E-mail

English






10 lat Centrum Kultury Żydowskiej

Gazeta Wyborcza, 23 listopada 2003

Portal Gazety Wyborczej

Krakow, 23 listopada 2003

Mieści się na krakowskim Kazimierzu, przy ulicy Rabina Meiselsa 17, tuż obok placu Nowego. Rafael F. Scharf powiedział kiedyś o tej dzielnicy: "gdzie jest takie drugie miejsce na świecie, gdzie ulica Rabina Meiselsa krzyżuje się z ulicą Bożego Ciała, a ulica św. Sebastiana krzyżuje się z ulicą Berka Joselewicza".

Budynek, zaprojektowany przez Jacka Matusińskiego, pochodzi z lat 80. XIX wieku - była tutaj modlitewnia Żydowskiego Towarzystwa Modlitewnego i Dobroczynnego B'nei Emuna. Po II wojnie mieściła się tutaj stolarnia, później magazyny, a w latach 80. budynek popadł w ruinę. Dzięki finansowej pomocy Kongresu Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej oraz polskich instytucji - Gminy Kraków, Wojewody Krakowskiego, Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa i Generalnego Konserwatora Zabytków dom odbudowano, by 24 listopada 1993 r. otworzyć w nim Fundację Judaica - Centrum Kultury Żydowskiej.

Ta instytucja obywatelska stawia sobie za zadanie ochronę żydowskiego dziedzictwa na Kazimierzu i zachowanie pamięci o wielowiekowej historii społeczności żydowskiej w Polsce; rozpowszechnianie wiedzy o kulturze polskich Żydów i wspieranie polsko-żydowskiego dialogu.

W programie CKŻ są spotkania autorskie, konferencje i seminaria, wykłady i promocje książek, koncerty, wystawy i pokazy filmowe. Od 1996 r., w pierwszym miesiącu roku żydowskiego - Tishri, kiedy przypadają najważniejsze żydowskie święta, organizowany jest tu Miesiąc Spotkań z Kulturą Żydowską Bajit Chadasz, dedykowany co roku innej postaci lub zagadnieniu. Centrum przygotowuje też regularnie, wespół z Włoskim Instytutem Kultury, tygodniowy program prezentujący tematykę włosko-żydowską.

Tu odbywają się też programy letnie dla zagranicznych studentów, działa antykwariat z bogatym wyborem judaików, galeria i popularna kawiarnia.

Nie ma lepszego adresu. Rozmowa Joachimem Russkiem, dyrektorem Fundacji Judaica

Przyjęcie na inaugurację przygotowywał restaurator, który zapewniał mnie, że "będzie dobrze". Zdałem się na niego. Po części oficjalnej jeden z moich żydowskich przyjaciół z Warszawy konfidencjonalnie rzekł: "Ja rozumiem, że jesteś gościnny, ale szynki nie musiałeś podawać". Restaurator miał jednak najlepsze chęci - szynka była wszak wówczas rzadkim dobrem

Anna Bugajska: Co wydaje się Panu najważniejsze w dziesięcioletniej działalności Centrum Kultury Żydowskiej?

Joachim Russek: Mówiąc o tej instytucji, powinniśmy pamiętać o ludziach, o miejscu, w którym Centrum się mieści i o czasie, w którym powstało. Ludzie to ojcowie-założyciele, goście i nasza publiczność. Swoje istnienie Centrum zawdzięcza ówczesnemu rektorowi UJ, prof. Józefowi Gierowskiemu, profesorom Janowi Błońskiemu i Jackowi Woźniakowskiemu, doktorowi Markowi Rostworowskiemu, nieodżałowanemu Felkowi Scharfowi, profesorowi Chone Szmerukowi z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie oraz Czesławowi Jakubowiczowi, prezesowi gminy żydowskiej w Krakowie. Nie można zapomnieć też o profesorze Louisie Gersonie z uniwersytetu w Connecticut, Storrs, który przywiózł do Krakowa Marka Talismana. On zaś, usłyszawszy o naszych planach i braku funduszy, zawiózł opowieść do Stanów i tam dzięki niemu zdarzył się cud. W 1988 r. zapadła decyzja Kongresu Stanów Zjednoczonych (tak zwany Poland Aid Act) o utworzeniu Polsko-Amerykańskiej Wspólnej Komisji do Spraw Pomocy Humanitarnej. Nasz projekt był jednym z dwóch - obok szpitala dziecięcego w Rusinowicach koło Częstochowy - które otrzymały dzięki tej inicjatywie pieniądze.

