E-mail

English






DZIECI SENDLEROWEJ
Marcin Mierzejewski
The Warsaw Voice
Październik 2003

Od Redakcji witryny

Chcielibyśmy poinformować naszych czytelników, że Irena Sendlerowa w dniu 10 listopada została udekorowana Orderem Białego Orła, najwyższym polskim odznaczeniem, ustanowionym oficjalnie przez Króla Augusta II Mocnego w 1705 r. i nadawanego zawsze przez prezydenta Polski Polakom lub cudzoziemcom za wyjątkowe zasługi dla Polskiego państwa i narodu. Prezydent Kwaśniewski udekorował Irenę Sendlerową w jej obecnym domu dla starszych ludzi OO. Bonifratrów.

Tekst polski dostaliśmy wprost od Autora; artykuł w jęz. angielskim został opublikowany w NEW PUBLICATIONS w końcu października.
----------------------------

Słynna żydowska sentencja głosi, że uratować jedno życie, to tak jakby uratować wszechświat. Kierowana przez Irenę Sendlerową komórka polskiego podziemia ocaliła 2,5 tysiąca dzieci ze skazanego na zagładę warszawskiego getta. Dziś ocaleni mówią o sobie "dzieci Sendlerowej" i chcą, aby 93-letniej Polce przyznano pokojową nagrodę Nobla.

Ta historia wydarzyła się naprawdę, choć gdy się jej słucha, wydaje się nie do wiary. 60 lat temu, w czwartym roku okrutnej niemieckiej okupacji, grupa polskich konspiratorów - głównie kobiet - z narażeniem własnego życia przeszmuglowała poza mury getta 2,5 tysiąca żydowskich dzieci. Dla zobrazowania: ta liczba to połowa stanu osobowego potrzebnego w wojsku, aby sformować dywizję.
Irena Sendlerowa jest ostatnią żyjącą osobą z Referatu Dziecięcego podziemnej Rady Pomocy Żydom "Żegota" (od stycznia 1943 była szefową tego Referatu). Jest laureatką nagród i odznaczeń kilku krajów, jednak szersze zainteresowanie jej postacią przyniosła dopiero inicjatywa czterech uczennic z miasta Uniontown w Kansas, które przed trzema laty napisały i wystawiły szkolne przedstawienie, opowiadające o wojennych losach bohaterskiej kobiety. Widzowie wystawianego wielokrotnie nie tylko w Kansas przedstawienia zostali zafascynowani historią o przemycaniu żydowskich dzieci z getta. W ubiegłym roku w stanie Kansas 10 marca obchodzono jako dzień Ireny Sendler.

W tym roku, z inicjatywy działającego w Polsce stowarzyszenia "Dzieci Holocaustu", gromadzącego ludzi ocalonych m.in. przez „Żegotę”, Sendlerowa została uhonorowana nagrodą im. Jana Karskiego "Za Odwagę i Serce", którą przyznaje Amerykańskie Centrum Kultury Polskiej w Waszyngtonie. W liście do stowarzyszenia, dziękując za wyróżnienie, pani Irena - jak nazywają ją ocaleni - napisała, że „wciąż zadaje sobie pytanie, czy zasłużyła na taką nagrodę" i podkreśliła, że należy się ona całej siatce współpracowników "Żegoty", bez których poświęcenia nie udałoby się uratować aż tylu dzieci. Przy każdej okazji wymienia nazwiska swoich konspiracyjnych łączników z Referatu Dziecięcego: Irena Schultz, Jadwiga Piotrowska, Janina Grabowska, Jadwiga Bilwin, Iza Kuczkowska, Wanda Drozdowska, Lucyna Franciszkiewicz, Stanisław Papuziński, Róża Zawadzka, Jadwiga Deneka. I dodając: "oraz grono szlachetnych osób". Ocalenie każdego z 2,5 tysiąca małych Żydów było akcją samą w sobie, w którą musiało być zaangażowanych około dziesięciu osób.

Wielu członków i współpracowników "Żegoty" - w tym kilka łączniczek Sendlerowej - nie doczekało końca niemieckiej okupacji, płacąc życiem za niesienie ludziom ratunku.

