E-mail

English







WŁADYSŁAW SZPILMAN - OSTATNI WYWIAD

Człowiek musiał być silny

Plus Minus, Rzeczpospolita 12 10 2002

FOT. JACEK DOMIŃSKI


Publikowana rozmowa z Władysławem Szpilmanem została przeprowadzona 17 kwietnia 2000 roku, na niespełna dwa miesiące przed jego śmiercią. Jej fragmenty emitowano w Polskim Magazynie Radiowym SFB-4 i programie polskim radia Deutsche Welle. 24 października odbędzie się niemiecka premiera filmu Romana Polańskiego "Pianista".


TADEUSZ KNADE: Rozmawiamy w przededniu 56. rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim. Jak pan wspomina tamte wydarzenia?


WŁADYSŁAW SZPILMAN: Niech mnie pan już na ten temat tak nie męczy! Nie czuję się Żydem. Nie wypieram się wprawdzie swego pochodzenia - dowodem jest fakt, że nie zmieniłem mojego nazwiska. Brzmi, jak brzmiało. Czuję się jednak bardziej Polakiem niż Żydem. Urodziłem się w Polsce, wychowałem się w niej, jest moją ojczyzną. Żyć mogę na całym świecie, ale umierać chcę w Polsce.


Dla mnie wybuch powstania w getcie jest równie tragiczną rocznicą jak wybuch polskiego powstania warszawskiego w 1944 roku. Straciłem w nim czterech uczniów pochodzących z Wielkopolski. Czterdzieści lat temu, w przerwie jednego z koncertów, który grałem z orkiestrą symfoniczną w Poznaniu, spotkałem matkę jednego z moich uczniów i pytam: - Co się dzieje z pani synem? Odpowiedziała: "Wyszedł 1 sierpnia 1944 roku rano i już nigdy go nie zobaczyłam". Pan nie może sobie wyobrazić, jak straszne rzeczy działy się w czasie powstania... Gdy po wojnie wyszedłem z ruin pozostałych po Warszawie, rozpłakałem się, bo nic już nie przypominało przedwojennego miasta. Nie było ludzi. Nic nie przetrwało!


Nim pan wyszedł z ruin Warszawy, musiał pan przeżyć w nich ostatnie okupacyjne tygodnie...


Właściwie przestałem jeść, bo nie było nic do jedzenia. Panował mróz. Wodę brałem z zamarzniętych wanien. Kawałki porozbijanego lodu wkładałem w jakiś garnek, następnie ogrzewałem go własnym ciałem, leżąc w łóżku. W ten sposób mogłem gasić pragnienie. Człowiek starał się być silnym i przeżyć to wszystko. Ale przychodziły chwile załamania, kiedy chciałem się otruć. Miałem przy sobie 30 pastylek. Ktoś jednak chciał, bym żył. I przeżyłem całą okupację.


Co dla pana było największą okropnością w czasie okupacji?


Utrata najbliższej rodziny. Rodziców, brata, który był filozofem, siostry, która była adwokatem, i najmłodszej siostry, która grała na fortepianie. Wszyscy zostali zagazowani. Do dzisiaj nie ma po nich śladu.


W którym roku wywieziono ich do obozu śmierci?


- W 1942 roku rozpoczęło się wysiedlanie i zaraz trafili do pociągu. Najbardziej tragiczny w tym wszystkim jest fakt, że od mojego brata, który był jeszcze bardzo młody, a także od siostry nikt nie żądał, by wchodzili do wagonu. Postanowili jednak wspólnie z resztą rodziny udać się na wysiedlenie, jak się wtedy mówiło i myślało. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że pociągi jadą w kierunku Treblinki. Mnie jeden z żydowskich policjantów wypchnął z transportu, a oni wszyscy wyruszyli w tę ostatnią, jak się później okazało, podróż. Gdy pociąg odjechał, dostałem spazmów, choć z niczego nie zdawałem sobie jeszcze sprawy. Dopiero, gdy zacząłem pracować jako pomocnik murarza poza murami getta, dowiedziałem się, że ludzie z transportów trafiają do komór gazowych. Prawdę powiedzieli mi Polacy.


Czy w czasie samotnych nocy w ruinach miał pan jakieś sny?


