E-mail

English







ROZMOWA Z ANDRZEJEM WAJDĄ

Rzeczpospolita, Plus Minus 27 wrzesnia 2002

Zamek w ruinie


FOT. ANDRZEJ WIKTOR

 

Barbara Hollender: Przyzwyczaił pan widzów do tego, że w klasyce szukał pan mądrości dla współczesnych. Ekranizując "Wesele" chciał pan powiedzieć coś ważnego na temat polskości, wolności, narodowego marazmu. W czasie transformacji ustrojowej, kiedy zaczęliśmy sobie przyswajać nowe zachodnie wzorce, w "Panu Tadeuszu" przypomniał pan, skąd przyszliśmy i kim jesteśmy. Zastanawiam się, dlaczego teraz zwrócił się pan ku "Zemście".


Andrzej Wajda: Ten wybór łatwo wytłumaczyć. Jeżeli chcemy iść do świata, spotkać się z innymi, musimy sobie uświadomić, kim jesteśmy, co to znaczy polski charakter. A Fredro przedstawia w "Zemście" polskie typy jak nikt inny. Włączając telewizor, widujemy takich ludzi na co dzień. To od nich zależy nasze jutro.


Czy dzisiaj można jeszcze patrzeć na Polaków jak na Raptusiewiczów, Milczków i Papkinów? To nie jest spłycenie tego, co się z nami w ostatnich latach stało?


Dlaczego spłycenie? Myślę, że polskie charaktery się nie zmieniły, a co najwyżej "pomniejszyły". Sięgnąłem zresztą po "Zemstę" także dlatego, że współczesnych Polaków nikt dotąd tak nie opisał. Powieść "Bigda", która powstała w latach trzydziestych, lepiej odwzorowuje naszą scenę polityczną niż współczesna polska powieść. Chcąc opowiadać o dniu dzisiejszym wprost, nie mam sojuszników wśród ludzi pióra. Wiele moich projektów upadło dlatego, że nie znalazłem nikogo, kto potrafiłby napisać to, co ja - jak myślę - umiałbym wyreżyserować.


Dlaczego, pana zdaniem, tak się dzieje?


Literatura, przekonana, że żyjemy w wolnym kraju, uwolniła się od obowiązku opisywania rzeczywistości, która nas otacza. Dzisiejsi pisarze nie stawiają sobie takich zadań, jak ich poprzednicy. Dla współczesnego naszego autora najważniejszy jest on sam. Ludzie pióra tworzą dzisiaj tak, jakby funkcjonowali poza sytuacją społeczną. Dlatego z ich książek dowiadujemy się o upodobaniach, niechęciach, namiętnościach, ale nie rozumiemy, z czego się one rodzą. W rezultacie nie mam opowieści o współczesnych polskich charakterach.


Mówi pan, że zmieniła się literatura. Ale zmienili się także odbiorcy. Polska widownia zawieszona jest między soap operami a zbuntowaną młodzieżą, która czyta Stasiuka, Świetlickiego i Piątka. Więc na jaką widownię pan liczy dla filmu opartego na Fredrowskiej komedii?


Liczę na dużą widownię. Bo polscy widzowie wiedzą, że jest taka sztuka, która nazywa się "Zemsta". Znają aktorów, którzy grają w tym filmie. I reżysera, który rozmawia z nimi od lat. "Zemsty" nie ma w szkolnych lekturach, więc film ten trudno nazwać lekturą obowiązkową. Co zresztą uważam za poważny błąd. Tej gorzkiej komedii nie mogą zastąpić "Śluby panieńskie". Może więc film wznieci jakąś dyskusję, a arcydzieło Fredry trafi do szkolnego kanonu.


Uczniowie, nawet ci inteligentni, traktują dzisiaj czytanie Fredry czy Orzeszkowej jak dopust Boży.


Możliwe, ale na nas spoczywa przecież obowiązek pokazania im piękna i mądrości klasyki. To także jest misja polskich filmowców. Mamy sobie powiedzieć: "Młodzież nie chce czytać polskiej literatury, więc skreślmy te stare ramoty"? Jeśli tak będziemy myśleć, rozpłyniemy się w codzienności. Jako stary człowiek nie mogę zgodzić się z tym, żeby działać wyłącznie pod dyktat młodych lub ze strachu przed nimi.

Starałem się pokazać, że to nie jest spór o byle co, o dziurę w murze. Ci bohaterowie siedzą na ruinach czegoś większego. A kto doprowadził ten zamek do ruiny i przegrodził murem? Oni.

 


Kiedyś mówił pan, że chce pan rozmawiać z młodzieżą, ale na swoich warunkach.


Starałem się, by filmowa "Zemsta" nie była nudna, żeby biegła tym samym rytmem, w jakim oddychają dzisiejsi nastolatkowie. Film wierszem nie jest dla nich dziwolągiem, bo oni stale słuchają raperów i innych wykonawców mówiących do nich rymami.


