E-mail

English






Cukierman i Edelman - losy powojenne

Joanna Szczesna,

Gazeta Wyborcza, 07 lipca 2003

Marek EdelmanMarek Edelman

Gdy w Polsce nastał stalinizm, Cukierman i Edelman na wiele lat stracili ze sobą kontakt. W 1949 r. Antek Cukierman i jego żona Cywia Lubetkin założyli w Izraelu istniejący do dziś kibuc Bohaterów Gett.


Początkowo Antkowi marzył się wspólny kibuc przyjaciół z tej samej organizacji syjonistycznej, z których część dotarła do Palestyny jeszcze przed wojną. Jednak okazało się, że ci, którzy zagładzie przyglądali się z daleka, i ci, którzy przez nią przeszli, nie potrafią znaleźć wspólnego języka. Przy tym wspólnota wojennych przeżyć często okazywała się ważniejsza niż przynależność partyjna i wszelkie ideologie.


Zgodnie z polityką państwa Izrael nowych przybyszy chciano rozdzielić po różnych funkcjonujących już kibucach, bo nie wierzono, że potrafią poradzić sobie sami. Antek jednak się zaparł, że muszą mieć własny. Musiał też uprzeć się w sprawie nazwy - Lohamei Hagetaot, Bojowników Gett - gdyż państwowa komisja do nadawania nazw kibucom miała jakieś inne propozycje.


Miejsce na nowy kibuc znaleziono w pobliżu granicy z Libanem. W małym murowanym budynku powstał zaczątek muzeum zagłady, w którym co roku 19 kwietnia organizowano obchody wybuchu powstania w getcie warszawskim. Antek początkowo angażował się na równi z innymi w budowanie kibucu i prace na jego rzecz. Często można go było zobaczyć, jak prowadzi traktor czy zajmuje się orką. Szybko jednak zaczął mieć problemy z kręgosłupem, a jako że od początku część osób uważała, iż człowiek tego formatu nie powinien wykonywać zwyczajnych, banalnych prac, kibuc oddelegował go do zajmowania się sprawami muzeum.


Po kilku latach stanęło pierwsze skrzydło muzeum zwane Domem Bojowników Gett im. Icchaka Kacnelsona. Cukierman razem z innymi współzałożycielami kibucu od początku wierzyli, że mają do spełnienia ważną misję: ocalić prawdę o Zagładzie dla przyszłych pokoleń. Zadanie ważne tym bardziej, że początkowo w Izraelu nikt tej prawdy słuchać nie chciał. Sytuacja uległa zmianie dopiero podczas procesu Eichmanna w 1961 r. Cukierman, podejmując się pionierskiego dzieła dokumentowania Zagłady, ruszył więc pod prąd zarówno oficjalnej propagandy syjonistycznej, jak i społecznych nastrojów. Jego prawdziwą idee fixe była edukacja: uważał, że ci, którzy przetrwali, mają obowiązek przekazać wiedzę o tym, co się stało, następnym pokoleniom. W muzeum i w samej postawie Cukiermana nie było śladu antypolonizmu. Przeżycia wojenne i powojenne spowodowały, że Cukierman pogrążony w depresji - popadał w alkoholizm. Jednakże nawet ten problem nie zdołał powstrzymać go przed aktywną działalnością.


W stalinowskiej Polsce Edelman milczał i trzymał się na uboczu wszelkiego życia politycznego. W 1956 r. nie zachwycił się polityką Gomułki, ale z odwilży skorzystał i na zaproszenie Cukiermana pojechał do Izraela. Tam pokłócili się o państwo Izrael: dla bundowca Edelmana jego powstanie było prawdziwym nieszczęściem, z którego nic dobrego dla świata ani dla Żydów wyniknąć nie może, dla Cukiermana była to ziemia obiecana. Rozstali się poróżnieni. Miała na to wpływ i pierwsza wizyta Edelmana w utworzonym przez Cukiermana muzeum: nie było w nim słowa o bundowcach i ludziach z PPR walczących w powstaniu, było tylko o syjonistach.


