy o klezmerskiej muzyce można rozmawiać? Tę muzykę albo się gra, albo się jej słucha. I po kilku taktach nawet niewprawne ucho pozna, że to jest właśnie to. Że spod smyczka płynie klezmerska melodia. Słodka jak rodzynki, gorzka jak migdały, porywająca do tańca lub rozdzierająca serce łkającą skargą, jak Dire-gelt, Ť Komorne ť, pieśń z innych niż nasze stron, z Kongresówki:
Dire-gelt un oj, oj, oj
Dire-gelt un Boże moj
Dire-gelt un gradowoj
Dire-gelts mus cołn
- Panie Leopoldzie - pytam - niech pan powie, dlaczego ta muzyka jest taka inna. Dlaczego mnie, kogoś, komu słoń tańcował po uszach, tak porusza, tak wzrusza, tak ożywia?

A pan Leopold Kozłowski, ostatni klezmer Galicji, ostatni klezmer Rzeczypospolitej, który niczym wędrowny grajek jeździ po świecie - od Wiednia po Nowy Jork i Los Angeles - ucząc klezmerzenia, odpowiada:
- Linia melodyczna zapisana jest w nutach, ale właściwa melodia powinna płynąć z serca. Dlatego zawsze mówię:

„Trzymajcie instrumenty dalej od nut, trzymajcie je bliżej serca”.

Miłością do klezmerskiej muzyki zaraził grupę młodych krakowskich aktorów, Martę Bizoń, Katarzynę Jamróz, Renatę Świerczyńską, Katarzynę Zielińską, Andrzeja Roga, który wygląda niczym trzech chasydów. (Trzech? - dziwi się pan Leopold. - On wygląda jak siedemnastu chasydów). Zaraził Jacka Cygana, który pisze teksty do starych melodii i nowych kompozycji pana Leopolda, w jedwabnej kapocie, w aksamitnej jarmułce prowadzi jego koncerty. Zaraził Jurka Fedorowicza. Ze wszystkich zrobił miłośników klezmerskiej muzyki, więcej, zrobił z nich, Polaków, prawdziwych żydowskich muzyków, śpiewających nie tylko według nut, ale także zgodnie ze wskazaniami serca.