Na początku myślałem o miejscu na wzór centrum informacji turystycznej we Florencji czy Wenecji, gdzie miłe panie mówiące obcymi jezykami zaopatrują zbłąkanego turystę w podstawowe informacje. Nie mieliśmy więc precyzyjnego planu, a sprawy potoczyły się swoją drogą...

Powstanie Centrum to także rezultat czasu szczególnego dla Polski - drugiej połowy lat 80. i przełomu lat 90. Także architekci wykorzystali ten wyjątkowy moment - mogli zrealizować projekt zupełnie inny niż te powstające w poprzedniej rzeczywistości.

A miejsce?

- Zrujnowana modlitewnia przy Meiselsa 17, porastająca trawą i krzewami. Muszę tu wspomnieć o podgórzaninie Janie Krejczy, wówczas szefie Towarzystwa Polonia. To on zwrócił nam uwagę na to miejsce. Budynek był tak ponury, że najsensowniejsze wydawało mi się zrównanie go z ziemią i wybudowanie czegoś od podstaw. Na szczęście służby konserwatorskie czuwały - doktor Bogusław Krasnowolski przygotował opracowanie historyczne tego domu.

Jan Krejcza odkrywał także przede mną Kazimierz. Kiedy przyjechałem do Krakowa ponad 30 lat temu, każde wyjście poza obręb Plant uważałem za stratę czasu. Ale od 15 lat spędzam na Kazimierzu mnóstwo czasu.

W listopadzie 1993 roku Centrum Kultury Żydowskiej zostało otwarte...

- Była wielka uroczystość, wielu ważnych gości, a nawet pierwsze faux pas. Przyjęcie na inaugurację przygotowywał restaurator, który zapewniał mnie, że "będzie dobrze". Zdałem się na niego. Po części oficjalnej jeden z moich żydowskich przyjaciół z Warszawy konfidencjonalnie rzekł: "Ja rozumiem, że jesteś gościnny, ale szynki nie musiałeś podawać". Restaurator miał jednak najlepsze chęci - szynka była wszak wówczas rzadkim dobrem.

Nazajutrz, kiedy wszyscy mieliśmy poczucie, że coś ważnego udało się zrobić, przyszedł jeden z najtrudniejszych dni. Było pusto, smutno, pachniało świeżą farbą i nikt nie chciał tu wchodzić. Kilka dni później pewien mieszkaniec Kazimierza wszedł do nas w stanie nie pierwszej świeżości i zapytał, czy to jest tylko dla Żydów. Uświadomił mi problem! Pewnie wielu ludzi chciało ten dom obejrzeć, ale myślało, że skoro to jest "ich" a nie "nasze", to może tu lepiej nie wchodzić. Wtedy wpadłem na pomysł. Były to czasy, kiedy z telefonami było trudno. Założyliśmy więc publiczny telefon w hallu naszego Centrum i stworzyliśmy pretekst, by ludzie tu wchodzili - nawet tylko po to, by zadzwonić.

Jak ważna jest lokalizacja Centrum na Kazimierzu?

Nie ma lepszego adresu w Polsce dla takiej instytucji! Nie ma bowiem drugiego takiego miejsca jak Kraków - ważnego i dla kultury polskiej, i żydowskiej. Gdy myślimy o ważnych polskich miejscach, wymieniamy Kraków, Warszawę, Poznań, Gniezno, Częstochowę... Kiedy myślimy o kulturowej geografii żydowskiej, nasuwają się Góra Kalwaria, Tykocin, Bobowa, Leżajsk. Obydwa światy spotykają się tylko tu, w Krakowie.