Obawa przed zarazą

Był to czas, kiedy Niemcy zaczęli już likwidację utworzonej w Warszawie w 1940 r. zamkniętej dzielnicy dla Żydów (której straszliwe realia tak pieczołowicie odtworzył niedawno Roman Polański w filmie "Pianista"). Czas, kiedy chyba już nikt w Warszawie nie łudził się, że Żydzi z warszawskiego getta, upychani na Umschlagplatzu kolbami do bydlęcych wagonów kolejowych, są wysyłani "na wschód, do pracy", jak próbowali wmówić im samym Niemcy. Polskie podziemie wiedziało już wtedy dokąd faktycznie jadą transporty i co dzieje się z ich "zawartością": stacją docelową była Treblinka, mała wieś na Mazowszu, gdzie w ramach tzw. Reinhard Aktion (niemiecki kryptonim akcji zagłady Żydów na terenie okupowanej Polski), hitlerowcy zorganizowali obóz śmierci.

W momencie wybuchu wojny Irena Sendlerowa pracowała jako opiekunka środowiskowa w Wydziale Opieki Społecznej Zarządu Miasta Warszawy. Od początku niemieckiej okupacji opiece społecznej nie wolno było udzielać pomocy materialnej Żydom. Mimo to, do czasu zamknięcia getta w listopadzie 1940 r., obsadzona Polakami - wywodzącymi się głównie ze środowiska Polskiej Partii Socjalistycznej - warszawska opieka społeczna pomagała Żydom, łamiąc niemieckie zarządzenie. Podstawą pomocy była najczęściej fałszywa dokumentacja. Wspominając tamte czasy Sendlerowa napisała: "Początkowo kierowałam się raczej pobudkami emocjonalnymi; zdając sobie sprawę z potworności wegetacji za murami, starałam się pomóc dawnym przyjaciołom".

Po zamknięciu getta niemieckie władze stwierdziły, że znajdującym się w nim ludziom nie będzie potrzebna żadna forma opieki. Pracownikom wydziału socjalnego magistratu odmówiono prawa wstępu do dzielnicy żydowskiej. Jednak, w obawie przed zarazą, za mur nadal wpuszczano miejskie służby sanitarne.

Zaopatrzenie się w legitymację kolumny sanitarnej nie stanowiło dużego problemu dla polskich konspiratorek. Aż do stycznia 1943 r. Sendlerowa oraz jej bliska współpracownica Irena Schultz mogły wchodzić do getta "legalnie". W pielęgniarskich kitlach przenosiły żywność, odzież, pieniądze i lekarstwa (m.in. szczepionkę przeciwko tyfusowi). Zdarzało się, że bywały w getcie dwa, trzy razy dziennie.

Dobry interes

Kiedy na przełomie lat 1943/43 stało się jasne, że pozostanie w likwidowanym getcie oznacza wyrok śmierci, Polacy rozpoczęli szeroko zakrojoną akcję ratowania dzieci. To wtedy zespół Sendlerowej z Zarządu Miasta połączył siły z "Żegotą". W grudniu odbyło się pierwsze spotkanie z przewodniczącym Rady. Sendlerowa wspomina: "Chodziliśmy do getta i staraliśmy się wyprowadzać jak najwięcej dzieci, bo sytuacja z dnia na dzień się pogarszała. Pracując w tym wydziale [opieki społecznej w Zarządzie Miasta] m.in. z koleżanką Stefanią Wichlińską, łączniczką Zofii Kossak-Szczuckiej [jedna z inicjatorek akcji pomocy Żydom – przypisy MM], dowiedziałam się, że organizująca się "Żegota" ma fundusze z Delegatury Rządu. Po zapoznaniu się z naszą trzyletnią działalnością w ratowaniu Żydów Julian Grobelny, który miał zawsze poczucie humoru, odrzekł: "No to, Jolanto (taki miałam pseudonim w komórce PPS w zarządzie miasta), robimy wspólnie "dobry interes" - wy macie zespół zaufanych ludzi, a my będziemy mieć fundusze niezbędne do ogarnięcia coraz większej ilości prześladowanych". Grobelny, ps. "Trojan", przedwojenny działacz społeczny (opieka socjalna) z Łodzi, podobnie jak Sendlerowa należał do PPS. Ich wspólny "interes" rozkręcił się bardzo szybko. Po miesiącu pani Irena została mianowana kierownikiem Referatu Dziecięcego.

Rodzice oddawali swoje potomstwo przebranym za pielęgniarki "przemytniczkom" Sendlerowej, zdając sobie sprawę, że dla dzieci jest to prawdopodobnie ostatnia szansa na przeżycie. I że być może widzą się ostatni raz. Przemytniczki obiecywały, że dziecko zostanie umieszczone w bezpiecznym miejscu po aryjskiej stronie; wiedziały jednak, że tak naprawdę nie mogą dać żadnej gwarancji ich bezpieczeństwa, bo same igrają ze śmiercią. Wpadka mogła nastąpić w każdej chwili.