Zekranizował pan Fredrę dość wiernie, ale oparł pan swój film na dwóch pomysłach: przeniósł pan akcję o wiek wcześniej, na dodatek umieszczając ją pan w zimowej scenerii. Dlaczego?


W XIX wieku na scenę wkroczyło mieszczaństwo, tymczasem dla mnie "Zemsta" jest opowieścią o charakterach gwałtownych. O ludziach, którzy działają pod wpływem odruchu. Pomysł z zimą też służy temu, by film miał większą wyrazistość. Wpadł na niego Jan Prochyra. Letni pejzaż sprzyja sielance. W rześkim mroźnym powietrzu ludzie inaczej się zachowują, zima pobudza do aktywności.


Nie ukrywa pan teatralności swego filmu. Na końcu nawet wprowadza pan kurtynę i ukłony aktorów jak na scenicznych deskach.


Zrobiłem to nie po to, żeby się tłumaczyć, lecz po to, by przypomnieć, że to jednak teatr. Do "Zemsty" nie dało się wprowadzić żadnych widowiskowych scen. Nawet w bitwie o mur tak naprawdę bierze udział trzech murarzy. "Zemsta" broni się sama. Dynamiką, słowem, grą aktorów, szybką zmianą miejsc akcji.


To może wystarczyłoby zrobić spektakl w Teatrze Telewizji?


Spektakle telewizyjne nie mają tej siły i rozmachu, co film. Nie mają też aktywnej publiczności kinowej.


A propos aktorów. Jak pan pracował z Romanem Polańskim? Czy na planie nie ścierały się dwie osobowości reżyserskie?


Polański zdawał sobie sprawę z trudności, jakie stawia przed nim rola Papkina. To mu kazało zająć się wyłącznie tą rolą. Oddał się jej z całą zawziętością. Pamiętałem go jako 16-letniego chłopca z "Pokolenia". Teraz, mimo upływu lat, widziałem w nim tę samą chęć pokonania wszystkiego, co stoi na drodze do doskonałości. A resztę, to znaczy reżyserię, powierzył mnie.


W filmie bardzo dobitnie zabrzmiała fredrowska przestroga, że niezgoda niszczy.


Od początku starałem się pokazać, że to nie jest spór o byle co, o dziurę w murze. Ci bohaterowie siedzą na ruinach czegoś większego. A kto doprowadził ten zamek do ruiny i przegrodził murem? Oni. Chcieliśmy tak opisać ten szlachecki świat, żeby widz zrozumiał, że nawet błahy powód jest wystarczający, żeby się pozabijać.


To przestroga dla współczesnych?


Myślę, że znowu rysują się na naszej scenie polskie charaktery obarczone niemożliwością uznania jakichkolwiek racji drugiej strony. To utrudnia przeprowadzenie jakiegokolwiek pozytywnego programu, sprawia, że tak łatwo manipulować tym społeczeństwem. Różne grupy bronią swoich racji jak niepodległości i utrudniają rozwiązywanie prawdziwych problemów nas wszystkich.


Jakie to, pana zdaniem, problemy?


Sądzę, że ostatnio znów zmniejsza się pole działania jednostki: w gospodarce, kulturze, mediach. Coraz więcej tam państwa. A ja to już raz przeżyłem. Tylko że jeśli teraz państwo znów doprowadzi do katastrofy swoje kopalnie i stocznie, to my za to zapłacimy. Wszyscy. Począwszy od tych, którzy prowadzą pod własnym szyldem działaność gospodarczą czy finansową, skończywszy na tych, którzy robią filmy. Widzę w naszej polityce regres. Nagle zarówno prawica, jak i lewica mają ten sam program. Rozumiem, że nasze przekształcenia są bolesne, a nawet tragiczne. Ale musimy sobie z nimi poradzić. Nie ma możliwości, że ktoś zrobi to za nas.


Jak pan przyjmuje konflikt między młodymi i baronami, który ostatnio wstrząsnął środowiskiem filmowym?


Ten konflikt został sztucznie stworzony, ponieważ był potrzebny. Chciano zlikwidować Komitet Kinematografii, więc trzeba było dorobić do tego jakąś ideologię.


Po oscarowym okresie noszenia pana na rękach, czuł się pan pewnie bardzo rozgoryczony osobistymi atakami na pana części reżyserów i publicystów?


Czułbym się rozgoryczony, gdybym mógł sobie wytknąć jakieś zaniedbanie, jakąś winę. Ale ja dobrze znam takie konflikty.


Ile razy za PRL-u były trudności ekonomiczne, tyle razy wzmagała się walka klasowa. Teraz walki klasowej nie ma, więc wznieca się konflikt: starzy - młodzi. Gdyby ten antagonizm istniał rzeczywiście, to wśród dziesięciu studentów mojej szkoły filmowej, nie byłoby pięciu absolwentów naszych filmowych uczelni. Przecież teoretycznie ci młodzi "skrzywdzeni" ludzie powinni ode mnie i od Wojciecha Marczewskiego uciekać jak od zarazy, by szukać własnego guru. A oni przychodzą. Wspólnota ludzi kina była zawsze w przeszłości fundamentem naszych sukcesów. Ostatnio rozproszyliśmy się. Każdy biega za swoimi sprawami, innych traktuje jako konkurencję. Cóż więc dziwnego, że w naszej szkole szukają tej wspólnoty i wsparcia.