Z polskiej perspektywy Kazimierz jest symbolem żydowskiej obecności, ale często dla Żydów to symbol żydowskiej nieobecności, pustki. My jesteśmy gdzieś między tymi dwoma poglądami. Kiedyś w lecie, kiedy siedzieliśmy w kawiarni, podeszła do mnie pewna pani, nie z Polski. Zapytała, kto tu rządzi, po czym, uzyskawszy odpowiedź, zapytała: "to co pan robi w tym kraju"? Pytam: "a czy ma pani dla mnie lepszy kraj"? Ona na to: "Żyd nie ma nic do szukania w Polsce!" Kiedy dowiedziała się, że nie jestem Żydem, znów zapytała: "to co pan tu robi?" "Rządzę" - odparłem i to był początek ciekawej rozmowy. Pani okazała się być z Buenos Aires, w czasie wojny wyjechała bodaj z Opatowa. Lata 30. w małym miasteczku nie pozostawiły jej dobrych wspomnień. Po sześciu tygodniach dostałem od niej przemiły list. To przykład, że dla wielu przyjezdnych bytność na Kazimierzu to bolesne doświadczenie: zmierzenie się z pustką. Ale pustka byłaby większa, gdyby nie było miejsca, gdzie można zadać takie pytania.

I jeszcze jedno. Dziesięć lat temu ważne imprezy organizowane były tylko w pobliżu Rynku Głównego. Znajomy zagadnął mnie kiedyś: "Słuchaj, co tam u ciebie na Kazimierzu? Wpadłbym kiedyś, ale to tak daleko". Dziś ten dystans nie istnieje, zmieniło się myślenie o Kazimierzu. Przez pierwsze pięć lat walczyliśmy o uzyskanie obywatelstwa Krakowa i chyba to się nam udało.

Dla kogo istnieje ta instytucja?

Tego też nie wiedzieliśmy od razu. Początkowo Polacy uważali, że to instytucja żydowska. Przyjeżdzający tu Żydzi sądzili, że nie jest to instytucja obywatelska - jaką de facto jesteśmy - ale etniczna i wyznaniowa. Kiedy dowiadywali się, że jest inaczej i że ja nie jestem Żydem, uznawali, że za mało tu żydowskości. Po latach obydwie te opinie stonowały się - dzięki naszej działalności, która znajduje akceptację po obu stronach. Z czasem uznaliśmy też, że mamy obowiązek rozmawiać o wszystkim, także trudnych i kontrowersyjnych sprawach. Nie mamy być kotkiem do głaskania, ale ośrodkiem polsko-żydowskiego dyskursu, a może nawet polsko-polskiego o sprawach żydowskich.

Przed laty na pierwszym wykładzie było siedem osób, ja byłem siódmą. To uświadomiło nam, że musimy zabiegać o publiczność, zwłaszcza w Krakowie, gdzie co wieczór tyle się dzieje. Ale gdy na jakieś spotkanie przychodził Jerzy Turowicz, nawet jeśli w sali było tylko dwadzieścia osób, dawało nam to poczucie, że to ważne wydarzenie. Jednym z najwierniejszych przedstawicieli naszej publiczności był nieżyjący już lekarz Edwin Opoczyński, który przeżył Płaszów i Oświęcim. Zajmował zawsze ostre stanowisko w dyskusjach i nie pozwalał na przekłamania. Odwiedzają nas też Żydzi ze świata, związani z Krakowem. Na przykład pewien starszy pan, niski, w jarmułce, który przedstawił się jako Lilek Bursztyn z Szewskiej. Przyjechał z Izraela, by synowi pokazać Kraków. Mówił: "żona chciała przyjechać ze mną, ale jej nie zabrałem, bo ja nie przyjechałem zwiedzać Krakowa, tylko pochodzić po moich ulicach".W pierwszych dwóch-trzech latach odwiedzało nas najwyżej siedem tysięcy ludzi; ostatnio już co najmniej 25 tysięcy osób rocznie, z czego gości zagranicznych jest najwyżej 40 procent.

Czemu służyć ma działalność Centrum?