"Żegota" przygotowywała dzieciom fałszywe dokumenty; najpewniejsze były katolickie metryki chrztu, w których zdobywaniu pomagali zaufani księża. Przemycony "towar" umieszczano najpierw w mieszkaniach nazywanych "pogotowiami", gdzie starsze dzieci musiały nauczyć się swoich nowych imion i nazwisk. Następnie kierowano je do polskich rodzin, sierocińców i klasztorów. Potem wspomagano materialnie, wysyłając paczki.

Na liście rozstrzelanych

Sendlerowa także otarła się o śmierć. Schwytana przez niemiecką tajną policję (Gestapo) w październiku 1943, została osadzona na Pawiaku, okupacyjnym miejscu kaźni setek Polaków działających w ruchu oporu lub przypadkowo schwytanych w ulicznych łapankach. Niemcy, wiedząc, że mają do czynienia z konspiratorką, próbowali złamać ją torturami. Bezskutecznie. "Do dziś mam ‘wizytówki’ tych nadludzi na swoim ciele", napisała po latach pani Irena. Jednak nikt oprócz niej samej nie zna szczegółów tego ponad trzymiesięcznego pobytu na Pawiaku. Nie opowiada o nich nigdy nawet swoim bliskim.

Jej egzekucja miała się odbyć w siedzibie Gestapo przy Alei Szucha (od zakończenia wojny w tym samym budynku mieści się Ministerstwo Edukacji, w którym pani Irena przez pewien czas pracowała). Odbyła się - ale tylko w hitlerowskiej ewidencji (jej nazwisko pojawiło się nawet na plakatach informujących o wykonanych na Polakach egzekucjach). Już wcześniej Sendlerowa wiedziała, że jej konspiracyjni towarzysze szukają sposobu, aby ją uwolnić. W więzieniu kilkakrotnie dostawała grypsy od "Trojana"; przewodniczący "Żegoty" pocieszał ją pisząc: "robimy wszystko, by cię wyrwać z piekła". Kiedy zaistniała możliwość przekupienia jednego z gestapowców, zarząd "Żegoty" bez wahania wyłożył żądaną sumę. Przekupiony Niemiec wywołał kobietę z grupy skazańców czekających na egzekucję, wyprowadził z budynku i krzyknął: "Uciekaj!" Po uwolnieniu Sendlerowa kontynuowała konspiracyjną działalność w "Żegocie" pod zmienionym nazwiskiem.

Dzieci Sendlerowej

Ta historia to właściwie 2,5 tysiąca historii, bo los każdego z ocalonych dzieci mógłby posłużyć za temat osobnego, równie zadziwiającego reportażu. Rozmawiając z nimi dzisiaj w Warszawie, trudno oprzeć się wrażeniu niezwykłości spotkania: oto ci, którym udało się przeżyć, mimo że już jako dzieci zostali skazani na śmierć. Ci nieliczni: w warszawskim getcie było pół miliona ludzi; w Treblince zamordowano o 250 tysięcy więcej.

Dzieci Holokaustu można generalnie podzielić na te, które pamiętają okupację i te, które w momencie ocalenia były zbyt małe, aby pamiętać i swoją historię znają tylko z relacji. Wiele z tych ostatnich wychowywało się po wojnie w polskich rodzinach, o swoim prawdziwym pochodzeniu dowiadując się często już jako dorośli ludzie.

Michał Głowiński - jedno z "dzieci Sendlerowej", dziś profesor literatury w Polskiej Akademii Nauk i ceniony pisarz - dobrze pamięta tamte czasy. Jednak niechętnie rozmawia o własnych przeżyciach: "Wszystko co chciałem powiedzieć na ten temat opisałem w książce", zaczyna rozmowę. W ‘Czarnych sezonach’ - których angielskie tłumaczenie ma się ukazać w przyszłym roku w Stanach Zjednoczonych - fakt ocalenia siebie i swoich rodziców Głowiński komentuje następująco: "Właściwie nie rozumiem, jak to się stało, nie pojmuję, jakim sposobem przypadek okazał się dla nas przychylny. Dziwię się, dziwię się wszystkiemu. Dziwię się, że żyję".
Rodzice Głowińskiego, którym dzięki łapówce udało się wydostać z getta na początku 1943 roku, znali się z Ireną Sendler jeszcze przed wojną. Dzięki temu kontaktowi - Sendlerowa dysponowała adresami tzw. bezpiecznych mieszkań - łatwiej było im się ukrywać po aryjskiej stronie muru. Dla ukrywających się Żydów zagrożeniem byli nie tylko Niemcy, ale także zwalczani przez „Żegotę” "szmalcownicy" - współpracujący z Niemcami Polacy, zarabiający na wymuszanych szantażem okupach. Zdarzali się także ludzie, którzy gotowi byli wydać podejrzanych lokatorów własnego domu, bojąc się o własne bezpieczeństwo. Do dziś na Zachodzie nie wszyscy mają świadomość, że w Generalnej Guberni za pomoc Żydom karano śmiercią; w żadnym innym kraju okupowanym przez Niemców ten "czyn" nie był zagrożony tak surową karą.