Mówi pan o wspólnocie, a młodym chodzi przede wszystkim o dostęp do pieniędzy. Pisano o koteriach, o tym, że pan dostaje fundusze na nowe filmy, a oni biją głowami o mur.


Ja pracuję na swoją pozycję przez 47 lat. Niczego nie dostałem w prezencie. Niech pani zobaczy, ilu naszych kolegów przepadło po pierwszym, drugim filmie. Dzisiaj debiutantom jest łatwiej. Nie mają jednego decydenta. Nie muszą liczyć tylko na państwowe pieniądze, czego dowodem był ostatni przegląd w Gdyni.


Młodzi, o których pan wspomniał, robią filmy o sprawach dla nich ważnych, o swoich tęsknotach, o tym, co ich boli. Ale pokazują fragmenty rzeczywistości. Pan jest mistrzem polskiego kina i ciągle towarzyszy panu oczekiwanie, że zrobi pan wielki fresk, taki jak kiedyś "Człowiek z marmuru".


Nadzieja, że to zrobię, trzyma mnie przy życiu. Ale może przede mną zrobi to ktoś z nowego pokolenia filmowców? Czyż młodzi reżyserzy nie mogą opowiedzieć o całym skomplikowaniu współczesnych czasów tylko dlatego, że są młodzi? Ja miałem 28 lat, gdy robiłem "Kanał", 29 - jak kręciłem "Popiół i diament". Ale miałem sojuszników w pisarzach, którzy pisali o tym, co było i moim światem. Dzisiaj nikt nie chwyta rzeczywistości za gardło. Często pytam siebie, dlaczego. Może jeszcze za wcześnie? Polska szkoła filmowa narodziła się w połowie lat pięćdziesiątych. Minęło więc 10 lat, nim po historycznym zawirowaniu kino odnalazło się. Może dzisiaj też potrzebujemy tego dystansu? Ja każdego roku, każdego dnia spodziewam się, że nagle wejdzie na ekrany film ważny, na który wszyscy czekamy.


A jeśli taki film się nie pojawi?


Nie wiem, może młodzi nie chcą wielkich fresków? Może nie chcą przyglądać się światu z dystansem i uważają, że to w nich samych tkwi tajemnica, tylko na razie nie mogą jej jeszcze z siebie wykrzesać?


Ja mam wrażenie, że dzisiejsza młodzież, która żyje w czasie ogromnego upadku autorytetów, nie ma siły pańskiego pokolenia, że szuka dla siebie ideologii rozpaczliwie i na oślep.


Wszyscy w naszym kraju zrobili wszystko, żeby te autorytety pognębić.


Czy nie boi się pan czasem, że o współczesny rozrachunkowy film o Polsce upomina się już tylko garstka inteligentów? Może większość widzów wcale na niego nie czeka? Może oni siedzą przed telewizorem i oglądają "Modę na sukces", "Big Brothera" i "Idola".


Nie! Tak nie jest. Znam wielu młodych ludzi, spotykam się też z dziećmi. To nie są już twory PRL-u. Zwłaszcza z dala od Warszawy rodzą się naprawdę wspaniałe pomysły i inicjatywy w dziedzinie kultury. Pisze o nich przecież i "Rzeczpospolita".


Co więc będzie dalej?


Tak jak będzie się przekształcać kultura w Europie, tak też będzie się ona kształtować i u nas. To nie jest proces zakończony. Można równie dobrze być pesymistą, jak i optymistą. Te wszystkie problemy odziedziczyliśmy razem z naszą wolnością. Ale dokąd możemy uciec? System, w którym teoretycznie nie było bezrobocia, a kultura "kwitła", już wypróbowaliśmy. On nas do niczego nie doprowadził i upadł bezpowrotnie. Szkoda tylko, że wielu problemów, które przyniosła zmiana ustroju, nie potrafiliśmy rozwiązać zaraz na początku. Teraz musimy kulturę niemal reanimować. Jak? Z jednej strony populistyczne głosy będą nas nakłaniać, żebyśmy zostali na własnym podwórku. Z drugiej - sztuka, a więc także kinematografia zawsze będzie miała ambicje, żeby wyjść w świat. Nie musimy być hermetyczni. Więc może powiem tak: Bądźmy tym, kim jesteśmy, ale pokażmy światu swoją inność, zaproponujmy mu coś, czego on nie ma i nie zna. W swojej polskości doszukajmy się wartości uniwersalnych. W końcu taka właśnie była przed laty Polska Szkoła Filmowa, takie było


Rozmawiała Barbara Hollender polskie kino, którego jesteśmy spadkobiercami.