Przede wszystkim demitologizacji. W polskich głowach musimy zdemitologizować sobie obraz Żyda. To potrzebne jest również Żydom - głównie amerykańskim. Ponadto chcemy chronić pamięc o Żydach - polskich współobywatelach, a także szerzyć wiedzę o historii i kulturze Żydów w Polsce oraz promować wartości otwartego społeczeństwa obywatelskiego. To zadanie może na 25, a może na 50 lat. Ale musimy działać roztropnie. Często słyszymy, że nasze imprezy nie mają nic wspólnego z kulturą żydowską. Ale nie można ludzi "judaizować" na siłę. Na przykład: od lat odbywają się u nas aukcje książkowe. Większość ich uczestników pewnie nigdy by nas nie odwiedziła, a tak przy okazji odkrywają to miejsce. Ta otwartość nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem, szczególnie wśród Żydów. Z perspektywy minionych lat nabieram coraz większego przekonania, że Centrum Kultury Żydowskiej to jedna z najważniejszych inicjatyw europejskich w naszym mieście. Zrobimy wszystko, aby następne lata naszej działalności stały się potwierdzeniem powyższego sądu.


Sen o powrocie. Przemówienie, które Rafael Scharf wygłosił podczas otwarcia Centrum Kultury Żydowskiej

Niejeden z Państwa się zdziwi, że mnie właśnie przypada zaszczyt, aby przy tej uroczystej okazji parę słów powiedzieć - ja sam się dziwię. (...) Spotyka mnie ten honor nie za żadne zasługi, których nie mam, ale przez przypadek urodzenia, który sprawia, że w tym kontekście jestem niejako rekwizytem muzealnym: autentycznym, przedwojennym homo cracoviensis i - na dobitkę - Żydem, krakowskim Żydem, który gotów jest na każde zawołanie do tego Krakowa przez góry i lasy przypędzić.

Śniło mi się jednej nocy, niedawno, że widziałem na ekranie telewizji premiera Izraela Itzhaka Rabina, który ściskał rękę Yassera Arafata, i robili do siebie grymasy, które miały uchodzić za uśmiech. Działo się to, zdaje się, na stopniach Białego Domu w Waszyngtonie i, jak to bywa w snach, przewijały się tam jakieś znajome twarze, prezydent Carter, prezydent Bush, prezydent Clinton, Kissinger... Dochodziły mnie głosy z różnych stron, że zaświtała nowa era, że będzie pokój na Bliskim Wschodzie, w Izraelu... Szkoda się z takiego snu obudzić.

Innej nocy znowu śniło mi się, że w Krakowie powstał na Kazimierzu jakiś piękny dom i że to się nazywa Centrum Kultury Żydowskiej, i że mnie przypada przywilej otwarcia tej Instytucji, i że stoję przed mikrofonem, w obliczu licznego i dostojnego audytorium, i - co mi się nieczęsto zdarza - nie wiem, co powiedzieć. Z tego snu także szkoda mi się obudzić.

Wydaje mi się, że ta ceremonia oznacza dla mnie kres jakiejś dalekiej okrężnej drogi. Opuściłem ten mój Kraków, rodzinę i przyjaciół ponad 50 lat temu, a zatem przed wybuchem wojny. Dlaczego ten Kraków opuściłem - na ten temat można by napisać traktat o stosunkach polsko-żydowskich w latach trzydziestych - nie czas teraz o tym rozprawiać. Ale byłoby nieszczerością i nie w duchu, w jakim chcemy, aby to Centrum działało, nie nazywać rzeczy po imieniu. Wystarczy powiedzieć, że ja, jak wielu ludzi mojego pokroju, nie mogliśmy sobie znaleźć w ówczesnej Polsce miejsca. (...) Obraziłem się, odwróciłem, postanowiłem zapomnieć, z polskości się "przechrzcić". Ale, jak to mówił Hemar - "nie przyjęło się". Zdałem sobie sprawę z tego, że jeślibym się w jakiś sposób mej polskości pozbył, gdyby mnie z niej odarto - pozostałbym okaleczony, zubożały, niepełny. Co więcej, często myślę o tamtych czasach i zadaję sobie pytanie: Jeśli było tak źle - dlaczego było tak dobrze?