Podczas ostatniej swej wizyty w Izraelu do młodych mieszkańców kibucu Bohaterów Gett, wskazując na rolę, jaką mają dziś do odegrania, powiedział: „Jeśli wy będziecie tą grupą, która zrobi tu porządek, dogada się z sąsiadami, zaprowadzi pokój – to będzie największa rzecz, jaka po was zostanie”.


Jeszcze w czasie studiów Edelman podjął pracę w Szpitalu im. Szterlinga w Łodzi. Napisał pionierską pracę doktorską „Leczenie niedomogów krążenia dużymi dawkami sterydów”. Do dziś jako lekarz ma opinię fantastycznego diagnosty. W 1966 r. do szpitala, gdzie pracował od 17 lat, przyszedł nowy dyrektor i z dnia na dzień go wyrzucił. Później pracował półtora roku w szpitalu wojskowym. Ale i tam stracił posadę w 1968 r. Dowiedział się o tym od portiera, który nie wpuścił go do pracy. Nie przyjęto jego rozprawy habilitacyjnej. Jak mówi, nie zdziwiło go ówczesne przekształcenie się komunistów-internacjonalistów w nacjonalistów i ksenofobów. Nigdy niczego dobrego po nich się nie spodziewał.


Kiedy wyrzucono go z pracy w szpitalu wojskowym, wybuchł skandal międzynarodowy. O sprawie dowiedział się ówczesny premier Cyrankiewicz i dzięki jego interwencji Edelman dostał pracę w Szpitalu Miejskim. Nie miał zamiaru wyjeżdżać z Polski, ale nie chciał też, aby jego dzieci zostały w Polsce. Założyły więc rodziny we Francji. Jego żona, Alina, przebywała z nimi we Francji. Długo się nie widywali. On nie dostawał paszportu, ona bała się wracać z obawy przed problemami z ponownym wyjazdem. W 1976 r. zaangażował się we współpracę z Komitetem Obrony Robotników. Po Sierpniu ’80 wstąpił do Solidarności i został delegatem na I Zjazd w Gdańsku. 13 grudnia 1981 r. został internowany, zwolniono go jednak szybko na skutek protestów i interwencji ze świata. W stanie wojennym związany był z podziemnymi strukturami związkowymi w Łodzi. Często leczył chorych opozycjonistów. W związku z tym władze komunistyczne w połowie lat 80-tych chciały wysłać go na emeryturę. Bezskutecznie.


W 1983 r. odmówił udziału w organizowanych przez gen. Jaruzelskiego obchodach 40-tej rocznicy wybuchu powstania w getcie. W oficjalnych uroczystościach rocznicowych nie uczestniczył od końca lat 40-tych, ale zawsze 19 kwietnia szedł z przyjaciółmi na Miłą 18, gdzie był bunkier komendanta ŻOB Mordechaja Anielewicza. W 1983 r. został zatrzymany w areszcie domowym. 50-ta rocznica wypadła już w wolnej Polsce, ale wtedy władze izraelskie nie były zainteresowane jego obecnością na uroczystościach. Nie potrafiły przyznać, że on, bundowiec od początku skonfliktowany z syjonistami, jest jedynym pozostałym przy życiu przywódcą powstania (Cywia Lubetkin zmarła w latach 70-tych, a Antek Cukierman w 1981).


Edelman, przy okazji kolejnych rocznic w getcie, powtarzał, że z doświadczenia Holokaustu świat powinien wyciągnąć naukę: „Ludobójstwo jest zbrodnią przeciwko samej istocie człowieczeństwa i nie można być bezkarnie obojętnym świadkiem, bo wychodzi się z tego okaleczonym. Dlatego dla dobra nas samych nie powinniśmy patrzeć na dzisiejsze zbrodnie w milczeniu. Musi powstać jakiś ruch zdolny wymuszać na rządach demokratycznej, sytej Europy czynne przeciwstawianie się ludobójstwu i pomaganie ofiarom”. Sam angażował się na najróżniejsze sposoby w czasie konfliktu na Bałkanach. Podejmował też działania na rzecz pojednania palestyńsko-izraelskiego, co zresztą nie przysparza mu sympatii w Izraelu.

Joanna Szczęsna, Ostatni Mohikanie i nowy naród,