Proroczy sen uratował mi życie. Pod koniec okupacji Warszawa została doszczętnie spalona. Również dom, w którym się ukrywałem. Pewnego dnia z tego wypalonego domu przeniosłem się do innego. Zaczęli w nim jednak pojawiać się Niemcy, wróciłem więc do poprzedniego. I tam właśnie znalazłem łazienkę, którą oszczędził pożar, podobnie jak jedno z pomieszczeń mieszkalnych z zachowanym piecem kaflowym. Przebywałem tam może tydzień. Artyleria sowiecka ostrzeliwała już Warszawę. Szóstego czy siódmego dnia przyśniła mi się jednak moja matka, otulona w czarny welon, i moja siostra. Obydwie okropnie płakały. Słychać było przy tym marsz żałobny Chopina. Przerażony tym snem potraktowałem go jako przestrogę i postanowiłem uciec na dach i ukryć się za kominem. Wieczorem wróciłem do mojej kryjówki - i co zobaczyłem? Piec kaflowy był rozbity. Oznaczało to, że jedna z grasujących wtedy po Warszawie grup własowców i tutaj dotarła.


Czego szukali w wypalonych budynkach?


Przede wszystkim kosztowności. Gdyby mnie w tym pomieszczeniu znaleźli własowcy, obcięliby mi najprawdopodobniej nos, język lub wykłuli oczy. Byli to bowiem okropni ludzie. Straszne indywidua, gorsze od zwierząt.


Niemiecki oficer, Wilm Hosenfeld, z którym zetknął pana los w ostatnim okresie okupacji Warszawy, okazał się człowiekiem innego kalibru?


Był to nadzwyczajny człowiek, wielkiej klasy. Nie powtórzę panu przebiegu całej rozmowy, jaką z nim odbyłem, bo nie mogę tego zrobić. I nie mówię o tym również w książce. Ale opowiadał on o strasznych rzeczach. Hosenfeld mógł mnie zastrzelić. Mógł wyjąć rewolwer i wystrzelić jedną jedyną kulę. Ale jednak tego nie zrobił. Mało tego, on mi bardzo pomógł. Nadzwyczajny człowiek. Utrzymuję kontakt z jego rodziną. Ratował też polskiego księdza, stryja obecnego konsula w Hamburgu - Cieciory. Ten oficer Wehrmachtu, który w okupowanej Warszawie był kierownikiem stadionu przy ulicy Myśliwieckiej, uratował ze dwadzieścia osób.


Dlaczego właśnie on potrafił zachowywać się po ludzku?


Był to po prostu dobry człowiek. Podejmuję obecnie kroki w celu upamiętnienia jego postawy w Yad Vashem. Po wojnie trafił on do obozu w Brześciu nad Bugiem, później do innego z sowieckich obozów. Usiłowałem go ratować. Gdyby trafił do jednego z europejskich obozów, to można by się starać o jego uwolnienie. Ale wydobyć kogoś z obozu rosyjskiego nie było rzeczą możliwą. Umarł, według oficjalnych danych, na udar mózgu. Pytałem później jego żonę, czy to możliwe. Odpowiedziała, że chorował na nadciśnienie, więc nie można tego wykluczyć.


Powróćmy jeszcze do pierwszych dni w getcie warszawskim. Jak przyjął pan wiadomość o tym, że musi się pan w nim osiedlić?


Przyjąłem ją tak, jakby skazano mnie na śmierć. Miałem się zamknąć jak w jakiejś klatce? Żyć wśród ludzi, z innych dzielnic i małych miasteczek, których w ogóle nie znałem? Z początku w getcie nie zdawano sobie sprawy, że wszystko jest robione po to, by mieć wszystkich pod ręką i w odpowiedniej chwili zacząć wysyłać do Treblinki. Nikt o tym wtedy jeszcze nie wiedział. Zresztą, jak można było wierzyć w to, że można wysiedlić całe trzystutysięczne miasto? A oni to potrafili.


By przetrwać, grał pan w kawiarniach getta. Czy dawało to jakąś szansę przeżycia?


Ratował nas głównie fakt, że graliśmy w dzielnicy objętej zakazem wstępu dla żołnierzy niemieckich. Na terenie tak zwanego Seuchengebiet, na którym szalał tyfus plamisty. Ludzie żyli w wielkiej ciasnocie. Wszędzie panoszyły się wszy. Codziennie widziałem ludzkie zwłoki. Bardzo popuchnięte. Wykładano je przed domostwa i okrywano je jedynie gazetami. To były straszne obrazy! Na własne oczy widziałem, jak młody chłopak, który pewnie kilka dni nic nie jadł, usiłował wyrwać jednej z kobiet garnek z zupą. W czasie szarpaniny zupa wylała się na ziemię. Czy może pan sobie wyobrazić, że ten młody człowiek rzucił się na ziemię i zaczął wylizywać tę zupę z ziemi?


Jak potoczyły się pana losy po wywiezieniu rodziny z getta?