Trudność z małym Michałem polegała na jego wyjątkowo "niekorzystnym" wyglądzie: ruda główka i "niearyjska" buzia mogły w każdej chwili ściągnąć śmiertelne zagrożenie na całą rodzinę. Tu znowu pomogła pani Irena, nazwana w książce "dobrym duchem ukrywających się", i jej konspiracyjne kontakty. Głowiński - podobnie jak duża liczba dzieci wykradzionych z getta przez "Żegotę" - został oddany pod skrzydła polskich zakonnic. Z podziemiem niosącym ratunek Żydom współpracowała duża liczba zakonów (głównie żeńskich) prowadzących ochronki, czyli sierocińce. Michał trafił najpierw na krótko do sióstr felicjanek w Otwocku a do końca wojny doczekał w sławnym dzięki swej okupacyjnej karcie zakładzie w Turkowicach pod Hrubieszowem (dzisiejsze woj. Lubelskie), prowadzonym przez Siostry Służebniczki. Zakonnice z Turkowic, z których cztery zostały po wojnie uhonorowane przyznawanym w Izraelu tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, przechowały w swoim sierocińcu trzydzieścioro żydowskich dzieci.

Katarzyna Meloch, dziennikarka prasowa od wielu lat zajmująca się problematyką społeczną, podobnie jak Głowiński jest dzieckiem przechowanym w Turkowicach. Jej rodzice nie przeżyli, jednak zaraz po zakończeniu okupacji odnalazła ją ciotka. "To także był mój łut szczęścia, bo kobieta, która wyprowadziła mnie z getta - łączniczka Ireny Sendler - została potem schwytana przez Gestapo i zabita. Gdyby nie to, że ciotka podpatrzyła kiedyś adres na paczce wysyłanej dla mnie do Turkowic, nie odnalazłaby mnie tak łatwo”, mówi Meloch. W "Żegocie", tak jak w całej konspiracji, obowiązywała zasada: im mniej wiesz, tym mniej sypniesz; dlatego nawet najbliżsi nie mogli nic wiedzieć o miejscu pobytu dzieci.

Łączniczka nazywała się Jadwiga Deneka (ps. "Kasia"). Była członkiem lewicowego ruchu Polskich Socjalistów, przekształconego w 1943 roku w Robotniczą Polską Partię Socjalistyczną. Krytyczne nastawienie RPPS do emigracyjnego rządu w Londynie, nie przeszkadzało jej we współpracy z "Żegotą''.

Adres warszawskiego mieszkania Deneki, które funkcjonowało jako swego rodzaju "ostry dyżur dla uciekinierów" znało wiele osób w getcie. Na Obozową 76 (dom ten nadal istnieje) zawieziona została także mała Katarzyna, która tak opisuje swoje dziecięce wrażenia z tamtego momentu: "Wyszłam z getta w upalne lato (1942 r.). Z mieszkania na Kole pamiętam ogromne pomidory dojrzewające na oknie w słońcu. Rzuciły mi się one w oczy, gdy wyszłam z dzielnicy, w której nie myślało się o tym, czy jest lato, czy zima".

W listopadzie 1943 r. Niemcy odkryli punkt kolportażu prasy, którym kierowała Deneka, służący jednocześnie za kryjówkę dla Żydów. Torturowana przez Gestapo, nie wydała nikogo, wysyłając z Pawiaka ostrzegawcze grypsy. Rozstrzelano ją, wraz z 11 Żydówkami, w ruinach getta.