Więc wracam, "zmęczony burz szaleństwem", by rzucić okiem na ten krajobraz dzieciństwa i wczesnej młodości, gdzie każdy kamień "słodkim wspomnieniem rani". Przejść się znowu tymi ulicami, gdzie się nasze losy splatały, gdzie ulica Bożego Ciała krzyżuje się z ulicą Rabina Meiselsa, a św. Sebastiana z Berka Joselewicza; ulicami Estery, Jakuba, Izaaka - gdzie to jeszcze w diasporze były ulice nazwane imionami ze Starego Testamentu? Przejść ulicą Koletek pod boisko "Makkabi", ulicą Orzeszkowej pod "Nowy Dziennik", Miodową pod Tempel, Brzozową pod Żydowskie Gimnazjum? Zatrzymać się pod bóżnicami Poppera, Wysoką, Kupa, Starą, Remuh - pomyślałby ktoś z tej liczby synagog, że żydostwo krakowskie było wyjątkowo bogobojne - owszem, było; ale byli i tacy, którzy - jak pisze Izaak Deutscher, słynny biograf Lenina, Stalina i Trockiego, syn drukarza z Krakowa - w post Sądnego Dnia szli na grób Rabina Isserlesa i jedli kanapkę z szynką - jemu i rodzicom swym na złość.

Można powiedzieć, że Kraków był pięknie "zażydzony". Była to społeczność, pośród której żyli i działali dr Ozjasz Thon, kaznodzieja w Templu i poseł na Sejm, dr Ignacy Schwarzbart, przywódca syjonistyczny (w czasie wojny członek Rady Narodowej przy Rządzie Emigracyjnym w Londynie), dr Chaim Hilfstein, którego imię nosiło Żydowskie Gimnazjum (...); członkowie palestry (...); Rabin Kornitzer, głowa odłamu ortodoksyjnego, zasymilowany dr Rafał Landau - prezes Gminy; Wilhelm Berkelhammer, Mojżesz Kanfer, Dawid Lazer z "Nowego Dziennika", Rywek Wolf z Domu Akademickiego, Róża Rockowa z Domu Sierot. Tu działały organizacje młodzieży - Przedświt - Haszachar, Haszomer Hacair, Gordonia, Akiba, Betar, Massada; kluby sportowe Makkabi i Jutrzenka. Żyły tu zacne, drobnomieszczańskie rodziny żydowskie (...)

To brzmi jak szary spis lokatorów, to jest spis lokatorów, ale dla mnie nie szary, wręcz przeciwnie - widzę każdą z tych sylwetek z niesłychaną wyrazistością, każdy ich gest, uśmiech, grymas, jakby to było wczoraj. Myślę o nich tkliwie, znalazłbym po tylu latach drogę do ich mieszkań na ślepo, po omacku - dotykając dla pewności wyżłobienia na framudze drzwi, gdzie dawniej była mezuza.

Ten ludzki krajobraz jest zaryty w mym sercu, duszy i pamięci. Na chwilę nie mogę zapomnieć, że większość tych ludzi, przyjaciół, rodziny, znajomych - nikt z nich nie był mi obcy - zginęła zaszczuta w gettach, w obozach pracy, w kacetach, w fabrykach śmierci, w komorach gazowych. Przywykliśmy o tym mówić, pisać słowami zaczerpniętymi z powszedniego ludzkiego języka, ale ogromu i znaczenia tej straty nikt nie jest w stanie ogarnąć.

Kocham tę żydowską Polskę, która była i zginęła. Kocham ją miłością inną niż ta, którą żywię do Izraela. Wiem, że to uczucie destyluje się przez filtr wspomnień dzieciństwa i młodości i jest po części smakowaniem proustowskiego "zaginionego czasu". Ale to coś więcej. Mam przeświadczenie, że był to świat, w którym działo się coś autentycznie, unikalnie żydowskiego, w sensie, w jakim nie dzieje się to w normalnym kraju - jak Izrael. Syjonizm, który to państwo stworzył, był w swym założeniu protestem przeciw warunkom życia w diasporze i trzeba dziękować jego twórcom, że ich dzieło ziściło się w chwili największego poniżenia i rozpaczy narodu żydowskiego, który tylko dzięki temu ostał się i odrodził. Ale rezultatem tych historycznych wydarzeń, ich efektów zamierzonych i przypadkowych, jest także bezpowrotna utrata tych form i wartości, które stanowiły esencję życia żydostwa w diasporze, których jednym ze znaków rozpoznawczych było powszechne przekonanie, że człowiek musi (...) zdążać i przyczyniać się do realizacji jakiegoś ideału, jakkolwiek by go zdefiniować. Było głęboko zakorzenione przeświadczenie, że codzienne godziwe życie, religijna praktyka, przestrzeganie etycznych nakazów, obcowanie ze słowem Bożym, objawionym w świętych księgach, przyśpieszy przyjście Mesjasza i zapoczątkuje erę powszechnej sprawiedliwości.