Dalej pozostawałem w obrębie getta. Jego teren mogłem jednak opuszczać, wychodząc do pracy do innych dzielnic Warszawy. Zaproponowano mi wprawdzie, bym wszedł w skład orkiestry grającej dla Niemców, ale nie byłem w stanie tego zrobić. Przyrzekłem sobie, że tak długo, jak ta wojna będzie trwać, nie będę grać dla Niemców. Na talerz dziennej zupy zarabiałem jako zwykły robotnik. Pracującym ze mną Polakom płacono jakieś pieniądze, nas wynagradzano talerzem zupy. Z terenu getta udawaliśmy się w kierunku Alei Ujazdowskich. Mniej więcej tam, gdzie dzisiaj jest ambasada jugosłowiańska. Pracowaliśmy przy odbudowie pałacyku dla Franza Kutschery. Dziś znajduje się na tym terenie kamień upamiętniający rozstrzelanych z zemsty za późniejszy zamach na dowódcę SS i policji.


W rejonie Alei Ujazdowskich pracowałem przez miesiąc, później skierowano nas na ulicę Narbutta. Tam remontowaliśmy lokale przeznaczone dla SS-manów. Te piękne, pięciopokojowe mieszkania istnieją do dzisiaj. Jedno z nich było gotowe i był już w nim telefon. To stamtąd udało mi się dodzwonić do moich warszawskich przyjaciół, do dyrektora z radia, Edmunda Rudnickiego, uroczego człowieka. Powiedziałem: "Panie dyrektorze! Potrzebuję lekarstwo"! On już wiedział, że chodzi o ukrycie mnie, bo tak się właśnie wtedy przez telefon mówiło. Odpowiedział mi: "Miałem lekarstwo, ale już je rozdałem". Wiedziałem więc, że nie ma na co liczyć. Zadzwoniłem do moich przyjaciół aktorów - Andrzeja Boguckiego i Joanny Godlewskiej. Ich też zapytałem, czy mają potrzebne mi "lekarstwo". Powiedzieli mi, że postarają się coś zdobyć i poprosili, bym zadzwonił za dwa dni. Dowiedziałem się wtedy, że mam być w tym i w tym miejscu, w piątek, 13 lutego, o godzinie piątej.


Tak się jakoś złożyło, że w budynku, gdzie pracowaliśmy, właśnie w ów piątek przeprowadzano inspekcję. Udało mi się bez większego problemu opuścić budowę, a niedaleko czekali już na mnie warszawscy znajomi i wspólnie dotarliśmy na ulicę Noakowskiego. Tam, na ostatnim piętrze umieszczono mnie w pięknej, obszernej pracowni plastycznej Strynkiewicza, słynnego rzeźbiarza. Stało w niej tylko łóżko polowe. Boguccy zostawili mnie tam, zapowiadając następnego dnia przynieść jedzenie, jakiś obiad. Położyłem się więc na łóżku i tak leżąc rozmyślałem nad moim życiem. Nagle zapaliło się światło. "Co się dzieje!? Kto tu wszedł!?" Okazało się, że ze względów oszczędnościowych elektrownia wyłączała i włączała w tym czasie światło, o czym ja oczywiście nie mogłem wiedzieć.


Dzięki pomocy Boguckich przetrwałem tam dwa tygodnie. W tym samym budynku mieszkał wraz z rodziną jeden z inżynierów przedwojennego radia. Również on udzielił mi gościny. Ja przeżyłem, a on, niestety, nie przetrwał okupacji...


Jak przeżył pan powstanie warszawskie?


- W okupowanej Warszawie musiałem się ukrywać przed Niemcami. Była to jedna wielka męka. Wtedy też od polskich robotników dowiedziałem się, co zrobiono z moją rodziną: z ojcem, matką, bratem i siostrami.


Jaką pomoc mieszkańcy Warszawy nieśli ukrywającym się osobom pochodzenia żydowskiego?