Pobyt u sióstr w Turkowicach jest dla Katarzyny Meloch jednym z piękniejszych wspomnień z dzieciństwa. Po wyjściu z getta, położony na pięknej lubelskiej wsi, pośród lasów i łąk klasztor, wydawał jej się krainą z bajki. Opiekujące się nią wtedy kobiety wspomina z miłością i szacunkiem, chociaż zastanawiając się po latach, jak je scharakteryzować, mówi że były "zimne". "Może tylko takie kobiety mogły poradzić sobie z tak niesamowitym - także pod względem emocjonalnym - wyzwaniem?", zastanawia się po latach.
Są jednak także wspomnienia nieprzyjemne, jak np. wspólne śpiewanie staropolskich pieśni wielkanocnych, w których tekstach powracał motyw "Żydów, którzy zabili Pana Jezusa". Po sześćdziesięciu latach pani Katarzyna wciąż potrafi zanucić kilka zwrotek z pieśni, która boleśnie wryła się w pamięć dziesięcioletniej, wewnętrznie rozdartej Kasi. Ten wewnętrzny konflikt nie skończył się wraz z wojną. Meloch pozostała przy nazwisku Irena Dąbrowska, jakie nosiła w Turkowicach, nie przyznając się do swojego żydostwa. Dopiero jako dojrzała kobieta, dwadzieścia kilka lat po wojnie, zdecydowała się wrócić do prawdziwego imienia i nazwiska.

Pod koniec okupacji, nieoczekiwanie największym zagrożeniem dla dzieci ukrywanych w Turkowicach stali się nie Niemcy, ale Ukraińcy. Ofiarą antypolskich akcji inspirowanych przez Ukraińską Powstańczą Armię padła jedna z zakonnic - siostra Longina, zamordowana wraz z kilkorgiem dzieci. Mordercy pozostali zapewne nieświadomi, że jeden z zabitych chłopców był Żydem.

Wyścig z czasem

Kiedy uczennice z Uniontown wystawiły po raz pierwszy swoją sztukę, zatytułowaną "Life in a jar" (Sendlerowa przechowywała zaszyfrowane dane ratowanych dzieci, z ich prawdziwymi nazwiskami, w zakopanych w ogrodzie butelkach po oranżadzie; w sztuce są to słoiki), były przekonane, że opisują los wielkiej, nieżyjącej bohaterki. Dopiero, gdy ich praca nabrała rozgłosu, dowiedziały się, że Irena Sendler żyje. W 2001 roku Elizabeth, Megan, Sabrina i Janice przyjechały do Polski, wraz ze swoim nauczycielem i opiekunem przedstawienia Normem Conardem. Spotkały się z panią Ireną w jej warszawskim mieszkaniu. "Wasze przedstawienie to kontynuacja pracy, którą rozpoczęłam pięćdziesiąt lat temu", napisała w jednym z listów pani Irena, przy której łóżku stoją dziś fotografie czterech dziewczyn.

Elżbieta Ficowska, przewodnicząca stowarzyszenia "Dzieci Holocaustu", reprezentowała panią Irenę w zeszłym roku na uroczystości ku jej czci zorganizowanej w Kansas City. Uroczystość miała podniosły charakter; w części artystycznej wystąpił Art Garfunkel, ceny zaproszeń na dinner liczyło się w tysiącach dolarów. Ficowska, uratowana jako niemowlę i adoptowana przez nową, polską matkę, chciałaby wykorzystać ten moment, kiedy pojawiło się większe zainteresowanie postacią osoby, której zawdzięcza życie. Nagroda Karskiego, przyznana w ostatnich tygodniach, to dopiero początek planów stowarzyszenia. "Chcielibyśmy powołać do życia nagrodę imienia Ireny Sendlerowej, o międzynarodowym charakterze, którą otrzymywaliby ludzie kontynuujący w jakimś sensie jej dzieło, tak jak nauczyciel z Uniontown, krzewiący w swoich uczniach ducha tolerancji", mówi Ficowska. Na razie realizacja idei rozbija się o kwestię pieniędzy, na których nadmiar stowarzyszenie nie narzeka. Jego przewodnicząca ma jednak nadzieję, że w znalezieniu sponsora pomoże październikowa wizyta w Waszyngtonie, gdzie w imieniu pani Ireny będzie odbierać nagrodę Karskiego.

"Irena Sendler i jej życie to wielki symbol humanizmu. Dzisiejszy, dziczejący świat, potrzebuje takiego symbolu", mówi Ficowska. I dodaje nieoficjalnie, że kolejnym celem jej stowarzyszenia będzie złożenie wniosku o przyznanie Polce pokojowej nagrody Nobla.

Marcin Mierzejewski, "The Warsaw Voice"