Dzieje się dziś jakaś zdumiewająca rzecz. Oto w sercu starego Kazimierza ,

jak Feniks z popiołów, w roku Pańskim 1993, a żydowskim 5754, powstaje budynek, który się mieni Centrum Kultury Żydowskiej. Fakt, że coś takiego może w Krakowie zaistnieć (...) zakrawa na jakieś wydarzenie nadnaturalne.

Jak wszystkie cuda, nie dzieje się to bez pomocy ludzkiej, lecz dzięki wizji, zapałowi i ciężkiej pracy kilku osób, których nie chcę wymieniać po imieniu, ale wszyscy wtajemniczeni wiedzą, że chodzi tu głównie (...) o naszego oddanego przyjaciela z Waszyngtonu Marka Talismana, o profesora Gierowskiego i o Joachima Russka, którym gratuluję urzeczywistnienia ich marzeń i którym w imieniu nas wszystkich składam dzięki.

Widzę w tym jakiś nowy początek, którego konsekwencji nie możemy jeszcze przewidzieć. Może się okaże (...) że to tu właśnie jest punkt zwrotny naszego pojednania i przymierza. Że Polska wychodzi obronną ręką z tej choroby antysemityzmu, która ją ogłupiała, że nareszcie zaczęliśmy dostrzegać w sobie nawzajem to, co najlepsze, a nie to, co najgorsze, że dawne rany się zabliźniają, że wyrasta nowe pokolenie wolne od przesądów i uprzedzeń, że Polska i państwo Izrael, to państwo, w które właśnie Żydzi z Polski mają tak ogromny wkład, że te nasze państwa będą ze sobą w najlepszych stosunkach i będą może na międzynarodowym forum przykładem cywilizowanych obyczajów. (...)

Jest w powstaniu tego Centrum głęboki symbol. Ale nie byłoby to po naszej myśli, ani niewarte by to było ogromnego wysiłku i kosztów związanych z realizacją takiego zamysłu, gdyby miało ono zostać jedynie symbolem. Symbol swoją drogą, a solidna codzienna praca swoją. Mury, dach nad głową, to jest konkret, to jest rama, skorupa, która wypełni się bogatą, żywotną treścią. To jest adres, którego dotąd nie było - adres, do którego przybysz z daleka i z bliska skieruje swe kroki, gdy zawita do Krakowa, gdzie napotka życzliwą twarz za biurkiem, gdzie znajdzie książki i informacje, których szuka, gdzie odpocznie i się zaduma, gdzie spotka się z ludźmi podobnego pokroju, gdzie poczuje się w domu.

To tutaj, w tym miejscu, będziemy zachowywać i kultywować pamięć o Żydach polskich. Będziemy głosili prawdę o ich życiu. W tym skłóconym świecie bratobójczych wojen: w Jugosławii, w Irlandii, na terenie Rosji, w Południowej Afryce, możemy wskazać, że tu, przez wieki, istniał - na przekór wszystkiemu - model współżycia, symbiotycznej egzystencji, wzajemnych wpływów dwóch cywilizacji z ogromnym pożytkiem i wzbogaceniem obu.

Jest zwrot w języku hebrajskim Ir wa'em be'Israel - "miasto i matka w Izraelu". Niewiele miejsc na świecie się tym przydomkiem obdarza - Kraków, nasz Kraków błogosławionej pamięci, jest jednym z tych miejsc. To, co się dzisiaj tu dzieje, utrwali jego miejsce w historii i naszych sercach. Zakończę słowami modlitwy dziękczynnej: Sze'hechejanu w'kimanu we'higianu la zman haze. "Dziękujemy Bogu, że dożyliśmy tej chwili".

Kazimierz 14 listopada 1993 r