Bardzo dużą. Polska nie jest antysemickim krajem. Ci, co twierdzą przeciwnie, głoszą nieprawdę i prowadzą bardzo złą, wrogą Polsce robotę. Pamiętajmy, że za wzięcie udziału w akcji ratowania Żydów groziła śmierć. Nie każdy mógł się zdobyć na takie ryzyko. Nie wszyscy rodzą się bohaterami. Mnie ratowało co najmniej trzydziestu Polaków. Co najmniej trzydziestu, z narażeniem życia. Jeden z kolegów, który pracował ze mną w Polskim Radiu, przechowywał mnie dziesięć dni w swym pięknym mieszkaniu. Rok przed końcem wojny przeprowadzał mnie z ulicy Narbutta w aleję Niepodległości i przeszedł tę trasę razem ze mną, o wpół do ósmej rano. Mówiłem mu wtedy: "Nie idźmy razem, bo nie mam żadnych dokumentów, po co ma pan razem ze mną zginąć". "Nie! Idziemy razem!" - zadecydował i powiedział jeszcze: "Pan ma większe szanse na przeżycie tej wojny, niż ja". I oto w przeddzień powstania warszawskiego udał się wraz z kolegą z podziemia na umówione wcześniej miejsce w celu zakupienia broni. Ktoś ich zdradził, własowcy postawili ich pod mur i rozstrzelali. Później dowiedziałem się, że był podporucznikiem AK.


Co sądzi pan o opiniach, że powstawanie obozów śmierci na terenie okupowanej Polski nie jest rzeczą przypadku?


To, że nazistowskie Niemcy zdecydowały się właśnie w okupowanej Polsce zakładać obozy koncentracyjne, nie ma nic wspólnego z Polską czy Polakami. Niemcom było tam po prostu najwygodniej budować obozy, gdyż nie musieli daleko dowozić więźniów. Polacy nie są w jakimkolwiek stopniu temu winni. Kto ponosi za tę tragedią winę, wie cały świat.


Redaktor Rytzler, zastępca naczelnego "Spiegla", przy okazji wydania moich pamiętników w Niemczech zapytał mnie, czy po tym, co przeżyłem, nienawidzę Niemców. Odpowiedziałem, że nie ma we mnie nienawiści. Jak bowiem cały naród można winić za to, co się wydarzyło. Odpowiedzialność ponoszą pewne zwariowane jednostki. Ta cała banda przywódcza, która już poniosła karę. Świat żyje dalej, a wraz z nim ja i inni. Nie chcę przecież za życia położyć się do trumny. Wiem jednak, co to są stany depresyjne. Gdy sobie pomyślę, że zagazowano mi całą rodzinę. Nie mogę jednak czuć nienawiści do całego narodu.


Z pana inicjatywy w Yad Vashem posadzono drzewko upamiętniające postawę Polki, pani Boguckiej-Godlewskiej.


Wraz z mężem pomagała ona przetrwać Żydom w okupowanej Warszawie. Byli to moi przyjaciele. Obydwoje już nie żyją. Byli nadzwyczajnymi ludźmi. Gdy trzeba było ratować innych, gotowi byli narażać również własne życie.


W świecie dziś jednak głośniej o polskim antysemityzmie, niż o tym, że okupowana Polska niosła pomoc swym żydowskim braciom w potrzebie...


W świecie istnieje nienawiść. Jeden nie jest w stanie polubić Turka, inny Afrykańczyka. Nie można jednak uogólniać, że cały naród jest antysemicki. W Yad Vashem 5600 drzewek upamiętnia tych z Polaków, którzy narażali swoje życie ratując innych. Czy tak łatwo było narażać się na śmierć, gdy miało się rodzinę? Dziś Polska liczy prawie 40 milionów ludzi. Czy na podstawie tego, że parę osób nabazgrze coś na murze, można mówić o całej Polsce, że jest antysemicka?


Po wojnie, mimo przeżytej tragedii, postanowił pan, w miarę możliwości, żyć normalnie. Podjął pan ponownie pracę w radiu. Nie było to chyba takie proste?


W radiu pracował wtedy również słynny dyrygent Grzegorz Fitelberg. Bardzo mnie lubił. Kiedyś powiedział do mnie: "Ja cię tak obserwuję. Straciłeś całą rodzinę i się tym w ogóle nie przejmujesz. Przypomnisz sobie jednak kiedyś moje słowa: gdy będziesz starszy, to wtedy będziesz bardzo cierpiał". I to się sprawdziło!


Ożenił się pan, doczekał wnuków. Czy to pomaga właśnie panu żyć, po tych wszystkich okupacyjnych przeżyciach!?


Żona moja, Halina, jest nadzwyczajnym człowiekiem. Jest Polką, podobnie jak moja synowa. Druga synowa jest Japonką. I w niczym mi to, oczywiście, nie przeszkadza. Udało mi się faktycznie! Mam dwóch synów. Jeden syn mieszka w Hamburgu, drugi w Japonii. Mam dwoje wnucząt. Anna Grabka-Szpilman, synowa hamburska, dała się poznać hamburczykom jako pierwsza solistka hamburskiego baletu Neumeiera. Tańczy we wspaniałych baletach. Tak więc życie toczy się dalej.