E-mail

English







Z czego jesteśmy dumni?

Święto Niepodległości

Po 13 latach od ponownego odzyskania przez Polskę niepodległości niełatwo znaleźć odpowiedź. „Nasuwa się myśl, że pomysł ankiety ma na celu pokrzepienie serc – pisze Aleksander Smolar. – A dlaczego trzeba serca pokrzepiać? No bo marnie jest”. W ankiecie „TP” biorą udział politycy, publicyści i działacze społeczni. Są dumni z polskiej „wyobraźni miłosierdzia”. Z przedsiębiorczości i pędu do wiedzy młodego pokolenia. Z konstytucji. Z integracji z Zachodem. Z prezydenta. Z tego, że próbujemy po męsku zmierzyć się z przeszłością. Okazuje się, że nie jest tego mało – a to tylko wybrane wypowiedzi...

 

HALINA BORTNOWSKA: Ojczyzna wymaga głębokiego związku, afirmacji, miłości, zwykłej solidarności. Ale czy ma się z tym wiązać poczucie dumy? Cieszę się, gdy ludzie wnoszą w polskie życie coś dobrego, ale pomysł, bym miała być z czegoś dumna, jest mi obcy. Duma łączy się bowiem z pojęciem zasługi i stawiania za wzór. A nie o to chodzi.

 

Chociaż czuję jakiś rodzaj dumy, przypominając sobie niedawne czasy, gdy pogrzeby ofiar przemocy nie wywoływały jej kolejnej fali - można było pochować ks. Jerzego Popiełuszkę i przy tej okazji nie zabić kilku milicjantów. Ten aspekt naszej przeszłości jest w nas trwały; najbardziej podoba mi się w naszej sięgającej we współczesność historii zdecydowane odrzucenie przemocy jako metody realizacji wielkich celów narodowych. Mam nadzieję, że tak zostanie.

 

Reakcje na takie wydarzenia, jak te sprzed roku w Nowym Jorku lub te ostatnie w Moskwie, dowodzą, że i w naszym życiu publicznym, i w naszej „przeciętnej duchowej” ważne jest przekonanie, że życie ludzkie stanowi wielką wartość, i że nie wolno go wykorzystywać do celów politycznych. Sama sprzeciwiam się twierdzeniu, że życie jest najwyższą wartością. Można postawić przed człowiekiem jakieś wartości wyższe - choćby wierność lub miłość - dla których można się wyrzec życia. Ale to nie jest sprzeczne z szacunkiem dla życia.

 

Zbliżamy się do momentu (a może już w nim jesteśmy?), w którym nasze współczucie naprawdę będzie mieć charakter uniwersalny i stanie się współodczuwaniem z uciśnionym człowiekiem, który tak wiele musi znieść bez względu na to, po której stronie konfliktu się znajduje.

 

Czy nasze współczucie jest aktywne? Często dotyczy spraw, które są daleko, a czasem spraw, które, choć bliskie, pozostają daleko psychologicznie. Niedawno słuchałam w radiu znakomitej piosenki. Jej refren mówił, że my tu zajmujemy się różnymi rzeczami, a gdzieś umierają ludzie. Może jeszcze lepiej byłoby powiedzieć: „ludzie cierpią, a do nas ten fakt nie dociera”. Jednak gdy wreszcie zaczynamy to cierpienie dostrzegać, wtedy się mobilizujemy.

 

Halina Bortnowska jest publicystką, wieloletnim redaktorem miesięcznika „Znak”.

 

KRZYSZTOF CZYŻEWSKI: Łatwiej byłoby odpowiedzieć na takie pytanie na przełomie lat 80. i 90.: zawsze lepiej zdawaliśmy egzamin z bohaterstwa i solidarnościowego oporu w historycznych zawieruchach. Więc dobrze, że dziś pytamy już nie o tamto zwycięstwo, a o powody do dumy z jego urzeczywistnienia, w trudzie odbudowy krajobrazu po bitwie. I dobrze, że rozglądamy się za tym tu, w Polsce, bo łatwiej jest być dumnym z Polaków w świecie: z Tadeusza Mazowieckiego w Sarajewie, żołnierzy w Kosowie, poetów w Nowym Jorku, niż docenić pracę na własnym podwórku.

 

Moje powody do dumy związane są z wyzwaniami, których nie szczędzi dzień powszedni, i z ludźmi, którzy im sprostali. Takim wyzwaniem była nasza pamięć zbiorowa, kiedyś manipulowana i fałszowana, odcięta od publicznej debaty. Szansy na zainicjowanie takich debat dziś nie zmarnowaliśmy, a najważniejszą była ta wokół Jedwabnego. Wśród osób, które jej sprostały, nie ma wielu historyków, bo w większości zawiedli. Jednak fakt, że to nie oni zdecydowali o jej przebiegu, dowodzi tylko, iż nie była to dla nas sprawa przebrzmiała, którą należy odesłać do lamusa. Dumny byłem z tych mieszkańców Jedwabnego, którzy na przekór naciskom trwali przy bolesnej dla siebie prawdzie. Dumny byłem z burmistrza tego miasteczka, z prokuratora prowadzącego sprawę, z szefa IPN-u, z biskupów uczestniczących w Mszy pokutnej i z prezydenta RP. To niezwykle ważne, by wiedzieć, że żyje się w społeczeństwie, na rogatkach którego trwają ludzie sumienia, a nie politycznej czy ideologicznej koniunktury.

 

Dostrzegam też ogrom pracy, która jest w Polsce wykonywana nad wszystkim, co w niej było (i w dużej mierze ciągle pozostaje) bezpańskie. Myślę tu o odrzuconych grupach społecznych, chorych, biednych i bezdomnych, o które troszczy się Caritas, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, Monar, PAH, Res Humanae i wiele innych organizacji. Myślę o prowincjach, które odzyskują tożsamość wysiłkiem organiczników różnych profesji, tworzących bogaty kulturowo ruch małych ojczyzn. Myślę o naszym stosunku do innych, którzy są pośród nas, z nami sąsiadują, lub też po których na naszej ziemi pozostały jedynie ślady. Nie powinniśmy przeoczyć wszystkiego, co już zrobiono dla „odpamiętania”, poznania/zrozumienia i uszanowania tego, o czym zwolennicy Polski zamkniętej w zaścianku etnocentryzmu i ksenofobii chcieliby powiedzieć „obce”.Gdybym do powyższych przykładów dopisał całą listę nazwisk, i tak byłaby to kropla w morzu potrzeb. Ale, zwłaszcza dzisiaj, gdy te potrzeby zdają się być większe i nas przerastające, warto docenić fakt, że Korczak, Korniłowicz, Giedroyc, Kuroń, Ficowski i inni, z działalności których bywaliśmy dumni w minionych latach, znajdują dziś kontynuatorów.

 

Krzysztof Czyżewski jest założycielem Ośrodka „Pogranicze” w Sejnach.